piątek, 30 listopada 2012

Złota piłka.

Uwielbiam pisać posty, które na 100% nie spodobają się wiekszości moich odbiorców. Większości czyli prawdopodobnie dwóm z trzech :) Postanowiłem jednak, że będę pisał o wszystkim co mnie interesuje, a tak się niefortunnie składa, że w tym gronie znajduje się także znienawidzona przez większość kobiet piłka nożna. 

Przejdźmy jednak do sedna. Nominowano dziś trzech piłkarzy do jednej z najbardziej prestiżowych nagród - "złotej piłki". Zaskoczeń raczej brak. Nominowani zostali: Arkadiusz Głowacki, Jakub Wawrzyniak i Mariusz Pawełek  Leo Messi ze swoimi sterydami , Andres Iniesta - człowiek asysta ze swoimi zakolami, oraz Cristiano Ronaldo wraz z ciężarówką żelu. 

Co do zwycięzcy wolę nie spekulować. I tak nigdy nie zdażyło mi się celnie przewidzieć żadnego wyniku. Barcelona ma jednak duże szanse na zgarnięcie nagrody. Tak mniej więcej 2/3, albo nawet 4/6.

Oczywiście wszyscy piłkarze zasłużyli na nominację i co do składu finałowej trójki raczej nie było większych wątpliwości. Szkoda, że nie organizuje się podobnego konkursu na najgorzej zbudowanego piłkarza. Myślę, że w tym aspekcie mielibyśmy się czym pochwalić. Maciek Iwański śmiało mógłby startować w konkursie jedzenia pączków, czy też w konkursie na najgorszy pressing. Srebro prawdopodobnie zgarnąłby Rafał Murawski. Można by stworzyć cholernie silną kadrę. Też wam się wydaje, że brak takich zawodów to spisek wymierzony przeciw Polakom? 

sobota, 24 listopada 2012

Rzeźnia numer pięć

Tytuł: "Rzeźnia numer pięć"

Autor: Kurt Vonnegut

Wydawnictwo: Albatros

Ilość stron: 256



"Zdarza się"



Szukacie może książki, która będzie ociekała wyśmienitym humorem? Pozycji, która sprawi, że wasze życie momentalnie nabierze barw? Czy może wreszcie powieści, która pozwoli wam poznać jaśniejszą stronę ludzkiej natury? Jeżeli na chociażby jedno z tych pytań odpowiedziałeś/aś sobie  twierdząco nie sięgaj po „Rzeźnię numer pięć”.

"Zdarza się"

Zabierając się do książki Kurta Vonneguta spodziewałem się właśnie kolejnej humorystycznej opowiastki wojennej. Tak właśnie wyglądała w moich wyobrażeniach, kiedy czytałem wszelkie recenzje jej dotyczące. Miałem co do tego wątpliwości tylko ze względu na to, że wszelkie rankingi plasują ją na bardzo wysokich pozycjach. Nie mógł to być więc wyłącznie zbiór scen mających rozbawiać. Oczekiwałem także, że będzie to powieść z wzniosłym celem, który przyświecał jej wydaniu (akurat w tym aspekcie się nie pomyliłem).

"Zdarza się" 

Przechodząc do sedna. Fabuła skupia się na Billym Pilgrimie, który dla mnie jawi się jako życiowy nieudacznik i człowiek lekko zwariowany po wypadku lotniczym. Dla innych będzie to zapewne porwany przez tralfamadorian (kosmici Vonneguta :)) i podróżujący przez czas „pielgrzym”. Historia dotyczy jego życia. Skupia się na czasach wojennych, najpierw w obozie jenieckim, a pod koniec powieści w Dreźnie. Fabuła jest przerywana także jego życiem po wojnie, oraz elementami fantastycznymi z udziałem sił pozaziemskich. Należy zaznaczyć, że książka ta ma wydźwięk wybitnie antywojenny.

"Zdarza się"

Bardzo przypadł mi do gustu język jakim posługuje się autor. Nie ma tam żadnych śladów patetyczności. Język jest prosty i zrozumiały, rzec można, że nawet żołnierski. Powieść czyta się świetnie. Spotkamy się z wieloma elementami humorystycznymi. Nie wszyscy jednak będą w stanie wykrzesać z siebie choćby małe drobinki radości przy jej czytaniu. Wydaje mi się, że książka ta, podejmująca tak straszliwy temat jak bombardowanie Drezna nie miała na celu rozbawienia, a raczej przygnębienia czytelnika. Jeśli tak to w moim przypadku swoją funkcję spełniła wzorowo. Czy oczekujecie od takiej pozycji „czegoś więcej”? Myślę, że także się nie zawiedziecie. Książka wypełniona jest przeróżnymi wątkami pobocznymi np. krytyką amerykańskiego stylu życia, obyczajów, opisem wydarzeń powojennych itd. Jestem przekonany, że każdy znalazłby coś dla siebie.

"Zdarza się"

Z drugiej strony niezbyt podobały mi się  elementy fantastyczne. Choć zmuszały do refleksji po jakimś czasie zwyczajnie zaczynały nudzić. W zestawieniu ze świetnym opisem życia Billy’ego w obozie, czy też chociażby w Dreźnie, wypadają dość blado. Szkoda także, że opisy czasów wojennych są mało szczegółowe. Z chęcią poczytałbym nawet o codziennym dniu ludzi pracujących w obozie. Tych szczegółów jednak tym razem nam zaoszczędzono.

"Zdarza się"

Książka Kurta Vonneguta powinna zostać przeczytana przez wszystkich ministrów obrony na świecie. Nie zaszkodziłoby gdyby przeczytali ją wszyscy ludzie. Wydaje mi się, że to niewielkie rozmiarowo dzieło byłoby świetnym pomysłem na lekturę szkolną. Mimo swoich niewielkich wad oceniam tę pozycję jako bardzo dobrą. Polecam w szczególności wszystkim miłośnikom historii II wojny światowej, zainteresowanym psychologią, czy chociażby miłośnikom lekko czytających się powieści.

"Zdarza się i tak"

Moja ocena to: 9/10      

środa, 14 listopada 2012

Stand up :)

Wczoraj miałem zły humor, więc dzisiaj nadszedł dzień w którym dokonałem przeglądu amerykańskich stand-upów i rzeczy, które mnie bardzo śmieszą, a nie wiem czy zaliczają się do stand-upu. To będzie moja pierwsza toplista, więc bądźcie wyrozumiali. Jest ona całkowicie subiektywna. Jeżeli kogoś interesuje ten rodzaj humoru to bardzo proszę o podanie w komentarzach podobnych artystów-komików ;) Lista obejmuje tylko tych których kojarzę i uważam, że warto o nich wspomnieć.
Top 14 w stand-upie wg. mnie:



14. Christopher Titus - dowiedziałem się o nim od mojego brata. Warto zapoznać się z tym artystą nawet mimo tego, że mnie nie przekonuje. Swoje żarty opiera na trudnej przeszłości i życiu w dysfunkcjonalnej rodzinie. Czasem jest brutalny i kontrowersyjny, ale warto sprawdzić. Na youtubie znajdziecie nawet jego 2 albo 3 pełne występy.











13. Dylan Moran - ma świetny akcent i fajny pijacki styl. Pamiętam, że całkiem przyjemnie się go oglądało, ale to że niezbyt często do niego wracam świadczy zdecydowanie na niekorzyść Dylana. Sprawdźcie, może wam też się spodoba :)






12. Gabriel Iglesias - sympatyczny grubasek :) Świetnie naśladuje dźwięki. Podoba mi się jego charyzma na scenie. Zobaczcie jego klip "Racist joke", a zrozumiecie o czym mówię.



11. Josh Blue - Brał udział w "Last Comic Stand". Cierpi na porażenie mózgowe, ale bardzo fajnie zamienił to w wielki atut na scenie. Wiele żartów opartych jest na jego niekontrolowanych ruchach.








10. Chris Rock - Dobry komik. Żarty zwykle oparte na seksie i relacjach damsko-męskich, ale potrafi to zaserwować naprawdę nieźle. Polecam facetom, nie polecam zaciekłym feministkom ;)










 9. Russell Peters - Wysokie miejsce szczególnie za klip, który znajdziecie na yt pod tytułem "bicie dzieci". Jeden z moich ulubionych fragmentów stand-upu do którego często wracam.











 8. Jeff Dunham - Tego pana nie trzeba przedstawiać. Chyba wszyscy pamiętamy jego maskotki i Ahmeda, martwego terrorystę, który swego czasu robił furorę w internecie. Jeśli nie znacie koniecznie nadróbcie zaległości .








7. Ricky Gervais - Chamski, wulgarny i kontrowersyjny. Same dobre cechy dla komika. Potrafi nieźle korzystać z rekwizytów takich jak np. broszura o zapobieganiu AIDS. Może wyśmiać chyba wszystko. Znany także z serialu "The Office"









6. Jim Jeffries - Nie mam pojęcia jak na niego trafiłem, ale bardzo się z tego cieszę :) Ma świetny akcent, więc uwielbiam go słuchać. Jest bezkompromisowy. Ma godne uwagi poglądy z którymi niemal w zupełności się nie zgadzam :)












5. Dave Chapelle - Od zera stał się komikiem światowej klasy. Podziwiam faceta. Co ważne jest też bardzo zabawny. W pamięć zapadły mi szczególnie żarty o życiu w biedzie, ale pamiętam,  że repertuar ma naprawdę wszechstronny. Bawi niemal do łez.










4. George Carlin - Świetny komik, niestety już nieżyjący. Kpił z ludzi w żywe oczy, a oni mu klaskali. Był genialny. Wielu uważa, że najlepszy, ale nie byłbym sobą gdybym zgodził się z innymi :)










3. Jimmy Carr - Świetnie radzi sobie z publicznością. Cięta riposta, choć często chamska to jego bardzo mocna strona. Za to jak radzi sobie z ludźmi przerywającymi występ dostaje tak wysokie miejsce. Same jego występy wydają mi się jednak trochę powtarzalne, ale i tak są całkiem zabawne.










2. Stephen Lynch - Ma mistrzowskie piosenki. Chyba właśnie do niego wracam najczęściej, szczególnie kiedy mam zły humor. Ma całkiem przyjemny głos i zabójcze teksty. Musicie poznać. W dodatku są napisy na yt dla wszystkich nie znających angielskiego na mistrzowskim poziomie.









1. "Whose line is it anyway" - Mój numer jeden. Improwizowany serial, który ma chyba około 8 sezonów. Właśnie kończę go odświeżać. Istnieje polska strona tego serialu zajmująca się tłumaczeniem odcinków. Wystarczy wygooglać. Gwarantuję, że się wkręcicie. Nie jest to może jeden komik, ale razem wszystkie postaci tworzą świetny zespół. Myślę, że o tym serialu warto byłoby stworzyć oddzielny artykuł.





Póki co to tyle. Trochę się pobawiłem, ale pierwsza toplista już gotowa. Pamiętajcie, że dziś mecz. Polska-Urugwaj, oglądajcie, kibicujcie, komentujcie...

 
 

sobota, 10 listopada 2012

Joseph Heller - "Paragraf 22"

Spoglądając na tytuł bloga nie trudno raczej domyślić się, jaka jest moja ulubiona książka. Jako że obiecałem wstawić dziś nowy tekst, postaram zmierzyć się z legendą jaką w moich oczach jest "Paragraf 22". Ostatnio postanowiłem przeczytać tę pozycję po raz drugi i sprawdzić czy słuszna, z perspektywy czasu, była moja opinia, że jest to najlepsza książka jaką kiedykolwiek miałem w rękach. Uważałem tak przez około 4 lata, bo właśnie wtedy miałem do czynienia z paragrafem. Od tego czasu miałem również okazję zapoznania z kilkoma z bardzo dobrze rozreklamowanych pozycji i kilkoma klasykami. Jak na ich tle wypada paragraf ? Zaraz się dowiecie :)

 „Postanowił żyć wiecznie lub ponieść śmierć próbując.”

Zacznijmy jednak od strony technicznej. Książka liczy sobie około 500 stron (w zależności od wydania). Podzielona jest na 42 rozdziały z których każdy zaczyna się od imienia postaci w nim opisywanej lub miejsca akcji. Ze względu na taki podział książkę można wziąć do ręki na 5 minut, przeczytać jedną historyjkę i bez większych wyrzutów sumienia odłożyć na później. Warto czasem tak właśnie postąpić, ponieważ wiele momentów, dialogów i sentencji zasługuje na małe przemyślenie.

„Teksańczyk był człowiekiem miłym, sympatycznym i koleżeńskim. Po trzech dniach wszyscy mieli go po dziurki w nosie.”

Opowiedziana historia skupia się na żołnierzu lotnictwa Yossarianie, przebywającego na fikcyjnej wyspie Pianosa, podczas II wojny światowej. Filozofia naszego bohatera jest prosta - wszyscy chcą go zabić i trzeba zrobić wszystko, żeby wymigać się od patriotycznego obowiązku odbywania kolejnych lotów. Książka jest pełna absurdalnych sytuacji, świetnego humoru  i genialnie wykreowanych postaci. Gwarantuję, że nigdy nie zapomnicie Milo zarabiającego na kupowaniu jajek po 7 centów za sztukę i sprzedawaniu po 5,  wodza White Halfoata - Indianina mającego talent do znajdowania ropy i dawania w pysk, czy też Majora Majora Majora Majora z którego boleśnie zakpił tak los jak i ojciec :) Jednocześnie jestem niemal pewny, że niejednokrotnie łza zakręci się wam w oczach, ponieważ książka w momenty humorystyczne wplata także te tragiczne, nieodmiennie związane z wojną. Dużo jest też świetnie napisanych dialogów, pełnych humoru, ale i refleksji nad sytuacją żołnierzy i podejściem do wojny. Niech najlepszą rekomendacją będzie to, że nigdy nie widziałem lepszego sposobu ich prowadzenia. Fabuła poprowadzona jest bardzo oryginalnie. Na początku bohaterowie rozmawiają o sytuacjach o których nie mamy pojęcia, a w które zostajemy wprowadzeni w późniejszym etapie czytania. Mimo iż ten sposób może wydawać się nieco chaotyczny, to doskonale komponuje się z "wariackim" klimatem powieści. 

 „O klubie oficerskim: Yossarian ani razu nie przyszedł pomóc przy budowie, za to później, gdy klub już ukończono, przychodził bardzo często, urzeczony tym dużym, pięknym, nieregularnym budynkiem krytym gontem. Była to rzeczywiście wspaniała konstrukcja i Yossariana przepełniało uczucie niekłamanej dumy, ilekroć spojrzał na nią i pomyślał, że nawet nie kiwnął palcem przy jej wznoszeniu.”

Co do wad będzie bardzo króciutko, ponieważ zaślepiony zaletami tej książki bardzo trudno jest mi być wobec jakiegokolwiek aspektu krytycznym. Przeszkadzać w odbiorze może jedynie przesyt. Wiele z tych absurdalnych dialogów odbywa się według tego samego schematu, co pod koniec lektury może odrobinę znużyć. Póki co jestem w połowie jej "odświeżania" i wciąż nie mam dość. Nie pamiętam także, żeby zniechęciło mnie to ostatnim razem, ale ludzie mają różne gusta, więc staram się być obiektywny :) Nie każdy jednak pokocha tę książkę. Dla jednych okaże się ona za trudna, innym nie pozwoli na to odmienne poczucie humoru, czy też jego brak, jeszcze innych odrzuci sama tematyka wojskowa. 

 „Panowie (...) jesteście oficerami Armii Stanów Zjednoczonych. Oficerowie żadnej innej armii na świecie nie mogą tego o sobie powiedzieć. Zastanówcie się nad tym.”

Wszyscy którzy nie mieli okazji przeczytać tego dzieła bardzo dużo według mnie stracili. Po dość długim czasie jaki minął od ostatniej z nim styczności wciąż jest to moja książka numer 1. Wygrywa w moim prywatnym rankingu nawet z tuzami takimi jak Orwell, czy też Dickens. Ocena jaką jej przyznam może być tylko jedna i jest to:
10/10 (być może jedyna 10 jaką kiedykolwiek przyznam) + szczerze polecam :)

Cytaty zaczerpnięte z lubimyczytac.pl

piątek, 9 listopada 2012

Krótko o hiszpańskich potęgach


Dzisiaj krótko. Mury runęły, a świat się zawalił. Liga hiszpańska jednak nie jest już tak mocna jak jeszcze w poprzednim sezonie. Barcelona przegrywając 2:1 z Celtikiem Glasgow udowodniła, że  nie jest zespołem niepokonanym. Mało tego, nawet ja, jako zagorzały fan Barcelony, jestem w stanie zaakceptować inną wizję futbolu. Piłki nastawionej na grę defensywną (zorganizowaną zresztą świetnie) i bardzo zachowawcze ataki. Taktycznie Celtic przygotowany został po mistrzowsku. Real także nie spisał się na miarę oczekiwań, mimo tego, że zdołał zremisować.  Borussia postawiła poprzeczkę dość wysoko nawet na Santiago Bernabeu. Przewidywałem zwycięstwo obu tych zespołów (Realu i Barcy of course) . W obydwu przypadkach także się pomyliłem. Dlatego dziś przewiduję porażkę Wacha w sobotę i obym także w tym się mylił. Jutro postaram się coś wrzucić ponieważ na jakiekolwiek bardziej rozbudowane notki dzisiaj nie starczy mi sił ;)

sobota, 3 listopada 2012

Jack Ketchum -"Straceni"

Zgodnie z obietnicą znalazłem odrobinkę wolnego czasu i przeczytałem powieść Jacka Ketchuma pod tytułem "Straceni". Czego można spodziewać się po autorze o którym Stephen King mówi jakoby był najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Ja spodziewałem się bardzo, bardzo dużo. Być może właśnie takie podejście sprawiło, że tuż po zakończeniu lektury czułem lekki niedosyt.
Zacznijmy jednak od początku. Książeczka ta liczy 367 stron i w sam raz nadaje się na długi zimowy wieczór. Jako, że ja nie jestem mistrzem szybkiego czytania jej ukończenie zajęło mi aż dwa takie wieczory. Historia która została nam zaserwowana dotyczy Ray-Pye'a, mordercy stawiającego pierwsze kroki w "zawodzie", a także jego kumpli Tima i Jennifer. Oczywiście nie byłoby dobrej powieści bez heroicznego bohatera, dlatego na dokładkę dostajemy detektywa Charliego Schillinga oraz jego kumpla od kieliszka, emerytowanego glinę, Eda Andersona. Akcję oczywiście spajają także inne postaci, ale ich kreacje nie wydały mi się kluczowe dla odbioru całości.
Co więc otrzymujemy za poświęcenie tej lekturze odrobiny czasu? Otóż dostajemy intrygę nieco słabszą niż u Harlana Cobena, powieść nieco trudniejszą w odbiorze niż u Kena Folletta, i dawkę strachu mniejszą, ale za to bardziej realną niż u Stephena Kinga. Autor nie boi się bezkompromisowego języka, brutalnych opisów scen śmierci i budowania "ciężkiego klimatu". Zdecydowanie nie jest to książka dla ludzi wrażliwych, jednak wobec ogólnych trendów nie ma w niej także nic takiego, co by mnie szczególnie zszokowało.
Mimo tych wad (jeśli nawet ktoś je tak traktuje) wszystkie te elementy nieźle ze sobą współgrają dając nam w konsekwencji dobry, jeśli nie bardzo dobry produkt. Mimo moich niespełnionych oczekiwań muszę zaznaczyć, że książka ta jest pozycją wciągającą i nie żałuje żadnej z poświęconych jej chwil. Fabuła prowadzona jest sprawnie, co uważam za zaletę, nawet pomimo jej prostoty. Język jest przystępny, choć jak wcześniej wspomniałem czasem nieco wulgarny. Strach jeżeli już się pojawia oparty jest raczej na zasadzie "nie wierzę, że człowiek jest zdolny do czegoś takiego" niż "w mojej szafie jest potwór". Świetnie za to został zbudowany obraz psychologiczny mordercy, a także osób z jego bliskiego otoczenia. Realizm scen śmierci także potraktowałem jako zaletę zdecydowanie poprawiającą klimat, który swoją "mrocznością" dorównuje świetnym thrillerom Jeffery'ego Deaver'a. 
Zdecydowanie nie spodobała mi się natomiast postać Eda Andersona, detektywa, który moim zdaniem jest postacią zupełnie niepotrzebną i oprócz kiepskiego wątku miłosnego, nie wnoszącą kompletnie nic do fabuły. Dzięki przeniesieniu akcji powieści w lata 70-te i początek lat 80-tych akcja rozgrywa się na tle ważnych wydarzeń historycznych takich jak np. wojna w Wietnamie (mamy także małe nawiązanie do Romana Polańskiego i Sharon Tate), co bardzo mi się spodobało.
Podsumowując wady i zalety muszę przyznać, że niska ocena byłaby dla tej książki krzywdząca, nawet pomimo tego, że lekko mnie rozczarowała. Jestem przekonany, że nie jest to mój ostatni kontakt z literaturą Jacka Ketchuma i także was gorąco namawiam do zapoznania się z nią w miarę możliwości. Ode mnie książka ta dostaje ocenę: 7/10
Wszelka krytyka wyjątkowo mile widziana :)