poniedziałek, 16 stycznia 2017

The Exorcist (2016) serial

Nie sądzę, by na świecie uchowało się zbyt dużo osób, które nie miały szczęścia obejrzeć Egzorcysty. Oczywiście nie tych śmiesznych kontynuacji, które nikogo nie obchodzą, ale tego jedynie słusznego, z 1973 roku. Obraz opętania młodziutkiej Regan MacNeil wrył się w zbiorową pamięć tysięcy miłośników kina grozy na całym świecie. Ba, nawet autorytety kościelne wskazywały, że choć Egzorcysta stanowi przesadzony obraz opętania, ukazuje w zasadzie rzeczywiste mechaniki działania mrocznych sił (o ile w ogóle ktoś w nie wierzy). Po czterdziestu trzech latach Egzorcysta powraca - tym razem w o wiele dłuższym, bo serialowym wydaniu.

Streszczenie fabuły chyba można sobie darować. Nie znajdziecie tu nic specjalnie odkrywczego - ot, kilku księży, mała rodzina, szatańskie opętanie i kilka pomniejszych głupotek pozwalających ślimaczyć się fabule przez kilka odcinków. Te niewielkie zmiany w stosunku do oryginału, na przykład rozszerzenie zakresu działania sił demonicznych, a nawet wprowadzenie niemal masowych opętań, udowadniają, że słusznym było zamknięcie oryginalnego Egzorcysty w dwugodzinną opowieść, bez próby niepotrzebnego przeciągania historii. Współczesna odsłona tej historii, nawet mimo dążeń do zaskakiwania widza w każdym odcinku, jest bowiem straszliwie monotonna.
Pośle Szczerba, prosimy opuścić salę sejmową!
I to chyba jedno z moich największych zastrzeżeń do tego serialu. Problemem opętania w Egzorcyście jest bowiem to, że jeśli widzieliście jedno z nich, w zasadzie widzieliście już wszystkie. Zmiany drobnych szczegółów, czy zastosowanie odrobinę zmodyfikowanych efektów specjalnych, nie są niestety w stanie uratować tempa tej opowieści. Nie oznacza to jednak, że Egzorcysty nie da się oglądać. Ba, w wielu momentach da się nawet z niego czerpać ogromną przyjemność.

Dzieje się tak głównie dzięki ogromnej brutalności tego serialu. Na szczęście nie starano się go na siłę ugrzecznić, więc wizualny obraz przemocy stworzony w XXI wieku, bije na głowę to, co można było stworzyć w roku 1973. Demoniczna charakteryzacja, obrażenia, krew, nienaturalnie wyginające się kończyny - wszystko to już znamy, ale tu zostało doprowadzone niemal do perfekcji. Pomijając drobne szczegóły, w których efekty specjalne zawodziły (upośledzona mewa, czy szczury popierdalające jak Spider-Man po kokainie), odwalono kawał naprawdę niezłej roboty.
Kiedy widzisz jak w Egzorcyście prezentuje się Geena Davis
Nie oznacza to jednak, że nowy Egzorcysta wyłącznie efektami specjalnymi stoi. Warto również zwrócić uwagę na doskonale odegrane role ojca Marcusa (przez doświadczonego Bena Danielsa), opętanej nastolatki Casey Rance (którą gra nieznana mi dotąd, ale szalenie utalentowana Hannah Kasulka) oraz towarzyszący ich popisom głęboki, demoniczny głos Davida Hewletta (Rodneya McKaya ze Stargate Atlantis). Trochę szkoda, że ich doskonałe role równoważy naciągnięta jak plandeka na żuku twarz Geeny Davis, która raz grała tak, jakby ten cały serial był poniżej jej godności, innym razem zaś tak, jakby chciała koniecznie udowodnić, że to właśnie ona jest najlepszą aktorką na planie (a niestety przez jej egzaltowane gesty i ton głosu było to dalekie od prawdy). Egzorcysta jest więc produkcją pełną zaskoczeń - demoniczne siły pozwalają wykazać się tu aktorom niemal nieznanym, udowadniając przy tym mierność artystyczną tych, na których widz mógł szczególnie liczyć.

Mimo tego, że wiele elementów nowego Egzorcysty nie trafiło w mój osobisty gust, uważam, że to całkiem niezły serial, z którym każdy fan oryginału powinien się zapoznać. Choć opętanie, po tylu lat wałkowania tego tematu w kinie grozy, nie wydaje się już tak straszne, wciąż tkwi w nim potencjał na całkiem przyzwoitą historię, której twórcy nie muszą się wstydzić. Pomijając nieliczne przestoje i kompletnie nieinteresujące wątki poboczne, samo jądro opowieści (niach, niach), wydaje się całkiem solidne i posiadające potencjał na angażującą opowieść.  
Trudno ukryć, że ten demon ma zajebiste poczucie humoru...
Biorąc pod uwagę, iż dostrzegam w tym serialu niemal tyle samo wad, co zalet, ale sam seans okazał się zaskakująco zabawny, ocena może być tylko jedna. To serial dobry, być może nieco powyżej średniej. Niestety nie wykorzystuje on swego potencjału na bycie czymś bardzo dobrym, co potwierdzają zresztą mierne jak dotąd wskaźniki oglądalności nowego Egzorcysty. Prawdopodobnie nie będzie nam dane zapoznać się z drugim sezonem tej produkcji, więc pozostaje się cieszyć z tego, co dotąd zaoferowano fanom horrorów.


Moja ocena to: 6.5/10

wtorek, 10 stycznia 2017

Ryszard Legutko - "Triumf Człowieka Pospolitego"

W czasach gdy stery władzy dzierżą marynarze z Prawa i Sprawiedliwości, niezbyt popularnym musi być pozytywne wypowiadanie się o książce jednego z czołowych polityków tej partii. Profesor Ryszard Legutko nie jest bowiem zwykłym, szarym obywatelem zainteresowanym rozkładaniem na części systemów współczesnej władzy, ale także ich aktywnym partycypantem. Dziś europoseł, dawniej minister edukacji narodowej, konserwatysta zainteresowany historią filozofii oraz filozofią polityczną - trudno wyobrazić sobie lepsze CV, uprawniające do stworzenia książki analizującej różnice pomiędzy socjalizmem i liberalną demokracją. A jednak ze względu na kontrowersje dotyczące przynależności partyjnej oraz nieprzystające do współczesnego świata poglądy Ryszarda Legutko (to akurat komplement), nie jest on osobą dysponującą medialną siłą przebicia, która należałaby mu się wyłącznie przez wzgląd na jakość prezentowanej twórczości.

Trudno jednak ukryć, iż „Triumf Człowieka Pospolitego” broni się sam. I choć autor w żadnym momencie nie próbuje ukrywać swoich, często dość śmiałych poglądów, oferuje przy tym szalenie satysfakcjonującą zabawę intelektualną. Biorąc na warsztat dwa, wydawałoby się krańcowo różne systemy, stara się wskazać na ich podobieństwa. W bardzo przekonujący sposób udowadnia tezę, iż liberalna demokracja jest w zasadzie bliskim sojusznikiem socjalizmu i  tak jak socjalizm niesie ze sobą podobne zagrożenia, posiada te same wady oraz bardzo chętnie powiela błędy, które doskonale znamy z historii socjalizmu. Interesujące spojrzenie na tę kwestię opatrzone jest również odpowiednimi zastrzeżeniami na temat różnic obu systemów, co sprawia, że autora trudno zaklasyfikować jako ignoranta widzącego rzeczywistość w czarno-białych barwach.

Największym problemem „Triumfu Człowieka Pospolitego” jest niesamowity pesymizm bijący z tej książki. Choć mając otwarte umysły sami możemy zaobserwować, iż wiele negatywnych elementów demokracji liberalnej (ubożenie człowieka pod względem kulturowym, uniwersalizacja zachowań, rezygnacja z poszukiwania nowych rozwiązań, alienacja ludzi myślących innymi niż powszechnie przyjęte schematami) już dziś ma ogromny wpływ na życie całego społeczeństwa, Ryszard Legutko nie widzi wyjścia z tego błędnego koła. Nawet przedstawiając alternatywę w postaci odbudowania prestiżu kościoła, który mógłby balansować wszechobecny liberalizm, uważa, że jest już na to za późno. Podkreśla przy tym jak daleko posunięto się w procesie budowania nowego, liberalnego człowieka, zawłaszczając i ideologizując szkoły, uniwersytety, artystów, czy nawet rodziny.

Choć z wieloma poglądami Ryszarda Legutko można się nie zgadzać, lektura jego książki z całą pewnością skłania do pewnych przemyśleń. Mam świadomość, że wielu z Was skupi się właśnie na tym elemencie dotyczącym kościoła (a trzeba przyznać, że w ostatnich latach społeczeństwo polskie zostało silnie zantagonizowane wobec tej instytucji) i będzie to błąd. W ten sposób wydaje się bowiem umykać najważniejsze przesłanie płynące z rozważań autora - liberalna demokracja zabija twórczego ducha, tworzy społeczeństwo masowe, upraszcza życie tak bardzo, że szansę na odnalezienie się w jego strukturach mają przede wszystkim osoby szare, przeciętne, pozbawione aspiracji. W świecie większości zaczyna brakować miejsca dla ekscentryków, którzy dawniej mogli znaleźć schronienie choćby w działalności artystycznej, czy twórczości naukowej. Dziś przestaje być to możliwe, co stanowi konkluzję dość przygnębiającą.

Szczerze mówiąc nie sądzę, by opisywana książka mogła zmienić czyjekolwiek życie, czy zmodyfikować sposób patrzenia na świat. Ale już sam fakt, że skłoni Was do gry intelektualnej, polegającej na próbie znalezienia innych rozwiązań, niż te które obecnie dominują w polityce, będzie stanowiło małe zwycięstwo jej autora. Bo przecież nie chodzi o to, żeby każdy mógł podzielać opinię swojego idola, ale żeby wznieść się na wyżyny znalezienia własnej ścieżki (co nie ma nic wspólnego z zażywaniem narkotyków). Choć była to trudna lektura i nie podzielałem wielu opinii Ryszarda Legutko, muszę przyznać, że jestem z niej zadowolony - to jedno z najciekawszych i zaskakująco ubogacających doświadczeń, z jakimi miałem okazję się zetknąć, czytając o czymś tak nudnym jak polityka.


Moja ocena to: 7/10

sobota, 7 stycznia 2017

Joe Hill - "Nos4a2"

Joe Hill, z którym spotkałem się już przy okazji recenzowania Rogów, postanowił po raz kolejny udowodnić, że jest w stanie dorównać twórczości swojego ojca - Stephena Kinga. Tworząc obszerną opowieść Nos4a2 przyświecał mu jeden cel - przedstawienie świąt Bożego Narodzenia w krzywym, horrorowym zwierciadle. Trzeba przyznać, że to niezwykle ciekawy koncept, z którym dotąd nigdy się nie spotkałem. Pytanie tylko, czy wokół tego pomysłu można zbudować pełną akcji, ponad siedmiuset stronicową powieść, która zdoła utrzymać w napięciu od początku do samego końca?

Fabuła została stworzona przy pomocy schematu znanego wszystkim czytelnikom starszego z Kingów. Wylosuj groźnego złoczyńcę (Charles Manx), dodaj do tego bohaterkę z problemami (Victora McQueen), jakiegoś mało znaczącego przydupasa (Lou Carmody), czy choćby nastoletnie, bezbronne, ale odważne dziecko (Bruce Wayne Carmody). Stwórz mroczny świat alternatywny (Gwiazdkowa Kraina), albo dorzuć jakiś opętany przedmiot (Rolls Royce Wraith z 1938). Jeżeli dodasz do tego jeszcze kilka pomniejszych, niewytłumaczalnych zjawisk, nie ma szans, by nie wyszedł Ci z tego kolejny bestseller. Przyznaję, że jestem troszeczkę rozczarowany - zwłaszcza, że wcześniej wydane przez Joe Hilla Rogi, wydawały mi się czymś znacznie oryginalniejszym.

Oczywiście nie oznacza to, że Nos4a2 uważam za powieść totalnie złą. Po raz kolejny dostajemy bowiem bardzo charakterystycznych bohaterów, z którymi łatwo się utożsamiać (nie wiedzieć czemu zwłaszcza leniwy grubas Lou Carmody przypadł mi do gustu), ciekawą charakterystykę świata alternatywnego oraz wartką fabułę, pozwalającą wsiąknąć w realia życia świątecznych wampirów na długie godziny. I choć początkowo miałem problem z mobilizacją do czytania Nosferatu, ostatnie dwieście stron pochłonąłem w jeden dzień - nawet pomimo tego, iż w dużej mierze było to zakończenie schematyczne, przewidywalne i w żadnej mierze nieodbiegające od pozostałych horrorów wydawanych przez starszego członka (niach, niach) tej zacnej rodziny.

Muszę przyznać, że czytałem już kilka bardzo podobnych horrorów (otoczenie świąteczne w moim przypadku nie zmieniło zbyt wiele w odbiorze tej powieści). Niektóre z nich po dziś dzień wydają mi się lepsze (To), inne o wiele gorsze (Bastion). Jeśli jednak jesteś w stanie przełknąć często powtarzające się, generyczne dialogi, niezręczne teksty wynikające z tłumaczenia oryginału na język polski (niech będą przeklęte wszystkie idiotyczne rymowanki), czy schematyczność wielu elementów tej wampirzej opowieści, możesz bawić się całkiem nieźle. Choć musiałem nieco zagryźć swoje wampirze kły, sam bawiłem się stosunkowo (niach, niach) dobrze. Zwłaszcza zbliżając się do finału historii.

Czy polecam? Z całą pewnością nie z czystym sercem. To nie będzie książka, która spodoba się każdemu. Miłośnicy horrorów oraz twórczości Stephena Kinga raczej nie powinni czuć się zawiedzeni. Dostaną oni po prostu więcej tego, co już nieźle znają. Dla ludzi poszukujących większych zaskoczeń i głębszych doznać czytelniczych, nie będzie to z pewnością nic interesującego. Ja zaś jestem gdzieś pomiędzy tymi grupkami. Uważam, że Nos4a2 to naprawdę dobra książka. Ale biorąc pod uwagę moje oczekiwania, być może to zaledwie dobra książka...


Moja ocena to: 6/10

piątek, 23 grudnia 2016

Joe J. Heydecker, Johannes Leeb - "Proces Norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem"

Święta za pasem, więc żeby wprowadzić się w ten szczególny nastrój, sięgnijmy po książkę o...zbrodniarzach nazistowskich. No dobra, może nie jest to pozycja szczególnie pasująca do wigilijnego stołu, ale przecież naziści są dobrzy na każdą okazję. Uściślając tę myśl - czytanie o nazistach w tak dobrym wydaniu, jest dobre na każdą okazję.

Nie będę chyba zbyt odkrywczy, gdy napiszę, iż książka stanowi streszczenie najważniejszego procesu sądowego w XX wieku. Zbrodnie popełnione przez reżim pod kierownictwem Hitlera, Himmlera, Goeringa, Goebbelsa oraz reszty wesołych krasnoludków, budzą przerażenie po dziś dzień. Opisywana pozycja stanowi nie tylko próbę rozliczenia nazistowskich zbrodniarzy, ale także opis warunków w jakich podejmowano decyzję, co do ich dalszych losów. Przeczytacie tu więc zarówno o faktach dobrze Wam znanych z lekcji historii (np. o tym jak odbywał się proces zagłady żydów), jak i o ciekawostkach mniej powszechnych (np. o tym jak poszczególni zbrodniarze zachowywali się w czasie procesu, czy w jaki sposób przyjmowali wyroki).

Przyznam, że ta pozycja jest moją faworytką, w konkurencji na najlepszą książkę historyczną przeczytaną w tym roku. Dzięki jej autorom otrzymujemy masę faktów, podanych w niezwykle prosty i przejrzysty sposób, ciekawostki o których nie zwykło się głośno mówić oraz najbardziej aktualne źródło danych, jakie można znaleźć na temat procesu norymberskiego. O dziwo twórcom udało się również odpowiedzenie na wszystkie pytania, które czytelnik mógłby sobie ewentualnie zadawać - jaki był stosunek skazanych do religii? Jak podchodzili do fuhrera? Jakie były dalsze losy oskarżonych w procesie norymberskim oraz sędziów, adwokatów i prokuratorów prowadzących te postępowania? Wszystkie te pytania doczekają się chociaż częściowych odpowiedzi. Ponadto styl i umiejętności literackie autorów wystarczyły, by książkę miejscami czytało się jak naprawdę niezłą powieść.

Nie będę się zbytnio rozwodził nad wadami (których prawie nie dostrzegłem), ponieważ mam świadomość, że jesteście zajęci sprzątaniem, ubieraniem choinek, lepieniem uszek, czy biciem się o karpia w osiedlowym sklepiku. Dlatego też na tym skończę - jeśli interesuje Was ten temat, albo chociaż chcielibyście kiedyś zacząć swą przygodę z książkami historycznymi, możecie śmiało zaczynać od tej.

Moja ocena to: 8/10


Nieco zmieniając temat - życzę Wam wszystkim zdrowych i pogodnych świąt. Mam nadzieje, że będą one wystarczająco przyjemne, nawet jeśli nie spędzicie ich z hitlerowskimi oprawcami...

niedziela, 18 grudnia 2016

Danka Markiewicz - "Matera 2019"

Wciąż nie jestem przekonany do coraz powszechniejszej opinii, iż wszystkie dzieła wydane w formie tzw. self-publishingu, powinny spłonąć w ogniach piekielnych. Niestety moje dotychczasowe doświadczenia wskazują, że nieprędko spotkamy polskiego Johna Locke’a. Do zmiany tej opinii z pewnością nie przyczyni się także „Matera 2019”, opublikowana przez mieszkającą we Włoszech Dankę Markiewicz.

Matera 2019 odstraszyła mnie już w momencie, gdy zapoznawałem się z jej opisem. „Powieść-parabola”, „alegoria”, „akceptacja życia” - dużo trudnych słów, które jestem w stanie zaakceptować, gdy pod książką podpisuje się Dostojewski, Philip K. Dick, czy choćby Myśliwski. Po autorach rozpoczynających swą przygodę ze światem literatury, nigdy nie oczekiwałbym tak ambitnej próby. Sukces podobnego przedsięwzięcia wydaje mi się niemal niemożliwy do osiągnięcia. Dlatego też bardzo sceptycznie podchodziłem do nietypowego świata post-apo stworzonego przez autorkę oraz snutych przez nią filozoficznych rozważań dotyczących przyszłości rodzaju ludzkiego.

Zacznę jednak od nielicznych elementów, które przypadły mi do gustu. Przede wszystkim podoba mi się świat wykreowany przez autorkę. Post-apokaliptyczne, skażone promieniowaniem Włochy, to oryginalne środowisko, z którym dotąd nie spotkałem się w literaturze tego typu. Z całą pewnością świat ten wygląda na żywy i kierujący się logicznymi zasadami - tło powieści stanowi więc element, do którego nie mam żadnych zastrzeżeń. W takim otoczeniu zdecydowanie mogłaby się toczyć akcja bardzo dobrej powieści...ale...

...w celu stworzenia dobrej powieści, przydałaby się także dobra fabuła. A ta, nawet biorąc pod uwagę, że powieść jest alegorią, wydaje mi się nie mieć większego sensu. Znaczna część tej króciutkiej książeczki, to próba zbudowania realnego świata - sama zaś akcja i wydarzenia rozgrywające się na naszych oczach, zostały potraktowane po macoszemu. Bohaterka Gaia, żyjąca w świecie chorych i umierających (skutki promieniowania), którzy postanowili godnie przyjąć swoje cierpienie, styka się z członkiem zupełnie innej społeczności, zdecydowanie silniejszej, ale korzystającej z kontrowersyjnych metod przeszczepu organów. Problem w tym, że z tego spotkania zbyt wiele nie wynika, choć wokół niego budowana jest najistotniejsza część fabuły. Gaia zostaje wprawdzie „porwana” przez tajemniczego mężczyznę, ale nie prowadzi to do żadnej ostatecznej konkluzji - być może prócz takiej, że lepiej godnie przyjąć cierpienie niż kontrowersyjnymi metodami walczyć o lepszy świat?

Problemem powieści jest to, że nawet jako alegoria powinna być ona spójna i odpowiadać na najważniejsze pytania, które mógłby sobie postawić czytelnik. A Matera 2019 zwyczajnie tego nie robi. Po co wprowadzono wątek z opowiadaniem sobie filmów? Czemu miało służyć zastosowanie motywu żywienia się tajemniczą praną? Czy zachowanie tajemniczego mężczyzny nie było słuszniejsze, niż nieustannie cierpiącej społeczności, której częścią była Gaia? Jaki sens miały dialogi prowadzone przez bohaterkę z przywódcą  jej społeczności oraz tajemniczym Riddickiem, skoro nic konkretnego z nich nie wynikało? W książce liczącej niespełna sześćdziesiąt stron, zadawanie tak wielu pytań o zasadność niektórych zdarzeń, z pewnością budzi niepokój.

Niestety problemem okazała się również korekta Matery. Zdarzało mi się czasem trafiać na błędy stylistyczne, które w tego typu dziełach, zapewne nigdy przez nikogo nie sprawdzanych, są czymś powszechnym. No i ta okładka - nie wiem, czy w życiu widziałem coś brzydszego, a wierzcie mi, że przez te kilka lat na ziemskim łez padole, miałem wiele koleżanek o kontrowersyjnej urodzie.


Podsumowując: nawet mimo ciekawego świata stworzonego przez autorkę oraz kilku momentów, w których rzeczywiście byłem zaciekawiony dalszym rozwojem akcji, Matera 2019 nie jest dobrą książką. Niejasne i niewyjaśnione wątki, bardzo prosty przekaz w niepotrzebnie skomplikowanej formie, mało satysfakcjonujące zakończenie oraz różnego rodzaju wady techniczne sprawiają, że nie mogę jej nawet uznać za coś przeciętnego. Matera 2019 jest dość słaba i jeśli mam być szczery - odradzam tracenie na nią czasu. 

Moja ocena to: 4/10

środa, 14 grudnia 2016

Prezentowo - święta 2016

Za pasem święta - czas zjednoczenia, miłości, uniesień religijnych, ale przede wszystkim - PREZENTÓW! Tak, jak słusznie przypuszczaliście nie jestem zdolny do żadnych uczuć wyższych, więc ten post będzie dotyczył wyłącznie paczuszki, którą otrzymałem od Eweliny (rozpoznawanej także jako Lara) i Ani znanej w niektórych kręgach pod pseudonimem Wiedźma (nie pytajcie w jakich kręgach, nie chcielibyście się zadawać z tymi ludźmi...).

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zaskakujący brak obory - szczególnie biorąc pod uwagę, że paczkę przygotowały dwa najbardziej zbrodnicze umysły XXI wieku. Ba, przez chwilę wątpiłem nawet, iż paczka przyszła od Eweliny, bowiem jej zewnętrzna warstwa nie była w całości opierdolona taśmą klejącą.

Moje zdziwienia szybko ustąpiło, gdy odkryłem, że pod spodem znajduje się jeszcze jeden papier owinięty kolejną warstwą taśmy. Na szczęście była to już ostatnia część paczki-matrioszki.

Pod tonami papieru znajdował się bowiem ten karton. Wstawiam zdjęcie kartonu, gdyby ktoś zastanawiał się, jak wygląda karton.

Teraz rzeczy najważniejsze, czyli zawartość paczki. Zacznijmy od elementów, które dezaktualizują się najszybciej:
Oto oreo, którego już nie ma...

... i kilogram żelek, których wkrótce nie będzie.

Do tego oczywiście czekolada i kolejne żelki. Uwagę może przykuwać także uwięziony w śnieżnej kuli renifer, przypominający lokalnego dilera narkotykowego. Z prezentu jestem tym bardziej zadowolony, iż będę mógł bez skrępowania przyznać, iż spędzam dzień na bawieniu się swoimi kulami (to już moja druga) i nikt nie będzie mógł mieć do mnie pretensji...

Najpiękniejsze życzenia świata od dziewczyn - jedna mnie całuje, druga życzy mi dużo seksów, więc nadchodzący rok musi być dobry...

W paczce, jak podkreśliła Ewelina znalazła się ogromna część kolekcji Riczerów (na których swoją drogą zaczyna mi brakować miejsca), czyli zapas czytelniczy na co najmniej dwa miesiące...

...oraz trzy tajemnicze paczuszki, zapakowane w papier - trzy książkowe prezenty niespodzianki.

Pierwszym z nich (być może w nawiązaniu do tych erotycznych życzeń), jest Johny Porno. Nie mam pojęcia, czy dziewczyny chcą zrobić ze mnie jakiegoś zboczeńca, ale jeśli tak to ma się odbywać, to nie mam nic przeciwko.

Drugi tytuł, to ponoć świetna powieść  historyczna - prawdziwa cegła, czyli „Bracia Hioba”. Po rozpakowaniu tej pozycji byłem pewien, że święta mam z głowy i to właśnie ją będę czytał w przerwie między karpiem i kapustą z grzybami...

...ale jak się okazuje, czytał będę „Nos4a2” - ponieważ trudno o lepszy okres na zapoznanie się z tą powieścią, niż właśnie święta.

Nie przedłużając: serdecznie dziękuję za tę paczuszkę (szczególnie za część, której jeszcze nie zjadłem), którą podziwiał będę jeszcze przez bardzo długi czas (w przerwach od zabawy kulami). Po raz kolejny udowodniłyście, że jesteście moimi mistrzyniami...
...a no i jeszcze kucyk, którego przecież nie mogło zabraknąć...


...i jakieś erotyczne zabawki w kształcie pentagramu, które po złożeniu mają służyć przywoływaniu demonów...albo być świecącą w ciemności gwiazdką - jak złożę, to dam znać, co się stało ;)

Raz jeszcze serdecznie dziękuję dziewczyny - jak to mawiają chujowi tłumacze - zrobiłyście mi dzień ;)

środa, 7 grudnia 2016

Stranger Things (2016)

Widzieliście zwiastun Stranger Things? Jeśli tak, to Wam nie zazdroszczę. Kilkuminutowa zajawka niestety nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia  i jedną z najnowszych produkcji Netflixa postanowiłem obejrzeć w przyszłości. W bardzo dalekiej przyszłości. Na przeszkodzie stanęły jednak niezliczone pozytywne opinie krążące po sieci oraz całkowita niechęć do zajęcia się czymkolwiek pożytecznym. Gdy bowiem alternatywą jest nauka i praca, każda wymówka wydaje się sensowna...

Stranger Things nie zrobił jednak na mnie dobrego wrażenia. Nie sprawił mi ogromnej radości, ani nie rozbawił - bardziej zasadnym byłoby stwierdzenie, iż ten serial mnie zaczarował. Nie byłem w stanie oderwać się od śledzenia fabuły, z niecierpliwością oczekiwałem na czas, gdy zasiądę do kolejnego odcinka, z całą mocą zaangażowałem się w losy bohaterów, których dane mi było oglądać, zostałem opętany...
Jim Hopper - pierwsza ofiara predatora, czy komendant policji w Indianie? Hmmm...raczej to drugie, ale sprawa jest otwarta...
Fabuła nawiązuje poniekąd do klasyków kina lat 80-tych. Odrobina kina familijnego w stylu E.T. została wymieszana w ogromnym kotle z kinem grozy Carpentera oraz książkowymi horrorami w stylu „Podpalaczki” Stephena Kinga. O dziwo nie tylko sprawdza się to doskonale, ale przy jednoczesnym oddawaniu hołdu klasykom, tworzy coś kompletnie nowego, odświeżającego. Dziewczynka z supermocami? Jest. Potwór niczym maszkary z obcego? Obecny. Alternatywna rzeczywistość? Odhaczone. Dzieje się tu tak wiele, a wydarzenia rozgrywają się w takim tempie, że dalsze streszczanie fabuły wydaje się nie na miejscu. Wiedzcie jedno - choć nie gwarantuje ona głębszych przemyśleń filozoficznych, to z całą pewnością zapewni tony świetnej zabawy tym, którzy tęsknię do kinematografii sprzed lat. Nie wspomnę już o zabawie z odkrywaniem wielu motywów na własną rękę - plakatów na ścianach, muzyki grającej w radiach, całych segmentów produkcji, w których akcja zorganizowana została na wzór klasycznych poprzedników. Do tego z każdym odcinkiem Stranger Things serial wydaje się dojrzewać. Staje się coraz mroczniejszy, a rzeczy o które nie podejrzewałbym scenarzystów rozgrywają się na naszych oczach. Tak właśnie powinno się robić seriale rozrywkowe dla szerokiego grona odbiorców.
Najszczerszy uśmiech w serialu telewizyjnym od lat - żądamy powrotu tego aktora w następnym sezonie...może wciąż nie mieć zębów.
A wady? Cóż - brak. W swojej kategorii to jedna z najlepszych rzeczy jaka powstała. Unikalna, zabawna, w dużej mierze uniwersalna. Muzyka jest świetna. Zakończenie choć niejednoznaczne i tajemnicze, mogłoby z powodzeniem zamykać całą opowieść. Sprawia iż widz pozostaje w napięciu, mimo obejrzenia napisów końcowych - bardzo lubię takie podejście twórców.

Przyznam że dla mnie pierwszy sezon Stranger Things stanowi pewną zamkniętą historię. Dlatego choć twórcy zostawili sobie furtkę do stworzenia następnego sezonu, nie zamierzam wyczekiwać na niego w ogromnym napięciu. Już pierwsza odsłona cyklu wydaje mi się bowiem czymś kompletnym, skończonym. W dodatku przyniosła mi tak wiele zabawy, że nie wiem jakim sposobem można by powtórzyć ten sukces.
Ellen Ripley, czy Jack Torrance? Cóż - nikt nie mówił, że będzie łatwo...
Podsumowując - serdecznie polecam Wam ten serial, jeśli jeszcze nie mieliście okazji go zobaczyć. Choć zauważyłem w nim pewne niedociągnięcia wynikające z zatrudnienia kilku bardzo młodych aktorów, to jednocześnie wydaje mi się, że nawet one nadawały tej produkcji charakteru. Widzicie co ze mną zrobił ten cholerny serial?! Nie jestem nawet w stanie przyczepić się do słabego aktorstwa jakichś dzieciaków... Tak...niestety zostałem kompletnie zdemoralizowany przez Netflixa. Po prostu musicie to obejrzeć!


Moja ocena to: 9/10