piątek, 30 listopada 2012

Złota piłka.

Uwielbiam pisać posty, które na 100% nie spodobają się wiekszości moich odbiorców. Większości czyli prawdopodobnie dwóm z trzech :) Postanowiłem jednak, że będę pisał o wszystkim co mnie interesuje, a tak się niefortunnie składa, że w tym gronie znajduje się także znienawidzona przez większość kobiet piłka nożna. 

Przejdźmy jednak do sedna. Nominowano dziś trzech piłkarzy do jednej z najbardziej prestiżowych nagród - "złotej piłki". Zaskoczeń raczej brak. Nominowani zostali: Arkadiusz Głowacki, Jakub Wawrzyniak i Mariusz Pawełek  Leo Messi ze swoimi sterydami , Andres Iniesta - człowiek asysta ze swoimi zakolami, oraz Cristiano Ronaldo wraz z ciężarówką żelu. 

Co do zwycięzcy wolę nie spekulować. I tak nigdy nie zdażyło mi się celnie przewidzieć żadnego wyniku. Barcelona ma jednak duże szanse na zgarnięcie nagrody. Tak mniej więcej 2/3, albo nawet 4/6.

Oczywiście wszyscy piłkarze zasłużyli na nominację i co do składu finałowej trójki raczej nie było większych wątpliwości. Szkoda, że nie organizuje się podobnego konkursu na najgorzej zbudowanego piłkarza. Myślę, że w tym aspekcie mielibyśmy się czym pochwalić. Maciek Iwański śmiało mógłby startować w konkursie jedzenia pączków, czy też w konkursie na najgorszy pressing. Srebro prawdopodobnie zgarnąłby Rafał Murawski. Można by stworzyć cholernie silną kadrę. Też wam się wydaje, że brak takich zawodów to spisek wymierzony przeciw Polakom? 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Pokolenie POkomunistyczne.


Niestety nie dostąpiłem zaszczytu jakim jest poznanie życia przed transformacją ustrojową. Na moje nieszczęście świat po raz pierwszy obejrzałem dopiero w 1992 AD.  Zapytacie może czemu tego żałuję? Otóż przeglądając ostatnio jakiekolwiek portale, czy to społecznościowe, czy też informacyjne, zauważyłem, że bardzo modne staje się odwoływanie do systemu komunistycznego. Bardzo powszechne jest uważanie go za jakąś mityczną utopię  w której:

      A)  Każdy miał pracę

      B) Nikt nie był bogatszy od innych

      C) Każdego było stać na wszystko

      D) Nikt nie głodował

      E) Nie było ludzi bezdomnych

Aż tu nagle ciach - transformacja. Taki piękny, idealny system legł w gruzach. Nastał wstrętny, zbrodniczy, zachodni kapitalizm. To tyle jeśli chodzi o to co dziś wyczytałem na pewnym portalu informacyjnym.

Nie wiem jak wam, ale mi, głupiemu gówniarzowi, przez cały okres edukacji wciskali, że tym dobrym, idealnym systemem jest właśnie kapitalizm. Widząc i myśląc o tym co się obecnie dzieje mam przynajmniej prawo do wyrażenia swojej opinii . Uważam więc, że kapitalizm nie jest systemem doskonałym, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że nie jest ludzki. Sam często zauważam, że promuje on cwaniactwo i wszelkiego rodzaju oszustwa.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że w żaden sposób nie jestem w stanie porównać i ocenić tych systemów. Żałuję, że nie przeżyłem choćby roku w którym świadomie uczestniczyłbym w życiu lat 90-tych. Czytając komentarze krytykujące „Solidarność” i nowy system wszystko się we mnie burzy. Wcale nie dlatego, że jestem jakimś wielkim fanem demokracji i wolnego rynku, ale dlatego, że takie wartości zewsząd były mi wpajane. Zastanawiałem się jednak nad tym próbując zachować jak najwięcej obiektywizmu i muszę stwierdzić, że ludzie krytykujący nowy typ organizacji państwa nie są pozbawieni racjonalnych argumentów.

Osobiście pozostanę w przekonaniu, że wydarzenia potoczyły się tym lepszym torem dla Polski. Z dwojga złego myślę, że powinniśmy zostać  przy tej „kulawej” demokracji. Z chęcią dowiem się także jak wy patrzycie na tę kwestię. Na podsumowanie fragment piosenki Łony zawierający jego opinię w tej sprawie:  


„Ja pasuję, szkoda zachodu, ale z drugiej strony szkoda Zachodu

 Widzisz, nie chcę narzekać

 Ale szkoda mi paru drobnostek jak wolność słowa czy prawa człowieka

 Kilka zachodnich głupot bez znaczenia

 Wolność prasy, wolność zgromadzeń, wolność sumienia

 Demokracja? Nawet jak kulawa i młoda

 Ale przyzwyczaiłem się już do niej, trochę szkoda

 Żal będzie odrobinę zabrać

 Tę swobodę myśli, czy równość, nawet jeśli mocno podupadła

 Wiem, że przed chwilą zakopałem topór

 Ale jeśli mam to wszystko stracić, rośnie we mnie opór

 I domyślasz się jaki działania przyjmę modus

 Bo jednak szkoda mi tego Zachodu”



sobota, 24 listopada 2012

Rzeźnia numer pięć

Tytuł: "Rzeźnia numer pięć"

Autor: Kurt Vonnegut

Wydawnictwo: Albatros

Ilość stron: 256



"Zdarza się"



Szukacie może książki, która będzie ociekała wyśmienitym humorem? Pozycji, która sprawi, że wasze życie momentalnie nabierze barw? Czy może wreszcie powieści, która pozwoli wam poznać jaśniejszą stronę ludzkiej natury? Jeżeli na chociażby jedno z tych pytań odpowiedziałeś/aś sobie  twierdząco nie sięgaj po „Rzeźnię numer pięć”.

"Zdarza się"

Zabierając się do książki Kurta Vonneguta spodziewałem się właśnie kolejnej humorystycznej opowiastki wojennej. Tak właśnie wyglądała w moich wyobrażeniach, kiedy czytałem wszelkie recenzje jej dotyczące. Miałem co do tego wątpliwości tylko ze względu na to, że wszelkie rankingi plasują ją na bardzo wysokich pozycjach. Nie mógł to być więc wyłącznie zbiór scen mających rozbawiać. Oczekiwałem także, że będzie to powieść z wzniosłym celem, który przyświecał jej wydaniu (akurat w tym aspekcie się nie pomyliłem).

"Zdarza się" 

Przechodząc do sedna. Fabuła skupia się na Billym Pilgrimie, który dla mnie jawi się jako życiowy nieudacznik i człowiek lekko zwariowany po wypadku lotniczym. Dla innych będzie to zapewne porwany przez tralfamadorian (kosmici Vonneguta :)) i podróżujący przez czas „pielgrzym”. Historia dotyczy jego życia. Skupia się na czasach wojennych, najpierw w obozie jenieckim, a pod koniec powieści w Dreźnie. Fabuła jest przerywana także jego życiem po wojnie, oraz elementami fantastycznymi z udziałem sił pozaziemskich. Należy zaznaczyć, że książka ta ma wydźwięk wybitnie antywojenny.

"Zdarza się"

Bardzo przypadł mi do gustu język jakim posługuje się autor. Nie ma tam żadnych śladów patetyczności. Język jest prosty i zrozumiały, rzec można, że nawet żołnierski. Powieść czyta się świetnie. Spotkamy się z wieloma elementami humorystycznymi. Nie wszyscy jednak będą w stanie wykrzesać z siebie choćby małe drobinki radości przy jej czytaniu. Wydaje mi się, że książka ta, podejmująca tak straszliwy temat jak bombardowanie Drezna nie miała na celu rozbawienia, a raczej przygnębienia czytelnika. Jeśli tak to w moim przypadku swoją funkcję spełniła wzorowo. Czy oczekujecie od takiej pozycji „czegoś więcej”? Myślę, że także się nie zawiedziecie. Książka wypełniona jest przeróżnymi wątkami pobocznymi np. krytyką amerykańskiego stylu życia, obyczajów, opisem wydarzeń powojennych itd. Jestem przekonany, że każdy znalazłby coś dla siebie.

"Zdarza się"

Z drugiej strony niezbyt podobały mi się  elementy fantastyczne. Choć zmuszały do refleksji po jakimś czasie zwyczajnie zaczynały nudzić. W zestawieniu ze świetnym opisem życia Billy’ego w obozie, czy też chociażby w Dreźnie, wypadają dość blado. Szkoda także, że opisy czasów wojennych są mało szczegółowe. Z chęcią poczytałbym nawet o codziennym dniu ludzi pracujących w obozie. Tych szczegółów jednak tym razem nam zaoszczędzono.

"Zdarza się"

Książka Kurta Vonneguta powinna zostać przeczytana przez wszystkich ministrów obrony na świecie. Nie zaszkodziłoby gdyby przeczytali ją wszyscy ludzie. Wydaje mi się, że to niewielkie rozmiarowo dzieło byłoby świetnym pomysłem na lekturę szkolną. Mimo swoich niewielkich wad oceniam tę pozycję jako bardzo dobrą. Polecam w szczególności wszystkim miłośnikom historii II wojny światowej, zainteresowanym psychologią, czy chociażby miłośnikom lekko czytających się powieści.

"Zdarza się i tak"

Moja ocena to: 9/10      

środa, 21 listopada 2012

O eksperymentach społecznych słów kilka

Dzisiaj będzie nudno :) Duża część osób czytających blogi zapewne temat który chciałbym dzisiaj poruszyć zna doskonale. Wiele z nich to np. studenci, większość to prawdopodobnie ludzie którzy już zdobyli wykształcenie. Mimo to chciałbym zapoznać was z tematem który ostatnio obudził we mnie ciekawość. Muszę zaznaczyć, że jest on inspirowany wykładem w którym musiałem chętnie wziąłem udział tydzień temu. Tematem na dziś są eksperymenty psychospołeczne. Nie obraźcie się jeśli coś przekręcę. Nie będę sięgał do wikipedii, czy innych źródeł, podam wam po prostu zarys przeprowadzonych doświadczeń i być może kilka moich skromnych opinii:  
Eksperyment Salomona Ascha:
Jest to badanie dotyczące konformizmu w grupie społecznej. Przebieg wyglądał mniej więcej w ten sposób: narysowano jedną kreskę po lewej stronie, następnie obok narysowano 2 kreski o innych długościach i jedną identyczną jak ta po lewej (patrz rysunek) 

Studenci którzy znajdowali się w sali pojedynczo mieli za zadanie określić która kreska jest identyczna z tą po lewej. Aż 5% osób udzieliło złej odpowiedzi już na początku (nie wnikam, czy był to stres, czy problemy ze wzrokiem). Następnie osoby te miały podjąć decyzję w grupie. Do sali wpuszczono wraz ze studentem siedem innych osób (pomocników eksperymentatora). Badany student miał wysłuchać ich odpowiedzi i sam wyrazić swoją opinię na końcu. Wszystkie osoby przed nim zostały pouczone którą kreskę mają wskazywać. Nawet pomimo tego, że odpowiedź była oczywista wskazywali oni na inną.
Okazało się, że ponad 60% studentów zmieniało swoją odpowiedź na taką jaką wskazała grupa przed nim. Badani zaczęli wątpić w swoją zdolność percepcji i przystosowali się do ogółu.
Według mnie dowiodło to, że około 60% społeczeństwa to tchórze bez własnej opinii. Z drugiej strony, po głębszym przemyśleniu tego doświadczenia zastanawiałem się jak sam postąpiłbym w takiej sytuacji. 

Eksperyment Milgrama:
 Eksperyment, którego wyniki mogą budzić przerażenie. Doświadczenie miało zbadać posłuszeństwo wobec autorytetów. Początkowo badania miały zostać przeprowadzone w Stanach, a otrzymane wyniki  porównane z Niemcami (Milgram przypuszczał, że posłuszeństwo Niemców w czasie II wojny światowej wynikało z czynnika kulturowego).
Zebrano grupę losowo wybranych ludzi. Byli wśród nich biznesmeni, studenci itd. Doświadczenia polegało na tym, że wynajęty przez Milgrama aktor miał udawać jednego z badanych. Na początku odbywało się losowanie kto w eksperymencie będzie pełnił rolę ucznia, a kto nauczyciela. W roli nauczyciela zawsze obsadzany był badany, a w roli ucznia wynajęty aktor. Uczeń-aktor zostawał przeprowadzony do pomieszczenia za szybą gdzie podpinano go do urządzenia które miało emitować prąd elektryczny (przynajmniej tak powiedziano „nauczycielowi”).
„Nauczyciel” miał razić ucznia prądem jeśli ten udzieli złej odpowiedzi (uczeń miał powtarzać ciągi słów). Aktora pouczono, żeby zapytał za każdym razem eksperymentatora, czy urządzenie jest bezpieczne, ponieważ ma on problemy z sercem. „Nauczyciele” zawsze się temu przysłuchiwali. Niezależnie od wyników eksperymentu mieli też zachować pieniądze które zaoferowano im za sam udział. Badaniu towarzyszył eksperymentator.
Skala jaką dysponował „nauczyciel” rozpoczynała się na 15V a kończyła na 450V przy czym na konsoli zaznaczono jak duże jest ryzyko takiego porażenia. Od 315V rozpoczynał się już „niezwykle silny wstrząs”. Mimo krzyków aktora do końca skali doszło 65% osób. 80% nie zareagowało mimo tego, że „uczeń” krzyczał, że chce przerwać eksperyment.
Pouczeni przez eksperymentatora, żeby kontynuowali badanie, wciskali przyciski z coraz większymi napięciami. Milgram podsumował ten eksperyment. Stwierdził, że posłuszeństwa w Ameryce jest tyle, że wcale nie trzeba go szukać w Niemczech. „Nauczyciele” kontynuowali ze względu na bliskość autorytetu w którym upatrywali eksperymentatora. Niesamowicie przeraża mnie to, że większość z nas zachowała by się podobnie. 
Analogiczna sytuacja miała miejsce podczas wojny w Iraku, kiedy to żołnierze torturowali jeńców. Wpływ autorytetów jakimi byli dowódcy stał się tak silny, że zatracono wszelkie granice człowieczeństwa.
Zadajmy sobie więc raz jeszcze pytanie: Czy człowiek jest z natury dobry? Według mnie człowiek nie jest ani dobry ani zły. Istoty ludzkie uwielbiają „stadność” i podporządkowanie. Mimo tych wzniosłych okrzyków o demokracji i wolności system gwarantujący niezależność nigdy nie będzie istniał. Sam nie wiem czy byłby on dobry czy zły. Wiem natomiast, że te 80% ludzi wolności podświadomie nawet nie chce.
To tyle na dzisiaj. Zostało jeszcze kilka eksperymentów, ale nie wiem czy chcecie o nich poczytać. Jeśli tak dajcie znać. Jeśli nie na pewno znajdę jeszcze jakiś nudny temat ;) Co do opisanych doświadczeń polecam zapoznać się przynajmniej z ich wikipedyjnym opisem. Jest 100 razy lepszy niż mój. Ja chciałem tylko dać wam coś nad czym warto pomyśleć. Uważam więc, że moja rola na dzisiaj jest już skończona… ;)

niedziela, 18 listopada 2012

Game on...

Muszę was przeprosić za to, że troszkę zaniedbałem wasze blogi i na bieżąco nie czytałem tych wszystkich obserwowanych. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że wróciłem na weekend do rodzinnego domu. Niestety internet ma tam taką szybkość, że nie miałem nawet cierpliwości, żeby włączać komputer. Już jednak jestem wśród cywilizacji. W najbliższych dniach będę miał kilka spraw do załatwienia, ale mimo wszystko postaram się wrzucać jakieś teksty na bieżąco. Dość jednak o mnie.
Właśnie skończyłem oglądać szlagier ekstraklasy Legia-Lech. Wszystko wyglądało fajnie. Chyba obyło się bez incydentów. Jutro postaram się poszukać notek o wybrykach chuligańskich, ale mam nadzieje, że dziś będzie grzecznie. Legia na szczęście wygrała 1:3 na bułgarskiej, chociaż w drugiej połowie nie była wcale zespołem lepszym. Za kilka minut Śląsk Wrocław zagra z żenująco spisującą się w tym sezonie Wisłą Kraków. Obejrzę z przyzwyczajenia, chociaż tak naprawdę nie wiem komu kibicować.  
Pracuję też obecnie nad projektem, który być może wyląduje kiedyś na blogu. Niestety nie wiem czy kiedyś będę na tyle z niego zadowolony by dopuścić się publikacji. Cały czas myślę także nad zmianami w szablonie. Chcę przede wszystkim żeby był on czytelny. Szkoda, że blogger robi problemy z użytkownikami Opery, ponieważ pierwszy szablon podobał mi się najbardziej. Za wszelkie sugestie będę bardzo wdzięczny. 

środa, 14 listopada 2012

Stand up :)

Wczoraj miałem zły humor, więc dzisiaj nadszedł dzień w którym dokonałem przeglądu amerykańskich stand-upów i rzeczy, które mnie bardzo śmieszą, a nie wiem czy zaliczają się do stand-upu. To będzie moja pierwsza toplista, więc bądźcie wyrozumiali. Jest ona całkowicie subiektywna. Jeżeli kogoś interesuje ten rodzaj humoru to bardzo proszę o podanie w komentarzach podobnych artystów-komików ;) Lista obejmuje tylko tych których kojarzę i uważam, że warto o nich wspomnieć.
Top 14 w stand-upie wg. mnie:



14. Christopher Titus - dowiedziałem się o nim od mojego brata. Warto zapoznać się z tym artystą nawet mimo tego, że mnie nie przekonuje. Swoje żarty opiera na trudnej przeszłości i życiu w dysfunkcjonalnej rodzinie. Czasem jest brutalny i kontrowersyjny, ale warto sprawdzić. Na youtubie znajdziecie nawet jego 2 albo 3 pełne występy.











13. Dylan Moran - ma świetny akcent i fajny pijacki styl. Pamiętam, że całkiem przyjemnie się go oglądało, ale to że niezbyt często do niego wracam świadczy zdecydowanie na niekorzyść Dylana. Sprawdźcie, może wam też się spodoba :)






12. Gabriel Iglesias - sympatyczny grubasek :) Świetnie naśladuje dźwięki. Podoba mi się jego charyzma na scenie. Zobaczcie jego klip "Racist joke", a zrozumiecie o czym mówię.



11. Josh Blue - Brał udział w "Last Comic Stand". Cierpi na porażenie mózgowe, ale bardzo fajnie zamienił to w wielki atut na scenie. Wiele żartów opartych jest na jego niekontrolowanych ruchach.








10. Chris Rock - Dobry komik. Żarty zwykle oparte na seksie i relacjach damsko-męskich, ale potrafi to zaserwować naprawdę nieźle. Polecam facetom, nie polecam zaciekłym feministkom ;)










 9. Russell Peters - Wysokie miejsce szczególnie za klip, który znajdziecie na yt pod tytułem "bicie dzieci". Jeden z moich ulubionych fragmentów stand-upu do którego często wracam.











 8. Jeff Dunham - Tego pana nie trzeba przedstawiać. Chyba wszyscy pamiętamy jego maskotki i Ahmeda, martwego terrorystę, który swego czasu robił furorę w internecie. Jeśli nie znacie koniecznie nadróbcie zaległości .








7. Ricky Gervais - Chamski, wulgarny i kontrowersyjny. Same dobre cechy dla komika. Potrafi nieźle korzystać z rekwizytów takich jak np. broszura o zapobieganiu AIDS. Może wyśmiać chyba wszystko. Znany także z serialu "The Office"









6. Jim Jeffries - Nie mam pojęcia jak na niego trafiłem, ale bardzo się z tego cieszę :) Ma świetny akcent, więc uwielbiam go słuchać. Jest bezkompromisowy. Ma godne uwagi poglądy z którymi niemal w zupełności się nie zgadzam :)












5. Dave Chapelle - Od zera stał się komikiem światowej klasy. Podziwiam faceta. Co ważne jest też bardzo zabawny. W pamięć zapadły mi szczególnie żarty o życiu w biedzie, ale pamiętam,  że repertuar ma naprawdę wszechstronny. Bawi niemal do łez.










4. George Carlin - Świetny komik, niestety już nieżyjący. Kpił z ludzi w żywe oczy, a oni mu klaskali. Był genialny. Wielu uważa, że najlepszy, ale nie byłbym sobą gdybym zgodził się z innymi :)










3. Jimmy Carr - Świetnie radzi sobie z publicznością. Cięta riposta, choć często chamska to jego bardzo mocna strona. Za to jak radzi sobie z ludźmi przerywającymi występ dostaje tak wysokie miejsce. Same jego występy wydają mi się jednak trochę powtarzalne, ale i tak są całkiem zabawne.










2. Stephen Lynch - Ma mistrzowskie piosenki. Chyba właśnie do niego wracam najczęściej, szczególnie kiedy mam zły humor. Ma całkiem przyjemny głos i zabójcze teksty. Musicie poznać. W dodatku są napisy na yt dla wszystkich nie znających angielskiego na mistrzowskim poziomie.









1. "Whose line is it anyway" - Mój numer jeden. Improwizowany serial, który ma chyba około 8 sezonów. Właśnie kończę go odświeżać. Istnieje polska strona tego serialu zajmująca się tłumaczeniem odcinków. Wystarczy wygooglać. Gwarantuję, że się wkręcicie. Nie jest to może jeden komik, ale razem wszystkie postaci tworzą świetny zespół. Myślę, że o tym serialu warto byłoby stworzyć oddzielny artykuł.





Póki co to tyle. Trochę się pobawiłem, ale pierwsza toplista już gotowa. Pamiętajcie, że dziś mecz. Polska-Urugwaj, oglądajcie, kibicujcie, komentujcie...

 
 

wtorek, 13 listopada 2012

Co za dzień...

Mam dzisiaj tragiczny dzień. Naprawdę. Wszystko co mogło dziś pójść źle jak dotąd chyba poszło. Aż się boję iść dzisiaj na trening. Nie będę się więc rozpisywał i wylewał niepotrzebnie frustracji. Może jutro będzie lepiej. A skoro już próbuję oderwać się od tej rzeczywistości to odpowiem sobie na pytania Invisible, która nominowała mnie do Liebster Award. Ja nie nominuję nikogo i nie żywcie urazy. Nie oznacza to, że nikogo nie lubię, tylko dzisiaj nie mam na to najmniejszej chęci :) Postaram się niedługo coś opublikować. Sam nie wiem jeszcze co :) Zobaczymy. Aha, blog się dopiero rozkręca, ale chciałbym podziękować wszystkim odwiedzającym. Fajnie zobaczyć, że to co staram się robić jest przynajmniej zauważane. Zachęcam was do krytyki moich postów. Bardzo chciałbym wiedzieć co można ulepszyć, poprawić i jak uprzyjemnić wam przeglądanie tego "tworu". Może ona przyjmować dowolną postać, więc nie krępujcie się. Nie obrażam się łatwo ;) A teraz pytanka:
1. Co byś w sobie zmienił/a ?
Zmieniłbym swój wygląd, szczególnie twarz, reszta jest ok :)
2. Czego nie lubisz w ludziach ?
Tego, że są uparci, nie potrafią przyznać się do błędu. Nie potrafią mieć żadnych wątpliwości ;)
3. Na co byś przeznaczył/a wygraną w 6 w totolotka ?
Kupiłbym sobie dom w Hiszpanii, z daleka od ludzi.
4. Czego się wstydzisz ?
Tego, że nie potrafię tańczyć ;)
5. Najlepsza książka jaka czytałeś/łaś ?
Oczywiście "Paragraf 22", chociaż mógłbym jej znaleźć kilku konkurentów.
6. Co przynosi Ci szczęście? Uzasadnij.
Chyba walka. Dawno nie byłem naprawdę szczęśliwy, więc trudno powiedzieć...
7. Wierzysz w zjawiska paranormalne? Dlaczego?
Nie. Moja racjonalność sprowadza świat do nudnych schematów.
8. Najładniejsze imię męskie i żeńskie ?
Męskie - Łukasz, bo moje :) Żeńskie - mam kilka kandydatek: Patrycja, Kasia, Marta, Iwona ;)
9. Wolisz koty czy psy? Czemu?
Wolę psy - są silniejsze i wierniejsze.
10. Obawiasz się śmierci?
Nie myślałem nad tym. Pewnie w nie większym stopniu niż inni.
11. Gdyby ktoś mógł spełnić Twoje dowolne 3 życzenia, co by to było?
1. Chciałbym, żeby ludzie myśleli nad tym co robią
2. Chciałbym potrafić rozmawiać z kobietami
3.  Chciałbym kiedyś spojrzeć wstecz na swoje życie i powiedzieć "dobra robota - osiągnąłeś wszystko do czego dążyłeś"
No to chyba tyle. Mam nadzieję, że wkrótce zmobilizuje się do pisania, ale nie oczekujcie niczego ambitnego...

sobota, 10 listopada 2012

Joseph Heller - "Paragraf 22"

Spoglądając na tytuł bloga nie trudno raczej domyślić się, jaka jest moja ulubiona książka. Jako że obiecałem wstawić dziś nowy tekst, postaram zmierzyć się z legendą jaką w moich oczach jest "Paragraf 22". Ostatnio postanowiłem przeczytać tę pozycję po raz drugi i sprawdzić czy słuszna, z perspektywy czasu, była moja opinia, że jest to najlepsza książka jaką kiedykolwiek miałem w rękach. Uważałem tak przez około 4 lata, bo właśnie wtedy miałem do czynienia z paragrafem. Od tego czasu miałem również okazję zapoznania z kilkoma z bardzo dobrze rozreklamowanych pozycji i kilkoma klasykami. Jak na ich tle wypada paragraf ? Zaraz się dowiecie :)

 „Postanowił żyć wiecznie lub ponieść śmierć próbując.”

Zacznijmy jednak od strony technicznej. Książka liczy sobie około 500 stron (w zależności od wydania). Podzielona jest na 42 rozdziały z których każdy zaczyna się od imienia postaci w nim opisywanej lub miejsca akcji. Ze względu na taki podział książkę można wziąć do ręki na 5 minut, przeczytać jedną historyjkę i bez większych wyrzutów sumienia odłożyć na później. Warto czasem tak właśnie postąpić, ponieważ wiele momentów, dialogów i sentencji zasługuje na małe przemyślenie.

„Teksańczyk był człowiekiem miłym, sympatycznym i koleżeńskim. Po trzech dniach wszyscy mieli go po dziurki w nosie.”

Opowiedziana historia skupia się na żołnierzu lotnictwa Yossarianie, przebywającego na fikcyjnej wyspie Pianosa, podczas II wojny światowej. Filozofia naszego bohatera jest prosta - wszyscy chcą go zabić i trzeba zrobić wszystko, żeby wymigać się od patriotycznego obowiązku odbywania kolejnych lotów. Książka jest pełna absurdalnych sytuacji, świetnego humoru  i genialnie wykreowanych postaci. Gwarantuję, że nigdy nie zapomnicie Milo zarabiającego na kupowaniu jajek po 7 centów za sztukę i sprzedawaniu po 5,  wodza White Halfoata - Indianina mającego talent do znajdowania ropy i dawania w pysk, czy też Majora Majora Majora Majora z którego boleśnie zakpił tak los jak i ojciec :) Jednocześnie jestem niemal pewny, że niejednokrotnie łza zakręci się wam w oczach, ponieważ książka w momenty humorystyczne wplata także te tragiczne, nieodmiennie związane z wojną. Dużo jest też świetnie napisanych dialogów, pełnych humoru, ale i refleksji nad sytuacją żołnierzy i podejściem do wojny. Niech najlepszą rekomendacją będzie to, że nigdy nie widziałem lepszego sposobu ich prowadzenia. Fabuła poprowadzona jest bardzo oryginalnie. Na początku bohaterowie rozmawiają o sytuacjach o których nie mamy pojęcia, a w które zostajemy wprowadzeni w późniejszym etapie czytania. Mimo iż ten sposób może wydawać się nieco chaotyczny, to doskonale komponuje się z "wariackim" klimatem powieści. 

 „O klubie oficerskim: Yossarian ani razu nie przyszedł pomóc przy budowie, za to później, gdy klub już ukończono, przychodził bardzo często, urzeczony tym dużym, pięknym, nieregularnym budynkiem krytym gontem. Była to rzeczywiście wspaniała konstrukcja i Yossariana przepełniało uczucie niekłamanej dumy, ilekroć spojrzał na nią i pomyślał, że nawet nie kiwnął palcem przy jej wznoszeniu.”

Co do wad będzie bardzo króciutko, ponieważ zaślepiony zaletami tej książki bardzo trudno jest mi być wobec jakiegokolwiek aspektu krytycznym. Przeszkadzać w odbiorze może jedynie przesyt. Wiele z tych absurdalnych dialogów odbywa się według tego samego schematu, co pod koniec lektury może odrobinę znużyć. Póki co jestem w połowie jej "odświeżania" i wciąż nie mam dość. Nie pamiętam także, żeby zniechęciło mnie to ostatnim razem, ale ludzie mają różne gusta, więc staram się być obiektywny :) Nie każdy jednak pokocha tę książkę. Dla jednych okaże się ona za trudna, innym nie pozwoli na to odmienne poczucie humoru, czy też jego brak, jeszcze innych odrzuci sama tematyka wojskowa. 

 „Panowie (...) jesteście oficerami Armii Stanów Zjednoczonych. Oficerowie żadnej innej armii na świecie nie mogą tego o sobie powiedzieć. Zastanówcie się nad tym.”

Wszyscy którzy nie mieli okazji przeczytać tego dzieła bardzo dużo według mnie stracili. Po dość długim czasie jaki minął od ostatniej z nim styczności wciąż jest to moja książka numer 1. Wygrywa w moim prywatnym rankingu nawet z tuzami takimi jak Orwell, czy też Dickens. Ocena jaką jej przyznam może być tylko jedna i jest to:
10/10 (być może jedyna 10 jaką kiedykolwiek przyznam) + szczerze polecam :)

Cytaty zaczerpnięte z lubimyczytac.pl

piątek, 9 listopada 2012

Krótko o hiszpańskich potęgach


Dzisiaj krótko. Mury runęły, a świat się zawalił. Liga hiszpańska jednak nie jest już tak mocna jak jeszcze w poprzednim sezonie. Barcelona przegrywając 2:1 z Celtikiem Glasgow udowodniła, że  nie jest zespołem niepokonanym. Mało tego, nawet ja, jako zagorzały fan Barcelony, jestem w stanie zaakceptować inną wizję futbolu. Piłki nastawionej na grę defensywną (zorganizowaną zresztą świetnie) i bardzo zachowawcze ataki. Taktycznie Celtic przygotowany został po mistrzowsku. Real także nie spisał się na miarę oczekiwań, mimo tego, że zdołał zremisować.  Borussia postawiła poprzeczkę dość wysoko nawet na Santiago Bernabeu. Przewidywałem zwycięstwo obu tych zespołów (Realu i Barcy of course) . W obydwu przypadkach także się pomyliłem. Dlatego dziś przewiduję porażkę Wacha w sobotę i obym także w tym się mylił. Jutro postaram się coś wrzucić ponieważ na jakiekolwiek bardziej rozbudowane notki dzisiaj nie starczy mi sił ;)

środa, 7 listopada 2012

Obama znów górą.

Nie sugerujcie się tytułem posta, po raz kolejny będzie on o "wszystkim i o niczym". Wczoraj miałem dobry dzień. Oglądaliśmy z kolegami meczyk ligi mistrzów Borussia - Real i bardzo cieszyliśmy się z remisu. Wiedziałem, że dzisiejszy dzień nie będzie już tak piękny. Pięć minut po przebudzeniu dowiaduje się, że wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał Barack Obama. Jako że nie jestem jego największym fanem czuje się lekko zawiedziony. Szkoda także, że w będącej w kryzysie Ameryce, znów potwierdza się moja teza, że większość ludzi to idioci, (tym bardziej, że większość w głosowaniu Baracka Obamy została osiągnięta w głównej mierze dzięki kolorowi skóry, a nie osiągnięciom na fotelu prezydenta). Nie chcę jednak, żebyście pomyśleli, że gloryfikuję Romneya. Uważam tylko, że mógłby sprawdzić się lepiej i byłby znacznie korzystniejszy z punktu widzenia interesów Polski. Dość jednak pieprzenia o polityce, nawet mnie ten temat zaczyna powoli nudzić :) Sugerując się bloggiem jednej z koleżanek blogerek, na którym rozgorzała dyskusja na temat alkoholizmu, postanowiłem sięgnąć do źródła. W wolnej chwili przeczytałem małą książeczkę rosyjskiego pisarza Wieniedikta Jerofiejewa pod tytułem "Moskwy-Pietuszki". Historia przedstawia nam rosyjskiego intelektualistę-alkoholika jadącego do utopijnych Pietuszek, gdzie czeka na niego jego ukochana i dziecko oraz ucieczka od wszelkich cierpień. Książeczka jest krótka, ale genialna. Mimo tego, że jest pełna humoru jest też pełna refleksji i głębokich przemyśleń. Nie będę jej dziś recenzował, ale szczerze polecam wszystkim tym, którzy zainteresowani są nie tylko tematem alkoholizmu, ale także życiem w Rosji przełomu lat 70-tych. Zauważyłem także, że ostatnio na różnych blogach pojawiają się recenzje biografii Lionela Messiego. Fajnie, że w końcu ludzie zaczynają się interesować tym tematem. Dzisiaj prawdopodobnie obejrzę mecz Barcelony z Celtikiem. Jako, że o Lionelu wiem wystarczająco dużo, a bardziej fascynuje mnie jego gra niż biografia dzień w którym gra FCB jest dla mnie niemal jak święto. Jestem pełen nadziei odnośnie wieczora, ale ze względu na smutek egzystencjalny, który aktualnie przeżywam chyba odpuszczę sobie wykłady :D Aha, miałem wam jeszcze napisać skąd się wzięło u mnie czytanie ostatnio bardziej ambitnych książek. Otóż sugerowałem się kawałkiem łony pod tytułem "Bumbox", który jest ostatnio moim numerem jeden.  BUMBOX - oto link dla wszystkich chętnych :) Żeby tradycji stało się zadość wstawiam obrazek, tym razem z dedykacją dla wszystkich kobiet. Nie wiem czy się wam spodoba, ale w FCB trudno znaleźć lepszego, a przecież konkurencji wspierał nie będę :) 
Alexis Sanchez - w tym roku jeszcze w Barcelonie :) 

sobota, 3 listopada 2012

Jack Ketchum -"Straceni"

Zgodnie z obietnicą znalazłem odrobinkę wolnego czasu i przeczytałem powieść Jacka Ketchuma pod tytułem "Straceni". Czego można spodziewać się po autorze o którym Stephen King mówi jakoby był najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Ja spodziewałem się bardzo, bardzo dużo. Być może właśnie takie podejście sprawiło, że tuż po zakończeniu lektury czułem lekki niedosyt.
Zacznijmy jednak od początku. Książeczka ta liczy 367 stron i w sam raz nadaje się na długi zimowy wieczór. Jako, że ja nie jestem mistrzem szybkiego czytania jej ukończenie zajęło mi aż dwa takie wieczory. Historia która została nam zaserwowana dotyczy Ray-Pye'a, mordercy stawiającego pierwsze kroki w "zawodzie", a także jego kumpli Tima i Jennifer. Oczywiście nie byłoby dobrej powieści bez heroicznego bohatera, dlatego na dokładkę dostajemy detektywa Charliego Schillinga oraz jego kumpla od kieliszka, emerytowanego glinę, Eda Andersona. Akcję oczywiście spajają także inne postaci, ale ich kreacje nie wydały mi się kluczowe dla odbioru całości.
Co więc otrzymujemy za poświęcenie tej lekturze odrobiny czasu? Otóż dostajemy intrygę nieco słabszą niż u Harlana Cobena, powieść nieco trudniejszą w odbiorze niż u Kena Folletta, i dawkę strachu mniejszą, ale za to bardziej realną niż u Stephena Kinga. Autor nie boi się bezkompromisowego języka, brutalnych opisów scen śmierci i budowania "ciężkiego klimatu". Zdecydowanie nie jest to książka dla ludzi wrażliwych, jednak wobec ogólnych trendów nie ma w niej także nic takiego, co by mnie szczególnie zszokowało.
Mimo tych wad (jeśli nawet ktoś je tak traktuje) wszystkie te elementy nieźle ze sobą współgrają dając nam w konsekwencji dobry, jeśli nie bardzo dobry produkt. Mimo moich niespełnionych oczekiwań muszę zaznaczyć, że książka ta jest pozycją wciągającą i nie żałuje żadnej z poświęconych jej chwil. Fabuła prowadzona jest sprawnie, co uważam za zaletę, nawet pomimo jej prostoty. Język jest przystępny, choć jak wcześniej wspomniałem czasem nieco wulgarny. Strach jeżeli już się pojawia oparty jest raczej na zasadzie "nie wierzę, że człowiek jest zdolny do czegoś takiego" niż "w mojej szafie jest potwór". Świetnie za to został zbudowany obraz psychologiczny mordercy, a także osób z jego bliskiego otoczenia. Realizm scen śmierci także potraktowałem jako zaletę zdecydowanie poprawiającą klimat, który swoją "mrocznością" dorównuje świetnym thrillerom Jeffery'ego Deaver'a. 
Zdecydowanie nie spodobała mi się natomiast postać Eda Andersona, detektywa, który moim zdaniem jest postacią zupełnie niepotrzebną i oprócz kiepskiego wątku miłosnego, nie wnoszącą kompletnie nic do fabuły. Dzięki przeniesieniu akcji powieści w lata 70-te i początek lat 80-tych akcja rozgrywa się na tle ważnych wydarzeń historycznych takich jak np. wojna w Wietnamie (mamy także małe nawiązanie do Romana Polańskiego i Sharon Tate), co bardzo mi się spodobało.
Podsumowując wady i zalety muszę przyznać, że niska ocena byłaby dla tej książki krzywdząca, nawet pomimo tego, że lekko mnie rozczarowała. Jestem przekonany, że nie jest to mój ostatni kontakt z literaturą Jacka Ketchuma i także was gorąco namawiam do zapoznania się z nią w miarę możliwości. Ode mnie książka ta dostaje ocenę: 7/10
Wszelka krytyka wyjątkowo mile widziana :)