środa, 24 sierpnia 2016

Nice Guys, Równi Goście (2016)

Komedia kryminalna stworzona przez Shane Black’a (scenarzystę Zabójczej Broni oraz Bohatera Ostatniej Akcji), w której główne role odgrywają Ryan Gosling oraz Russell Crowe? Czy cokolwiek mogło tu pójść nie tak? Nauczony doświadczeniem już przed seansem sadziłem, iż źle mogło tu pójść absolutnie wszystko. Na szczęście tym razem ogromnie się pomyliłem.

Opowieść o losach dwóch zupełnie niepoprawnych detektywów wciągnęła mnie już od pierwszych minut. Osadzenie akcji w kiczowatych realiach lat 70-tych, świetna i nastrojowa muzyka, neonowe napisy w intrze, czy pojawiające się tu i ówdzie plakaty filmowe z tamtego okresu, budują niesamowicie fajny klimat, który dla gówniarza urodzonego już po upadku muru berlińskiego, jest czymś niemal egzotycznym. Do tego dwójka świetnie wykreowanych i dobrze rozumiejących się bohaterów, dzielnie wspieranych przez wyjątkowo dobrze zagraną postać nastoletniej córki jednego z nich, tworzą wspólnie mieszankę charakterów, którą bardzo przyjemnie się ogląda.
Ehhh te wspaniałe poranki, gdy zastanawiacie się, czy to jeszcze kac, czy ktoś Wam po prostu wyciął nerkę...
Należy jednak podkreślić, że tytuł Nice Guys ma wydźwięk wyjątkowo ironiczny. Jedna z głównych postaci jest bowiem pijakiem, facetem który nie waha się oszukiwać starszych osób, by otrzymywać swą niezbyt pokaźną pensję prywatnego detektywa. To jednocześnie facet leniwy, niezdarny i kompletnie niezaangażowany we wszystko czego się podejmuje. Postać tę ratują jednak nieliczne przebłyski geniuszu, które mimo całych jego starań, posuwają podejmowane przez niego sprawy naprzód. Drugi z bohaterów to facet żyjący ze spuszczania manta innym ludziom. Niezbyt bogaty gość ze skłonnością do nadmiernej agresji oraz z lekko skrzywionym poczuciem moralności. Te znacząco różniące się postaci w pewien sposób równoważy obecność cwanej, zaradnej i upartej córki jednego z nich, która staje się głosem rozsądku dla tego nietypowego duetu.
Słowiański przykuc powoli podbija Hollywood.
Do tego otrzymujemy całkiem niezłą, choć może nie błyskotliwą fabułę, która nawiązuje poniekąd do współczesnego kryzysu przemysłu motoryzacyjnego w Detroit. Choć nie chcę zbyt wiele zdradzić, myślę, że mogę w tym miejscu wspomnieć, iż fabuła krążyć będzie wokół porwania pewnej dziewczyny, przemysłu pornograficznego, płatnego mordercy oraz najwyższych sfer władzy. I choć będzie się działo sporo, to trzeba również podkreślić, że opowieść w żaden sposób nie dorównuje swym poziomem świetnej postawie aktorów. Być może ze względu na zbyt skąpą liczbę gagów, a być może przez genialną postawę obu panów, którzy kradną część opowieści na swe indywidualne popisy. Trudno jednoznacznie orzec.
Żądam powrotu mody z lat 70-tych! Ah, choć raz zapuścić wąsa, założyć niebieską skórzaną kurtkę i nie poczuć się przy tym jak gwałciciel...

Mimo wszystko uważam, że Nice Guys to świetny film rozrywkowy. Oglądałem go z nieskrywaną przyjemnością, a nie wyobrażam sobie nawet, jak zadowoleni mogą być ludzie patrzący na kino lat 70-tych z pewnym sentymentem. Dlatego też choć nową produkcją Blacka polecam wszystkim, szczególnie gorąco zachęcam tych, których ówczesne kino niezwykle mocno inspiruje. Nie jest to może dokładnie ten poziom, jaki reprezentowały największe hity minionych lat, ale jeśli przymrużycie czasem oko, będziecie się bawili świetnie.


Moja ocena to: 8/10 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Brian Haig - "Polowanie"

Lata 90-te to niezwykły czas dla naszego kontynentu. Upadek komunizmu, zburzenie muru berlińskiego oraz  powstanie całych ton obciachowych seriali, to elementy, które definiują końcówkę minionego stulecia (kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi...szkoda, że już tylko ja jestem taki dotąd.). Akcja Polowania, rozgrywająca się w niezwykle burzliwej wówczas Rosji, przedstawia losy niezwykle utalentowanego biznesmena, który w sposób legalny (tjaaa...) próbuje stworzyć podwaliny pod budowę nowoczesnego systemu kapitalistycznego w krainie niedźwiedzi i dywanów na ścianach - zarabiając jednak przy okazji kilkaset milionów dolców.

Porwanie Aleksandra Koniewicza oraz jego pięknej żony Jeleny, rozpoczyna nowy rozdział w życiu tej pary. Cudem ocaleni przed śmiercią z rąk brutalnych oprawców, rozpoczynają batalię o odzyskanie dobrego imienia, o uratowanie choć części utraconego majątku oraz uprawomocnienie ich statusu jako legalnych emigrantów do Stanów Zjednoczonych.

Książka, choć dość przyjemna i lekka, nie do końca spełniła moje oczekiwania. Otóż kreowanie bohaterów jako jednostki niezwykle utalentowane, tak pod względem psychicznym jak i fizycznym, sprawiało wrażenie, iż w Polowaniu zaoferowane zostanie czytelnikowi o wiele więcej akcji. Początkowe wtrącenia dotyczące przeszkolenia młodego Koniewicza w zakresie sztuk walki, jego tężyzny fizycznej i słusznego wzrostu, okazują się kompletnie bez znaczenia w trakcie postępów fabuły. Najzwyczajniej w świecie głęboko idealizowany Koniewicz, nie ma żadnej konkretnej okazji, do pokazania na co go stać w tej kwestii. Szkoda tym bardziej, że początek zapowiadał o wiele dynamiczniejszą powieść.

Ta jednak przybiera zupełnie inną formę - trudno jednoznacznie stwierdzić, czy gorszą. Polowanie przeistacza się bowiem w całkiem niezły thriller prawniczy, przeplatany elementami polityki i gier wywiadowczych na poziomie międzynarodowym. Dużo dzieje się więc w sferze biurokratycznej, mniej zaś w czysto fizycznej. Jeśli liczycie na efektowne pościgi i strzelaniny, to tylko pierwsze kilka rozdziałów, będzie w stanie sprawić Wam radość. Dalej robi się nieco poważniej.

Trudno jednoznacznie ustosunkować się do jakości całej historii. Choć czytało mi się ją całkiem nieźle (to w końcu klasyczna literatura sensacyjna, nastawiona na szybkie przewracanie stron), a nawet znalazłem w niej kilka ciekawych elementów dotyczących historii rosyjskich przemian, nie zostałem zaskoczony. Ba, nie czułem również ogromnej i nieodpartej potrzeby śledzenia dalszych losów pary głównych bohaterów. Ich przesadne wyidealizowanie oraz kontrastowe, bardzo jaskrawo zarysowane charaktery antagonistów, sprawiały, że w powieści nie wystąpiła żadna postać, z którą można by się choć przez chwilę identyfikować. Każda z nich, prędzej czy później, stawała się dla mnie obojętna. 

Cóż, to dość typowa książka wakacyjna. Czyta się ją całkiem lekko nawet mimo braku pędzącej na złamanie karku akcji, ponadto zawiera ona w sobie sporo ciekawostek dotyczących systemu prawnego Rosji i Stanów Zjednoczonych oraz w atrakcyjny, choć znacznie uproszczony sposób, przedstawia losy poradzieckiej Federacji Rosyjskiej - kraju rządzonego przez dawnych funkcjonariuszy KGB, syndykaty mafijne oraz wielkich oligarchów przemysłowych (zresztą mocno wybielanych w tej książce). Mogę ją polecić zastrzegając jednak przy tym, że nie jest to arcydzieło, biały kruk, książka, którą będą pamiętały pokolenia. Ot, zwykłe czytadełko, które pozwala miło spędzić kilka wolnych chwil.

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Pierre Lemaitre - "Alex"

Camille Verhoeven nie ma łatwego życia. Nie tak dawno porwano i zabito mu żonę. Wkrótce zmarli też jego rodzice. Ponadto wyjątkowo niski wzrost znacznie utrudnia mu codzienną pracę w policji, gdzie, mimo skąpych warunków fizycznych, jest niezwykle cenionym za swój intelekt i uliczny instynkt detektywem. Ba, do tego wszystkiego Camille nawet nazywa się jak dziewczyna. Tak oto klasyfikując nieszczęścia, które stanęły na drodze Verhoevene od najmniej do najbardziej dotkliwych, poznajemy jednego z głównych bohaterów bardzo solidnego kryminału pod tytułem Alex. Teraz uwaga, zagadka: zgadnijcie jak na imię będzie miała druga z głównych postaci w powieści Pierre’a Lemaitre?

Prawdopodobnie większość z Was (ta część, która nie ma drożdży zamiast mózgu) zdołała odgadnąć, że drugą bohaterką jest Alex. Historia porwanej prosto z ulicy kobiety, przepięknej i inteligentnej uwodzicielki, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Choć początkowo wszystko zdaje się wskazywać, że będziemy mieli do czynienia ze standardowym kryminałem, fabuła wraz z rozwojem akcji zaczyna meandrować, niczym pijak płynący dłubanką po Bugu... w wietrzny dzień. Zmieniają się zarówno nasze tworzone na poczekaniu koncepcje dotyczące przewidywanego wyjaśnienia całej sprawy, uczucia jakimi darzymy poszczególnych bohaterów, a przede wszystkim zmienia się przyjemność z czytania.

Ta zaś rośnie z każdą kolejną stroną. Książka wydająca się początkowo oklepaną i sztampową powieścią kryminalną, błyskawicznie przeradza się w jedną z najlepszych historii tego typu, jakie dane mi było czytać. Nie należy oczywiście zapominać o tym słabym początku, początku który nie potrafi przykuć czytelnika i nie pozwala mu z miejsca wtopić się w przedstawianą przez autora rzeczywistość. Mimo to dalsza część lektury z nawiązką wynagradza te braki, dając cierpliwym czytelnikom okazję do poznania zaskakującej, pełnej zwrotów akcji, świetnie poprowadzonych dialogów oraz genialnie stworzonych postaci (nawet tych drugoplanowych), opowieści o przemocy, zemście, strachu i waleczności.  

Cóż, jest to jedna z książek, o której nie warto się rozpisywać - trzeba ją po prostu przeczytać. Znieść początkowe nieprzyjemności, by wraz z detektywem Verhoevenem odkryć, co tak naprawdę stało się z Alex. Choć nie jest to z pewnością przełom w dziedzinie literackiego kryminału, to biorąc pod uwagę stosunek dobrej jakości, do zaskakująco niskiej ceny tej pozycji, mogę ją śmiało polecić. Być może Alex zaskoczy Was równie pozytywnie, co mnie.


Moja ocena to: 8/10 

czwartek, 4 sierpnia 2016

Historyczna relacja z otwierania przesyłki!

Po raz pierwszy w historii stwierdziłem, że na blogu należy umieścić pełną relację z otwierania paczki otrzymanej od Lary Notsil (Eweliny K.). Należy, bowiem dziewczyna stanęła na wysokości zadania zarówno jeśli chodzi o formę, jak i zawartość, a ponadto niejednokrotnie mnie rozbawiła, co jest zasługą samą w sobie. Dodatkowym argumentem jest to, że otwieranie paczek od Eweliny jest zawsze niesamowicie angażujące - nie ma sensu się za to brać, jeśli nie dysponujecie dwoma wolnymi godzinami. Argument czasowy podkreśla więc tylko, że o tejże przesyłce można napisać naprawdę dużo - więcej, niż jest sens zamieszczać wyłącznie na facebookowym profilu mojej strony. Ale zacznijmy od początku:

Godzina 11:30; czwartek. Zaspanego po zarwanej nocce Pana i Władcę budzi listonosz. „Otwieraj pan, przesyłka” - rzecze swym śpiewnym głosem zniekształconym nieco przez domofon. Gdzież nam maluczkim dyskutować z przeznaczeniem? Wpuściłem chama. Następnie szybko narzucając gacie leżące na podłodze oraz zakładając koszulkę na lewą stronę, przykryłem swoje strategiczne miejsca, które mogłyby rozproszyć tak drogiego mi dostawcę cudów. Otwieram drzwi. Patrzymy sobie w oczy. Początkowo nieufność szybko przeradza się w uczucie jakie może połączyć wyłącznie zaspanego i nieogolonego dziada ze zmierzwionymi włosami oraz gościa z miną typu „szybciej, bo powinienem to dostarczyć już godzinę temu” wypisaną na twarzy. Gość patrzy na paczkę, potem na mnie. Dostrzegam w jego oczach zdziwienie. Jeszcze raz zerka na adresata wpisanego na nalepce i ponownie na mnie. Chyba nie do końca dowierza. Pośpiech połączony z charakterystycznym dla jego pracy podejściem „a chuj mnie to obchodzi” sprawia, że wreszcie decyduje się rzucić słowa, na które czekałem, magiczne i tak bardzo pożądane przez przedwcześnie zbudzoną ze snu istotę: „tu podpisze”. Po raz kolejny uległem - podpisałem. Dopiero bliższe przyjrzenie się przesyłce pozwoliło mi wskazać elementy, które wywołały niepewność u czujnego kuriera.

Przede wszystkim charakterystyczny papier, który mógł mu mylnie zasugerować, iż jestem księżniczką. Mogę Wam przysiąc, że otwierając te drzwi wyglądałem jak wszystko, tylko nie księżniczka...

Dla Lary to jednak zdecydowanie za mało. Postanowiła, że piękny różowy papier należałoby jakoś ubarwić. Stąd też nalepki z końmi. Dziwne nalepki...
Jakość zdjęć taka, a nie inna, ze względu na to, że były one oklejone taśmą. Próbowałem je jakoś skutecznie odzyskać (nie pytajcie po co...), ale niestety bezskutecznie :(
Mam nadzieję, że gdy następnym razem zamówię paczkę, kurier nie będzie się bał mnie odwiedzić, gdyż było tego trochę więcej...

Gdy zdołałem w sobie zabić ogromną ilość śmiechu i niewielką zażenowania, zabrałem się do otwierania paczki. Jak zwykło to bywać w przypadku przesyłek od Eweliny, zajęło mi to kilka lat. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Utwierdziłem się również w przekonaniu, że jedynymi istotami, jakie przeżyją katastrofę nuklearną będą nie karaluchy, ale to, co znajdzie się w pudełku zamkniętym przez Larę. Nie mam pojęcia ile rolek taśmy klejącej ta dziewczyna poświęciła na moją paczkę, ale sądzę, że zapewniła utrzymanie jakiejś fabryce na dekady.


Kiedy udało mi się uporać z tym niewdzięcznym zadaniem, w środku czekało drugie pudełko. Również zaklejone - chwalmy Pana... Znów zabrałem się do pracy, która na szczęście była już o wiele krótsza. Otworzyłem pudło i pojawiła się radość - słodycze! Pierwsza rzecz, która rzucała się w oczy, to mnóstwo różnego rodzaju łakoci.

Cała góra. Było tego naprawdę mnóstwo i nie mam pojęcia kiedy je zjem. Nie czujcie się jednak zaproszeni - o nie. Będę jadł je sam, będę gruby i dostanę cukrzycy, ale przynajmniej umrę szczęśliwy...

Kolejna rzecz, bardziej spodziewana, to książki z cyklu o Jacku Reacherze, które (jak mam nadzieję zdążyliście zauważyć) Lara przesyła mi już od pewnego czasu. Nie wiem dlaczego, nie wiem w jaki sposób zrobiłem jej dobrze (co dla niej zrobiłem dobrego, to bardziej odpowiednia forma, ale ta pierwsza jakoś ładniej brzmi), nie wiem kompletnie nic, ale cieszę się mimo wszystko, licząc po cichu, że w zamian nie będę musiał przebierać się za konia w lateksie...

Wyciągając książki z paczki natknąłem się jeszcze na jedną, dużą i (o ile to możliwe) solidniej zapakowaną, prostokątną, wyłożoną papierem reklamówkę. W środku znajdowało się coś sporego i twardego (ale nie to, o czym właśnie pomyśleliście) oraz tajemnicza koperta. Muszę przyznać, że ta szczególnie mnie zaintrygowała. Początkowo podejrzewałem wąglika, ale po serii testów laboratoryjnych zdecydowałem, że należy ją jednak otworzyć.

W środku zaś znajdowała się ta przepiękna pocztówka z lachonem oraz kilka słów od Lary. Tych oczywiście nie wstawiam, bowiem mogłyby zgorszyć dzieci, które weszłyby przypadkiem na moją stronę. Streszczę tylko, że zawierały one obietnicę dozgonnej miłości oraz notarialnie potwierdzoną deklarację o zostaniu moją niewolnicą - nic ważnego.

Wielkim, twardym przedmiotem, zapakowanym w kilkanaście warstw ręczników kuchennych był komiks. Nie byle jaki komiks, bo sam Wiedźmin! Sześć historii powstałych w latach 90-tych zebrano w jednym tomie głównie po to, by mogły zostać sprezentowane mi - niewdzięcznemu. Dodatkowe podziękowania należą się również pewnej Wiedźmie, która ponoć maczała swoje paluchy w wyborze tego cudownego zbioru.


Cudownego i trzeba przyznać dość grubego. Wiedźmińskie opowieści w formie komiksowej liczą sobie ponad 300 stron, co jest naprawdę zdumiewającą ilością.


Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, jest świetny styl graficzny Wiedźmina. Tego typu rysunki przywołują wspomnienia. Choć nie miałem jeszcze czasu na czytanie komiksu, zauważyłem, że ma on bardzo dorosły charakter oraz zawiera specyficzny dla tego uniwersum humor. Czuję, że będę z niego bardzo, bardzo zadowolony.
Coś dla kobiet...

...i coś dla mężczyzn.
Cóż jeszcze mogę dodać? Serdecznie dziękuję za ten wspaniały prezent - od dawna nikt tak mnie nie rozbawił i nie sprawił takiej radości. Brawa dla Eweliny!    

PS. (Edit?) Dowiedziałem się, iż w przygotowaniu przesyłki b maczała palce nie tylko Wiedźma, ale również Cynamonowy Kącik. Dziękuję dziewczyny - wyszło Wam to świetnie ;)

czwartek, 28 lipca 2016

Stephen King - "Bastion"

Nie spodziewałem się tak dużego rozczarowania związanego ze świetnie ocenianym Bastionem. Ponoć przełomowa, wybitna i stanowiąca krok milowy w karierze Stephena Kinga powieść post-apo okazała się tak ciężko strawna, że męczyłem ją niemal trzy tygodnie. I choć bardzo mi przykro, gdyż to moje pierwsze (tak duże) rozczarowanie związane z mistrzem horroru, muszę stwierdzić, że bardzo chciałbym ten czas odzyskać...

Zaczynamy jednak od tego, co dobre. Przede wszystkim interesujący jest pomysł na fabułę - oczywiście o ile można mówić tu o jednym konkretnym pomyśle. Akcja książki rozpoczyna się od globalnej epidemii, w której ginie niemal cała populacja Ziemi. Ta część jest naprawdę niezła. Sugestywne opisy miast pogrążonych w chaosie, ciągła niepewność i dezorientacja, a wreszcie zwyczajna tęsknota za kontaktem z innymi ludźmi sprawiają, że ta katastrofa naprawdę żyje (w przeciwieństwie do znacznej części ludzkości), ma swój klimat i najzwyczajniej w świecie prezentuje się nad wyraz zajebiście. Następnie do gry wchodzi czynnik mistyczny, a ocaleni grupują się wokół dwóch wyjątkowych postaci: symbolizujących dobro (matka Abigail) oraz zło (Randall Flagg;R.F). Tutaj czytamy głównie o kształtowaniu się społeczności, budowie obozów, czy relacjach pomiędzy poszczególnymi członkami osad. Koniec książki przedstawia oczywiście wynik starcia tych dwóch sił.

Zacznę może od zalet. Wbrew temu, co napisałem w pierwszym akapicie, nie uważam Bastionu za całkowicie złą książkę. Mimo wszystkich problemów, które według mnie posiada, zawiera zarówno genialne opisy, które pozwalają zatonąć w świecie wykreowanym przez Kinga, bohaterów których szalenie łatwo polubić, znaczną swobodę interpretacyjną w kwestii zakończenia(nawet mimo teoretycznie prostego motywu walki dobra ze złem), czy sporą dozę brutalności, która niezbędna jest nie tylko w prozie mistrza, ale w utworach post-apo jako takich.

Niestety cierpi ona na bardzo poważny syndrom - syndrom kurewskiej nudy. Nie lubię czepiać się akurat tego elementu, gdyż dotąd uważałem się za naprawdę cierpliwą osobę, ale w Bastionie King zdecydowanie przesadził. Nagromadzenie wydarzeń, które nie mają nawet najmniejszego znaczenia dla całości jest tak wielkie, że wręcz szokuje. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że dotąd wszystkie elementy umieszczane w książkach tego pisarza wydawały mi się zasadne, a układanki z nich tworzone stanowiły spójną całość. Ale nie - tutaj musimy czytać o kształtowaniu się tymczasowej rady nadzorczej w osadzie „tych dobrych”, mimo że owa rada nie ma w konsekwencji zbyt wielkiego znaczenia. Podobnie jak znaczenia nie ma wielu szczegółowo nakreślonych bohaterów, którzy choć kreowani mozolnie okazali się kompletnie nieistotni. Tak samo jest z wątkiem szukania partnerki dla psa, który zdołał przetrwać wielki pomór, kwestią szukania żony przez głównego antagonistę, Randalla Flagga, rolą niemowy Nicka Androsa, która w tej historii miała ponoć być naprawdę znaczna, czy liniami fabularnymi innych głównych postaci - na przykład Fran Goldsmith i Stu Redmana, które okazały się w zasadzie niepotrzebne (równie dobrze cała historia mogłaby się potoczyć bez ich udziału). Odnoszę wrażenie, że King pisząc tę powieść na przestrzeni kilku lat nieustannie zmieniał jej koncepcje. W rezultacie wyszedł z tego koktajl, który miesza sporo fajnych elementów, ale właśnie ze względu na umieszczenie ich wśród innych składników, tracą one smak. Ba, w większości nie pasują do siebie, a po przyjęciu tej mieszanki do organizmu wciąż zastanawiasz się - dlaczego nie czujesz dostatecznie mocno swojego ulubionego owocu...

Nie była to więc książka o tyle zła, co raczej rozczarowująca. Dlaczego bohaterowie, których polubiłem nie mogą odegrać większej roli? Dlaczego muszę czytać o kwestiach społecznych, które mnie kompletnie nie interesują? Dlaczego wprowadzono elementy mistycyzmu, skoro powieść najlepiej radziła sobie właśnie bez nich? Tego typu pytania zadawałem sobie coraz częściej wraz z postępami w lekturze. Dziś wydaje mi się, że Bastion jest najzwyczajniej w świecie przegadany, że jest to dzieło lekko trącące tanim moralizatorstwem, a nawet, że zbyt częste zmiany koncepcji na tę powieść zbudowały dziwną, niezbyt jasno sprecyzowaną hybrydę, do której nie planuję już nigdy wracać. Mimo wszystkich zalet tej książki Bastion mnie nie ujął, nie wciągał jak inne historie, które wychodziły spod ręki Kinga i nie jestem w stanie polecić jej z czystym sercem.


Moja ocena to: 5/10

wtorek, 19 lipca 2016

"Strike Back" "Kontra" 2010-2015

Strike Back to serial równie dobry, co irytujący. Historia opowiadająca o losach brytyjskich komandosów działających w ramach tajnej jednostki - Sekcji 20 - zdaje się cierpieć na dziwne rozdwojenie jaźni. I choć z każdym kolejnym sezonem koncepcja serialu wydaje się klarowniejsza, to wciąż widz pozostawiony jest z niesmakiem - szczególnie jeśli stwierdzi, że mimo całej swej zajebistości, Strike Back nie jest do końca tym, czym mógłby być.

Zacząć należy jednak od tego, co oferuje pierwszy sezon. Otóż poznajemy w nim całkiem poważną historię byłego żołnierza, który mimo wszelkich przeszkód i zakulisowych intryg swych przełożonych, stara się wrócić do czynnej służby - tym razem podejmując próbę pracy w wywiadzie. Cała historia, choć nie wydaje się zbyt skomplikowana, z czasem nabiera dość szybkiego tempa. Z epizodu na epizod otrzymujemy coraz więcej akcji oraz poznajemy tło psychologiczne poszczególnych bohaterów (którzy zresztą są bardziej skomplikowani, niż to zwykło bywać w typowym kinie tego typu). Pierwszy sezon wydawał się naprawdę obiecujący. Sugerował, że każda kolejna odsłona opowieści o Sekcji 20, będzie przynajmniej próbowała oddawać realia działań wywiadowczych, ukazywała dylematy związane z pracą w tego typu strukturach, a przynajmniej zaoferuje widzowi kawałek wyważonego, nastawionego na względny realizm kina akcji. ALE NI CHUJA!
Pierwszy sezon, choć znacznie surowszy od reszty i sprawiający wrażenie lekko niedoszlifowanego, wydawał się obiecywać piękną przygodę...
Od drugiego sezonu następuje nie tylko zmiana bohaterów, ale także diametralna zmiana koncepcji serialu. Od tej pory Strike Back staje się produkcją oferującą mnóstwo szaleńczej akcji, strzelanin, wybuchów oraz pościgów. Ponadto znacznemu uproszczeniu ulega fabuła, która od tego momentu zaczyna skupiać się na zagrożeniu terrorystycznym. Każdy sezon ma więc odtąd swojego antagonistę, który oferuje światu dobrodziejstwa związane czy to z ładunkami nuklearnymi, czy też bronią biologiczną. Do tego wrzucono również kilkanaście średnio uzasadnionych (ale całkiem przyjemnych) scen seksu, parę zabawnych dialogów pomiędzy dwoma głównymi bohaterami (taki typowy bromance z diametralnie różnymi, ale niezbyt skomplikowanymi postaciami) i...sporo oczywistych niedorzeczności, które z niezrozumiałych względów wciąż zdają się pociągać reżyserów kina akcji.

Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego dobre akcyjniaki wciąż psute są tymi samymi głupotami? Dlaczego zamiast dźwięków prawdziwych wystrzałów z broni z tłumikiem, dostajemy dźwięki mysich pierdnięć? Dlaczego zamiast gniotącej się blachy auta spadającego z piętnastometrowej skarpy, dostajemy wybuch w stylu Michaela Baya? I czy ktokolwiek z producentów widział w życiu jak wygląda i jaką mniej więcej ma moc pieprzony granat? Przecież chcąc zrobić serial zachowujący chociaż pozory pracy wywiadowczej, nie można sobie pozwalać na tak drastyczne burzenie immersji. I o dziwo w pierwszym sezonie takich głupotek psujących przyjemność z seansu było o wiele mniej.
Realizmowi mówimy stanowcze...raczej nie.
I tu dochodzimy do kwestii rozdwojenia jaźni producentów tego serialu. Z jednej strony fabuła zdaje się rzeczywiście nawiązywać do pracy w wywiadzie. Mamy tu na przykład takie kwestie, jak zdobywanie informacji „przez łóżko”, działania podwójnych agentów, niezwykle aktualne problemy związane z produkcją broni biologicznej i proliferacją broni jądrowej, a z drugiej całe tabuny terrorystów niezdolnych do trafienia głównego bohatera, dziesiątki momentów, w których nieuzbrojeni żołnierze odbierają broń i w pojedynkę rozbrajają tuziny wrogów, czy właśnie wspomniane w akapicie wyżej niedociągnięcia burzące realizm całej historii.

Trochę szkoda, bo jako serial akcji Strike Back jest naprawdę znakomity. Świetna muzyka, typowi twardziele jako bohaterowie, mnóstwo brutalności, świetnie zrealizowane strzelaniny (po kątem dynamiki i widowiskowości), fabuła która pozwala nieźle wkręcić się w opowiadaną historię - jest tu przecież wszystko, czego można oczekiwać po dobrym kinie akcji. Ale są też wady, które z serialu doskonałego czynią Strike Back produkcją zaledwie dobrą. Ba, w porywach nawet bardzo dobrą. Mimo to cieszę się, że emisję przerwano już na piątym sezonie, ponieważ koncepcja nie oferującego nic poza ogranymi schematami i mnóstwem akcji tasiemca, zaczynała mnie już męczyć - dokładnie w momencie, w którym zrezygnowano z emisji szóstego sezonu, również zdecydowałbym się na przerwanie oglądania Kontry (obecnie kończę oglądać czwarty sezon, ale wciąż jestem gotów kontynuować tę przygodę - nie czuję już jednak ogromnego niedosytu). Tym razem z pełną odpowiedzialnością mogę więc potwierdzić, że producenci wiedzieli, kiedy należy zejść ze sceny niepokonanym.

Postaci kobiece w tym serialu są. I to chyba tyle jeśli chodzi o istotne kwestie związane z ich obecnością...
Trzeba przyznać, że mimo licznych zastrzeżeń, bawiłem się naprawdę dobrze. Jeżeli lubicie produkcje, które nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu, a akcja pędzi w nich w tempie zawrotnym, to Strike Back jest czymś dla Was. Nie oczekujcie jednak poważnej opowieści, w której na pierwszy plan wysuną się jakiekolwiek dylematy moralne - poza pierwszym sezonem nie znajdziecie tu takich momentów. To ewidentnie serial, który ma tylko jedno zadanie - ma bawić. Być może w sposób bardziej dojrzały, niż inne tego typu dzieła, ale wciąż nie na tyle, by klasyfikować go w kategoriach jakiejkolwiek rewolucji. Ot, kolejny niezły serial z wojną, karabinami i testosteronem w tle. 

Moja ocena to: 7/10

wtorek, 12 lipca 2016

Borwin Bandelow - "Bestia. Dlaczego zło nas fascynuje?"

Terroryści, mordercy oraz niereformowalni oszuści - oto grono gwiazd, z którymi przyjdzie nam się spotkać w książce wybitnego niemieckiego psychiatry - Borwina Bandelowa. Możecie się przygotować na serię opowieści o naturze zła, metodach działań oraz charakterystycznych zachowaniach determinujących żywoty przestępców. Ba, dowiecie się także wielu rzeczy o ich ofiarach - a może nawet odrobinę o samym sobie...

Książka Borisa Bandelowa z całą pewnością nie jest tak szczegółowym opracowaniem dotykającym problematyki zła, jak na przykład prace które wyszły spod ręki Roberta D. Hare. Badania Niemca są jednak o tyle bardziej interesujące, że nie tylko przedstawiono je w o wiele przystępniejszy i ciekawszy (szczególnie dla laika) sposób, ale również podjęto próbę podsumowania dotychczasowych osiągnięć naukowych na tym polu. Poza tym o ile u Hare’a mogliśmy czytać głównie o psychopatii, a przypadkami na których najczęściej opierał się amerykański uczony byli mordercy, o tyle Bandelow przedstawia nam także innych zbrodniarzy - opisuje więc typy terrorystów (skupiając się głównie na kierowanym przez Andreasa Baadera RAFie), „aniołów śmierci”  (morderców działających w szpitalach pod przykrywką altruistycznych dobroczyńców), matki cierpiące na zastępczy syndrom Munchhausena (polegający na krzywdzeniu swoich dzieci, by móc zademonstrować swoją opiekuńczość lub wyłudzić odszkodowanie) oraz wybitnych oszustów, którzy byli w stanie wyprowadzać w pole wielkich uczonych, a nawet samego...Ala Capone. Muszę przyznać, że rozpoczynając lekturę nie spodziewałem się tak dużej różnorodności.

Bardzo istotnym elementem, który może Was skłonić do sięgnięcia po tę książkę, jest także styl, którym posługuje się autor. Sam temat, choć bardzo interesujący, nie zostałby dobrze odebrany, jeśli nie dostalibyśmy licznych przykładów z życia. Zbalansowanie teorii i praktyki wyszło tu niemal idealnie. Dzięki temu nie musimy przez kilkadziesiąt stron przedzierać się przez dokładną specyfikę problemu - dostajemy opis zagadnienia, główne teorie propagowane w dzisiejszej psychologii, interpretację która jest najbliższa autorowi oraz kilka przykładów z historii, pozwalających najlepiej zrozumieć istotę przekazywanych informacji.

Jedyne do czego mogę się przyczepić, to długość niektórych rozdziałów. Zdecydowanie więcej chciałbym poczytać o interpretacji działań terrorystów na gruncie psychologicznym (swoją drogą na ten temat można pewnie napisać kilka oddzielnych książek), czy nawet o zaskakująco interesujących motywacjach pospolitych oszustów (przedostatni rozdział, który początkowo wydawał mi się najmniej interesujący, okazał się naprawdę dobry). Niestety ostatnie rozdziały dotyczące tych zagadnień są o wiele krótsze, choć nawet odrobinę ciekawsze (być może dlatego, że po raz pierwszy spotykam się z analizą takich tematów) niż pozostałe części tej książki.

Być może nie jest to kompletna i całościowa analiza natury zła - w tej kwestii Bandelow nie osiągnął absolutnego sukcesu. Nie zmienia to jednak faktu, że "Bestia" jest jedną z przyjemniejszych książek opisujących ten problem od strony ludzkiej psychiki. Najzwyczajniej w świecie bardzo dobrze się ją czyta - czasem z przerażeniem, niekiedy z obrzydzeniem, najczęściej z jawnym  oburzeniem . Jednak po zakończeniu lektury muszę przyznać, że także z fascynacją. W takim wydaniu zło fascynuje więc także mnie - muszę to przyznać. Szczerze polecam wszystkim zainteresowanym. Jestem niemal przekonany, że w bezbolesny sposób dowiecie się czegoś ciekawego.


Moja ocena to: 8/10