wtorek, 21 marca 2017

Melvin Burgess - "Nicholas Dane"

Czytaliście kiedyś Olivera Twista? Powieść opisującą trudne warunki życia sierot w XIX-wiecznej Anglii? Historię stworzoną przez Karola Dickensa, jednego z najwybitniejszych autorów wszech czasów? Książkę znajdującą się na liście stu najlepszych wg. BBC? Jeżeli  nie, powinniście się w tym momencie bardzo mocno zawstydzić - podobnie zresztą jak ja, bowiem sam również nie miałem z Oliverem Twistem do czynienia. Miałem za to do czynienia z Nicholasem Dane’m, uwspółcześnioną wersją przygód londyńskiego sieroty.

Siłą rzeczy nie jestem w stanie dostrzec wszystkich podobieństw fabularnych. Poza miejscem akcji (różnego rodzaju domy opieki, a w dalszej części angielska ulica), bezpośrednim nawiązaniem do Olivera (bohater drugoplanowy w książce Burgessa również ma na imię Oliver), czy głównej osi fabularnej, opierającej się na wykorzystywaniu młodocianych, nie jestem w stanie wskazać konkretnych, choć jak mniemam bardzo licznych analogii do powieści Dickensa.

Nicholas Dane to historia piętnastoletniego chłopca, który zupełnie niespodziewanie traci matkę. Brak bliskiej rodziny oraz seria tragicznych w skutkach zbiegów okoliczności sprawiają, że chłopak trafia do Meadow Hills, cieszącego się fatalną opinią sierocińca dla najbardziej niepokornej młodzieży. I tu od pierwszego dnia zaczynają się schody. Nick nie potrafi bowiem dopasować się do rygorów i schematów życia w nowym miejscu. Nie uznaje panującej w Meadow Hills hierarchii, odpowiadając agresją na agresję. Toczy wojnę z niemal całym otaczającym go światem i zaczyna mieć świadomość, że jest w niej praktycznie skazany na porażkę. Wtedy do akcji wkracza Tony Creal, jedyna osoba w całym domu opieki, która wydaje się sympatyczna i gotowa wyciągnąć pomocną dłoń do swoich wychowanków. W świecie Meadow Hill za wszystko trzeba jednak zapłacić, o czym Nick dowiaduje się zresztą w potwornych okolicznościach. Druga część książki opisuje losy Dane’a już po ucieczce z zakładu. I choć jego życie nadal obfituje w niesamowicie trudne sytuacje, charyzma i ambicja Nicholasa Dane’a pozwala mu wreszcie wyjść na prostą i osiągnąć bardzo względny spokój.

Historia nie jest być może zbyt skomplikowana. Podobnie zresztą jak język, którym posługuje się autor. Czasem wydaje się nawet, że książka została uproszczona do granic możliwości. Prostota i bezpośredniość przekazu zdają się jednak świetnie współpracować z linią fabularną. Dialogi i oszczędne opisy rzeczywistości pomagają wczuć się w ten nieco prymitywny, okrutny, a przy tym nieraz emocjonujący i zabawny klimat uliczny. Wyraźnie widać także, że głównym odbiorcą tej historii miała być nastoletnia młodzież - biorąc zaś pod uwagę jakość tego typu literatury, należy przyznać, że Nicholas Dane jest jednym z lepszych, o wiele mroczniejszych i bardziej wartościowych jej przedstawicieli. Bohaterowie są tu ludźmi porzuconymi, tragicznymi postaciami zwykle odrzuconymi przez własne rodziny, samotnikami starającymi się znaleźć kogoś, na kim można polegać. I mimo ich ciągłej, niepohamowanej agresji, zachowań niemoralnych, nieetycznych, czy po prostu głupich, ciągle udaje się im kibicować i współczuć.

Mimo poważnych tematów, które w swojej książce porusza Burgess, historię Nicholasa Dane’a czyta się fantastycznie. Gdy zaczynałem lekturę, nawet nie sądziłem, że będę w stanie dokończyć ją w jakimś rozsądnym terminie.  Okazało się jednak, że po wsiąknięciu do świata angielskiej młodzieży, nie byłem w stanie się z niego wyrwać. Całość skończyłem w dwa dni (jakieś 400 stron), czytając przy każdej możliwej okazji. Być może po moich ostatnich przygodach z literaturą historyczną, potrzebowałem właśnie takiej historii - prostej, ale nie cukierkowej opowieści o dramacie i niewyobrażalnej tragedii nastoletniego chłopca. Szczerze polecam, tym bardziej, że zwykle można ją dostać za bardzo małe pieniądze. Choć nie jest to szczyt osiągnięć literatury obyczajowej, powinniście być nią całkiem mocno usatysfakcjonowani.


Moja ocena to: 8/10

czwartek, 16 marca 2017

Bernard Wasserstein - "W przededniu. Żydzi w Europie przed drugą wojną światową"

Zauważyliście, że nieuchronnym skutkiem wypowiedzenia w kulturalnym towarzystwie zdania „to może teraz porozmawiajmy o Żydach?” jest mocno wyczuwalne zgęstnienie atmosfery w pokoju? Kojarzycie ten moment, gdy wszyscy milkną i spoglądają na siebie niezręcznym wzrokiem, nie do końca pewni, co się za chwilę wydarzy? Otóż jego wywołanie jest wręcz banalnie proste, gdy wkroczymy na grząski temat dyskusji mogącej choćby zahaczyć o jakikolwiek element definicji antysemityzmu. Na szczęście dziś, opisując książkę Bernarda Wassersteina, jestem chroniony na dwóch frontach. Po pierwsze autor jest historykiem żydowskim, co zwalnia mnie z odpowiedzialności wybiórczego przytaczania jego opinii krytykujących międzywojennych Żydów, po drugie zaś, to tylko krótka opinia na temat książki historycznej, więc niemal nikt na całym świecie nie będzie zainteresowany jej przeczytaniem.

Żydzi w dwudziestoleciu międzywojennym byli niemal wszędzie. Od Amsterdamu, przez Warszawę, aż do samej Moskwy. Naiwnością byłoby więc myśleć, iż ludzie Ci, choć deklarowali historyczną przynależność do tego samego narodu, niczym się od siebie nie różnili. Mało tego - jak udowadnia Wasserstein różnice te bywały ogromne. Począwszy od języka (w Europie stosowano zarówno Hebrajski, Jidysz, czy Judeo-hiszpański), przez poglądy polityczne (komuniści, socjaliści, syjoniści), aż po podejście do sztuki i kultury (zdecydowaną większością osób uczęszczających do teatrów byli właśnie Żydzi, lecz jednocześnie wielu chasydzkich przedstawicieli odnosiło się do tego typu instytucji bardzo krytycznie). Różnice były tak ogromne, że społeczeństwo żydowskie przed rozpoczęciem prawnie zinstytucjonalizowanych prześladowań w Niemczech, w żadnym momencie nie mogło mówić o jedności i duchowej unifikacji w ramach własnej kultury.

Wasserstein otwarcie mówi również o przejawach antysemityzmu w Europie. Co ciekawe wielu ludzi potraktuje te fragmenty, jako krytykę polskiego rządu, który z całych sił dążył do ograniczenia roli społecznej Żydów w społeczeństwie polskim (i to rzeczywiście nie może ulegać najmniejszej wątpliwości). Czytelnicy nieco uważniejsi zwrócą także uwagę na inne argumenty Wassersteina w tej kwestii. Podkreśla on bowiem kilka kluczowych dla ówczesnych czasów kwestii. Zwraca uwagę na to, że antysemityzm stał się czymś powszechnym dla całej Europy (nie tylko dla Polski). Przypomina o roli Żydów w Komunistycznej Partii Polski i przyczynach niechęci większości Polaków do polityki części partii żydowskich. Zwraca również uwagę na to, że Polska, mimo dość powszechnego antysemityzmu, stała się jednym z głównych (obok Amsterdamu) ośrodków ucieczki, czy również przymusowego wypędzania Żydów z Rzeszy Niemieckiej (co więcej mimo niepewności ekonomicznej, Polska starała się przyjmować tych uchodźców) oraz państwem aktywnie promującym idee syjonistyczne (nie wynikało to z jakiegokolwiek altruizmu, ale raczej ze zwykłej chęci pozbycia się z kraju jak największej części Żydów za pomocą metod pokojowych).

Dzięki tej książce dowiecie się bardzo dużo. Przeczytacie zarówno o żydowskiej edukacji, ich podejściu do zdrowia, rodziny, gojów, muzyki, pracy itd. W tym dość obszernym dziele kryje się bowiem zarys życia całego społeczeństwa, przedstawionego jeszcze nie jako ofiara ogromnych systemów totalitarnych, ale jako olbrzymia grupa ludzi zdolna aktywnie kształtować swój los. To opowieść o losach społeczeństwa niesamowicie zróżnicowanego, a przy tym tak hermetycznego, że jego poznanie stanowiło sporą trudność nawet dla ówczesnych mieszkańców państw europejskich.


Przy tym jest to też książka dość nudna. Szczególnie styl kilku pierwszych rozdziałów sprawiał, że ziewanie stało się nieodłącznym spazmem towarzyszącym sięganiu po tę książkę. Wynika to poniekąd z szerokiego podejścia do tematu, które wręcz wymusza pisanie o tym, co wielu czytelników może nie zainteresować nawet w najmniejszym stopniu. Choć nie bawiłem się przy tej lekturze zbyt dobrze i nie mogę jej polecić, jeśli chcecie dopiero rozpocząć przygodę z historią, jestem bardzo zadowolony, iż udało mi się przez nią przebrnąć. Można z niej bowiem wynieść ogromną ilość wiedzy o najbardziej skrzywdzonym i obarczonym największą liczbą mitów narodzie w XX-wiecznej Europie.

Moja ocena to: 6/10

poniedziałek, 6 marca 2017

Kilka słów o Trylogii Dolarowej Sergio Leone

Klasyczne westerny, takie jak W Samo Południe (1952), czy Poszukiwacze (1956), stanowiły najprostsze opowieści heroiczne, jakie można sobie wyobrazić. Szlachetny kowboj-rycerz o niemal nadprzyrodzonych mocach, walczył w nich ze zgrajami rzezimieszków, Indian, czy choćby konfederatów. I gdy w pewnym momencie wydawało się, że ten skostniały gatunek czeka rychły upadek, na scenę wkroczyło dwóch Włochów - reżyser Sergio Leone oraz kompozytor Ennio Morricone.

Wizja Sergio Leone wydaje się dziś banalnie prosta. Stwierdził on, że Dziki Zachód należy rzeczywiście uczynić możliwie dzikim, nieprzystępnym i brutalnym. W czasach Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza takie stwierdzenie możecie skwitować tylko niemrawych wzruszeniem ramion i szepnięciem I don’t fucking care , ale wówczas była to prawdziwa bomba. Bite i mordowane kobiety, kopane i poniżane dzieci, alkoholizm, ludzie oszpeceni i okaleczeni w wojnie domowej, główny bohater, niejednokrotnie wychodzący z sytuacji zagrożenia życia wyłącznie dzięki szczęściu, wszechobecny brud, brak elementarnego wykształcenia i klimatyzacji - cóż, było z czego wybierać.

W tej właśnie konwencji powstają trzy kultowe westerny, stanowiące bramę do wielkiej kariery dla samego Clinta Eastwooda. Za garść dolarów (1964), Za kilka dolarów więcej (1965) oraz Dobry, zły i brzydki (1966) - trzy historie połączone osobą bezimiennego rewolwerowca, nazywane niekiedy zbiorczo Trylogią Dolarową. Wpływ jaki ta wielka westernowa trójca wywarła na współczesne kino, wydaje się niepodważalny. Tym bardziej interesowało mnie, jak ta konkretna trylogia prezentuje się po ponad pięćdziesięciu latach od swego powstania. I cóż - wciąż jest zaskakująco dobrze.

Za garść dolarów - pierwsza część trylogii opowiada o bezimiennym rewolwerowcu, który przybywa do targanego konfliktem miasta. Dwie grupy nieprzepadających za sobą rzezimieszków, prowadzą tu nielegalny handel bronią i alkoholem, przy okazji marząc o wymordowaniu swoich konkurentów. W środku tego chaosu znajduje się nasz protagonista. Stwierdza przy tym, że takie położenie umożliwia mu zarobienie kilku dolarów i zaczyna wykorzystywać zarówno jedną, jak i drugą stronę. Bardzo szybko popada przy tym w tarapaty.
 
Zastrzelenie faceta w takiej kamizelce, to jeszcze morderstwo, czy już gest litości?
Cóż, już pierwszy film okazał się sporym szokiem. Bohater nie był jakimś rycerzem na białym koniu, a raczej uzdolnionym cwaniakiem, któremu spryt i inteligencja pozwoliły na zarobienie paru groszy. Nie spotkamy tu więc nikogo do końca dobrego, nawet jeśli kontrast między zachowaniami poszczególnych bohaterów widoczny jest na pierwszy rzut oka. Mimo wielu pomniejszych głupotek dzieje się tu sporo, a nastrojowa muzyka, świetne zdjęcia i krzywiący sie Clint Eastwood (elementy wspólne dla wszystkich części), pozwalają czerpać chorą satysfakcję z każdej kolejnej strzelaniny.

Za kilka dolarów więcej - Druga część trylogii dolarowej, jest jednocześnie moją ulubioną. Opowiada o losach dwóch łowców nagród, których los rzucił na tę samą ścieżkę. Po początkowych konfliktach wyruszają oni, by wspólnie zapolować na gang złodzieja i mordercy, znanego jako El Indio.
Patrz, znów nie umyłeś Tamagotchi...
W drugiej części trylogii dolarowej fabuła okazała się o wiele bardziej interesująca. Choć wciąż główną motywacją wydają się pieniądze, finał filmu udowadnia, że w grę wchodzą również inne, skrywane dotąd wartości. Ponadto sama kreacja bohaterów jest stukrotnie lepsza, niż w pierwszej części trylogii. Lekko szalony El Indio wie, że musi radzić sobie nie tylko ze ścigającymi go łowcami nagród, ale także z ewentualnym buntem we własnych szeregach, rewolwerowiec i łowca nagród Douglas Mortimer emanuje  zaś siłą spokoju i opanowaniem. Właściwie tylko bezimienny rewolwerowiec jest takim samym typem bohatera, jaki dane nam było poznać w Za garść dolarów. Cała trójka jest charakterystyczna i bardzo rozpoznawalna. Sama akcja zaś na tyle dynamiczna i ciekawie zrealizowana, że bardzo rzadko zdarzało mi sie odwracać wzrok od ekranu. To kolejna solidna dawka świetnej zabawy dla każdego miłośnika westernów.

Dobry, zły i brzydki - Ostatnia część stanowi wariację na temat klasycznych historii opowiadających o poszukiwaniu skarbów. Trzech rewolwerowców stara się odnaleźć pieniądze, ukryte przez żołnierza wojsk konfederacji. Podczas poszukiwania ogromnej fortuny, los zmusza ich nieraz do podejmowania niechętnej współpracy, prowadząc jednak do ostatecznego, obligatoryjnego pojedynku.
"Uśmiech jest najprawdziwszym, kiedy jednocześnie uśmiechają się oczy" - ks. Jan Twardowski
Z jednej strony jest to najlepsza część trylogii. Ostatnia scena, najpopularniejszy meksykański standoff w historii kina, rzeczywiście robi wrażenie. Do tego świetnie przedstawiona bitwa pomiędzy wojskami unii i konfederatami zapada w pamięć. Bohaterowie również wykreowani są bez zarzutu - trudno znaleźć równie charakterystyczne postaci w jakimkolwiek innym westernie. Wciąż brak też jednoznacznie dobrego protagonisty, co mógłby fałszywie sugerować sam tytuł filmu - różnicą pomiędzy rewolwerowcami są jedynie poziomy reprezentowanej przez nich niegodziwości. Problemem jednak jest to, że maniera Leone do przeciągania mało istotnych scen, eskalowała w Dobrym, złym i brzydkim do niespotykanych rozmiarów. O ile jeszcze wydaje się to zasadne w scenie ostatecznego pojedynku, o tyle sztuczne rozciąganie każdej niemal sceny, doprowadziło głównie do tego, że wynudziłem się jak mops (albo jak jakikolwiek inny, ale bardzo znudzony pies). Fakt że zawsze udawało mi się zwrócić uwagę na kluczowe momenty, nie rekompensuje tych długich minut, w których grzebałem sobie w pępku, albo oglądałem opadające kłębki kurzu, zamiast podziwiać dwóch facetów siedzących za stołem (tym bardziej, że ich losów zdołałem domyślić się już jakieś pięć minut wcześniej). Rozumiem wizję artystyczną Sergio Leone oraz to, że komuś może się to bardzo podobać, ale ja po jakimś czasie miałem dość. Dobry, zły i brzydki , to w moim subiektywnym odczuciu najgorsza część trylogii, zawierająca przy tym dwie najlepsze sceny z całej trójki - ot, taki paradoks.

Z tych trzech seansów udało mi się wyciągnąć prosty wniosek - dla fanów westernu, a nawet dla łowców motywów obecnych we współczesnym kinie, Trylogia Dolarowa wciąż stanowi niezwykle łakomy kąsek. Choć są to filmy nieco wolniejsze i dostojniejsze, niż dzisiejsze kino akcji, potrafią wynagrodzić cierpliwego widza świetną muzyką, pięknymi widokami i stosunkowo nieprzewidywalną fabułą. Prawdopodobnie podobne doświadczenie będzie szokiem dla ludzi wychowanych na Transformersach, Gwiezdnych Wojnach, czy innego rodzaju Niezniszczalnych, ale jeśli nie brakuje Wam fascynacji szerzej pojętym kinem, będziecie zadowoleni.

Moje oceny:

Za garść dolarów: 8/10
Za kilka dolarów więcej: 8,5/10
Dobry, zły i brzydki: 7/10

sobota, 25 lutego 2017

Rafał Socha - "Abubaka"

Być może będzie to dość odważne stwierdzenie, ale zaczynam wyrastać na specjalistę od twórczości Rafała Sochy. Zarówno Jak Zostałem Bażantem oraz Kredyt na Żula okazały się niezwykle sympatycznymi pozycjami, pełnymi oryginalnych historyjek oraz charakterystycznego dla tego autora, prześmiewczego humoru. Były też jednak pełne pomniejszych wad, które raz przeszkadzały bardziej (wydumane nazwy miejscowości w Jak Zostałem Bażantem), a raz mniej (powtarzalność początkowo zabawnych motywów, która z czasem zaczynała drażnić w Kredycie na Żula). Dlatego też, gdy dowiedziałem się, że debiutancka powieść Sochy będzie thrillerem metafizycznym, byłem bardzo sceptyczny.

Ta charakterystyczna niepewność wynikała głównie z faktu, iż wciąż traktuję Sochę, jako autora nieoszlifowanego, człowieka z głową pełną pomysłów, ale mającego problem z ułatwieniem przeciętnemu czytelnikowi zanurzenia się w kreowanych przez niego rzeczywistościach. A w jakiej historii byłoby to zadanie trudniejsze, niż w opowieści o równoległych, dualistycznych, ale w pewien sposób połączonych i przenikających się światach? Prawdopodobnie w żadnej.

Abstrahując już od tego, że historia Michała Kownackiego, którego życie zmienia się pod wpływem jednego, drobnego zdawałoby się szczegółu, ma dość duży potencjał, muszę podkreślić, że metafizyka nie jest czymś, co potrafiłbym odpowiednio docenić. Co jednak miałem na myśli stwierdzając, że autor nie ułatwia czytelnikowi zanurzenia się w tym świcie? Otóż na przykład nieustanne, monotonne, irytujące jak jasna cholera podróże po Częstochowie. Opisy ulic, charakterystycznych elementów krajobrazowych, czy środków transportu, są oczywiście nieodłącznym elementem każdej powieści, ale bez przesady. Marzę o tym, by Socha z większą konsekwencją stosował zasadę Brzytwy Ockhama - być może wpłynęłoby to znacznie na długość książki, ale jej odbiór byłby o wiele lepszy. Skąd to wiem? Otóż stąd, że gdy akcja pod koniec przyśpiesza, a czytelnika zalewa wręcz fala rozgrywających się po sobie wydarzeń, zwyczajnie nie ma się do czego przypierdolić. Styl, dialogi, opis konfliktu zbrojnego w wersji mini (nie pytajcie :D) - wszystko stoi na przyzwoitym poziomie. Aż się chce zapytać: czemu tak późno?

Poza tym z przykrością zauważam, iż jest tu zdecydowanie mniej humoru, za który tak mocno doceniłem dotychczasową twórczość autora. Scena z krótką wizytą głównego bohatera w urzędzie pracy nie rekompensuje tego, iż absurd w Abubace jest jakiś mniej zabawny - ba, chciałoby się nawet powiedzieć, że mimo konwencji książki, wydaje się nieco mniej... absurdalny. Być może jest to efektem sztucznego rozciągnięcia tej powieści, która mimo swoich momentów, spokojnie mogłaby stanowić kolejne, bardzo ciekawe zresztą, opowiadanie w dorobku Rafała Sochy.

Konsekwentnie będę zatem twierdził, że Abubaka powinna stać się właśnie kilkudziesięciostronicowym opowiadaniem, a nie pełnoprawną powieścią. Liczne nawiązania do historyjek z Kredytu na Żula oraz niby-pamiętnika w Jak Zostałem Bażantem, dobitnie wskazują, iż jest to próba wpasowania się w tę konwencję, przy jednoczesnym dążeniu do „upoważnienia” przedstawionego świata. I to nie jest wcale tak dobry pomysł, jak mogło się wydawać, bowiem w moim mniemaniu Socha jest świetnym człowiekiem od poprawiania humoru - nie zaś od refleksyjności. Być może bardziej doceniłbym, gdyby autor zaczął od prostszej konwencji. Jego styl i zdolność do prowadzenia dobrej akcji, którą widać pod koniec Abubaki, wskazują, że facet ma potencjał na porządnego autora powieści przygodowych, chętnie sprawdziłbym jakąś powieść historyczną, czy zwykłego „sensacyjniaka”, który wyszedłby spod jego pióra. Metafizyka to chyba jednak wciąż za głęboka woda - zarówno dla Sochy jako autora, jak i dla mnie jako czytelnika.


Moja ocena to: 5/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałem od wydawnictwa Oficynka

czwartek, 23 lutego 2017

Hacksaw Ridge; Przełęcz Ocalonych (2016)

Jeszcze kilka tygodni temu, doszedłem do przykrego wniosku, iż za cholerę nie znam się na kinie. Właściwie nie znam się na niczym, o czym zdarza mi się czasem pisać, ale w kwestii filmowej jestem szczególnym laikiem. Nie ogarniam technik reżyserki, sposobów tworzenia dobrych, spójnych scenariuszy, czy innych metod działania specyficznych dla tej konkretnej branży. Dziś jednak nie byłem w stanie się powstrzymać. A to dlatego, że wiem na pewno, co mi się podoba i że od pięciu lat nic nie podobało mi się tak bardzo jak Hacksaw Ridge.  

Oparta na faktach opowieść o losach Desmonda Dossa (Andrew Garfield), pierwszego żołnierza Armii Stanów Zjednoczonych odmawiającego użycia broni palnej i mimo to odznaczonego Medalem Honoru, to historia, która rzuciła mnie na glebę, skopała, rozbiła emocjonalnie i sprawiła, że poczułem się jak naiwny gówniarz. Mówiąc krótko: byłem nią zachwycony.

Desmonda Dossa poznajemy jako rozwrzeszczanego dzieciaka wychowującego się przy boku ojca-alkoholika, weterana Wielkiej Wojny oraz w otoczeniu silnie wierzącej matki, stanowiącej ostoję dla naszego bohatera. Krótkie historie z dzieciństwa i młodości, definiują osobowość Dossa i sprawiają, że widzowi o wiele łatwiej zrozumieć jego motywację i cele. Przyszły sanitariusz US Army zarysowuje się więc jako człowiek z krwi i kości, facet którego wzmocniły trudne doświadczenia i przeszkody jakie spotykał na swojej drodze. Co istotne przedstawienie to jest na tyle krótkie i interesujące, że nie wprowadza do historii dodatkowej dawki melodramatyzmu. Być może to zasługa samego bohatera prezentującego w swym życiu iście stoicką postawę, a być może świetnie napisanego, wyważonego scenariusza powstałego na potrzeby tej ekranizacji.

Następnie przechodzimy do bardzo zgrabnie, choć niemal równie prosto przedstawionego wątku miłości. Wybranka serca Dossa jest piękna, same zaloty wypadają zabawnie i sympatycznie, a romantyzm budowany jest raczej wokół postaci klasycznej damy i dżentelmena, niż namiętnych kochanków. Brak scen seksu, czy innych przejawów namiętności fizycznej jest tu bardzo mocno uzasadniony i niesamowicie cieszy, iż zrezygnowano z tak popularnych ostatnio scen, na rzecz utrzymania spójności postaci - a przyznać trzeba, że przy tak pięknej aktorce (Teresa Palmer) pokusa musiała być ogromna. Na szczęście jej główną rolą okazało się wspieranie swego wybranka serca, co być może nie będzie się podobało szerokiemu gronu feministek, ale przynajmniej stoi w zgodzie ze znanymi mi faktami historycznymi.

Okres w którym nasz bohater przechodzi trening wojskowy, to jeden z najlepszych fragmentów tego typu, jakie zdarzyło mi się widzieć w kinie wojennym. Doskonałe wprowadzenie szczególnie charakterystycznych, przyszłych kompanów Desmonda, wypada idealnie. Jest tu tyleż samo humoru, co dramatyzmu i negatywnych emocji (szczególnie gdy na jaw wychodzi niechęć Dossa do noszenia broni). Widać, że twardzi faceci z baraków, w rzeczywistości nie tylko są ludźmi z krwi i kości, ale także cholernie obawiają się tego, co czeka ich w przyszłości. Po serii burzliwych perypetii Desmonda i jego przyszłych braci broni, przenosimy się na Okinawę.

I tu dochodzimy do kluczowej części filmu. Walka o Hacksaw Ridge jest pełna emocji i niespotykanej (nawet jak na kino wojenne) brutalności. Hektolitry krwi, urwane kończyny, szczury pożerające ludzkie zwłoki - tak prezentuje się tło walk o Okinawę. I trzeba podkreślić, że mimo ogromu brutalności i efektów specjalnych, udało się sprawić, iż jest to tylko tło. Że wciąż bardziej interesują nas losy poszczególnych bohaterów, niż zobaczenie kolejnej krwawej sceny. Nie ulega jednak wątpliwości, iż Mel Gibson wyreżyserował jedną z najlepszych scen batalistycznych w historii kina, do której zamierzam jeszcze nieraz powrócić.

Wreszcie przechodzimy do zakończenia. Mój największy zarzut, to niesamowita dawka patosu wylewająca się z ekranu w tym fragmencie, która niespecjalnie współgra z całością tego dzieła. Liczne nawiązania do Boga, patriotyzmu, przesadzone gesty i nienaturalność, nijak się mają do wszystkiego, co można było zobaczyć przed kilkoma minutami. Na szczęście zdecydowano się zakończyć na archiwalnych filmikach z fragmentami wypowiedzi samego Desmonda, jego dowódcy kapitana Glovera, czy też jego brata - Harolda Dossa. I okazało się to bardzo fortunnym zabiegiem, ponieważ można było wówczas dostrzec, jak doskonale wybrano obsadę do Hacksaw Ridge oraz po raz ostatni wspomnieć tych, którym nie udało się przetrwać tej wojny.

Podsumowując - jestem zachwycony tą produkcją. Na kilometr widać, że maczał w niej paluchy ten sam facet, który pisał scenariusz do świetnego Pacyfiku. I znów pokazał klasę. Podobnie zresztą jak wielu aktorów, o których coraz częściej się zapomina - Hugo Weaving, Vince Vaughn, czy Sam Worthington świetnie uzupełnili popisową rolę młodego Andrew Garfielda i mam nadzieje, że dzięki Przełęczy Ocalonych  jeszcze nieraz zobaczę ich na wielkim ekranie. Szczerze polecam każdemu.

Moja ocena to: 9,5/10


Ps. Wiem, że jestem miękką parówą, więc od razu przyznam, że łezka w oku zakręciła mi się jakieś trzy razy. Pomijając moją ogromną słabość do kina tego typu, przyczyną może być także to, że to najzwyczajniej w świecie dobra produkcja...

wtorek, 14 lutego 2017

Marcin Ogdowski - "Z Afganistanu.pl. Alfabet Polskiej Misji"

Marcin Ogdowski nie jest laikiem w kwestii wojny w Afganistanie. Kilkukrotne wyjazdy oraz przebywanie wśród „misjonarzy”, pozwoliły mu przedstawić perspektywę konfliktu w sposób diametralnie różny od tej kreowanej za pośrednictwem oficjalnych, rządowych informacji. I to jest chyba największa siła tej książki - Alfabet Polskiej Misji pozwala rzucić okiem na codzienne, zwykłe życie żołnierza polskiego w afgańskich bazach i poza nimi.

Wydaje mi się, że to całkiem niezła książka, pozwalająca „wsiąknąć” w ten brudny klimat wojenny (bzdury o stabilizacji chyba już każdy włożył między bajki). Umożliwiająca poznanie namiastki języka, jakim posługują się wojskowi, dająca szansę dowiedzieć się jakie uzbrojenie jest przez nich szczególnie cenione, czy choćby poczytać jak spędzają oni swój wolny czas. Reporterska praca Ogdowskiego polega na bardzo wyważonym przedstawianiu życia codziennego w Afganistanie, wymieszanego z emocjonującymi i pełnymi napięcia, patosu, czy po prostu tragedii opisami sytuacjami znanymi z bardzo klasycznych reportaży wojennych. Dodatkowo książeczka opatrzona jest licznymi, często bardzo dobrymi i poszerzającymi horyzont czytelnika, zdjęciami wykonanymi przez autora książki.

Problem leży jednak w długości całej historii. Choć mam świadomość, że powinna liczyć się jakość, a nie ilość, jestem szalenie zawiedziony rozmiarem tej lektury. Około 240 stron, wśród których znaczną część stanowią zdjęcia, to ogromny zawód dla każdego, podobnego mi czytelnika. Ta książka jest o tyle ciekawa, że w żadnym miejscu nie można nazwać jej złą, ba, niektóre fragmenty głęboko zapadają w pamięć. Gdy odłożysz ją jednak na półkę masz wrażenie, że nie jest to pełny obraz konfliktu w Afganistanie. Że niemal każde hasło afgańskiego alfabetu było nie tylko strasznie kompaktowe, ale i nie do końca przeanalizowane, tylko częściowo rozwinięte. Gdy sięgam po podobne lektury, zwykle odnoszę wrażenie, że są to pozycje dla tych, którzy właściwie niespecjalnie lubią czytać. Prosty, żołnierski język, maksymalnie skondensowane informacje, mnóstwo zdjęć i voila - reportaż wojenny gotowy.

I teraz wobec tej wady, która w moim mniemaniu znacznie obniża noty książki Ogdowskiego, nie sposób odmówić jej ważności, poruszania istotnych tematów i trafnego analizowania sytuacji w jakiej znaleźli się żołnierze (zarówno pod względem społecznym, politycznym, czy ekonomicznym). Szkoda że wszystko było takie...uproszczone. Mam świadomość, że wielu czytelników uzna wymienione przeze mnie wady, za cechy nobilitujące reportaże wojenne, ale ja nie jestem jednym z nich i po tej lekturze nie jestem w stanie pozbyć się uczucia lekkiego rozczarowania.


Moja ocena to: 6/10 

wtorek, 7 lutego 2017

Nigel Warburton - "Krótka historia filozofii"

Nie jestem najszybszą, czytelniczą maszyną w tym kraju. Dlatego też korzystam z każdej okazji, by napisać parę słów o tym, co zdarzyło mi się przekartkować. Dziś będzie więc o książce, która prawdopodobnie nie zainteresuje zbyt wielu z Was. Sam pewnie również nie rzuciłbym na nią okiem, ale ze względów czysto utylitarnych zostałem zmuszony do jej zakupu i jak najszybszej lektury. I cóż - mam bardzo mieszane uczucia.

Z jednej strony „Krótka historia filozofii” oferuje dokładnie to, co zapowiada. To bardzo ogólny opis koncepcji filozoficznych, które rozwijały się na przestrzeni lat. Założenia teoretyczne sformułowane przez wielkich myślicieli - od Sokratesa do Petera Singera - zostały tutaj mocno skondensowane, odpowiednio okrojone oraz opatrzone licznymi przykładami, umożliwiającymi łatwiejsze zrozumienie omawianych treści. Z poruszania problemów bardziej skomplikowanych, często rezygnowano zupełnie.

Z czystym sumieniem mogę więc stwierdzić, że jest to bardzo dobra pozycja dla laików w temacie filozofii. Błyskawiczna podróż przez najistotniejsze rozważania filozoficzne w znanej nam historii, okazuje się stosunkowo łatwa, przyjemna i...zaskakująco łatwa do zapomnienia.

I tu właśnie zaczyna się mój problem. Ze względu na to, że szalenie łatwo się rozpraszam, mam słabą pamięć i biorąc pod uwagę wiele osób z mojego otoczenia, jestem najzwyczajniej w świecie głupi, nie zdołałem przyswoić zbyt wielu informacji, które mogą okazać się dla mnie istotne. Zastanawiam się, czy problem tkwi w nadmiernie uproszczonej strukturze książki, która nie zostawia zbyt wiele miejsca na refleksję, czy raczej (co bardziej prawdopodobne) w moim podejściu do tematu. Błyskawiczna lektura to oczywiście wielka zaleta, ale niekoniecznie dotyczy to zagadnień związanych z filozofią.

Ponadto zabrakło tu bardziej globalnego spojrzenia na filozofię. Niestety nie spotkałem tu żadnych informacji na temat kultury islamu, którymi byłem bardzo zainteresowany, czy też opisów dotyczących filozofii dalekiego wschodu, które na szczęście są dla mnie tymczasowo nieistotne...

Mimo to uważam, że dla ludzi dopiero zapoznających się z tematem, jest to bardzo dobry wstęp do dalszych poszukiwań. W końcu od czegoś trzeba zacząć, a nie wyobrażam sobie mniej skomplikowanego wprowadzenia w niezwykle złożony świat filozofowania.

Moja ocena to: 6,5/10