niedziela, 18 lutego 2018

Black Panther (Czarna Pantera) 2018

Najbardziej wyczekiwana (przez niektórych) produkcja tego roku trafiła na ekrany kin. Czarna Pantera znów przywdziewa swój niesamowity strój i powraca bronić wakandyjskiej ojczyzny przed wrogami z zewnątrz. O ile w naszym kraju jest  to tylko kolejna odsłona przygód marvelowskich superbohaterów (na szczęście), za oceanem stanowi manifest polityczny na miarę wystąpienia pewnego czarnoskórego pastora, który miał sen. Manifest, który dotrze do milionów Amerykańskich obywateli z dwóch względów - jest świetnie zrealizowany i przedstawia dramatycznie płytkie spojrzenie na problemy kolonializmu, rasizmu i innych „izmów”, o których mogłem zapomnieć.
Nie wiem co jest piękniejsze - stroje bohaterów, czy doktor Watson w Afryce...
Jak już wspomniałem rozkoszuję się tym, że dla mnie to tylko kolejny film akcji zrealizowany przez kompetentnych twórców, dysponujących ogromnym budżetem. Odcinając się od wszystkich politycznych bzdur trzeba przyznać, że jak na uniwersum Marvela, fabuła jest całkiem spójna. W przypadku historii o komiksowych herosach, jest to chyba najlepsze, co można o niej powiedzieć. Cała przygoda rozpoczyna się od przedstawienia okrojonej historii Wakandy, tajemniczej afrykańskiej metropolii, dysponującej niesamowitym poziomem rozwoju technologicznego. Wkrótce potem wracamy do znanego z Wojny Bohaterów księcia T’challi, czyli tytułowej Czarnej Pantery. Śledzimy jego drogę po królewską koronę oraz zakusy łotrów ostrzących sobie szpony na tron Wakandy. Zakończenie to oczywiście walka oczywistego dobra z nieco mniej niż zwykle oczywistym złem. Mimo wszystko prostota bije po oczach - jak na film akcji nie roszczący sobie praw do niczego więcej - da się to strawić. Jak na wielowymiarowy i niezwykle ważny komunikat polityczny - słabiutko.

Jak w takim razie spisuje się niemal w całości czarnoskóra obsada (swoją drogą reklamowanie kinowych produkcji tylko tym aspektem to strasznie słabe zagranie)? Całkiem przyzwoicie. Chadwick Boseman jest może mało interesujący, ale ze swej roli dobrego króla wywiązuje się nieźle. Leititia Wright jako siostra króla, Shuri, wnosi do filmu sporo humoru (w wersji z dubbingiem niestety zdecydowanie mniej niż powinna) i stanowi typową arogancką i silną kobietę, jaka musi pojawić się w każdej współczesnej produkcji kinowej. Swoją drogą Czarna Pantera stoi pod znakiem silnych kobiet - Danai Gurira jako Okoye dowodzi elitarnymi oddziałami wakandyjskich wojowników, a  Lupita Nyong’o grająca Nakie to świetnie wyszkolona agentka CIA, radząca sobie bez większych problemów z uzbrojonymi po zęby partyzantami. Wszystkie trzy panie odgrywają zresztą bardzo istotną rolę w zmaganiach Czarnej Pantery. Najciekawsze role dostali jednak złoczyńcy. Utożsamiający złego kolonizatora Andy Serkis jako Klaw oraz Michael B. Jordan grający opuszczonego w dzieciństwie i przepełnionego gniewem Killmongera, to bohaterowie, którymi wreszcie kieruje jakaś konkretna motywacja. Nawet jeśli nieraz idiotyczna, to przynajmniej bardzo precyzyjna.
Klaw nie jest łotrem, który ma dwie lewe ręce. Ale jedna z pewnością by mu się przydała...
Największą zaletą Czarnej Pantery jest chyba samo miejsce akcji. Połączenie afrykańskiej kultury z niesamowicie rozwiniętą technologią okazuje się tu zdecydowanie częściej imponujące, niż żenujące. Z pewnością ogromną rolę w tym rozłożeniu akcentów odgrywają piękne widoki, świetnie zaprojektowane stroje bohaterów oraz odwracające uwagę od ewentualnych niedociągnięć, solidnie zrealizowane sceny walk. Nie ukrywam także, że sporym zaskoczeniem było dla mnie wplecenie w historię Martina Freemana, jedynego białego nie życzącego afrykańskim społeczeństwom rychłej śmierci. To całkiem miły akcent, biorąc pod uwagę ogólny przekaz płynący z filmu.
Odnoszę wrażenie, że to musi być cholernie niewygodne wdzianko. Kręcenie filmu w takim stroju musiało być przyjemne jak jazda komunikacją miejską z dobrze dojrzałym żulem...
Przyznam, że na Czarnej Panterze bawiłem się świetnie. Oczywiście po obejrzeniu tej produkcji, każdy widz wyciągnie z niej inne wnioski. Moje są takie, że dobrze potraktować  ją jako kolejny film z uniwersum i czerpać maksymalną przyjemność z wydarzeń rozgrywających się na ekranie, a kwestie polityki społecznej zostawić dla politologów, historyków i psychologów (być może trudno w to uwierzyć, ale często mają oni większe kompetencje w tym obszarze, niż hollywoodzcy reżyserzy). Wówczas zostanie nam tylko to, co najlepsze - dobrze zrealizowana walka w pięknych miejscówkach.


Moja ocena to: 7,5/10  

sobota, 10 lutego 2018

Rytuał (The Ritual) 2017

Macie ochotę na małą przygodę? Co powiecie na Skandynawię? Pomyślcie tylko - te mroczne i nieprzystępne lasy poprzecinane słabo widocznymi szlakami dla turystów, stare opuszczone chatki poukrywane w gąszczu drzew i nieustannie ekscytująca przygoda w gronie przyjaciół, która pozwoli Wam na chwilę zapomnieć o trudach dnia codziennego i zmierzyć się z prawdziwie dziką przyrodą. Czyż to nie brzmi romantycznie?!
Kiedy ktoś proponuje Ci przygodę w mrocznej i zimnej Skandynawii...
Tak właśnie myślał Luke (Rafe Spall). Wyruszając na wyprawę nasz główny bohater zabrał ze sobą ciężki plecak wypchany namiotem, śpiworem i prowiantem, a także przytłaczające poczucie winy, które dźwiga się o wiele ciężej, niż kilka par gaci na zmianę. Poczucie winy Luke’a wynikało bezpośrednio ze zgrzeszenia tchórzostwem w obliczu śmierci jego najlepszego przyjaciela - Roberta. Otóż gdy Robert ginął masakrowany przez maczetę sklepowego złodziejaszka, Luke chował sie za sklepowymi półkami dzierżąc w łapach butelkę wódki i drżąc ze strachu o własne życie. Jak łatwo się domyślić, postawa Luke’a odbiła się na jego stosunkach z resztą przyjaciół, wśród których zakiełkowało ziarno wątpliwości, co do zachowania Luke’a. Podróż w dzikie lasy Szwecji miała być okazją do odbudowania wzajemnego zaufania całej grupy, a dla Luke’a szansą na pozbycie się poczucia winy. Oddanie hołdu Robertowi, który zawsze marzył o tego typu podróży nie poszło jednak zgodnie z planem. Delikatnie mówiąc...
Kebab z ludziną raz, sosy mieszane...
Jak się dość szybko okazało, nordyckie lasy, czarna magia i skandynawscy, morderczy bożkowie lubią iść ze sobą w parze. I nie jest to zbyt dobra wiadomość dla Luke’a i jego przyjaciół - Hutha, Doma i Phila. Mają oni bowiem równie niespotykaną, co nieprzyjemną okazję do udziału w polowaniu, w którym przyjdzie im odgrywać rolę zwierzyny. Jak łatwo się domyślić, nie jest to najoryginalniejsza koncepcja, na jaką mogą wpaść twórcy filmu grozy.
Blizny dodają męskości, nie ma co tracić głowy...ups... :d
Trudno też udawać zaskoczenie w obliczu bijącej zewsząd przeciętności. Od efektów specjalnych, przez fabułę, aż po kreacje postaci - wszystko jest takie sobie. Na całe szczęście jest tu jeszcze jeden bohater, który nie tylko cholernie mnie przeraża, ale także odgrywa swoją rolę perfekcyjnie. Mowa oczywiście o równie pięknym, co mrocznym lesie. Scenografia Rytuału niesamowicie przypomina inny, świetny horror z ostatnich lat - The Witch. Choć  była to produkcja pod każdym względem lepsza od Rytuału, żądam więcej tak właśnie wyglądających filmów grozy. Wychodzę bowiem z założenia, że mroczny las wypełniony choćby najbardziej tandetnymi potworami, wciąż pozostaje przerażającym mrocznym lasem. Choćby z tego powodu polecam wszystkim miłośnikom horroru rzucić okiem na Rytuał - nie jest to produkcja przełomowa, ale na bezrybiu i ocet słodki (czy jakoś tak).


Moja ocena to: 6/10   

wtorek, 19 grudnia 2017

Prezenty 2017

Kolejny rok powoli dobiega końca. To doskonały moment na refleksje, przemyślenie swoich wyborów życiowych i docenienie bliskich nam ludzi...No dobra, tak naprawdę to czas na prezenty i wszyscy doskonale o tym wiemy! 

Mimo iż mijający rok stał dla mnie pod znakiem bycia złym i rozgoryczonym człowiekiem, moje piękne koleżanki z internetów i tak postanowiły obdarować mnie świetnymi prezentami, robiąc przy tym masę przypału (<3). Paczka przygotowana przez Larę i Anię (Wiedźmę) początkowo zaskoczyła moje zaspane oczy swoim rozmiarem. Wymiana znaczących spojrzeń z kurierem pozwoliła mi jednak na bliższą analizę optycznej wartości przesyłki. Kiedy już mój wzrok powędrował na oklejony różowym papierem karton, w tle usłyszałem uciekającego kuriera krzyczącego, że musi szybko lecieć i, jestem niemal przekonany, trzymającego się za brzuch ze śmiechu. Jeżeli nie wiecie dlaczego, oto kilka zdjęć zewnętrznej obudowy "paczki wstydu".





Ten niesamowicie dobry początek zapowiadał moją rychłą śmierć ze śmiechu (lub zażenowania, bo uczucia te walczyły ze sobą niemal nieustannie). Otwarta paczka sprawiała jednak wrażenie podejrzanie normalnej. 
Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy po usunięciu materiałów zabezpieczających, była książka. Nie byle jaka książka, bo sam "Idiota" Dostojewskiego. Powieść mojego ulubionego autora, żyjącego dawniej po tamtej stronie Buga, stanowiła piękną niespodziankę, która pozwoli mi wreszcie nieco poszerzyć swoją kolekcję klasyki, co planowałem już od dawna. Mam nadzieje, że nabycie akurat tego tytułu nie jest jakąś zawoalowaną sugestią, co do poziomu mojej inteligencji - nawet jeśli i tak bym nie zrozumiał!
Kolejną rzeczą, która wpadła w moje ręce, była druga z paczek. Tajemnicza niespodzianka zawinięta została w papier, który w o wiele lepszy sposób sprawdził by się jako opakowanie zewnętrzne (taka sugestia antyprzypałowa :D)
Jako że pierwsza powieść należała do klasyki, tym razem po zdjęciu papieru moim oczom ukazała się kompletna nowość. Historia napisana przez Stephena i Owena Kinga opowiadająca o życiu w świecie pozbawionym kobiet, wydaje się szczególnie wymowna w sytuacji, gdy właśnie od kobiet otrzymuje się tak wspaniałe prezenty. 
Jak łatwo zauważyć ze środka spoglądała na mnie jeszcze tajemnicza koperta, którą czym prędzej wyłowiłem. W środku zaś znalazłem kartkę świąteczną z upośledzonymi mikołajami i genialnymi (uwielbiam poczucie humoru tej pani) życzeniami od Eweliny. 
Cała paczka wydawała się w ogóle stać pod znakiem tajemniczych kopert, bowiem wkrótce znalazłem w niej kolejną, zieloną kopertę z kartką stworzoną dla mnie przez Wiedźmę (doceniam!). Standardowo nie wstawiam wnętrza kartki, gdyż życzenia zawarte w jej wnętrzu mogłyby niekorzystnie wpłynąć na rozwój najmłodszych czytelników, którzy zaplątają się do mnie przypadkiem (głównie chodzi o seks i słodycze, choć trudno powiedzieć, czy w jakimś połączeniu, czy jako indywidualne byty)
Nie wydaje Wam się, że póki co jest zaskakującą normalnie (szczególnie biorąc pod uwagę początek całej historii)? Jeśli tak, to nie uruchamiajcie swoich pajęczych zmysłów, bo nie mogło zabraknąć również kucyków. O tak, kucyki wydają się sprawiać dziwną, perwersyjną przyjemność moim prześladowcom, więc i tutaj znalazły swoje miejsce. A nawet miejsca, bo tych akcentów było wyjątkowo dużo. Po kolei wyciągałem więc kucykowy wiatraczek, kucykowe zakładki oraz kucykowe puzzle z zestawem kucykowych naklejek. Wydaje mi się, że Clint Eastwood nie był ze mnie dumny...

Po tej dawce słodkości, warto dodać także pozostałą (dla wielu grubasów kluczową) część paczki. Widzieliście już moje gigantyczne jajo i połamaną laskę (modlę się, żeby nikt tego w przyszłości nie zacytował), warto więc dodać także pudełko z ciastkami oreo, bardzo ładne pudełeczko z m&m'sami, czy pasące się na moim łóżeczku krówki. Do tego zboczony święty Mikołaj, którego wzrok w dziwny sposób mnie zaniepokoił
Jeszcze raz dziękuję wszystkim zaangażowanym w tworzenie tej genialnej paczuszki. Nie wiem jak to możliwe, ale zarówno w kwestii sprawionej radości jak i chęci zapadnięcia się pod ziemię, osiągnęłyście w tym roku mistrzostwo :D 


wtorek, 5 grudnia 2017

Tag książkowy 2017

Już przed kilkoma tygodniami zostałem nominowany do zabawy blogowej przez Kasię z http://www.kacikzksiazka.pl/. Jako że mam ostatnio równie duże trudności z realizowaniem zadań na czas, co z odmawianiem ładnym dziewczynom, odpowiedzi pojawiają się, choć z dużym poślizgiem.




1. Jaka jest najstraszniejsza książka, jaką przeczytałaś/eś?

Najbardziej bałbym się wrócić do lektury Arbuza Marian Keyes. Od razu zaznaczam, że przeczytałem ją w ramach innej zabawy blogowej i dzięki temu zrozumiałem, że czasem użycie słowa „wyzwanie” w Internecie, rzeczywiście ma swoje podstawy. Jeśli chodzi o książkę, która zmroziła mi w pewnym momencie krew, w bardziej klasycznym znaczeniu, niech to będą Cienie w Mroku Michelle Paver, których nie przeczytałbym, gdyby nie polecanki moich ulubionych blogerek. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie także Cena Waldemara Łysiaka, ale trudno w tym przypadku mówić o strachu znanym z horrorów - książka traktowała raczej o trudnych wyborach moralnych, ale jeśli bierzemy pod uwagę bardzo przyziemny i życiowy strach, to postawiłbym właśnie na nią.

2. Jaka książka była dla Ciebie największym zaskoczeniem (niezależnie od powodu owego zaskoczenia)?

Największym negatywnym zaskoczeniem, był dla mnie Bastion Stephena Kinga. Książka w pewnych kręgach kultowa, szalenie mnie wynudziła, podczas gdy inne powieści autora łykałem jak młody pelikan. Zaskoczeniem pozytywnym okazała się za to Pandora Mike’a Carey’ego, bardzo przyjemna interpretacja klasycznej opowieści o zombie, podsunięta mi przez wspomnianą już Kasię. 

3. Z którym bohaterem najchętniej wybrałabyś/wybrałbyś się na kawę/piwo/pogaduchy?

Z Pickwickiem. To nie tylko gwarancja ciekawej, egzystencjalnej rozmowy, ale także pysznych posiłków, i dobrej zabawy. Problem w tym, że trzeba się liczyć z niebezpieczeństwem wplątania się w jakąś szaloną przygodę, ale cóż, żyje się tylko raz ;)

4. A z jakim autorem zrobiłabyś/zrobiłbyś to samo?

Cóż, spotkanie z idolami często jest rozczarowujące, więc chętnie spotkałbym się z mniej znanym w naszym kraju autorem książek o tematyce piłkarskiej, Simonem Kuperem. Nawet jeśli nie ujęłaby mnie jego osobowość, mam pewność, że moglibyśmy do rana gawędzić o odległościach przebieganych w lidze angielskiej, wpływie ekonomii na siłę reprezentacji, czy rzutów rożnych na pogodę w Ugandzie. W tej branży tematów nigdy nie brakuje.

5. Jaka jest Twoja ulubiona ekranizacja?

Największe wrażenie zrobiła na mnie Zielona Mila. Najwięcej zabawy dostarczył mi Władca Pierścieni. Co ciekawe nie czytałem żadnych opowiadań i książek związanych z tymi produkcjami, ale podczas seansów płakałem i bawiłem się świetnie.

6. Czy masz ulubione miejsce do czytania?

Łóżko. Najlepiej moje. Strasznie rozprasza mnie bowiem ciągłe zagadywanie podczas lektury: „kim jesteś?” „jak tu wszedłeś?!” „dzwonię na policję” „dlaczego jesteś nagi zboczeńcu?” - ostatnio wolę unikać...

7. Czy jest książka, którą "wszyscy chwalą", a Ciebie jednak nie przekonała?

O Bastionie już pisałem, więc muszę być bardziej kreatywny i wzbudzić trochę oburzenia. Niech więc będzie Mały Książę - być może nie jest to zła książka, ale mi zawsze brakowało do niej wrażliwości. 

8. O jakiej książce powinno być głośno? Jaka została przemilczana/zapomniana?

Wydaje mi się, że Ostatni rejs "Fevre Dream" George’a R.R. Martina jest książką lekko zapomnianą, a na mnie zrobiła ona bardzo dobre wrażenie. Być może również horror Na progu Patricka Senecala nie zdobył takiej popularności, na jaką zasługiwał - problem w tym, że te kwestie reguluje rynek i mnie, szaremu czytelnikowi o spaczonym guście, ciężko jednoznacznie stwierdzić, na ile zasadny jest brak sukcesu poszczególnych powieści. 

9. Jeśli nie książki, to co? Jak jeszcze spędzasz wolny czas?

Bardzo standardowo - oglądam wypadki grubych ludzi na jutubie, kłócę się z mądrzejszymi od siebie w komentarzach (niech żyje Internet!), żongluję stopami, wożę się po mieście, robię beng, stukam kieliszki z moim hypemanem itd.

10. Wymień kilka blogów, które warto odwiedzić.







wtorek, 28 listopada 2017

The Punisher s01 (2017)

Drugi sezon Daredevila udowodnił, że przyznanie Frankowi Castle własnego serialu wcale nie należy do najgłupszych pomysłów. Zdecydowanie najmroczniejszy, szalenie brutalny i zaskakująco skomplikowany Punisher wydawał się postacią skrojoną idealnie pod długą, angażującą historię. Netflix wyszedł więc widzom naprzeciw i swym dobrym zwyczajem wypuścił całą serię w połowie listopada, obiecując jeszcze więcej krwi, skomplikowaną opowieść i przede wszystkim jeszcze mroczniejszego Jona Bernthala.

Nie ukrywam, że Punishera uważam za jednego ze swoich ulubionych bohaterów komiksowych wszechczasów. Idea zniszczonego psychicznie żołnierza, którego jedynym celem w życiu stało się wymierzanie kary, przemawiała do mnie od zawsze. Być może ze względu na to, że Castle wciąż jest tylko człowiekiem, który postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, być może dlatego, że pod względem moralnym jest to najbardziej niejednoznaczna postać uniwersum, a być może ze względu na świetną stylówkę z kultową czaszką na czele. Punisher od zawsze skierowany był też do dojrzalszej grupy miłośników Marvela. W serialu zdecydowano się uderzyć w jeszcze bardziej ograniczoną część widowni - ludzi nie tylko zdolnych dostrzec tragedię bohatera, ale także zaobserwować problem weteranów wojennych jako grupy społecznej. W serialu rozrywkowym. Opartym na komiksie. Ważny problem społeczny...Czy tylko mi coś tutaj nie pasuje? Nie przeczę jednak, że da się to zrobić dobrze - bolączką nowego Punishera jest jednak brak jakichkolwiek wniosków, które mogłyby być wyciągnięte z całej historii. Ot istnieje problem i trzeba sobie z nim jakoś poradzić. „Jakoś”, bo w gruncie rzeczy brak tu jakichkolwiek rozsądnych pomysłów.
Kiedy zamawiasz pizzę
Największą problemem tej historii nie są jednak niepotrzebnie wygórowane ambicje. W oczy i tak rzuca się głównie brak wciągającej fabuły. Trzynaście niemal godzinnych odcinków z łatwością dałoby się ująć w scenariusz dwugodzinnego filmu. Niestety fakt ten można zaobserwować bardzo szybko. Powrót Franka do jego tradycyjnej działalności wymierzonej w świat przestępczy zajmuje cały odcinek. Cały odcinek nudnych retrospekcji i prób radzenia sobie z cierpieniem. Oczywiście nie sposób zaprzeczyć, że jest to integralna część historii Franka Castle, ale powtarzalność tych scen zwyczajnie usypia. Przez zbyt dużą liczbę scen, w których główny bohater przypomina sobie dawne, szczęśliwsze życie rodzinne, z czasem przestają one wzbudzać jakiekolwiek emocje. Filmy pełnometrażowe zwykle zamykały tę część życia Franka po kilku pierwszych minutach i jestem w stanie zrozumieć sens stojący za takim podejściem. I tak będzie już w każdym odcinku. Co z tego, że budowanie relacji na linii Frank Castle - Micro jest interesujące, skoro tak często wykorzystuje się przy tym uprzednio zastosowane rozwiązania fabularne, że każdy ich dialog zlewa się w jedno. Dokładnie tak samo wyglądają stosunki Punishera z jego oponentami, z agentami służb specjalnych, czy z powracającą bohaterką Daredevila - Karen Page. Jeżeli z całej historii wyciągniemy pojedyncze dialogi i sceny, trudno im cokolwiek zarzucić. Jeśli rozpatrujemy je przez pryzmat całości, często wydają się niepotrzebne i  wprowadzone wyłącznie w celu wydłużenia odcinka do „regulaminowej” długości.
Kiedy czekasz na dostawcę pizzy
Mało tu także Punishera w Punisherze. Przez większość czasu Frank Castle przybiera bowiem rolę filozofa egzystencjalnego, który mimo swej tragicznej przyszłości, zaczyna mieć nadzieję na normalne życie. Dopiero w trzech odcinkach kończących serię mamy tego Punishera, którego dane nam było poznać w komiksach - faceta, który wie, że jego los jest już przesądzony, a jedynym pytaniem jest to, jak wielu sukinsynów uda mu się zabrać ze sobą. I to jest mój Punisher, bohater którego miałem nadzieje oglądać w tym serialu przez cały czas. W tego typu produkcji nie potrzebuję rozwodzenia się nad uczuciowością i problemem straty - wymagam wyłącznie postaci twardego zabójcy, który dzieli ludzi na tych którzy zasługują na pomoc i tych, którzy nie zasługują nawet na życie. Nie ukrywam więc, że zakończenie serii wydało mi się nie mieć odpowiedniego wyrazu, mieć zbyt cukierkowy wydźwięk.
Kiedy próbujesz wycisnąć resztę ketchupu
Mimo iż Punishera rozwodniono tu do granic możliwości, nie jest to tak zły serial jak mogłyby sugerować moje wywody. Przede wszystkim ratują go trzy ostatnie, świetne odcinki. Dopiero w trakcie ich trwania poziom brutalności sięga wyżyn, a widz dostaje Punishera dla którego poświęcił kilka mało interesujących godzin. Ponadto większość aktorów daje sobie świetnie radę. O Bernthalu nie ma co w ogóle wspominać, bo to klasa sama w sobie (swoją drogą jego głos idealnie pasuje do Castle’a). Zaimponowała mi jednak również kreacja Micro, który różni się od swojego komiksowego odpowiednika, ale bardzo dobrze wywiązuje się ze swojej roli, jako kluczowej części szorstkiego bromancu z Punisherem. Prawdopodobnie antagoniści w postaci agenta Rawlinsa i telewizyjnej wersji Jigsawa, także znaleźliby się wysoko na mojej liście netflixowych łotrów. Nie za bardzo rozumiem rolę agentki Madani oraz Karen Page w całej opowieści (oprócz tego, że każdy serial potrzebuje teraz silnej kobiety), gdyż obie panie nie wyróżniły się niczym szczególnym (pod względem aktorskim, bo fabularnie miały kilka ważnych momentów). W dodatku stanowiły wytłumaczenie dla wprowadzenia o tyle licznych, co nudnych scen w biurowcach, które pogłębiały niechęć do obu, skądinąd pięknych pań.

Choć dość mocno dziś sobie ponarzekałem, uważam że miłośnicy postaci Punishera powinni zobaczyć ten serial. Ba, także miłośnicy kina wojennego znajdą tu kilka fajnych smaczków skrzętnie poukrywanych przez twórców. Żałuję jednak, że moje oczekiwania wobec tej produkcji nie zostały spełnione nawet w pięćdziesięciu procentach. Na naprawdę okrutnego mściciela (i być może mniej skomplikowanego pod względem uczuciowym) przyjdzie nam chyba jeszcze troszkę poczekać...


Moja ocena to: 5/10

czwartek, 9 listopada 2017

Manel Loureiro - "Ostatni Pasażer"

Podróż drogą morską od zawsze należała do wielkich, niebezpiecznych przygód. Odkrywanie nowych lądów, piractwo morskie, czy wojny o kontrolę nad szlakami handlowymi zawsze dominowały, lub choćby stanowiły tło dla rozmowy o tym budzącym szczególne emocje środku transportu. Nic dziwnego że ludzki strach przed wyruszeniem w długą, nużącą i ryzykowną podróż znalazł przełożenie na opowiadane w domowym zaciszu historie o tajemniczych zniknięciach załóg, szczególnie pechowych obszarach geograficznych, czy wreszcie dryfujących bez załogi, przeklętych statkach widmo.

Ten ostatni pomysł postanowił odświeżyć hiszpański autor, Manel Loureiro, prawnik który wybił się swego czasu całkiem interesującym cyklem powieści o żywych trupach - Apokalipsą Z. Ostatni Pasażer przedstawia nam losy nowej bohaterki, odważnej dziennikarki Kate Kilroy, która postanawia dokończyć reportaż, nad którym pracował jej zmarły przed niespełna dwoma tygodniami mąż. W trakcie wsadzania nosa w nieswoje sprawy, Kate trafia na statek Valkiria, odrestaurowany, tajemniczy węglowiec z lat trzydziestych, który za czasów swojej świetności należał do nazistowskiej organizacji KdF. Problem w tym, że statek, który w założeniu miał przewozić podopiecznych pewnego wąsatego zbrodniarza wojennego, odnaleziono pusty, dryfujący swobodnie na środku oceanu. Na pokładzie Valkirii znaleziono tylko kilka wciąż ciepłych posiłków i osamotnione żydowskie dziecko. Rozwiązaniem tej zagadki po niemal osiemdziesięciu latach ma się zająć ekipa naukowców wynajętych przez tajemniczego, szalenie bogatego biznesmena oraz nasza ruda dziennikarka. Brzmi ciekawie?

Niestety tak nie jest. O ile jeszcze kilkadziesiąt pierwszych stron jest w stanie przyciągnąć czytelnika i stworzyć wrażenie, że mamy do czynienia z całkiem solidnie skonstruowaną, choć strasznie schematyczną historią, od około setnej strony potok szamba zaczyna wylewać się strumieniami. Trudno mi nawet stwierdzić, co jest największą wadą - miałkie i kompletnie nieinteresujące postaci niewzbudzające nawet szczątkowych uczuć (w czym przoduje nasza główna bohaterka i jeden z amerykańskich naukowców, który był tak nudny, że jego imienia nie chciało mi się nawet przyswajać do wiadomości), fabuła stwarzająca wrażenie solidnej do momentu, gdy w kotle zaczyna gotować się za dużo motywów (co z kolei prowadzi do najnudniejszego chaosu z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia), czy wreszcie styl autora, który choć łatwo przyswajalny jest tak banalnie prosty, że nieraz spoglądałem na okładkę żeby sprawdzić, czy nie czytam czasem Mastertona (wybaczcie, ale do tej pory nie uwierzyłem w niebywały talent tego pana). 

Nie mogę uwierzyć, że tak wiele osób uznało tę książkę za dobrą, czy choćby przyzwoitą. Demon Valkirii nie był w żadnym momencie straszny, a wzór jego aktywności można śmiało odnaleźć w pierwszym lepszym horrorze klasy B - bez straty kilkunastu godzin na niepotrzebną i mało przyjemną lekturę. Ba, na głupim filmie będziecie mieli przynajmniej okazję, żeby się pośmiać - przy Ostatnim Pasażerze skupicie się raczej na liczeniu kartek, które zostały Wam do końca lektury.  Zapomniałbym jeszcze o dość licznych scenach erotycznych, ale szczerze mówiąc bardzo chciałbym sobie o nich nie przypominać. Napięcie podczas łóżkowych ekscesów można porównać do tego odczuwanego podczas mycia okien, zaglądania do lodówki tylko po to, żeby ją za chwilę zamknąć, albo poprawiania długopisem kratek w zeszycie - niby cały czas coś się dzieje, ale masz doskonałą świadomość, że głównie tracisz czas...

Choć uważam tę książkę za boleśnie słabą i rozczarowującą, nie przyznaję jej minimalnej oceny z kilku powodów. Przede wszystkim to bardzo specyficzna lektura rozrywkowa, która w swojej klasie ma przedstawicieli prezentujących jeszcze niższy poziom (MASTERTON). Po drugie pierwsze sto/sto pięćdziesiąt stron nie zapowiadało wcale jakiejś porażająco głupiej opowieści, którą w konsekwencji dostaliśmy - dzięki czemu zresztą tę „przygodę” było znacznie łatwiej przetrwać. Po trzecie udało się stworzyć jedną (JEDNĄ!) nieco interesującą postać dziewczyny, której charakter zdefiniowały tragiczne wydarzenia z czasów wojny bośniacko-serbskiej. Obecność seksownej najemniczki Senki, szczególnie zainteresowanej pięknymi paniami, ratowała w pewnym (niewielkim) stopniu ocenę całego zestawu bohaterów. Tylko ona wydawała się mieć jakikolwiek charakter, w znacznej większości determinowany ciekawą, choć tragiczną przeszłością. Reszta jest niegodna uwagi.


Moja ocena to: 2,5/10

sobota, 28 października 2017

Stranger Things s02 (2017)

Oczekiwanie na kolejny sezon Stranger Things można uznać za rozpoczęte. Po dziewięciu odcinkach fantastycznego serialu emitowanego za pośrednictwem platformy Netflix, głód przygody jest równie żywy jak przed rokiem.

Przypomnijmy iż Stranger Things, ubiegłoroczny hit serialowy, opowiadał o losach kilku rodzin żyjących w latach osiemdziesiątych. Spotykaliśmy tu zarówno z grupkę inteligentnych, bardzo odważnych chłopców, posiadającą tajemnicze moce dziewczynkę noszącą imię Eleven oraz różnie ze sobą powiązanych bohaterów reprezentujących dorastające i dorosłe pokolenie. W centrum całej historii znajdowało się zaś tajemnicze zaginięcie Willa Byersa, młodzieńca należącego do wspomnianej, bardzo charyzmatycznej paczki podrostków.

W drugim sezonie powracają wszyscy istotni bohaterowie. Mało tego - do obsady dołączają nowe, równie interesujące postaci. Rudowłosa Max wprowadzająca nieco dynamizmu w relacje pomiędzy dorastającymi chłopcami, czy jej przyrodni brat, szalenie agresywny i nieprzewidywalny Billy, mający pełnić rolę nowego, ludzkiego antagonisty. Pojawia się także tajemnicza siostra Eleven obdarzona zdolnościami paranormalnymi, czy wreszcie dziennikarz śledczy Murray, który choć początkowo wydaje się być świrem wierzącym ślepo w teorie spiskowe, szybko okazuje się kimś znacznie inteligentniejszym, niż można zakładać.
Chuju gona kol? Gostbasters!
Co zaś kryje się w warstwie fabularnej. Możecie spodziewać się więcej...wszystkiego. Skomplikowane relacje pomiędzy wprowadzonymi w pierwszej części bohaterami nieustannie ewoluują, mroczny świat staje się jeszcze niebezpieczniejszy, sceny są jeszcze ładniej zrealizowane, a dialogi jeszcze zabawniejsze. Nie możecie spodziewać się jednak rewolucji - Stranger Things to nadal ładna, choć nieco mroczna bajka, w której relacje społeczne i problemy poszczególnych grup wiekowych, stają się równie angażujące, co walka z mrocznymi potworami, a najważniejsze jest zapewnienie dobrej rozrywki widzowi.

Najistotniejsze jest jednak to, że drugi sezon nadal daje mnóstwo frajdy. Twórcy zadbali o to, byś przez chwilę czuł się jak jedna z postaci w książce Stephena Kinga, żebyś swobodnie wpłynął na znajome wody kina familijnego z lat osiemdziesiątych, nawiązali do klasyków kina stworzonych przez Stephena Spielberga, Richarda Donnera, czy Johna Carpentera. Jeżeli jesteście fanami szukania tego typu nawiązań, to drugi sezon Stranger Things będzie dla Was prawdziwą kopalnią tego typu smaczków.
Upside Down wciąż potrafi zaimponować.
Cóż jeszcze można dodać - jeżeli podobała Wam się pierwsza odsłona tej serii, będziecie zachwyceni. Jeśli jednak już podczas ubiegłorocznego seansu kręciliście nosami na pewne nie do końca przemyślane elementy, czy sam klimat historii, nie sądzę byście mogli odnaleźć się przy okazji seansu „dwójki”. Być może część widzów znudzi także brak oryginalności opowiadanej historii - w gruncie rzeczy dostajemy bowiem więcej tego samego - być może z drobnymi kosmetycznymi poprawkami i większą ilością efektów specjalnych. Osobiście jestem jednak oczarowany.

Moja ocena to: 8/10


Warto zwrócić uwagę także na serię wywiadów zatytułowaną Beyond Strenger Things. Stanowi ona ciekawe, zakulisowe spojrzenie na pracę z tak młodymi ludźmi oraz wyjaśnia liczne wątki zawarte w przedstawionej historii. Możliwość poznania interpretacji pewnych wydarzeń z ust samych scenarzystów, pozwala zrozumieć proces twórczy i zaznajomić się z motywacjami stojącymi za poszczególnymi rozwiązaniami technicznymi i fabularnymi. Ponadto wywiady te stanowią miłą niespodziankę pozwalającą w mniej bolesny sposób rozstać się na jakiś czas z tym niesamowitym serialem.