poniedziałek, 19 września 2016

Wiedźmin - edycja kolekcjonerska (komiks)

Nie znam się zbyt dobrze na komiksach - trudno to ukryć. Choć przeczytałem ich w życiu zaledwie kilka, sądzę jednak, że poziom moich kompetencji w tej kwestii, jest na tyle odpowiedni, by podjąć się stworzenia opinii o jednym z nich. W końcu na powieściach graficznych nie znam się równie mocno, jak na wszystkich innych dziełach, o których piszę, więc bezsensem byłaby próba ograniczania własnej ignorancji do ścisłych ram książek i filmów. Pierwszym komiksem, który zostanie poddany tej marnej, niegodziwej i rozczarowującej próbie, będzie edycja kolekcjonerska Wiedźmina.

Być może kwestia fabularna będzie dla Was nieco zaskakująca, ale powinniście wiedzieć, że komiks opowiada o losach...Wiedźmina. Jeżeli pierwszy szok związany z tą informacją udało Wam się już przetrawić, warto dodać, iż edycja kolekcjonerska zawiera sześć historii związanych z najsławniejszym polskim łowcą potworów. Losy Geralta z Rivii przedstawione w poszczególnych epizodach, opisują życie białowłosego wiedźmina od poczęcia, do momentu znanej z książek historii, związanej z polowaniem na złotego smoka. W międzyczasie towarzyszymy Geraltowi podczas wiedźmińskiego szkolenia, obserwujemy jego walkę ze strzygą, kibicujemy jednej ze stron w momencie konfrontacji upadłej księżniczki Renfri z czarodziejem Stregoborem oraz obserwujemy nieco chaotyczne, choć szalenie satysfakcjonujące starcie Geralta i Yennefer z geniuszem - strzelającym focha dżinem z butelki. O kwestii fabularnej nie będę się zbytnio rozpisywał, ponieważ jest zaskakująco przyzwoita. Niech na jej korzyść świadczy choćby to, że ponad trzystu stronicową edycję kolekcjonerską, z łatwością połknąłem w jeden dzień, odrywając się od lektury z ogromną trudnością.

I jest to naprawdę zaskakujące, bowiem styl graficzny Wiedźmina, delikatnie mówiąc nie powala. Choć trudno odmówić mu swoistego uroku, w wielu momentach miałem wrażenie, że twarze postaci, są zwyczajnie niedopracowane. O ile nie zwraca się na to większej uwagi w przypadku postaci pobocznych, o tyle różnice w przedstawieniu twarzy Geralta, czy Yennefer na sąsiadujących ze sobą kadrach, naprawdę rzucają się w oczy. Ba, często miałem wrażenie, że ogromna część postaci ma nienaturalnie wykrzywione twarze - zbyt duże nosy, czy niepokojąco wydatne wargi. Nie mam pojęcia na ile można to zrzucić na karb stylu lat 90-tych, czy autorskiej koncepcji rysownika, ale fakt pozostaje faktem - wiele kadrów przedstawiających postaci wydaje się być anachronicznymi i lekko niedopracowanymi. Problemem są również potwory. Bazyliszek wygląda jak upośledzony pies, kikimora przypomina lekko przerośniętą jaszczurkę, a złoty smok jest niewiele większy od konia. Niestety tego typu antagoniści nie budzą grozy, a raczej uśmiech politowania. W kwestii graficznej najlepiej prezentują się tła oraz konsekwentny dobór kolorów. Szczególnie wyraźnie widać to podczas sceny, w której Geralt prowadzi dyskusję z łowcami smoków, siedząc przy ognisku. Wszystkie kadry spowija wówczas charakterystyczna pomarańczowa poświata, zmieniając również kolor bohaterów. Wydaje się naturalnym, iż inaczej akcentowane są kadry podróży w pełnym słońcu oraz nocnego polowania na strzygę, ale konsekwencja w stosowaniu określonej palety kolorów, która jednocześnie nie staje się czymś monotonnym, to zdecydowanie element warty podkreślenia.

Muszę jednak przyznać, że mimo problemów z wieloma elementami graficznymi, bawiłem się świetnie. Być może dlatego, że nie jestem wzrokowcem i zdecydowanie przekładam dobrą historię ponad wizualne fajerwerki. Być może dlatego, że usatysfakcjonowały mnie sceny walk oraz dynamicznie rozwijająca się, chronologicznie uporządkowana opowieść. A może po prostu dlatego, że cycki Yennefer były naprawdę spoko - trudno jednoznacznie określić. W każdym razie szczerze polecam - szczególnie fanom Wiedźmina. Jeśli przywykniecie do nietypowego stylu graficznego, to powinniście się bawić naprawdę solidnie. Mi się podobało.


Moja ocena to: 7/10

niedziela, 11 września 2016

Ernest Cline - "Player One"

Świat przyszłości według Ernesta Cline’a nie jest przyjemnym miejscem. Przemysł upadający ze względu na wzrost cen surowców energetycznych, kwitnący korporacjonizm w swej najokrutniejszej formie, wciąż rosnące różnice pomiędzy szalenie bogatymi oraz ekstremalnie ubogimi, czy wreszcie zamykanie się ludzi na świat rzeczywisty i ich ciągła ucieczka w symulowaną rzeczywistość OASIS - świat awatarów, w którym możesz być kim chcesz, w rzeczywistości, która najbardziej Ci odpowiada. Wszystkie te elementy tworzą tło historii osadzonej w 2044 roku.

W tych właśnie realiach poznajemy Wade’a - osiemnastolatka z lekką nadwagą oraz ogromną smykałką do komputerów - człowieka specjalizującego się w zdobywaniu wiedzy o świecie OASIS. Wade jest ponadto jajogłowym. Jeśli ten termin jest dla Was o tyle obcy, co intrygujący, to już tłumaczę - jajogłowi stanowią grupę pasjonatów zaangażowanych w poszukiwanie mitycznego jaja Hallidaya (tak, wiem jak to mogło zabrzmieć). Halliday, twórca OASIS, ukrył bowiem w swoim programie easter egga (co zresztą wydawało mi się komiczne, przetłumaczonego w polskiej wersji językowej na jajo wielkanocne), element pozwalający zdobywcy przejąć całkowitą kontrolę nad wartą wiele miliardów dolarów wirtualną rzeczywistością. Zdobycie jaja Hallidaya nie należy jednak do zadań najprostszych. W tym celu należy wcześniej przejść przez serię testów i rozwiązać kilkanaście zagadek związanych z umiłowanymi przez twórcę OASIS latami 80-tymi. Ich zakres jest zaś bardzo szeroki - by podołać zadaniu należy więc posiadać zarówno wiedzę związaną z grami komputerowymi, rozwojem środowiska internetowego, serialami, filmami, czy wreszcie muzyką lat osiemdziesiątych. Zagadki oparte na posiadaniu ściśle geekowskiej wiedzy, prowadzić zaś mają do kontroli nad największym biznesem prognozowanej przyszłości.

Do rywalizacji stają więc całe zastępy jajogłowych. Wade, stanowiący głównego protagonistę opowieści, zawiązuje z czasem przymierze łączące inne wybitne osobistości tego świata - poszukiwaczkę przygód i blogerkę Art3mis, jego najlepszego przyjaciela Aecha, czy wreszcie samurajski duet Japończyków - Shoto oraz Daito. Łączy ich nie tylko ogromne zaangażowanie w poszukiwania, czy świetna znajomość lat 80-tych, ale także niezwykle istotna dla OASIS misja - konieczność odnalezienia jaja Hallidaya przed korporacją IOI, której funkcjonariusze pod przywództwem demonicznego Sorrento pragną skomercjalizować ostatnią wirtualną ostoję wolności.  

I muszę przyznać, że nawet jeśli ten zarys fabularny nie wydaje Wam się zbyt atrakcyjny, to książka jest zaskakująca wciągająca. Nie tylko ze względu na bardzo przyjemny w odbiorze styl autora (Player One czytało mi się jednym tchem, co nawet momentami przywodziło na myśl czasy, gdy zapoznawałem się z serią o Harrym Potterze), pozwalający wsiąknąć w niezobowiązujący klimat powieści, jak i liczne smaczki i ciekawostki, których nagromadzenie jest wręcz zaskakujące. Gdy jedni cieszyć się będą wyłapywaniem nawiązań do Pac-Mana inni z radością powitają te dotyczące wczesnych gier tekstowych, takich jak Zork. Choć z pewnością spotkacie tu wiele elementów kultury lat osiemdziesiątych, o których w życiu nie słyszeliście, to najprawdopodobniej i tak znajdziecie tu coś dla siebie. Wobec wartko toczącej się historii pełnej akcji, wyłapywanie nawiązań staje się zabawą dodającą smaku, ale przy tym nie jest niezbędne do cieszenia się przygodami bohaterów w OASIS.

Choć czasem opowieść o losach Wade’a i jego drużyny przypominała mi trochę literaturę młodzieżową, muszę przyznać, że od dawna nie bawiłem się tak dobrze. Mimo iż na ocenę ma również wpływ swego rodzaju prywatna sentymentalna podróż w przeszłość, ściśle związana z tą lekturą (w moim przypadku do lat dziewięćdziesiątych, gdy z ogromnym opóźnieniem miałem okazję poznawać amerykańskie seriale oraz pierwsze gry na Pegasusa, stworzone przecież już wiele lat wcześniej), myślę, że nawet młodsi czytelnicy kochający geekowskie klimaty, będą zadowoleni.


Moja ocena to: 8/10      

niedziela, 4 września 2016

"Ruch oporu w Europie 1939-1945" (red. Philip Cooke, Ben H. Shepard)

Działalność ruchu oporu powstałego w państwach znajdujących się pod okupacją Trzeciej Rzeszy, jest tematem nie tylko kontrowersyjnym, ale także niezwykle interesującym. Akcje dywersyjne wymierzone w niemiecki przemysł zbrojeniowy, zamachy na prominentnych wojskowych oraz urzędników nazistowskich, tworzenie podziemnych struktur organizacyjnych i wreszcie liczne akty indywidualnego bohaterstwa partyzantów, sprzeciwiających się dyktaturze państw osi, to tematy, o których powstawały liczne, wyspecjalizowane pod kątem przedmiotowym publikacje. Philip Cooke i Ben Shepard podjęli się zaś iście syzyfowego zadania - zredagowania książki łączącej stosunkowo krótkie charakterystyki ruchów oporu we wszystkich okupowanych państwach Europy. Wyszło tak, jak możecie się domyślać - do dupy.

Z książkami pod redakcją często jest tak, jak ze zbiorami opowiadań. Znajdziemy tu oczywiście teksty lepsze, jak i te zdecydowanie gorsze. Niestety przewaga wypracowań niesamowicie suchych, stawiających na cyfry, nazwy organizacji i próby statystycznego usystematyzowania ludzkich losów, nad opowieściami o rzeczywistym przebiegu wydarzeń, jest tu zbyt mocno zauważalna. Dość powiedzieć, że najwięcej informacji zapamiętałem z niezłego tekstu dotyczącego ruchu oporu w Czechach (tak, rzeczywiście coś takiego istniało), przyzwoitego streszczenia informacji dotyczących tego typu struktur w Grecji, zupełnie neutralnych jeśli chodzi o poziom „czytalności” tekstów dotyczących Włoch, Związku Radzieckiego i Jugosławii.

Zupełnie zaś nie rozumiem koncepcji szczegółowego przedstawienia sposobu organizacji ruchu oporu w państwach takich jak Belgia, Holandia, Francja, czy kraje Skandynawii (swoją drogą czytałem już o współpracy SAS z norweskim ruchem oporu i książka ta była o niebo ciekawsza). Opisy działalności antyfaszystowskiej w powyższych krajach, zamykały się we wspomnieniu kilku akcji wymierzonej w Niemców oraz długiego rozwodzenia się nad wpływem obecności ruchu oporu na morale obywateli w okresie powojennym. Krótko mówiąc autorzy wskazują jak bardzo nieskuteczny, nieliczny, ale przy tym istotny dla poczucia godności obywatelskiej, był opór stawiany nazistom w opisywanych przez siebie regionach.

Przy tym największe organizacje tego typu (Polska, Jugosławia, Związek Radziecki) opisywane są często krócej oraz dość tendencyjnie - niestety z tekstów tych nie można wyciągnąć zbyt wiele ciekawych, podanych w atrakcyjny sposób informacji. Ot, był sobie w Polsce ruch oporu, jeden z największych w Europie, odpowiedzialny za jakieś tam ataki na Niemców i powstanie w 1944. Nie lubili się z ruskimi, więc Ci ich nie wsparli podczas Powstania Warszawskiego i w sumie po co drążyć temat... Cóż, z całą pewnością w ogromnym stopniu wymusza to format książki, która aspiruje do miana leksykonu zawierającego kilka stron o każdej tego typu organizacji w Europie. Ale jeśli słyszeliście powiedzenie o tym, że jeśli coś jest do wszystkiego, to zwykle jest do dupy (czy jakoś tak), to możecie już wyrobić sobie całkiem niezłe pojęcie o wartości tej książki.   

Cóż - nie polecam jej w innych celach, niż czysto naukowe. Jeśli potrzebujecie na półce zbioru dotyczącego tego tematu, leksykonu w którym znajdziecie potwierdzone, aczkolwiek niesamowicie suche i nieatrakcyjnie podane informacje dotyczące oporu we wszystkich okupowanych państwach Europy, to książka Cooke’a i Sheparda zapewne spełni Wasze oczekiwania. Jeśli chcecie mieć przyjemność z poznawania historii, musicie niestety poszukać czegoś innego.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 30 sierpnia 2016

Slasher s01

Osiem odcinków krwistego horroru, serialowa antologia opowiadająca o bezwzględnych mordercach i ich ofiarach, to koncepcja do której nie trzeba mnie szczególnie mocno przekonywać. Dlatego też gdy trafiłem na recenzję Slashera, od razu wiedziałem, że prędzej czy później będę go musiał obejrzeć. I choć ostatnio nie spędzałem przy serialach zbyt dużo czasu, tę produkcję „połknąłem” błyskawicznie.

Już na wstępie przyznaję, że wbrew temu, co wynikałoby z otwierającego akapitu, nie jest to wcale dobry serial. Wypisywanie wszystkich drobiazgów, które nie zagrały, problemów natury czysto technicznej, czy tych związanych z kulawym scenariuszem, zajęłoby pewnie sporo czasu. Mimo wszystko historia Sary Bennett, powracającej po latach do domu, w którym brutalnie zamordowano jej rodziców, sprawiła mi naprawdę sporo frajdy.
"Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak..."
Przede wszystkim należy zaznaczyć, że jest to doświadczenie czysto rozrywkowe. Nie wymaga od widza zbyt wiele, więc nieraz łapałem się na tym, że odwracam wzrok od ekranu, by dopiero po dwóch minutach przypomnieć sobie, że to nie czas na rysowanie wzorków w osiadłym na biurku kurzu, bo przecież oglądam serial. I choć wydaje się, że jest to sporą wadą (jak można doceniać coś, co do końca nie przykuwa Twoją uwagę?!), to w tym przypadku okazywało się całkiem znośne. Mogłem kompletnie bezstresowo oglądać serial, gotować obiad, czytać książkę i grzebać w nosie (wszystko jednocześnie!) i przy tym wciąż nieźle się bawić (aczkolwiek obiad smakował dziwnie).

Bawiłem się zaś nieźle, bo historia przedstawiona w Slasher ma pewien potencjał. Nie tylko polegający na odkrywaniu tożsamości mordercy, ale również na odsłanianiu ciemnych sprawek ukrywanych zawzięcie przez lokalną społeczność. Małomiasteczkowy klimat, bezwzględny morderca oraz zagadka z przeszłości zostały dodatkowo polane sosem pornografii, radykalizmu religijnego oraz dziennikarskiego śledztwa. W każdym razie dzieje się tu sporo.
"Ale w koło jest wesoło..."
Chcąc wspominać o rzeczach, które przypadły mi do gustu, musiałbym zwracać uwagę na poszczególne sceny. Oczywiście, jak słusznie się domyślacie, sceny morderstw. Te zostały zaprojektowane na tyle solidnie i różnorodnie, że spokojnie mogę zapisać je do plusów całej produkcji. Ludzie zjadani żywcem, cięci na kawałki, czy topieni, nie walczą może o życie przesadnie realistycznie (szczególnie rażą niektóre głosy postaci i nienaturalne krzyki w momentach kulminacyjnych), ale za to po rozczłonkowaniu wyglądają naprawdę dobrze (to znaczy naprawdę źle, ale wiecie, o co mi chodzi :P).

Poza tym mamy też mnóstwo wspomnianych już wad. Kompletnie drętwe aktorstwo, nieprzekonująca, przerysowana postać antagonisty, kuriozalne wpadki na drugim planie oraz momentami irytująca główna bohaterka - czego chcieć więcej? Dziur w scenariuszu? Durnych zachowań ze strony wielu kluczowych postaci? A może cenzury piersi nałożonej na obrazki rysowane przez szaleńca wokół którego krąży cała historia (co swoją drogą jest idiotyczne, bowiem dawka przemocy jaką przyjdzie nam oglądać, sugeruje tylko jedną możliwą kategorię wiekową)?  W każdym razie dostaniecie to wszystko, a jeśli macie lepsze oko niż ja, to prawdopodobnie wychwycicie o wiele więcej tego typu detali.
"Każdy oddech twój, każdy ciała ruch, każdy serca chłód, każdy krok twych stóp - ciągle widzę Cię!"
Cóż - analizując te wszystkie aspekty nasuwa się tylko jeden możliwy wniosek: to nie jest dobry serial. A mimo wszystko interesująca fabuła polana slasherowym sosem pozwoliła mi cieszyć się nim zaskakująco mocno. Wiem, że nie powinienem tego pisać, że nie powinienem nawet sugerować, że to się może komukolwiek podobać, ale...jestem naprawdę zadowolony, że zdecydowałem się go obejrzeć. Ba, z niecierpliwością czekam na drugi sezon po cichu licząc, że twórcy zbiorą teraz niezbędne doświadczenie, by za kilka miesięcy zaoferować nam drugą, pociętą na epizody historię, która nie powieli błędów poprzedniczki. Trzymam kciuki jak cholera.


Moja ocena to: 6,5/10

środa, 24 sierpnia 2016

Nice Guys, Równi Goście (2016)

Komedia kryminalna stworzona przez Shane Black’a (scenarzystę Zabójczej Broni oraz Bohatera Ostatniej Akcji), w której główne role odgrywają Ryan Gosling oraz Russell Crowe? Czy cokolwiek mogło tu pójść nie tak? Nauczony doświadczeniem już przed seansem sadziłem, iż źle mogło tu pójść absolutnie wszystko. Na szczęście tym razem ogromnie się pomyliłem.

Opowieść o losach dwóch zupełnie niepoprawnych detektywów wciągnęła mnie już od pierwszych minut. Osadzenie akcji w kiczowatych realiach lat 70-tych, świetna i nastrojowa muzyka, neonowe napisy w intrze, czy pojawiające się tu i ówdzie plakaty filmowe z tamtego okresu, budują niesamowicie fajny klimat, który dla gówniarza urodzonego już po upadku muru berlińskiego, jest czymś niemal egzotycznym. Do tego dwójka świetnie wykreowanych i dobrze rozumiejących się bohaterów, dzielnie wspieranych przez wyjątkowo dobrze zagraną postać nastoletniej córki jednego z nich, tworzą wspólnie mieszankę charakterów, którą bardzo przyjemnie się ogląda.
Ehhh te wspaniałe poranki, gdy zastanawiacie się, czy to jeszcze kac, czy ktoś Wam po prostu wyciął nerkę...
Należy jednak podkreślić, że tytuł Nice Guys ma wydźwięk wyjątkowo ironiczny. Jedna z głównych postaci jest bowiem pijakiem, facetem który nie waha się oszukiwać starszych osób, by otrzymywać swą niezbyt pokaźną pensję prywatnego detektywa. To jednocześnie facet leniwy, niezdarny i kompletnie niezaangażowany we wszystko czego się podejmuje. Postać tę ratują jednak nieliczne przebłyski geniuszu, które mimo całych jego starań, posuwają podejmowane przez niego sprawy naprzód. Drugi z bohaterów to facet żyjący ze spuszczania manta innym ludziom. Niezbyt bogaty gość ze skłonnością do nadmiernej agresji oraz z lekko skrzywionym poczuciem moralności. Te znacząco różniące się postaci w pewien sposób równoważy obecność cwanej, zaradnej i upartej córki jednego z nich, która staje się głosem rozsądku dla tego nietypowego duetu.
Słowiański przykuc powoli podbija Hollywood.
Do tego otrzymujemy całkiem niezłą, choć może nie błyskotliwą fabułę, która nawiązuje poniekąd do współczesnego kryzysu przemysłu motoryzacyjnego w Detroit. Choć nie chcę zbyt wiele zdradzić, myślę, że mogę w tym miejscu wspomnieć, iż fabuła krążyć będzie wokół porwania pewnej dziewczyny, przemysłu pornograficznego, płatnego mordercy oraz najwyższych sfer władzy. I choć będzie się działo sporo, to trzeba również podkreślić, że opowieść w żaden sposób nie dorównuje swym poziomem świetnej postawie aktorów. Być może ze względu na zbyt skąpą liczbę gagów, a być może przez genialną postawę obu panów, którzy kradną część opowieści na swe indywidualne popisy. Trudno jednoznacznie orzec.
Żądam powrotu mody z lat 70-tych! Ah, choć raz zapuścić wąsa, założyć niebieską skórzaną kurtkę i nie poczuć się przy tym jak gwałciciel...

Mimo wszystko uważam, że Nice Guys to świetny film rozrywkowy. Oglądałem go z nieskrywaną przyjemnością, a nie wyobrażam sobie nawet, jak zadowoleni mogą być ludzie patrzący na kino lat 70-tych z pewnym sentymentem. Dlatego też choć nową produkcją Blacka polecam wszystkim, szczególnie gorąco zachęcam tych, których ówczesne kino niezwykle mocno inspiruje. Nie jest to może dokładnie ten poziom, jaki reprezentowały największe hity minionych lat, ale jeśli przymrużycie czasem oko, będziecie się bawili świetnie.


Moja ocena to: 8/10 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Brian Haig - "Polowanie"

Lata 90-te to niezwykły czas dla naszego kontynentu. Upadek komunizmu, zburzenie muru berlińskiego oraz  powstanie całych ton obciachowych seriali, to elementy, które definiują końcówkę minionego stulecia (kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi...szkoda, że już tylko ja jestem taki dotąd.). Akcja Polowania, rozgrywająca się w niezwykle burzliwej wówczas Rosji, przedstawia losy niezwykle utalentowanego biznesmena, który w sposób legalny (tjaaa...) próbuje stworzyć podwaliny pod budowę nowoczesnego systemu kapitalistycznego w krainie niedźwiedzi i dywanów na ścianach - zarabiając jednak przy okazji kilkaset milionów dolców.

Porwanie Aleksandra Koniewicza oraz jego pięknej żony Jeleny, rozpoczyna nowy rozdział w życiu tej pary. Cudem ocaleni przed śmiercią z rąk brutalnych oprawców, rozpoczynają batalię o odzyskanie dobrego imienia, o uratowanie choć części utraconego majątku oraz uprawomocnienie ich statusu jako legalnych emigrantów do Stanów Zjednoczonych.

Książka, choć dość przyjemna i lekka, nie do końca spełniła moje oczekiwania. Otóż kreowanie bohaterów jako jednostki niezwykle utalentowane, tak pod względem psychicznym jak i fizycznym, sprawiało wrażenie, iż w Polowaniu zaoferowane zostanie czytelnikowi o wiele więcej akcji. Początkowe wtrącenia dotyczące przeszkolenia młodego Koniewicza w zakresie sztuk walki, jego tężyzny fizycznej i słusznego wzrostu, okazują się kompletnie bez znaczenia w trakcie postępów fabuły. Najzwyczajniej w świecie głęboko idealizowany Koniewicz, nie ma żadnej konkretnej okazji, do pokazania na co go stać w tej kwestii. Szkoda tym bardziej, że początek zapowiadał o wiele dynamiczniejszą powieść.

Ta jednak przybiera zupełnie inną formę - trudno jednoznacznie stwierdzić, czy gorszą. Polowanie przeistacza się bowiem w całkiem niezły thriller prawniczy, przeplatany elementami polityki i gier wywiadowczych na poziomie międzynarodowym. Dużo dzieje się więc w sferze biurokratycznej, mniej zaś w czysto fizycznej. Jeśli liczycie na efektowne pościgi i strzelaniny, to tylko pierwsze kilka rozdziałów, będzie w stanie sprawić Wam radość. Dalej robi się nieco poważniej.

Trudno jednoznacznie ustosunkować się do jakości całej historii. Choć czytało mi się ją całkiem nieźle (to w końcu klasyczna literatura sensacyjna, nastawiona na szybkie przewracanie stron), a nawet znalazłem w niej kilka ciekawych elementów dotyczących historii rosyjskich przemian, nie zostałem zaskoczony. Ba, nie czułem również ogromnej i nieodpartej potrzeby śledzenia dalszych losów pary głównych bohaterów. Ich przesadne wyidealizowanie oraz kontrastowe, bardzo jaskrawo zarysowane charaktery antagonistów, sprawiały, że w powieści nie wystąpiła żadna postać, z którą można by się choć przez chwilę identyfikować. Każda z nich, prędzej czy później, stawała się dla mnie obojętna. 

Cóż, to dość typowa książka wakacyjna. Czyta się ją całkiem lekko nawet mimo braku pędzącej na złamanie karku akcji, ponadto zawiera ona w sobie sporo ciekawostek dotyczących systemu prawnego Rosji i Stanów Zjednoczonych oraz w atrakcyjny, choć znacznie uproszczony sposób, przedstawia losy poradzieckiej Federacji Rosyjskiej - kraju rządzonego przez dawnych funkcjonariuszy KGB, syndykaty mafijne oraz wielkich oligarchów przemysłowych (zresztą mocno wybielanych w tej książce). Mogę ją polecić zastrzegając jednak przy tym, że nie jest to arcydzieło, biały kruk, książka, którą będą pamiętały pokolenia. Ot, zwykłe czytadełko, które pozwala miło spędzić kilka wolnych chwil.

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Pierre Lemaitre - "Alex"

Camille Verhoeven nie ma łatwego życia. Nie tak dawno porwano i zabito mu żonę. Wkrótce zmarli też jego rodzice. Ponadto wyjątkowo niski wzrost znacznie utrudnia mu codzienną pracę w policji, gdzie, mimo skąpych warunków fizycznych, jest niezwykle cenionym za swój intelekt i uliczny instynkt detektywem. Ba, do tego wszystkiego Camille nawet nazywa się jak dziewczyna. Tak oto klasyfikując nieszczęścia, które stanęły na drodze Verhoevene od najmniej do najbardziej dotkliwych, poznajemy jednego z głównych bohaterów bardzo solidnego kryminału pod tytułem Alex. Teraz uwaga, zagadka: zgadnijcie jak na imię będzie miała druga z głównych postaci w powieści Pierre’a Lemaitre?

Prawdopodobnie większość z Was (ta część, która nie ma drożdży zamiast mózgu) zdołała odgadnąć, że drugą bohaterką jest Alex. Historia porwanej prosto z ulicy kobiety, przepięknej i inteligentnej uwodzicielki, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Choć początkowo wszystko zdaje się wskazywać, że będziemy mieli do czynienia ze standardowym kryminałem, fabuła wraz z rozwojem akcji zaczyna meandrować, niczym pijak płynący dłubanką po Bugu... w wietrzny dzień. Zmieniają się zarówno nasze tworzone na poczekaniu koncepcje dotyczące przewidywanego wyjaśnienia całej sprawy, uczucia jakimi darzymy poszczególnych bohaterów, a przede wszystkim zmienia się przyjemność z czytania.

Ta zaś rośnie z każdą kolejną stroną. Książka wydająca się początkowo oklepaną i sztampową powieścią kryminalną, błyskawicznie przeradza się w jedną z najlepszych historii tego typu, jakie dane mi było czytać. Nie należy oczywiście zapominać o tym słabym początku, początku który nie potrafi przykuć czytelnika i nie pozwala mu z miejsca wtopić się w przedstawianą przez autora rzeczywistość. Mimo to dalsza część lektury z nawiązką wynagradza te braki, dając cierpliwym czytelnikom okazję do poznania zaskakującej, pełnej zwrotów akcji, świetnie poprowadzonych dialogów oraz genialnie stworzonych postaci (nawet tych drugoplanowych), opowieści o przemocy, zemście, strachu i waleczności.  

Cóż, jest to jedna z książek, o której nie warto się rozpisywać - trzeba ją po prostu przeczytać. Znieść początkowe nieprzyjemności, by wraz z detektywem Verhoevenem odkryć, co tak naprawdę stało się z Alex. Choć nie jest to z pewnością przełom w dziedzinie literackiego kryminału, to biorąc pod uwagę stosunek dobrej jakości, do zaskakująco niskiej ceny tej pozycji, mogę ją śmiało polecić. Być może Alex zaskoczy Was równie pozytywnie, co mnie.


Moja ocena to: 8/10