sobota, 3 listopada 2012

Jack Ketchum -"Straceni"

Zgodnie z obietnicą znalazłem odrobinkę wolnego czasu i przeczytałem powieść Jacka Ketchuma pod tytułem "Straceni". Czego można spodziewać się po autorze o którym Stephen King mówi jakoby był najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Ja spodziewałem się bardzo, bardzo dużo. Być może właśnie takie podejście sprawiło, że tuż po zakończeniu lektury czułem lekki niedosyt.
Zacznijmy jednak od początku. Książeczka ta liczy 367 stron i w sam raz nadaje się na długi zimowy wieczór. Jako, że ja nie jestem mistrzem szybkiego czytania jej ukończenie zajęło mi aż dwa takie wieczory. Historia która została nam zaserwowana dotyczy Ray-Pye'a, mordercy stawiającego pierwsze kroki w "zawodzie", a także jego kumpli Tima i Jennifer. Oczywiście nie byłoby dobrej powieści bez heroicznego bohatera, dlatego na dokładkę dostajemy detektywa Charliego Schillinga oraz jego kumpla od kieliszka, emerytowanego glinę, Eda Andersona. Akcję oczywiście spajają także inne postaci, ale ich kreacje nie wydały mi się kluczowe dla odbioru całości.
Co więc otrzymujemy za poświęcenie tej lekturze odrobiny czasu? Otóż dostajemy intrygę nieco słabszą niż u Harlana Cobena, powieść nieco trudniejszą w odbiorze niż u Kena Folletta, i dawkę strachu mniejszą, ale za to bardziej realną niż u Stephena Kinga. Autor nie boi się bezkompromisowego języka, brutalnych opisów scen śmierci i budowania "ciężkiego klimatu". Zdecydowanie nie jest to książka dla ludzi wrażliwych, jednak wobec ogólnych trendów nie ma w niej także nic takiego, co by mnie szczególnie zszokowało.
Mimo tych wad (jeśli nawet ktoś je tak traktuje) wszystkie te elementy nieźle ze sobą współgrają dając nam w konsekwencji dobry, jeśli nie bardzo dobry produkt. Mimo moich niespełnionych oczekiwań muszę zaznaczyć, że książka ta jest pozycją wciągającą i nie żałuje żadnej z poświęconych jej chwil. Fabuła prowadzona jest sprawnie, co uważam za zaletę, nawet pomimo jej prostoty. Język jest przystępny, choć jak wcześniej wspomniałem czasem nieco wulgarny. Strach jeżeli już się pojawia oparty jest raczej na zasadzie "nie wierzę, że człowiek jest zdolny do czegoś takiego" niż "w mojej szafie jest potwór". Świetnie za to został zbudowany obraz psychologiczny mordercy, a także osób z jego bliskiego otoczenia. Realizm scen śmierci także potraktowałem jako zaletę zdecydowanie poprawiającą klimat, który swoją "mrocznością" dorównuje świetnym thrillerom Jeffery'ego Deaver'a. 
Zdecydowanie nie spodobała mi się natomiast postać Eda Andersona, detektywa, który moim zdaniem jest postacią zupełnie niepotrzebną i oprócz kiepskiego wątku miłosnego, nie wnoszącą kompletnie nic do fabuły. Dzięki przeniesieniu akcji powieści w lata 70-te i początek lat 80-tych akcja rozgrywa się na tle ważnych wydarzeń historycznych takich jak np. wojna w Wietnamie (mamy także małe nawiązanie do Romana Polańskiego i Sharon Tate), co bardzo mi się spodobało.
Podsumowując wady i zalety muszę przyznać, że niska ocena byłaby dla tej książki krzywdząca, nawet pomimo tego, że lekko mnie rozczarowała. Jestem przekonany, że nie jest to mój ostatni kontakt z literaturą Jacka Ketchuma i także was gorąco namawiam do zapoznania się z nią w miarę możliwości. Ode mnie książka ta dostaje ocenę: 7/10
Wszelka krytyka wyjątkowo mile widziana :)

   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz