piątek, 14 grudnia 2012

"Shutter" - wersja amerykańska

Założę się, że nie ma osoby, która nie słyszałaby, że kino azjatyckie jest straszniejsze niż amerykańskie. Wczoraj wieczorem postanowiłem porównać Shuttera rodem z USA, z jego starszym bratem z Tajlandii i sprawdzić samemu. Recenzja będzie krótka, bo w sumie nie ma o czym pisać.

Fabuła pozostała praktycznie bez zmian. Jeżeli już jakieś były, to raczej pozbawione jakiegokolwiek sensu (np. nie poznajemy już matki straszącego ducha, bohaterami stają się oczywiście amerykanie). O ile gra aktorska nawet w klasycznym Shutterze nie rzucała na kolana (jednak była solidna), to w wersji amerykańskiej, mimo  występu znanego z "Fringe'a" Joshuy Jacksona, jest tragicznie. Wszystko odbywa się w strasznie sztuczny sposób. Kłótnia bohaterów pod koniec filmu strasznie mnie śmieszyła, a chyba nie o to chodziło. Aha, w dodatku spartolono świetne zakończenie.

Najgorsze było jednak to, co zrobiono z moją kochaną zjawą. Mimo tego, że środki w budżecie  dostępne w 2008 roku, powinny być większe, widocznie nie wystarczyło nawet na make-up dla ducha - postaci przecież kluczowej. W wersji tajlandzkiej mieliśmy istotę, która przerażała nawet gdy patrzyło się na screeny, a teraz dostaliśmy zwykłą kobietę. Tak jest - zwykłą. Do połowy filmu można się nawet zastanawiać czy duch faktycznie istnieje. 

O ile Shutter ze wschodu straszył na każdym kroku, wersja amerykańska próbuje straszyć trzy razy na film. Serio, są może ze trzy momenty, które mogły by przestraszyć kogoś ze strasznie słabymi nerwami, np. dziecko z podstawówki (od 4 klasy w dół). Może mój odbiór tego filmu ucierpiał właśnie przez znajomość jego starszej wersji. Jednak amerykanizacja tego dzieła wygląda mi na jawną próbę profanacji całkiem przyzwoitego horroru.    

Choćby nie wiem jak się starał, żadna istota nie zmusi mnie do wystawienia temu filmowi pozytywnej oceny. Może dałoby się go oglądać bez większego bólu, jeśli nie znałbym fabuły i nie domyślał się, gdzie zjawa aktualnie jest, a gdzie będzie za 5 minut. Jednak nie miałem tego komfortu. Dzieło to, zamiast na straszenie postawiło na odstraszanie. Jedyna rzecz, która tworzyła klimat, to chyba krew lejąca się z moich oczu (gdy oglądałem te wszystkie bezsensowne sceny) i uszu (podczas słuchania dialogów suchych jak siano). Serdecznie nie polecam, no chyba, że jesteście fanami tak kiczowatych produkcji.  

Moja ocena to 3/10, bo wierzę, że jeszcze kiedyś obejrzę coś gorszego.

Ps. Dzisiaj bez screenów, bo w całym filmie nie było chyba ani jednego momentu godnego uwagi ;)

3 komentarze:

  1. Bez screenów? :< Co za zawód... :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Śpij spokojnie, dzisiaj Ci się upiekło :)

    OdpowiedzUsuń
  3. osom :D tak baj de łej, zaprosiłam Cię do zabawy ;) zajrzyj http://czytam-wiec-zyje.blogspot.com/ :D

    OdpowiedzUsuń