poniedziałek, 12 czerwca 2017

Shaun Usher, "Listy Niezapomniane t. II"

Pamiętacie, że jeszcze nie tak dawno miałem okazję pisać o Listach Niezapomnianych? Recenzowany wówczas zbiorek bardzo ciekawej korespondencji, charakteryzującej się znaczną wartością historyczną, niesamowicie przypadł mi do gustu. Nie jest chyba wielkim zaskoczeniem, że postanowiłem zdobyć i przeczytać także drugą część epistolograficznego rarytasu. Problem w tym, że Tom II Listów Niezapomnianych jest boleśnie wręcz przeciętny.

Owszem, niektóre zalety przytaczane przy okazji opisu poprzedniej odsłony, wciąż zachowują swą moc - wszelkie przedstawienia graficzne i strona wizualna tej książki, nadal stoją na wysokim poziomie. Problem w tym, że same listy nie są już tak dobre, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej części. Nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, że teksty w tomie drugim, stanowią różnego rodzaju „odrzutki”, które ze względu na swą wątpliwą jakość, brak przesłania, miałkość i bezsensowność, nie znalazły się w pierwszej części.

Oczywiście, także i tu zdarzają się perełki, które mogą przypaść do gustu wielu czytelnikom. List Marge Simpson do Barbary Bush, fragment korespondencji Charlesa Bukowskiego z Johnem Martinem, czy też list Normana Mailera do ojca-hazardzisty, to kilka przykładów, które choć w niewielkim stopniu nawiązywały do wysokiego poziomu tomu pierwszego. Niestety teksty te giną gdzieś w morzu różnorakiego, niezbyt interesującego syfu.

Biorąc pod uwagę, że listów było ponad 120 (o ile dobrze pamiętam), a wybranie kilku interesujących przykładów zmusiło mnie do ciężkiej, co najmniej pięciominutowej pracy myślowej (w której nigdy nie byłem specjalistą), muszę przyznać, że to okropny średniak. Zapewne każdy znajdzie tu coś dla siebie - pytanie tylko, czy warto poświęcać swój czas na szukanie...


Moja ocena to:  5/10

niedziela, 4 czerwca 2017

Sharknado (2013)

Pisałem już o morderczych oponach i zabójczych bobrach, dlaczego więc nie odnieść się do robiącego furorę w gronie kinowych zboczeńców filmu, opowiadającego o tornadach wypełnionych krwiożerczymi rekinami? Przecież już sam tytuł sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z czymś ekstremalnym (ba, nawet ekstrementalnym), historią łączącą horror klasy z, komedię w klimatach sci-fi i kawał śmierdzącego, parującego...*niedopowiedzenie*

I jeżeli dokładnie tego się spodziewacie, to przyznam, że absolutnie nie będziecie rozczarowani. Uwaga, trzymajcie się mocno foteli, bo streszczam fabułę - tornado porywa z oceanu stado krwiożerczych rekinów. Rekiny wirują w trąbach wodnych poruszających się nad Los Angeles, po czym spadają na ulice miasta i zżerają ludzi (a raczej najsłabszych aktorów drugoplanowych, jakich dane Wam będzie kiedykolwiek zobaczyć). Science biatch...
Historia którą za chwilę obejrzycie, oparta jest na faktach...
Niestety przyjęta powszechnie przeze mnie długość publikowanych wpisów, nie pozwala wymienić wszystkiego, co w tym filmie jest złe. Kompletnie niezaangażowani aktorzy, którzy w co najmniej kilku scenach próbują powstrzymać śmiech na drugim planie, efekty CGI gorsze nawet niż w niesławnej Zielonej Latarni, idiotyczne dialogi, które byłby w stanie napisać niepełnosprawny szympans i do tego mnóstwo absurdalnego humoru, który, jak to ma w zwyczaju absurdalny humor, jednych rozbawi, innych stanowczo odrzuci.

Problem w tym, że ten film jest dokładnie taki, jak go zaplanowano. Jak można ocenić pracę reżysera negatywnie, skoro założeniem było stworzenie maksymalnie idiotycznej produkcji, której seans będzie możliwy tylko po spożyciu odpowiednich środków znieczulających? Przecież facet wywiązał się ze swojego zadania genialnie, tworząc tym samym głupią komedię o najgorzej animowanych rekinach w historii kinematografii.
Rekin-alpinista - pomyślcie ile czasu zajęło wytrenowanie bestii do tej sceny :D
Kiedyś przyjąłem bardzo ciekawy sposób podchodzenia do dzieł filmowych. Jako że głównym celem tych obrazów jest wywoływanie emocji, postanowiłem dobrze oceniać produkcje, które zapamiętam na długo i które pobudzają moją wrażliwość. Biorąc te kryteria pod uwagę, z czystym sercem przyznaję, że ogromna ilość zniesmaczenia, zażenowania oraz niechęci do każdej osoby zaangażowanej w stworzenie tego dzieła, to najsilniejsze emocje wywołane we mnie przez produkcję filmową, jakie mógłbym sobie wyobrazić. W dodatku nie wyobrażam sobie, iż obraz rekinów rozcinanych piłą łańcuchową, mógłbym kiedykolwiek wyrzucić z głowy. Dlatego też:

Moja ocena to: 8/10


PS. Oczywiście to ściema, bo strona techniczna filmu nie zasługuje nawet na jedynkę. Ale ocena cyfrowa jest doskonałym źródłem prowokacji, do której mam ewidentną tendencję. Także obejrzyjcie Sharknado i wtedy napiszcie mi, dlaczego film ten nie zasługuje na tak wysoką notę. I cierpcie razem ze mną, bo ta seria ma już cztery części. A prawdziwy fan wirujących rekinów nie może przecież odpuścić takiego seansu... 

wtorek, 30 maja 2017

Jean-Christophe Grange - "Lontano"

Afrykańska magia, brutalny morderca i bezwzględni policjanci - jeżeli szukacie kryminału, który sprawnie połączy te trzy elementy, to trafiliście doskonale. Francuski mistrz powieści z dreszczykiem powraca z mroczną sagą opisującą losy rodziny Morvanów. A trzeba przyznać, że to całkiem zróżnicowana i interesująca grupka - ojciec, były agent służb specjalnych i prężnie działający w Afryce przedsiębiorca, facet nieustannie znęcający się nad swoją żoną i dążący do pełnej kontroli nad dziećmi, nieśmiała matka-hipiska, skrywająca własną tajemnicę, syn-detektyw, bezkompromisowy facet nie obawiający się skutków brutalnego pobicia przesłuchiwanego, syn-narkoman, tchórzliwy, wiecznie naćpany, ale mający niesamowite zdolności do osiągania sukcesów na rynkach finansowych i wrzeszczcie córka-dziwka, piękna kobieta, która na złość rodzinie bierze udział w orgiach fetyszystów i obciąga producentom filmowym z nadzieją na zrobienie kariery w show-biznesie. Losy tych postaci łączą nie tylko więzy rodzinne, ale także postać Człowieka-Gwoździa.

Choć pseudonim mordercy brzmi niemal jak ksywka surrealistycznego super-bohatera, Człowiek Gwóźdź okazuje się istotą bardzo potężną i brutalnie rzeczywistą. Po kilkudziesięciu latach powraca z Konga, by na francuskiej prowincji dręczyć Gregoire’a Morvana, głowę tej nieco skrzywionej i pełnej problemów rodzinki. Motywem działania Człowieka Gwoździa jest zaś konieczność dopełnienia rytuałów wynikających z afrykańskich legend i rytuałów religijnych kongijskich plemion z ludu yombe. Motyw ten jest o tyle interesujący, iż zabójstwa dokonywane przez naszego złoczyńcę są wręcz fantazyjnie brutalne, a charakterystyczna otoczka kulturowa sprawia, że czytelnik musi nieustannie balansować na krawędzi chorego snu i okrutnej rzeczywistości. Ponadto cieszy fakt, iż jak przystało na Grange’a nie ucieka on zanadto w stronę doznać metafizycznych, a ich obecność wynika jedynie z klimatu powieści, nie zaś przez bezpośrednią sugestię w dialogach, czy działaniach bohaterów. Krótko mówiąc autor trzyma się bardzo mocno twardych realiów, ale czytelnik i tak może wczuć się w ten gęsty, przesycony afrykańską kulturą, wypełniony czarną magią nastrój przedstawionej historii.

Książka sprawdza się idealnie jako wprowadzenie do kolejnych części cyklu. Jako takie obarczone jest jednak pewną, dla wielu kluczową przy wyborze lektury wadą. Otóż przeprawa przez kilkadziesiąt pierwszych stron to prawdziwa męczarnia. Samo poznawanie osób tworzących rodzinę Morvanów jest dość nudne i mało przyjemne. Początkowo trudno bowiem znaleźć wśród nich choćby jedną postać, którą czytelnik mógłby polubić i jej kibicować. Z czasem odsłaniane są jednak szczegółowe motywacje protagonistów i duża część z nich zaczyna być bardziej ludzka. I choć wciąż nie są ludźmi szlachetnymi, to przynajmniej w pewnym stopniu przestają być źli w tak oczywisty i bezpośredni sposób. Dlatego też, choć początkowo bardzo męczyła mnie przygoda z Lontano, uważam że to wciąż całkiem niezła powieść i z niecierpliwością czekam na kolejne, jeszcze lepsze części przygód rodziny Morvanów.


Moja ocena to: 7/10

wtorek, 23 maja 2017

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego (s01)

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego, to dokładnie tak dziwny serial, jak może sugerować sam jego tytuł. Opowieść o losach paranormalnie uzdolnionego detektywa Gently’ego, rodzeństwa Brotzmanów, nietypowej morderczyni Bart Curlish oraz całej gamy barwnych, specyficznych i niesamowicie charakterystycznych postaci, stanowi historię, której obecność warto zaznaczyć choćby w króciutkim tekście.

Słabo opłacany boy hotelowy, Todd Brotzman (Elijah Wood) pewnego dnia natyka się w swym domu na włamywacza. Epicka walka pomiędzy dwoma chudzielcami kończy się rozmową, z której Todd dowiaduje się, iż jego przeznaczeniem jest odnalezienie Lydii Spring, córki znanego i bogatego wynalazcy zamordowanego przed kilkoma dniami. Oczywiście całą akcję traktuje początkowo jako słaby żart i każe domniemanemu detektywowi opuścić jego mieszkanie w podskokach. Problem w tym, że Dirk Gently potrafi interpretować znaki przekazywane przez holistyczną strukturę wszechświata i doskonale wie, o czym mówi (choć nie zna do końca szczegółów). Ta rozmowa zmienia kompletnie życie Todda Brotzmana i rozpoczyna serię dynamicznych i szalenie dziwnych wydarzeń, które nie pozwolą widzowi oderwać się od ekranu przez osiem odcinków.
Zobaczcie jaki to ciepły i pozytywny serial...
Jeżeli przeczytaliście w życiu przynajmniej jedną książkę Douglasa Adamsa, nie będziecie w stanie pozbyć się wrażenia, że serial wypełniony jest po brzegi poczuciem humoru charakterystycznym  dla tego autora. I bardzo słusznie, bo produkcja telewizyjna, to rzeczywiście adaptacja prozy Adamsa. Trzeba przy tym przyznać, że mimo sporej dozy sceptycyzmu, która towarzyszyła mi przed rozpoczęciem seansu, jest to adaptacja wyśmienita. Przede wszystkim uwagę zwraca doskonałe, oparte na motywach futurystycznych i parapsychicznych poczucie humoru, które stanowi genialne tło dla leciutkiej opowieści o superbohaterach i podróżach w czasie.
...oczywiście zdarzają się czasem nieco brutalniejsze momenty...
Choć serial jest często szalenie brutalny, widz będzie miał ogromną trudność z odebraniem na serio jakichkolwiek przejawów przemocy. Ciepłe żółto-niebieskie barwy, które nieustannie towarzyszą naszym rozbrykanym, przerysowanym bohaterom, wpływają na to, iż interpretacja całości musi być pozytywna, a ekscesywne przejawy agresji traktowane z przymrużeniem oka.
...ale co złego może się wydarzyć?
Jeżeli uwielbiacie absurdalne poczucie humoru, lekkie i zabawne produkcje telewizyjne, czy choćby prozę Douglasa Adamsa, nie wyobrażam sobie, byście podczas oglądania Holistycznej Agencji Detektywistycznej Dirka Gently’ego mogli bawić się źle. Ja polecam z całego mrocznego serduszka.


Moja ocena to: 8/10

niedziela, 14 maja 2017

James R. Benn - "Łachmany i Kości"

Osadzenie akcji powieści kryminalnej w realiach drugiej wojny światowej, zawsze przyciąga moją uwagę. Gdy więc w okazyjnej cenie nabyłem Łachmany i Kości, historię detektywa Billy’ego Boyle pracującego na zlecenie samego Dwighta Eisenhowera, wówczas Naczelnego Dowódcy Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, myślałem, że złapałem Boga za nogi. I jeżeli przyjąć, że tym bogiem był Hefajstos, a za okazany brak szacunku dostałem od niego młotem w łeb, to w sumie nie pomyliłem się aż tak bardzo...

Sama historia wydaje się jednak mieć ogromny potencjał. Billy Boyle współpracując ze swych polskim przyjacielem Kazimierzem, starają się rozwikłać sprawę morderstwa rosyjskiego dyplomaty, Jegorowa. Problemy zaczynają się bardzo szybko, bowiem na jaw wychodzi, iż śmierć Rosjanina bezpośrednio związana jest z mordem polskich oficerów w Katyniu. Ponadto w niebezpieczną, polityczną grę błyskawicznie włączają się struktury przestępcze działające w podziemiach (dosłownie) nieustannie bombardowanego Londynu, organizacje wywiadowcze z MI5 i MI6 na czele, czy wreszcie cała gromada wkurzonych kacapów z NKWD. No i sami powiedzcie, czy to nie brzmi świetnie?!

Oczywiście, że tak. Przedstawiona historia nie ma znaczących luk, brak tutaj szczególnie cukierkowych, czy niewiele znaczących i nudnych wątków. Książkę czytałoby się wręcz bardzo dobrze, gdyby nie...korekta. A właściwie jej całkowity brak w wydaniu, które mam nieszczęście posiadać.
Kluczową wadą jest w jego przypadku brak kilkunastu stron. Felerność mojego wydanie nie ulega wątpliwości wobec faktu, iż część stron jest zdublowanych, części natomiast nie ma wcale. Jak wielkim problemem jest brak kilku chociażby kartek w kryminale, nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Na tym jednak się nie kończy - o nie! Tak ogromnej liczby literówek i błędów nie widziałem przez całe życie - ba, nie sądzę, żebym miał okazję jeszcze raz czytać książkę tak źle wydaną. Wygląda na to, że w moje ręce trafiła jakaś wersja testowa ostatecznego wydania - wersja, która nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Choć zwykle kwestie błędów tego typu nie są dla mnie najistotniejsze, w tym przypadku uniemożliwiły czerpanie jakiejkolwiek frajdy z rozrywki.

Czy to mogła być dobra książka? Cóż, nawet w swej najlepszej formie nie byłaby lekturą wybitną. Z całą pewnością mogłaby jednak zdobyć rzeszę fanów, szczególnie wśród ludzi zainteresowanych ówczesnymi realiami historycznymi (te zaś przedstawiono naprawdę solidnie). Obecność Eisenhowera, Kima Phillby’ego, licznych organizacji wywiadowczych i świetnie przedstawionych realiów życia w Londynie z okresu II wojny światowej, tworzą świetne tło historyczne, ułatwiające budowanie emocjonującego wątku kryminalnego. Cóż jednak z tego, gdy całą radość przesłania irytacja i zniechęcenie czytelnika, zmuszonego do nieustannej walki z nieprzystępną formą.

Jeżeli będziecie zainteresowani tą lekturą, starannie przekartkujcie swoje wydanie w księgarni. Jeżeli natraficie na choćby ślad przypuszczenia, że Wasz egzemplarz odbiega od standardowo przyjętych norm, po prostu sobie odpuśćcie. Niech wystarczy fakt, że sam opracowałem całą listę nowych przekleństw, zastanawiając się przy tym, czy istnieje jakikolwiek głupszy sposób zmarnowania potencjału opowiadanej historii...

Moja ocena (bazująca na posiadanym wydaniu) to: 2/10 (książka w wersji kompletnej zasługiwałaby na 4-5 oczek więcej)

czwartek, 4 maja 2017

Shaun Usher - "Listy Niezapomniane"

Sztuka pisania listów nie umiera - ona już dawno poległa. Niestety jedynym śladem, jaki po sobie zostawiła, jest zwykle sterta pożółkłych papierzysk przewalających się po tysiącach polskich strychów, piwnic i garaży. A przecież jeszcze dwadzieścia lat temu, wyobrażenie sobie świata bez tej podstawowej od wieków formy komunikacji międzyludzkiej, było niemal niemożliwe. Pisali do siebie dyplomaci, przyjaciele, partnerzy handlowi, czy kochankowie. Niemal każdy list był unikatowy, dogłębnie przemyślany ze względu na ograniczoną objętość, wymuszający pewien minimalny poziom elokwencji. Dziś listów nie pisze niemal nikt. Na szczęście Shaun Usher postanowił napisać o listach. A raczej zebrać najciekawsze okazy i przedstawić je w jednym miejscu.

Tym sposobem w Listach Niezapomnianych przeczytamy sto dwadzieścia sześć listów o najróżniejszej tematyce. Pismo Karola Dickensa w sprawie publicznych egzekucji, list siostrzeńca Hitlera do prezydenta USA, Franklina D. Roosvelta, zawierający prośbę o wcielenie do armii, korespondencję Raya Bradbury’ego z jego wiernym czytelnikiem, dotyczącą zagrożenia ze strony robotów, czy wreszcie mój ulubiony - choć jednocześnie jeden z najkrótszych - list Kuby Rozpruwacza do śledczego George’a Luska, stanowiący kpinę z jego postępów w dochodzeniu. Jak sami widzicie tematyka tekstów jest diametralnie różna. Jedne okażą się niesamowicie zabawne, inne przygnębiające. Część z nich umieszczona w odpowiednim kontekście rozczuli, część zmotywuje do cięższej pracy nad sobą. Co szczególnie istotne dla takich zbiorczych opracowań, niemal żaden nie jest na tyle nudny, by zmusić czytelnika do odłożenia książki na później. Listy niezapomniane połyka się błyskawicznie, a wiele z nich rzeczywiście okazuje się czymś trudnym do zapomnienia.

Jedną z najważniejszych rzeczy, ułatwiających odbiór, jest jednak niesamowite wydanie tego opracowania. Otwierając dość prostą graficznie, twardą okładkę, natrafimy na przetłumaczone listy, zapisane standardową, drukowaną czcionką. W wielu przypadkach możemy jednak także rzucić okiem  na fotografie oryginalnych wersji listów, czy jeśli to z jakichś przyczyn niemożliwe, na portrety osób zaangażowanych w korespondencję. Znaczna część listów opatrzona jest również króciutką notką, wprowadzającą kontekst opisywanych sytuacji i zdarzeń. Dzięki takiemu rozwiązaniu przejrzystość, czytelność i przede wszystkim atrakcyjność lektury Listów Niezapomnianych, stoi na najwyższym poziomie.

Znacie to uczucie, gdy długo na coś czekacie, a później Wasze oczekiwania zostają dramatycznie zawiedzione? W tym przypadku było kompletnie inaczej. Od momentu wydania Listów Niezapomnianych ostrzyłem sobie zęby na tę lekturę, czekałem na moment, w którym znajdę czas na zanurzenie się w tej genialnej, epistolograficznej przygodzie. Gdy wreszcie udało mi się tego dokonać, okazało się, że nie mogę żałować żadnego momentu, poświęconego na przedzieranie się przez listy ludzi wielkich (i tych trochę mniejszych) i zasłużonych (i tych trochę mniej zasłużonych) dla historii. Szczerze polecam!


Moja ocena to: 8,5/10  

piątek, 28 kwietnia 2017

William Peter Blatty - Egzorcysta

Zwykle po obejrzeniu ekranizacji, nie czuję jakiejś ogromnej potrzeby, by próbować dotrzeć do wersji oryginalnych. Po seansie Ojca Chrzestnego nie sięgnąłem po Puzo, po kinowej odsłonie X-menów nie widziałem potrzeby docierania do zeszytów komiksowych, które zawierałyby przygody mutantów, które przed chwilą obejrzałem, ba, nawet po obejrzeniu obrad sejmowych, nie nabrałem ochoty na przeczytanie Historii Gówna (tak, też jestem zaskoczony, ale jest taka książka). Dla Egzorcysty zrobiłem jednak wyjątek. Głównie dlatego, iż jest to jedna z najbardziej przełomowych produkcji w historii kina grozy, film-fenomen, o którym na przestrzeni lat dyskutowano na tysiącach konwentów, setkach uczelni filmowych i dziesiątkach czarnych mszy w przerwach między zabijaniem dziewic i zjadaniem kotów (albo odwrotnie). Nie ukrywam więc, że byłem żywo zainteresowany książkowym pierwowzorem, który zainspirował niedawno zmarłego Blatty’ego, do przeniesienia historii opętanej dziewczynki na ekrany kin. I cóż, nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczony.

Książka krok w krok podąża tropem znanej mi już od dawna, filmowej wersji Egzorcysty. Opętana Regan, jej histeryczna matka, tracący wiarę ksiądz i zafiksowany na punkcie kina detektyw - bohaterowie zgadzają się co do joty. Literacka wersja rozszerza troszkę gamę postaci o służącego Karla oraz jego rodzinę, która w ekranizacji została w dużej mierze pominięta. Wątki związane z Karlem nie są jednak na tyle ciekawe, by fani kina mieli czego żałować.  Poza tym zgadzają się przecież wszystkie znaczące wydarzenia. Zabawy planszą Oujia, bieganie po lekarzach, aż wreszcie prawdziwa zabawa w dobrym, demonicznym towarzystwie. Ba, mało tego, znaczna część dialogów, które odbywają się w książce, to wyłącznie nieco rozszerzone rozmowy z filmu.

I teraz mam z tą powieścią mały problem. Z jednej strony styl w jakim jest napisana i niezwykle ciekawa historia jaką udało się w niej przedstawić, sprawiły, że czytało mi się ją z ogromną przyjemnością. Z drugiej jednak strony nie znalazłem w niej kompletnie nic nowego. Czasami narzekamy, że ekranizacje zbytnio odbiegają od książkowych pierwowzorów. Tutaj jest dokładnie na odwrót. I muszę niestety stwierdzić, że sytuacja, w której wizja tej samej historii w obydwu opisywanych mediach jest identyczna, również nie okazała się czymś zanadto komfortowym. W gruncie rzeczy dostałem identyczną historię, tyle że w dwóch wersjach. I przyznam, że mimo przyjemnie spędzonego czasu, odnoszę wrażenie, że w jakimś niewielkim stopniu go straciłem.


Jeżeli nie mieliście okazji oglądać filmu, przeczytajcie książkę. Zrobienie tego w odwrotnej kolejności również jest możliwe (i w sumie bezbolesne), ale wówczas możecie wyciągnąć wnioski podobne do moich. A podzielenie mojej opinii, to pierwszy krok prowadzący na ścieżkę zła, okrucieństwa i upierdliwego czepialstwa.