wtorek, 14 lutego 2017

Marcin Ogdowski - "Z Afganistanu.pl. Alfabet Polskiej Misji"

Marcin Ogdowski nie jest laikiem w kwestii wojny w Afganistanie. Kilkukrotne wyjazdy oraz przebywanie wśród „misjonarzy”, pozwoliły mu przedstawić perspektywę konfliktu w sposób diametralnie różny od tej kreowanej za pośrednictwem oficjalnych, rządowych informacji. I to jest chyba największa siła tej książki - Alfabet Polskiej Misji pozwala rzucić okiem na codzienne, zwykłe życie żołnierza polskiego w afgańskich bazach i poza nimi.

Wydaje mi się, że to całkiem niezła książka, pozwalająca „wsiąknąć” w ten brudny klimat wojenny (bzdury o stabilizacji chyba już każdy włożył między bajki). Umożliwiająca poznanie namiastki języka, jakim posługują się wojskowi, dająca szansę dowiedzieć się jakie uzbrojenie jest przez nich szczególnie cenione, czy choćby poczytać jak spędzają oni swój wolny czas. Reporterska praca Ogdowskiego polega na bardzo wyważonym przedstawianiu życia codziennego w Afganistanie, wymieszanego z emocjonującymi i pełnymi napięcia, patosu, czy po prostu tragedii opisami sytuacjami znanymi z bardzo klasycznych reportaży wojennych. Dodatkowo książeczka opatrzona jest licznymi, często bardzo dobrymi i poszerzającymi horyzont czytelnika, zdjęciami wykonanymi przez autora książki.

Problem leży jednak w długości całej historii. Choć mam świadomość, że powinna liczyć się jakość, a nie ilość, jestem szalenie zawiedziony rozmiarem tej lektury. Około 240 stron, wśród których znaczną część stanowią zdjęcia, to ogromny zawód dla każdego, podobnego mi czytelnika. Ta książka jest o tyle ciekawa, że w żadnym miejscu nie można nazwać jej złą, ba, niektóre fragmenty głęboko zapadają w pamięć. Gdy odłożysz ją jednak na półkę masz wrażenie, że nie jest to pełny obraz konfliktu w Afganistanie. Że niemal każde hasło afgańskiego alfabetu było nie tylko strasznie kompaktowe, ale i nie do końca przeanalizowane, tylko częściowo rozwinięte. Gdy sięgam po podobne lektury, zwykle odnoszę wrażenie, że są to pozycje dla tych, którzy właściwie niespecjalnie lubią czytać. Prosty, żołnierski język, maksymalnie skondensowane informacje, mnóstwo zdjęć i voila - reportaż wojenny gotowy.

I teraz wobec tej wady, która w moim mniemaniu znacznie obniża noty książki Ogdowskiego, nie sposób odmówić jej ważności, poruszania istotnych tematów i trafnego analizowania sytuacji w jakiej znaleźli się żołnierze (zarówno pod względem społecznym, politycznym, czy ekonomicznym). Szkoda że wszystko było takie...uproszczone. Mam świadomość, że wielu czytelników uzna wymienione przeze mnie wady, za cechy nobilitujące reportaże wojenne, ale ja nie jestem jednym z nich i po tej lekturze nie jestem w stanie pozbyć się uczucia lekkiego rozczarowania.


Moja ocena to: 6/10 

wtorek, 7 lutego 2017

Nigel Warburton - "Krótka historia filozofii"

Nie jestem najszybszą, czytelniczą maszyną w tym kraju. Dlatego też korzystam z każdej okazji, by napisać parę słów o tym, co zdarzyło mi się przekartkować. Dziś będzie więc o książce, która prawdopodobnie nie zainteresuje zbyt wielu z Was. Sam pewnie również nie rzuciłbym na nią okiem, ale ze względów czysto utylitarnych zostałem zmuszony do jej zakupu i jak najszybszej lektury. I cóż - mam bardzo mieszane uczucia.

Z jednej strony „Krótka historia filozofii” oferuje dokładnie to, co zapowiada. To bardzo ogólny opis koncepcji filozoficznych, które rozwijały się na przestrzeni lat. Założenia teoretyczne sformułowane przez wielkich myślicieli - od Sokratesa do Petera Singera - zostały tutaj mocno skondensowane, odpowiednio okrojone oraz opatrzone licznymi przykładami, umożliwiającymi łatwiejsze zrozumienie omawianych treści. Z poruszania problemów bardziej skomplikowanych, często rezygnowano zupełnie.

Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że jest to bardzo dobra pozycja dla laików w temacie filozofii. Błyskawiczna podróż przez najistotniejsze rozważania filozoficzne w znanej nam historii, okazuje się stosunkowo łatwa, przyjemna i...zaskakująco łatwa do zapomnienia.

I tu właśnie zaczyna się mój problem. Ze względu na to, że szalenie łatwo się rozpraszam, mam słabą pamięć i biorąc pod uwagę wiele osób z mojego otoczenia, jestem najzwyczajniej w świecie głupi, nie zdołałem przyswoić zbyt wielu informacji, które mogą okazać się dla mnie istotne. Zastanawiam się, czy problem tkwi w nadmiernie uproszczonej strukturze książki, która nie zostawia zbyt wiele miejsca na refleksję, czy raczej (co bardziej prawdopodobne) w moim podejściu do tematu. Błyskawiczna lektura to oczywiście wielka zaleta, ale niekoniecznie dotyczy to zagadnień związanych z filozofią.

Ponadto zabrakło tu bardziej globalnego spojrzenia na filozofię. Niestety nie spotkałem tu żadnych informacji na temat kultury islamu, którymi byłem bardzo zainteresowany, czy też opisów dotyczących filozofii dalekiego wschodu, które na szczęście są dla mnie tymczasowo nieistotne...

Mimo to uważam, że dla ludzi dopiero zapoznających się z tematem, jest to bardzo dobry wstęp do dalszych poszukiwań. W końcu od czegoś trzeba zacząć, a nie wyobrażam sobie mniej skomplikowanego wprowadzenia w niezwykle złożony świat filozofowania.

Moja ocena to: 6,5/10

środa, 1 lutego 2017

Lawrence Wright - "Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary"

Zielonoświątkowcy, Mormoni, Stowarzyszenie Chrześcijańskiej Nauki, Świątynia Ludu Kościoła Pełnej Ewangelii, Kościół Szatana - to tylko niektóre organizacje religijne istniejące w Stanach Zjednoczonych, w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Trzeba przyznać, że Amerykanie są narodem, który szczególnie mocno zdaje się dbać o swoje wartości duchowe. Co z tego, że taka higiena duchowa często oparta jest na idiotycznych, absurdalnych wręcz założeniach? Ważne jest zbawienie i robienie hajsu na idiotach. W ten schemat doskonale wpisuje się kościół scjentologiczny.

Scjentologia wydaje się aspirować do miana religii naukowej. Jej założenia wynikają z głębokich przemyśleń Lafayette’a Rona Hubbarda, autora setki opowiadań fantastycznych i sci-fi. Skomplikowana teoria dotycząca powstania wszechświata, cyklu wcieleń, czy możliwości ludzkiego umysłu doprowadziła do powstania organizacji o najbardziej bzdurnych podstawach, jakie można sobie wyobrazić. Mieszanina psychologii, buddyzmu, wielorakich inspiracji okultyzmem i mistycyzmem stworzyła jednak świetną maszynkę do robienia pieniędzy. Ba, oszustwo Hubbarda było tak doskonałe, iż na pewnym etapie życia nawet on zdołał w nie szczerze uwierzyć...

Czytanie o scjentologii początkowo okazało się szalenie zabawne. Tysiące osób o kontrowersyjnej inteligencji gotowych podpisać kontrakty zobowiązujące ich do miliarda lat służby dla Hubbarda, podstawy wiary przypominające książkę sci-fi oraz charakterystyczny dla wysoko postawionych scjentologów egoizm, stanowiły niezwykle zabawne świadectwo ludzkiej głupoty. Problem w tym, że książka z czasem odsłaniała także mroczniejsze oblicze działalności Hubbarda i spółki. Obozy rehabilitacyjne dla odstępców od wiary (przypominające obozy pracy), wykorzystywanie ekonomiczne członków organizacji, przemoc fizyczna i psychiczna stosowana przez charyzmatycznych przywódców (obecnie jest to David Miscavige, choć stosowane przez niego metody wciąż są bardzo podobne), prześladowania osób, które postanowiły odejść z kościoła (śledzenie ich i zastraszanie ciągłymi pozwami sądowymi), czy wreszcie propagowanie potencjalnie szkodliwych wzorców zachowań - konieczności odstąpienia od stosowania leków psychotropowych oraz leczenia psychiatrycznego. I w centrum tego wszystkiego propagujące scjentologiczne wyznanie gwiazdy, takie jak szalenie przeceniany Tom Cruise, John Travolta, czy Will Smith.       

Muszę przyznać, że z czasem opowieść snuta przez Lawrence’a Wrighta, stawała się bardziej szokująca niż zabawna. Zdecydowanie nie doceniłem też głupoty ludzkiej - okazuje się, że nawet wśród ludzi z wysokich sfer jest ona całkiem głęboko zakorzeniona. Zgoda na kierowanie swoim życiem, wiara w kompletne idiotyzmy oraz niedostrzeganie cierpienia innych ludzi wokół siebie, stały się dla wielu hollywoodzkich gwiazd specjalnością. I wszystko w imię zmienianie świata na lepszy - nicely done.

Szczerze polecam tę książkę każdemu. To zarówno zbiór świetnych historii obyczajowych, jak i doskonały opis mechanizmu działania wszelkich sekt, ukrywających się pod płaszczykiem religii o naukowych podstawach. Szczególnie optymistyczne są tu jednak historie takich ludzi jak aktor Jason Beghe, czy znany scenarzysta Paul Haggis, którzy po kilkuletnich przygodach ze scjentologią byli gotowi porzucić swych „przyjaciół” i opuścić sektę urywając wszelkie kontakty z osobami w niej zrzeszonymi. W dodatku opowiedzieli co nieco o scjentologach narażając się na ogromne nieprzyjemności ze strony szalenie bogatego kościoła i jego prawników. Daje to pewną nadzieje, że nigdy nie jest za późno, by zacząć samodzielnie myśleć.

Moja ocena to: 8/10


Chyba żaden inny członek Kościoła nie czerpie z przynależności do niego tak wielu korzyści materialnych jak Cruise - co zarazem obciąża go szczególną odpowiedzialnością moralną za poniżenia spotykające członków Sea Org (kasty „kapłańskiej” kościoła), czasem zresztą bezpośrednio związane z jego obecnością w kościele” - takie stwierdzenie pada w ostatnim rozdziale książki Wrighta i po tej szokującej lekturze, naprawdę trudno się z nim nie zgodzić. Co więcej jest to również kolejny dobry powód (każdy jest dobry), żeby za Cruise'm nie przepadać...    

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Lee Child - "Poziom Śmierci"

Poziom Śmierci, to moje kolejne spotkanie z Jackiem Reacherem, które tym razem doszło do skutku dzięki uprzejmości mojej osobistej sponsorki z Wrocławia. Powrót emerytowanego żandarma US Army, to więcej tego, co zostało zaoferowane czytelnikom w pozostałych częściach serii.

Jeśli chodzi o fabułę mamy więc małe amerykańskie miasteczko, piękną kobietę, tajemnicze morderstwa oraz żądnego krwi i kawy, niesamowicie wyszkolonego żołnierza, a przy tym dość szlachetnego gościa, który nie zawaha się dać komuś w mordę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jack Reacher jest tym samym Reacherem, którego miałem już okazję poznać. Kupa mięśni, doskonały kochanek, świetny żołnierz, błyskotliwy detektyw. Przy tym skażony nieco cynizmem oraz nihilizmem, co nadaje mu delikatnego rysu człowieczego (trzeba jednak przyznać, że w wielu momentach gość bardziej przypomina jednak superbohatera).

Sama postać Reachera jest chyba największą zaletą tej powieści. Mimo sztampowej fabuły w Poziomie Śmierci, jego losy śledzi się z dziwną lekkością, przyjemnością, a może nawet fascynacją. Styl autora jest banalnie prosty. Dialogi, opisy, zasób słownictwa - wszystkie te elementy idealnie wpasowują się w nieskomplikowane potrzeby masowego odbiorcy, niewymagającego od każdej książki, że ta zmieni jego życie. I to wcale nie jest wada, bowiem sięgając po książki z Reacherem w roli głównej, każdy ma raczej świadomość, że nie podejmuje się jakiegoś wielkiego wyzwania. Przypomina to raczej oglądanie kolejnego odcinka serialu, który dobrze się zna, ale który wciąż sprawia przyjemność. Jedną z zalet, które dostrzegłem, jest przywiązanie autora do opisywania rodzajów broni, którymi posługują się postaci występujące w jego książce. Nawet jeśli są to tak klasyczne sprzęty jak Ithaca, czy Desert Eagle fajnie przeczytać słówko o specyfice tej broni oraz o jej zachowaniu „w polu” - cóż, raz nawet dosłownie w polu...

Największą wadą tej konkretnej powieści z Jackiem Reacherem (przypominam, że to pierwsza część cyklu), jest fabuła naciągana jak twarz Nicole Kidman. Postacie znikąd nagle okazują się istotne dla sprawy, przypadki kierują poczynaniami głównego bohatera, laski rzucają mu się do łóżka, a faceci koniecznie chcą mu spuścić łomot. Ponadto każde przyszłe wydarzenie jest zbyt czytelnie i czasem niejednokrotnie sygnalizowane w poprzednich rozdziałach, co nieco zabija suspens.

Z drugiej jednak stron, to wciąż ten sam Jack Reacher, przy którym po raz kolejny bawiłem się bardzo dobrze. Jeśli nie przeszkadza Wam płytka fabuła, ale za to chętnie wsiąkniecie w świat pełen akcji, testosteronu i dużej ilości trupów, mogę szczerze polecić rozpoczęcie przygody z tym cyklem. Pamiętajcie tylko, żeby na jakiś czas wyłączyć mózg - to gwarantuje o wiele lepsze doznania, niż analizowanie każdego zdarzenia przez pryzmat jego sensowności.


Moja ocena to: 7/10

poniedziałek, 16 stycznia 2017

The Exorcist (2016) serial

Nie sądzę, by na świecie uchowało się zbyt dużo osób, które nie miały szczęścia obejrzeć Egzorcysty. Oczywiście nie tych śmiesznych kontynuacji, które nikogo nie obchodzą, ale tego jedynie słusznego, z 1973 roku. Obraz opętania młodziutkiej Regan MacNeil wrył się w zbiorową pamięć tysięcy miłośników kina grozy na całym świecie. Ba, nawet autorytety kościelne wskazywały, że choć Egzorcysta stanowi przesadzony obraz opętania, ukazuje w zasadzie rzeczywiste mechaniki działania mrocznych sił (o ile w ogóle ktoś w nie wierzy). Po czterdziestu trzech latach Egzorcysta powraca - tym razem w o wiele dłuższym, bo serialowym wydaniu.

Streszczenie fabuły chyba można sobie darować. Nie znajdziecie tu nic specjalnie odkrywczego - ot, kilku księży, mała rodzina, szatańskie opętanie i kilka pomniejszych głupotek pozwalających ślimaczyć się fabule przez kilka odcinków. Te niewielkie zmiany w stosunku do oryginału, na przykład rozszerzenie zakresu działania sił demonicznych, a nawet wprowadzenie niemal masowych opętań, udowadniają, że słusznym było zamknięcie oryginalnego Egzorcysty w dwugodzinną opowieść, bez próby niepotrzebnego przeciągania historii. Współczesna odsłona tej historii, nawet mimo dążeń do zaskakiwania widza w każdym odcinku, jest bowiem straszliwie monotonna.
Pośle Szczerba, prosimy opuścić salę sejmową!
I to chyba jedno z moich największych zastrzeżeń do tego serialu. Problemem opętania w Egzorcyście jest bowiem to, że jeśli widzieliście jedno z nich, w zasadzie widzieliście już wszystkie. Zmiany drobnych szczegółów, czy zastosowanie odrobinę zmodyfikowanych efektów specjalnych, nie są niestety w stanie uratować tempa tej opowieści. Nie oznacza to jednak, że Egzorcysty nie da się oglądać. Ba, w wielu momentach da się nawet z niego czerpać ogromną przyjemność.

Dzieje się tak głównie dzięki ogromnej brutalności tego serialu. Na szczęście nie starano się go na siłę ugrzecznić, więc wizualny obraz przemocy stworzony w XXI wieku, bije na głowę to, co można było stworzyć w roku 1973. Demoniczna charakteryzacja, obrażenia, krew, nienaturalnie wyginające się kończyny - wszystko to już znamy, ale tu zostało doprowadzone niemal do perfekcji. Pomijając drobne szczegóły, w których efekty specjalne zawodziły (upośledzona mewa, czy szczury popierdalające jak Spider-Man po kokainie), odwalono kawał naprawdę niezłej roboty.
Kiedy widzisz jak w Egzorcyście prezentuje się Geena Davis
Nie oznacza to jednak, że nowy Egzorcysta wyłącznie efektami specjalnymi stoi. Warto również zwrócić uwagę na doskonale odegrane role ojca Marcusa (przez doświadczonego Bena Danielsa), opętanej nastolatki Casey Rance (którą gra nieznana mi dotąd, ale szalenie utalentowana Hannah Kasulka) oraz towarzyszący ich popisom głęboki, demoniczny głos Davida Hewletta (Rodneya McKaya ze Stargate Atlantis). Trochę szkoda, że ich doskonałe role równoważy naciągnięta jak plandeka na żuku twarz Geeny Davis, która raz grała tak, jakby ten cały serial był poniżej jej godności, innym razem zaś tak, jakby chciała koniecznie udowodnić, że to właśnie ona jest najlepszą aktorką na planie (a niestety przez jej egzaltowane gesty i ton głosu było to dalekie od prawdy). Egzorcysta jest więc produkcją pełną zaskoczeń - demoniczne siły pozwalają wykazać się tu aktorom niemal nieznanym, udowadniając przy tym mierność artystyczną tych, na których widz mógł szczególnie liczyć.

Mimo tego, że wiele elementów nowego Egzorcysty nie trafiło w mój osobisty gust, uważam, że to całkiem niezły serial, z którym każdy fan oryginału powinien się zapoznać. Choć opętanie, po tylu lat wałkowania tego tematu w kinie grozy, nie wydaje się już tak straszne, wciąż tkwi w nim potencjał na całkiem przyzwoitą historię, której twórcy nie muszą się wstydzić. Pomijając nieliczne przestoje i kompletnie nieinteresujące wątki poboczne, samo jądro opowieści (niach, niach), wydaje się całkiem solidne i posiadające potencjał na angażującą opowieść.  
Trudno ukryć, że ten demon ma zajebiste poczucie humoru...
Biorąc pod uwagę, iż dostrzegam w tym serialu niemal tyle samo wad, co zalet, ale sam seans okazał się zaskakująco zabawny, ocena może być tylko jedna. To serial dobry, być może nieco powyżej średniej. Niestety nie wykorzystuje on swego potencjału na bycie czymś bardzo dobrym, co potwierdzają zresztą mierne jak dotąd wskaźniki oglądalności nowego Egzorcysty. Prawdopodobnie nie będzie nam dane zapoznać się z drugim sezonem tej produkcji, więc pozostaje się cieszyć z tego, co dotąd zaoferowano fanom horrorów.


Moja ocena to: 6.5/10

wtorek, 10 stycznia 2017

Ryszard Legutko - "Triumf Człowieka Pospolitego"

W czasach gdy stery władzy dzierżą marynarze z Prawa i Sprawiedliwości, niezbyt popularnym musi być pozytywne wypowiadanie się o książce jednego z czołowych polityków tej partii. Profesor Ryszard Legutko nie jest bowiem zwykłym, szarym obywatelem zainteresowanym rozkładaniem na części systemów współczesnej władzy, ale także ich aktywnym partycypantem. Dziś europoseł, dawniej minister edukacji narodowej, konserwatysta zainteresowany historią filozofii oraz filozofią polityczną - trudno wyobrazić sobie lepsze CV, uprawniające do stworzenia książki analizującej różnice pomiędzy socjalizmem i liberalną demokracją. A jednak ze względu na kontrowersje dotyczące przynależności partyjnej oraz nieprzystające do współczesnego świata poglądy Ryszarda Legutko (to akurat komplement), nie jest on osobą dysponującą medialną siłą przebicia, która należałaby mu się wyłącznie przez wzgląd na jakość prezentowanej twórczości.

Trudno jednak ukryć, iż „Triumf Człowieka Pospolitego” broni się sam. I choć autor w żadnym momencie nie próbuje ukrywać swoich, często dość śmiałych poglądów, oferuje przy tym szalenie satysfakcjonującą zabawę intelektualną. Biorąc na warsztat dwa, wydawałoby się krańcowo różne systemy, stara się wskazać na ich podobieństwa. W bardzo przekonujący sposób udowadnia tezę, iż liberalna demokracja jest w zasadzie bliskim sojusznikiem socjalizmu i  tak jak socjalizm niesie ze sobą podobne zagrożenia, posiada te same wady oraz bardzo chętnie powiela błędy, które doskonale znamy z historii socjalizmu. Interesujące spojrzenie na tę kwestię opatrzone jest również odpowiednimi zastrzeżeniami na temat różnic obu systemów, co sprawia, że autora trudno zaklasyfikować jako ignoranta widzącego rzeczywistość w czarno-białych barwach.

Największym problemem „Triumfu Człowieka Pospolitego” jest niesamowity pesymizm bijący z tej książki. Choć mając otwarte umysły sami możemy zaobserwować, iż wiele negatywnych elementów demokracji liberalnej (ubożenie człowieka pod względem kulturowym, uniwersalizacja zachowań, rezygnacja z poszukiwania nowych rozwiązań, alienacja ludzi myślących innymi niż powszechnie przyjęte schematami) już dziś ma ogromny wpływ na życie całego społeczeństwa, Ryszard Legutko nie widzi wyjścia z tego błędnego koła. Nawet przedstawiając alternatywę w postaci odbudowania prestiżu kościoła, który mógłby balansować wszechobecny liberalizm, uważa, że jest już na to za późno. Podkreśla przy tym jak daleko posunięto się w procesie budowania nowego, liberalnego człowieka, zawłaszczając i ideologizując szkoły, uniwersytety, artystów, czy nawet rodziny.

Choć z wieloma poglądami Ryszarda Legutko można się nie zgadzać, lektura jego książki z całą pewnością skłania do pewnych przemyśleń. Mam świadomość, że wielu z Was skupi się właśnie na tym elemencie dotyczącym kościoła (a trzeba przyznać, że w ostatnich latach społeczeństwo polskie zostało silnie zantagonizowane wobec tej instytucji) i będzie to błąd. W ten sposób wydaje się bowiem umykać najważniejsze przesłanie płynące z rozważań autora - liberalna demokracja zabija twórczego ducha, tworzy społeczeństwo masowe, upraszcza życie tak bardzo, że szansę na odnalezienie się w jego strukturach mają przede wszystkim osoby szare, przeciętne, pozbawione aspiracji. W świecie większości zaczyna brakować miejsca dla ekscentryków, którzy dawniej mogli znaleźć schronienie choćby w działalności artystycznej, czy twórczości naukowej. Dziś przestaje być to możliwe, co stanowi konkluzję dość przygnębiającą.

Szczerze mówiąc nie sądzę, by opisywana książka mogła zmienić czyjekolwiek życie, czy zmodyfikować sposób patrzenia na świat. Ale już sam fakt, że skłoni Was do gry intelektualnej, polegającej na próbie znalezienia innych rozwiązań, niż te które obecnie dominują w polityce, będzie stanowiło małe zwycięstwo jej autora. Bo przecież nie chodzi o to, żeby każdy mógł podzielać opinię swojego idola, ale żeby wznieść się na wyżyny znalezienia własnej ścieżki (co nie ma nic wspólnego z zażywaniem narkotyków). Choć była to trudna lektura i nie podzielałem wielu opinii Ryszarda Legutko, muszę przyznać, że jestem z niej zadowolony - to jedno z najciekawszych i zaskakująco ubogacających doświadczeń, z jakimi miałem okazję się zetknąć, czytając o czymś tak nudnym jak polityka.


Moja ocena to: 7/10

sobota, 7 stycznia 2017

Joe Hill - "Nos4a2"

Joe Hill, z którym spotkałem się już przy okazji recenzowania Rogów, postanowił po raz kolejny udowodnić, że jest w stanie dorównać twórczości swojego ojca - Stephena Kinga. Tworząc obszerną opowieść Nos4a2 przyświecał mu jeden cel - przedstawienie świąt Bożego Narodzenia w krzywym, horrorowym zwierciadle. Trzeba przyznać, że to niezwykle ciekawy koncept, z którym dotąd nigdy się nie spotkałem. Pytanie tylko, czy wokół tego pomysłu można zbudować pełną akcji, ponad siedmiuset stronicową powieść, która zdoła utrzymać w napięciu od początku do samego końca?

Fabuła została stworzona przy pomocy schematu znanego wszystkim czytelnikom starszego z Kingów. Wylosuj groźnego złoczyńcę (Charles Manx), dodaj do tego bohaterkę z problemami (Victora McQueen), jakiegoś mało znaczącego przydupasa (Lou Carmody), czy choćby nastoletnie, bezbronne, ale odważne dziecko (Bruce Wayne Carmody). Stwórz mroczny świat alternatywny (Gwiazdkowa Kraina), albo dorzuć jakiś opętany przedmiot (Rolls Royce Wraith z 1938). Jeżeli dodasz do tego jeszcze kilka pomniejszych, niewytłumaczalnych zjawisk, nie ma szans, by nie wyszedł Ci z tego kolejny bestseller. Przyznaję, że jestem troszeczkę rozczarowany - zwłaszcza, że wcześniej wydane przez Joe Hilla Rogi, wydawały mi się czymś znacznie oryginalniejszym.

Oczywiście nie oznacza to, że Nos4a2 uważam za powieść totalnie złą. Po raz kolejny dostajemy bowiem bardzo charakterystycznych bohaterów, z którymi łatwo się utożsamiać (nie wiedzieć czemu zwłaszcza leniwy grubas Lou Carmody przypadł mi do gustu), ciekawą charakterystykę świata alternatywnego oraz wartką fabułę, pozwalającą wsiąknąć w realia życia świątecznych wampirów na długie godziny. I choć początkowo miałem problem z mobilizacją do czytania Nosferatu, ostatnie dwieście stron pochłonąłem w jeden dzień - nawet pomimo tego, iż w dużej mierze było to zakończenie schematyczne, przewidywalne i w żadnej mierze nieodbiegające od pozostałych horrorów wydawanych przez starszego członka (niach, niach) tej zacnej rodziny.

Muszę przyznać, że czytałem już kilka bardzo podobnych horrorów (otoczenie świąteczne w moim przypadku nie zmieniło zbyt wiele w odbiorze tej powieści). Niektóre z nich po dziś dzień wydają mi się lepsze (To), inne o wiele gorsze (Bastion). Jeśli jednak jesteś w stanie przełknąć często powtarzające się, generyczne dialogi, niezręczne teksty wynikające z tłumaczenia oryginału na język polski (niech będą przeklęte wszystkie idiotyczne rymowanki), czy schematyczność wielu elementów tej wampirzej opowieści, możesz bawić się całkiem nieźle. Choć musiałem nieco zagryźć swoje wampirze kły, sam bawiłem się stosunkowo (niach, niach) dobrze. Zwłaszcza zbliżając się do finału historii.

Czy polecam? Z całą pewnością nie z czystym sercem. To nie będzie książka, która spodoba się każdemu. Miłośnicy horrorów oraz twórczości Stephena Kinga raczej nie powinni czuć się zawiedzeni. Dostaną oni po prostu więcej tego, co już nieźle znają. Dla ludzi poszukujących większych zaskoczeń i głębszych doznać czytelniczych, nie będzie to z pewnością nic interesującego. Ja zaś jestem gdzieś pomiędzy tymi grupkami. Uważam, że Nos4a2 to naprawdę dobra książka. Ale biorąc pod uwagę moje oczekiwania, być może to zaledwie dobra książka...


Moja ocena to: 6/10