piątek, 1 września 2017

Oldboy (2003) vs. Oldboy (2013)

Powszechnie uważa się, że Oldboy ukazał się w dwóch wersjach - jako amerykański remake i tej dobrej. Czy możliwe jest jednak, iż film wychodzący dziesięć lat po swym koreańskim pierwowzorze, faktycznie może być znacznie gorszy? Czy tak długi okres pozwalający wyciągnąć wnioski, dostosować obraz do współczesnych odbiorców i wykorzystać nowe metody operatorskie, rzeczywiście mógł pójść na marne?

1. Fabuła
Opowieść w obu przypadkach jest niemalże identyczna. Uwięziony przez buk wie kogo mężczyzna, zostaje uwolniony po czternastu latach. W tak nietypowej sytuacji nie jest w stanie myśleć o niczym innym, niż brutalna zemsta na swych prześladowcach. Koreańska wersja Oldboya wyróżnia się tu na tle amerykańskiego odpowiednika o wiele bardziej kontrowersyjnym zakończeniem. Mój chory i zdegenerowany umysł nie jest w stanie pominąć tego elementu i z pełną odpowiedzialnością przyznaje, że ta wersja podobała mi się nieco bardziej.

2. Główny bohater
Min-sik Choi grający nieco zwariowanego Dae-su Oha jest nie do prześcignięcia. Rozczochrany Koreańczyk idealnie pasuje do roli zwariowanego mściciela, a zaangażowanie w ukazanie pełnej palety emocji jest u niego widoczne już po kilku minutach obcowania z filmem. Problem w tym, że nie każdy uwielbia ekspresyjność charakterystyczną dla azjatyckiego kina. Takim widzom bardziej po drodze będzie z wyważonym i stonowanym Joshem Brolinem w roli Joe Doucetta. Choć nieraz irytowała mnie jego mimika, to całą postać oceniam bardzo pozytywnie. Facet całkiem nieźle odnalazł się w roli twardego sukinsyna, a jego interpretacja postaci mściciela również do mnie trafiła.

3. Postaci poboczne
W wersji amerykańskiej są naprawdę słabe. Choć robiono wszystko, by nadać im odrobinę charakteru, trudno wskazać którąkolwiek z nich, jako wykreowaną lepiej, niż w pierwowzorze. Okej, kochanka mściciela jest tu dużo lepiej zagrana, ale to chyba zasługa szalenie irytującej Mido, a nie kunsztu aktorskiego Elizabeth Olsen. Przyjaciel głównego bohatera w obu przypadkach jest bez wyrazu. Główny „zły” w przypadku interpretacji amerykańskiej miał być zmanierowanym gejem, a mimo to nie miał w sobie tyle charakteru, co jego koreański kolega. Postaci poboczne ze starego Oldboya są bardziej tajemnicze i intrygujące, więc trudno nie wskazać ich jako zwycięzców w tym pojedynku.

4 Sceny walki.
O dziwo stara wersja nie jest tak dobra w tej kwestii, jak miałem okazję ją zapamiętać. Zaskakująco duża część ciosów wygląda nienaturalnie i nie dochodzi do celu. Na plus wypada jednak wrażenie, że czyste ciosy zadane przez głównego bohatera, mają potężną siłę. Amerykańska wersja nie wypada wcale lepiej. Ponadto nie korzysta z nowych motywów, oferując widzowi tę samą pracę kamery, podobny zestaw ciosów, a nawet odtwarza dokładny przebieg walk z koreańskiej wersji.

5. Kontrowersyjność
„Nowy” Oldboy jest nieco ugrzeczniony. W przypadku głównego wątku fabularnego wprowadza pewne zmiany mające zaostrzyć wydźwięk historii, jednak później stawia na zbyt przystępne zakończenie, co jest odrobinę niekonsekwentne. Oba filmy mają swoje obrzydliwe momenty, choć w tej kwestii zdecydowanie przoduje koreański Oldboy. Starsza wersja wygrywa też w ukazaniu scen łóżkowych i emocjonalnej relacji łączącej biorących w nich udział bohaterów. Jeśli mam być jednak szczery, cieplejsze uczucia żywię wobec piersi Elizabeth Olsen, niż Hye-jeong Kang.

6. Odbiór wizualny
Amerykański Oldboy jest nieco bardziej kolorowy, jaskrawy, wpasowujący się w ten współczesny trend niebiesko-pomarańczowych, miłych dla oka hollywoodzkich obrazów. Choć wydawało mi się, iż to stary Oldboy jest znacznie mroczniejszy, pod względem kolorystycznym, na pierwszy rzut oka wygląda bardzo podobnie. Różnica jest taka, że kolory w koreańskiej wersji są mocno sprane, pokoje w których toczy się akcja brudne, oświetlenie często nie obejmuje całego kadru, a zaledwie jego część. Właśnie ten brak sterylności sprawia wrażenie, że widz obserwuje chaotyczny, brudny i niebezpieczny świat, co w tego typu produkcji tylko potęguje wydźwięk całej historii.

7. Wskaźnik zażenowania
Biorąc pod uwagę, że nowsza interpretacja tej opowieści jest bardzo zbliżona do naszego kręgu kulturowego, nie byłem w stanie dostrzec elementów wyraźnie żenujących. Niestety niejednokrotnie czułem się głupio oglądając koreańskiego Oldboya. Halucynacje z ogromną mrówką, śpiewanie idiotycznej piosenki jako sygnał, że dziewczyna jest gotowa na szybki numerek, czy scena w której główny bohater udaje psa, to elementy przy których z mieszanymi uczuciami pocierałem czoło zastanawiając się, co to do cholery miało być.

Biorąc pod uwagę siedem, zupełnie niezwiązanych z czymkolwiek i z dupy wziętych kategorii, ocena jakości Oldboyów, wygląda tak:


wtorek, 8 sierpnia 2017

Train to Busan (2016)

Choć odkładałem ten seans bardzo długo, wreszcie nadszedł czas na spotkanie z południowokoreańskimi zombie. Pociąg do Busan to bardzo charakterystyczna produkcja, która z miejsca stała się boxoffice’owym hitem (na miarę wyników koreańskiej kinematografii oczywiście). Od dawna zastanawiałem się, co takiego przyciągało ludzi do produkcji tak dalekiej nam kulturowo. Banalna odpowiedź, iż były to wyłącznie żywe trupy w żadnym wypadku mnie nie satysfakcjonowała. Po seansie muszę stwierdzić, że nadal nie wiem, czym był ten magiczny czynnik.

Fabuła jest banalna - typowy biały kołnierzyk w dzień urodzin swojej córki, godzi się na zabranie jej w podróż pociągiem mającą prowadzić do matki dziewczynki. Standardowa przejażdżka (która jest zresztą szalenie nie na rękę zapracowanemu ojcu) okazuje się jednak prawdziwą walką o życie. Wyciek bliżej niezidentyfikowanej substancji biologicznej zamieniającej ludzi w żywe trupy, umila naszym bohaterom tę krótką, acz niezwykle intensywną wycieczkę. Po drodze pojawiają się oczywiście inni, często bardzo charakterystyczni współpodróżni, którzy w większości noszą na plecach karteczki z napisem „zjedz mnie”, widoczne dla każdego widza obytego z tego typu kinem.
 
"Albo chodź, przytul mnie, albo odejdź i przebacz, i niech stanie się to tu i teraz..."
Wszystko w tej opowieści wygląda więc prosto i sztampowo? Nic bardziej mylnego, gdyż cały obraz ma też drugie dno. Komentarz społeczny dotyczący korporacyjnych struktur, ewidentne inspiracje prawdziwym wirusem MERS, który w 2015 roku porządnie przestraszył Koreańczyków, czy wreszcie opowieść o odwadze, rodzicielstwie i poświęceniu. Brzmi całkiem nieźle? Moim zdaniem jak najbardziej - i wszystko byłoby w porządku, gdyby w całej historii nie zabrakło jednego - nieco więcej serca. I choć reżyser mógł odnieść wrażenie, że brak tej iskry można ukryć pod grubą warstwą szybkich zombiaków, powtarzających się nieustannie schematów prowadzenia akcji, czy nazbyt teatralną grą aktorską, oświadczam niniejszym, że nie byłem w stanie tego kupić.

Moim największym problemem jest to, że film o zombie rozgrywający się głownie w szeregu ciasnych pomieszczeń, nie powinien nudzić nawet przez chwilę. Cóż, ten mnie niestety znudził. Nie chodzi nawet o to, że mam ADHD, czy robaki w wiadomej części ciała - problemem jest nieustannie powtarzający się schemat ucieczki przed żywymi trupami. Te drzwi zatrzaskiwane w ostatnim momencie, gasnące i pojawiające się światła, przeskakiwanie między kolejnymi kryjówkami - ciągle w niemal identyczny i mało angażujący sposób. Rozumiem też, że zwykli pasażerowie pociągu nie mogą być mistrzami sztuk walki, ale te sekwencje akcji...cóż, kino azjatyckie poznałem z o wiele lepszej strony. Poza tym zawsze w takich produkcjach liczę na solidną dawkę gore, zupełnie niesmacznego rozszarpywania rekwizytów do tego przeznaczonych, albo chociaż fajnego CGI z latającymi w powietrzu flakami. A tu jest jakoś tak dziwnie...przystępnie? Ba, nie dość, że i tak jest bardzo zwyczajnie, casualowo, to odbiór filmu przez szeroką publiczność ułatwiają jeszcze patetyczne sceny rodem z kiepskiego melodramatu, na które w tego typu produkcjach zawsze patrzę z niechęcią.
"Leżę sobie, nic nie robię..."
Należy jednak oddać cesarzowi, co cesarskie. Sceny w których na bohaterów rzucają się całe tłumy truposzy tłoczące się w ciasnym pomieszczeniu, wyglądają świetnie. Kilka scen walki trzyma całkiem przyzwoity poziom (niestety nie wszystkie), koreańska odmiana żywych trupów rzeczywiście jest oryginalna, a sam film przemyca pod płaszczykiem prostej rozrywki konkretne przesłanie. Nie oznacza to jednak, że mam zamiar kiedykolwiek wrócić do tego pociągu - niestety nie porusza się on torem, którym powinny podążać moje zombie.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 25 lipca 2017

Adam Fawer - "Szczególna Przypadłość"

Szczególna Przypadłość Adama Fawera, to doskonały dowód na to, że nawet polując na książki w koszu z promocjami, można odnaleźć prawdziwe perełki. Niepozorna, fatalnie prezentująca się z zewnątrz powieść, kryje w sobie bowiem zaskakująco obszerne pokłady dobrej zabawy, podanej w inteligentny, mogący zainspirować czytelnika do poszerzanie swej wiedzy sposób.

David Caine nie jest przeciętnym facetem. To nie tylko wybitnie uzdolniony matematyk i okazjonalny wykładowca uniwersytecki, ale także nałogowy hazardzista nękany atakami epilepsji. Nie trudno wyobrazić sobie, że takiego gościa prędzej czy później muszą dopaść kłopoty (szczególnie w powieści sensacyjnej). Jego zaangażowanie w hazard sprawia, że bardzo szybko popada w konflikt z rosyjską mafią, epilepsja zaś jest prostą drogą do nowatorskiej terapii, której zastosowanie umożliwia naszemu bohaterowi opanowanie bardzo specyficznie ujętej zdolności do ograniczonego przewidywania przyszłości. Odtąd jest już tylko ciekawiej - ze szpitala powraca chory psychicznie brat-bliźniak Davida, do gry wkraczają północnokoreańskie tajne służby, CIA, NSA, szczodrze opłacani najemnicy oraz działający na własną rękę naukowcy pragnący położyć Davida na swoim stole - bynajmniej w celach seksualnych.

Brzmi jak totalny chaos? Cóż, książka mimo wszystko okazuje się zaskakująco sensowna. Ba, wielu stwierdziłoby nawet, że wyjaśnienia dotyczące daru przewidywania przyszłości są zbyt przeintelektualizowane. Odwołania do teorii determinizmu, fizyki kwantowej, koncepcji probabilistycznych, teorii względności oraz hipotetycznego konstruktu jakim jest Demon Laplace’a, sprawiają, że tło całej historii wydaje się bardzo łatwe do zaakceptowania, nawet pomimo tego, że jej zarys wydaje się sztampowy i idiotyczny. Jeżeli miałbym pokusić się o odnalezienie analogii do innego autora posługującego się podobnymi metodami tworzenia opowieści, wskazałbym zapewne na naukową fantastykę Michaela Crichtona, którego technothrillery prezentują jedynie odrobinę niższy poziom od tego, co udało sie stworzyć Fawerowi.

Ponadto akcja jest na tyle dynamiczne i stoi na tak wysokim poziomie, że opisy teorii naukowych nie mają szans zbytnio zmęczyć czytelnika. Są one bowiem na tyle dobrze dawkowane i sprytnie rozmieszczone, że po wykładzie o podstawach fizyki kwantowej dostajemy zwykle solidny pościg lub tłuczenie się po ryjach. W dodatku element para(techno)normalny ubarwia każdą sekwencję, w której bezpośrednio zagrożony jest David Caine lub jego przyjaciele.

Zastrzeżenia można mieć głównie do wydania tej książki. Absolutnie randomowa i niemówiąca nic o historii okładka już na pierwszy rzut oka odrzuca czytelnika szukającego oryginalnej historii. Poza tym korekta stoi na dość niskim poziomie, co czasem sprawia, że gdzieniegdzie brakuje jakiegoś wyrazu, literki, czy innej pierdółki, która choć nie wpływa znacząco na odbiór całości, potrafi solidnie zirytować.

Mimo wszystko polecam wyruszyć na tę przygodę. Być może nie jest to książka dla wszystkich, ale jeśli podobnie jak ja kochacie sensację, cenicie dorobek Michaela Crichtona lub po prostu szukacie męskiej lektury na wakacyjny wyjazd, możecie po nią sięgać bez skrępowania. Szukajcie we wszystkich dobrych koszach z przecenionymi powieściami...


Moja ocena to: 7/10 

poniedziałek, 10 lipca 2017

Chris Taylor - "Gwiezdne Wojny Jak podbiły wszechświat?"

Od zawsze twierdziłem, iż Gwiezdne Wojny to coś więcej niż film - to fenomen kulturowy, udowadniający ogromną moc oddziaływania kina na wyobraźnię widzów. Dziadek space opery, następca Flasha Gordona, produkt pełnymi garściami czerpiący z Odysei Kosmicznej Kubricka, heroicznego kina Kurosawy, historii drugiej wojny światowej oraz niezmierzonych pokładów schematów wykorzystywanych w religiach, systemach wiary i mitologiach. Nawet jeśli traficie czasem na osobę, która dopiero wyszła z lasu, a dotąd wychowywały ją wilki, prawdopodobnie zna ona podstawowe elementy historii stworzonej przez Gorge’a Lucasa. Zły Lord Vader, dobry Luke Skywalker, arogancki Han Solo, „niech moc będzie z Tobą” i całowanie swojej siostry - no wiecie, takie podstawy każdej dobrej historii.

I o tym właśnie traktuje książka Chrisa Tylora - o uniwersum Gwiezdnych Wojen i ich wpływie na współczesny świat, o procesie ich tworzenia, o sukcesach i niepowodzeniach, które napotykały na swojej drodze, o Georgu Lucasie i jego współpracownikach, a wreszcie jest też troszkę o Disneyu, który zagarnął markę i postanowił tworzyć następne części przygód, rozgrywających się dawno, dawno temu w odległej galaktyce.

Choć sam nie jestem ogromnym fanem Gwiezdnych Wojen, nie oczekuję na kolejne części z wypiekami na twarzy, a mojego mieszkania nie zajmują tysiące figurek przedstawiających bohaterów znanych z tego uniwersum, książkę Tylora do pewnego momentu czytało mi się całkiem przyjemnie. Zmagania z dystrybutorami, stosunki Lucasa z innymi wielkimi reżyserami tamtej epoki, czy opowieść o inspiracjach, którymi kierował się guru kosmicznej fantastyki, stanowiły dla mnie najciekawszy element gwiezdno-wojennej opowieści. Troszkę mniej zajmujące okazały się fragmenty dotyczące produkcji zabawek, powstawania wątpliwej jakości literatury w świecie Star Wars, czy starań Lucasa o powstanie muzeum upamiętniającego jego dorobek artystyczny. Choć jest to niewątpliwie część historii, której nie sposób było pominąć w tego typu książce, momenty te sprawiały, że zapadałem w niezaplanowane drzemki lub uciekałem do innych, bardziej ekscytujących zajęć.

Jeżeli jesteśmy już przy wadach, to warto wspomnieć, że korekta tej książki nie stoi na najwyższym poziomie. Kilka literówek i powtórzeń nie jest być może czymś, co uniemożliwia lekturę, ale z całą pewnością wywoła serię tików nerwowych u perfekcjonistów.

Trzeba przyznać, że fani Gwiezdnych Wojen powinni być wysoce usatysfakcjonowani. Osobiście spodziewałem się czegoś o wiele nudniejszego i jestem dość miło zaskoczony. Nawet jeśli nie byłem w stanie docenić ogromnej liczby smaczków i spraw istotnych dla hardcorowych miłośników rozpoczętej przez Lucasa sagi, spędziłem przy tej książce sporo czasu, nie czując przy tym, że kompletnie go zmarnowałem (co wcale nie zdarza się tak często). Trudno mi z czystym sercem polecić tę książkę każdemu, ale biorąc pod uwagę ogromną rzeszę odbiorców zafascynowanych Gwiezdnymi Wojnami,  mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że polecam ją niemal każdemu.


Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Autopsy of Jane Doe / Autopsja Jane Doe (2016)

Przeprowadzanie sekcji zwłok, w celu ustalenia przyczyn śmierci denata, z całą pewnością nie jest najprzyjemniejszym zajęciem na świecie. Konieczność rozcinania skóry, rąbania kości, czy usuwania organów wewnętrznych z ciał, które jeszcze nie tak dawno miały swoich w pełni świadomych właścicieli, sama w sobie może być niezwykle traumatycznym przeżyciem dla postronnego obserwatora. Andre Ovredal, reżyser Autopsji Jane Doe, dodał w zasadzie niewiele - motyw gwałtownej burzy, powtarzany już od czasów Frankesteina, nawiązanie do starej i sprawdzonej tradycji zombie oraz odrobinę tajemniczych rytuałów czarnej magii. Cały ten miszmasz okraszono odrobiną thrillera psychologicznego i rzucono na stół widza, spragnionego świeżego spojrzenia na gatunek horrorów.

Początkowo można było nawet przypuszczać, że sukces tego filmu jest nieunikniony. Bardzo dobre wprowadzenie, po którym następuje powolne, acz niezwykle klimatyczne przedstawienie głównych bohaterów paranormalnego dramatu, wypada doskonale. Pierwsze pół godziny to solidna opowieść o relacjach ojca z synem, historia opowiedziana za pomocą niedopowiedzeń, półsłówek oraz poszczególnych decyzji podejmowanych przez dwóch mężczyzn połączonych wspólną historią i silnymi więzami emocjonalnymi.
Nie wystawiaj języka, bo Ci...a zresztą, już nie ważne...
W momencie pojawienia się ciała tytułowej Jane Doe wchodzimy w nową fazę opowieści. Bohaterowie krążą na granicy obłędu, a sytuacje, w  których racjonalność ich umysłów zostaje skonfrontowana z nieprzystającą do nich rzeczywistością, okazują się najlepszymi w całym filmie. Jane Doe, która budzi niepokój, ale nie manifestuje swych mocy bezpośrednio, to najstraszniejsza i zarazem najbardziej intrygująca postać, jaką w ostatnich latach zdarzyło mi się oglądać w produkcjach tego typu.

Niestety nieuchronnie docieramy do trzeciej części opowieści. Tu niestety nie jest już tak dobrze. Nie dość, że bardzo solidny thriller psychologiczny przeistacza się w klasyczny horror, to nie jest to nawet szalenie dobry horror. Wszystkie klisze znane gatunkowi od lat, powielone są w co najwyżej przyzwoity sposób, ale kompletnie nie pasują przy tym do mrocznej, tajemniczej i zagmatwanej opowieści, do której przygotowywano widza od początku seansu. Samo zakończenie również nie robi wielkiego wrażenia, zawodząc rozbudzone oczekiwania i nadzieje.

Jedni w brzuchach mają motyle, inni tajemnicze zwoje z pentagramami...
Strasznie żałuję, że ogromny potencjał Autopsji Jane Doe został zmarnowany. Grupa bardzo solidnych i doświadczonych aktorów, pomysłowy reżyser i ciekawe otoczenie, wydawały się gwarantować sukces nawet na polu bardziej ambitnego przedsięwzięcia. Trudno bowiem o lepsze warunki do stworzenia solidnego thrillera psychologicznego - ba, do pewnego momentu byłem przekonany, że Autopsja Jane Doe będzie zmierzała właśnie w tę stronę. Niestety w konsekwencji dostajemy tylko solidny horror filck, który w kilku momentach podrywa z fotela, ale nic ponadto. 

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Shaun Usher, "Listy Niezapomniane t. II"

Pamiętacie, że jeszcze nie tak dawno miałem okazję pisać o Listach Niezapomnianych? Recenzowany wówczas zbiorek bardzo ciekawej korespondencji, charakteryzującej się znaczną wartością historyczną, niesamowicie przypadł mi do gustu. Nie jest chyba wielkim zaskoczeniem, że postanowiłem zdobyć i przeczytać także drugą część epistolograficznego rarytasu. Problem w tym, że Tom II Listów Niezapomnianych jest boleśnie wręcz przeciętny.

Owszem, niektóre zalety przytaczane przy okazji opisu poprzedniej odsłony, wciąż zachowują swą moc - wszelkie przedstawienia graficzne i strona wizualna tej książki, nadal stoją na wysokim poziomie. Problem w tym, że same listy nie są już tak dobre, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej części. Nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, że teksty w tomie drugim, stanowią różnego rodzaju „odrzutki”, które ze względu na swą wątpliwą jakość, brak przesłania, miałkość i bezsensowność, nie znalazły się w pierwszej części.

Oczywiście, także i tu zdarzają się perełki, które mogą przypaść do gustu wielu czytelnikom. List Marge Simpson do Barbary Bush, fragment korespondencji Charlesa Bukowskiego z Johnem Martinem, czy też list Normana Mailera do ojca-hazardzisty, to kilka przykładów, które choć w niewielkim stopniu nawiązywały do wysokiego poziomu tomu pierwszego. Niestety teksty te giną gdzieś w morzu różnorakiego, niezbyt interesującego syfu.

Biorąc pod uwagę, że listów było ponad 120 (o ile dobrze pamiętam), a wybranie kilku interesujących przykładów zmusiło mnie do ciężkiej, co najmniej pięciominutowej pracy myślowej (w której nigdy nie byłem specjalistą), muszę przyznać, że to okropny średniak. Zapewne każdy znajdzie tu coś dla siebie - pytanie tylko, czy warto poświęcać swój czas na szukanie...


Moja ocena to:  5/10

niedziela, 4 czerwca 2017

Sharknado (2013)

Pisałem już o morderczych oponach i zabójczych bobrach, dlaczego więc nie odnieść się do robiącego furorę w gronie kinowych zboczeńców filmu, opowiadającego o tornadach wypełnionych krwiożerczymi rekinami? Przecież już sam tytuł sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z czymś ekstremalnym (ba, nawet ekstrementalnym), historią łączącą horror klasy z, komedię w klimatach sci-fi i kawał śmierdzącego, parującego...*niedopowiedzenie*

I jeżeli dokładnie tego się spodziewacie, to przyznam, że absolutnie nie będziecie rozczarowani. Uwaga, trzymajcie się mocno foteli, bo streszczam fabułę - tornado porywa z oceanu stado krwiożerczych rekinów. Rekiny wirują w trąbach wodnych poruszających się nad Los Angeles, po czym spadają na ulice miasta i zżerają ludzi (a raczej najsłabszych aktorów drugoplanowych, jakich dane Wam będzie kiedykolwiek zobaczyć). Science biatch...
Historia którą za chwilę obejrzycie, oparta jest na faktach...
Niestety przyjęta powszechnie przeze mnie długość publikowanych wpisów, nie pozwala wymienić wszystkiego, co w tym filmie jest złe. Kompletnie niezaangażowani aktorzy, którzy w co najmniej kilku scenach próbują powstrzymać śmiech na drugim planie, efekty CGI gorsze nawet niż w niesławnej Zielonej Latarni, idiotyczne dialogi, które byłby w stanie napisać niepełnosprawny szympans i do tego mnóstwo absurdalnego humoru, który, jak to ma w zwyczaju absurdalny humor, jednych rozbawi, innych stanowczo odrzuci.

Problem w tym, że ten film jest dokładnie taki, jak go zaplanowano. Jak można ocenić pracę reżysera negatywnie, skoro założeniem było stworzenie maksymalnie idiotycznej produkcji, której seans będzie możliwy tylko po spożyciu odpowiednich środków znieczulających? Przecież facet wywiązał się ze swojego zadania genialnie, tworząc tym samym głupią komedię o najgorzej animowanych rekinach w historii kinematografii.
Rekin-alpinista - pomyślcie ile czasu zajęło wytrenowanie bestii do tej sceny :D
Kiedyś przyjąłem bardzo ciekawy sposób podchodzenia do dzieł filmowych. Jako że głównym celem tych obrazów jest wywoływanie emocji, postanowiłem dobrze oceniać produkcje, które zapamiętam na długo i które pobudzają moją wrażliwość. Biorąc te kryteria pod uwagę, z czystym sercem przyznaję, że ogromna ilość zniesmaczenia, zażenowania oraz niechęci do każdej osoby zaangażowanej w stworzenie tego dzieła, to najsilniejsze emocje wywołane we mnie przez produkcję filmową, jakie mógłbym sobie wyobrazić. W dodatku nie wyobrażam sobie, iż obraz rekinów rozcinanych piłą łańcuchową, mógłbym kiedykolwiek wyrzucić z głowy. Dlatego też:

Moja ocena to: 8/10


PS. Oczywiście to ściema, bo strona techniczna filmu nie zasługuje nawet na jedynkę. Ale ocena cyfrowa jest doskonałym źródłem prowokacji, do której mam ewidentną tendencję. Także obejrzyjcie Sharknado i wtedy napiszcie mi, dlaczego film ten nie zasługuje na tak wysoką notę. I cierpcie razem ze mną, bo ta seria ma już cztery części. A prawdziwy fan wirujących rekinów nie może przecież odpuścić takiego seansu...