piątek, 7 grudnia 2012

Jerome David Salinger - "Buszujący w zbożu"


Nadrabiania klasyki ciąg dalszy. W końcu trafiłem na pozycję, dzięki której będę w stanie zrazić do siebie wielu miłośników literatury. Na ruszt tym razem poszedł Salinger i jego powieść „Buszujący w zbożu”. Myślę, że ogromna większość czytelników miała już z nią styczność, dlatego z przyjemnością poznam też wasze opinie na jej temat.

W skrócie książeczka ta opowiada o przygodach Holdena Caulfielda, szesnastolatka, który zostaje wyrzucony ze szkoły. Nie wraca jednak do domu tylko przez kilka dni włóczy się po Nowym Jorku. Dzięki jego wędrówce możemy poznać jego opinię na wiele spraw, na przykład na kino, pieniądze, a w szczególności zachowanie innych ludzi. 

Chyba już kilkukrotnie wspominałem, że moim zdaniem około 80% społeczeństwa to skrajni idioci. W tym względzie Holden prawdopodobnie całkowicie by mnie poparł. Co jednak najbardziej irytujące to fakt, że jedni głupcy są opisywani przez być może największego spośród nich, czyli głównego bohatera.

Nie macie pojęcia jak mnie ten typek irytował. Nie dość, że krytykował wszystkich i wszystko, nie podejmował żadnych działań, przeczył sam sobie, był aroganckim gówniarzem, nie szanował pracy innych ludzi, to jeszcze w dodatku skubaniec potrafił tańczyć :). Najgorszy bohater w historii literatury. Serio, większą sympatią darzyłem Voldemorta  Tego Którego Imienia Nie Można Wymawiać.

Podobno jest to dzieło do którego trzeba dojrzeć. Monumentalny pomnik literatury amerykańskiej przekazujący tysiące mniejszych i większych wartości. Tyle można się dowiedzieć z niektórych recenzji. Ja widocznie jeszcze muszę troszkę dojrzeć, bo od połowy książki towarzyszyła mi tylko frustracja i chęć jej skończenia. Nie doszukałem się w tej pozycji żadnej głębi. Być może przez to, że pierwszy plan wciąż zajmował Caulfield, strasznie irytujący gnojek (wspominałem już?).

Spora liczba recenzentów krytykuje język jakim posłużył się Salinger. Faktycznie, mimo tego, że książkę czyta się w miarę lekko i szybko, to luzackie podejście jest prezentowane w sposób tak przesadzony i nachalny, że aż zahaczający o karykaturalność. Wszystkie te powiedzonka Holdena po jakimś czasie bardzo mocno irytowały. Każde jego „diabli mnie brali…”, „..słowo daję” itp. sprawiały, że miałem ochotę czym prędzej umieścić tę książkę w ogniach Góry Przeznaczenia wraz z pierścieniem Froda.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co w tej książce może się podobać. Z chęcią jednak usłyszę waszą opinię na ten temat. Żeby zachować dobry humor na tym poprzestanę.
Moja ocena to: 3/10   

3 komentarze:

  1. Ostra opinia i ocena :) Niestety nie czytałam więc nie mogę się ani pokłócić, ani przyznać racji i wydaje mi się, że szybko po "Buszującego..." nie siegnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moją opinią nie warto się sugerować. Recenzję pisał człowiek, który uważa "Małego Księcia" za jedną z najgorszych książek jaką w życiu przeczytał, także może i ta pozycja by Ci się spodobała ;)

      Usuń
  2. Szczerze mówiąc czytałam tę książkę jakieś dwa lata temu i w tym momencie pamiętam z niej tylko to, że:
    1) Mnie też strasznie denerwował główny bohater
    2) Było mi żal, że książka okazała się być raczej kiepska, bo na pierwszy rzut oka pomysł nazwania włóczenia się po Nowym Jorku "buszowaniem w zbożu" wydał mi się całkiem niezły :)

    Aha i jeszcze jedno - Mały Książę jest strasznie przereklamowany!

    OdpowiedzUsuń