niedziela, 30 grudnia 2012

Rok 2012


Jako że rok 2012 chyli się powoli ku końcowi czas na jego malutkie podsumowanie.

*Sport
Miniony rok stał pod znakiem dwóch niezwykle ważnych wydarzeń w świecie sportu. Pierwszym, do którego przykładałem największą wagę były mistrzostwa Europy w piłce nożnej, które odbyły się w Polsce i na Ukrainie. Nawet dotąd pisząc te słowa krople łez uderzają o klawiaturę, podsumowując tym samym występ naszych orłów na tym turnieju. Mimo reprezentacji złożonej z dość mocnych zawodników nie udało nam się nawet wyjść z grupy. W tym roku po raz kolejny tryumfowała Hiszpania, srebro przypadło w udziale zaskakująco dobrze spisującym się Włochom, którzy dopiero w finale pokazali wszystkie swoje słabości. Turniej mimo obaw przebiegł spokojnie i dość bezpiecznie, a dzięki irlandzkim kibicom także w świetnej atmosferze. Wkrótce mogliśmy się cieszyć  kolejnym sportowym świętem. Do  Londynu na igrzyska poleciało 218 sportowców, niestety tylko 10 z nich zdołało wywalczyć medale. Wiarę w polski sport znów podtrzymują siłacze. Adrian Zieliński zdobył upragnione złoto jako pierwszy, podnosząc ciężary w kategorii do 85 kg, a Tomek Majewski obronił złoto w pchnięciu kulą rzucając 21,89m. Wielkie gratulacje należą się oczywiście także pozostałym medalistom. Wielkim zaskoczeniem według mnie było także złoto reprezentacji Meksyku w piłce nożnej. Zdołali oni pokonać wielkiego faworyta – Brazylię, która spacerkiem weszła do finału. Dość jednak o sporcie, żeby nie przynudzać.

*Literatura
Rok 2012 stał pod znakiem nadrabiania klasyki. Czytałem bardzo mało, ale za to bardzo dobre pozycje. Mój osobisty top5 przeczytanych książek w roku 2012.

5. Gorge Orwell – „Folwark Zwierzęcy” – Przyjemna książeczka o systemie w którym przyjdzie nam kiedyś żyć. Rządy świń zbliżają się nieuchronnie...   

4. Charles Dickens – „Klub Pickwicka” – Długa, dwutomowa opowieść o życiu dżentelmenów w Anglii. Przyjemna i dość zabawna.

3. Peter V. Brett – „Malowany Człowiek” – Co tu dużo mówić, bardzo dobre fantasy, warte sprawdzenia.

2.  Kurt Vonnegut – „Rzeźnia numer pięć”- Niezbyt długa książeczka podejmujące tematykę bombardowania Drezna. Skoro zdołała poruszyć mnie musi być dobra.

1.  Ken Follett – „Świat bez końca” -  Powieść obyczajowa w czasach średniowiecza. Długa, ale cholera wsysa jak bagno. Godna polecenia.

*Filmy
Z niesmakiem stwierdzam, że nie przypominam sobie żadnego świetnego filmu w tym roku. Owszem kilka było całkiem niezłych i przyjemnych, ale żaden nie powalił na łopatki. Największe rozczarowanie to wg. mnie Expendables II, kino akcji, które nie utrzymało nawet poziomu jedynki (która też jakaś świetna nie była, ale można ją było oglądać z przyjemnością, szczególnie po kilku piwach). Zaraz po nim plasuje się kolejna część  Batmana – była niezła, ale oczekiwałem czegoś więcej. Żeby nie marudzić wspomnę o pozytywnym zaskoczeniu. Fajnie oglądało mi się nowego Bonda. Nie wiem czemu, ale mi się podobał. Topki nie będzie, bo chyba nie znajdę nawet 5 filmów wartych waszej uwagi. Co do seriali także zeszły na psy, więc nie warto nawet o nich wspominać.

To tyle z mojej strony. Wiem, że podsumowanie jest marne, krótkie, o wszystkim i o niczym, a także niczego nie wyjaśnia, ale hej, to przecież cały ja ;)

Wszystkim czytelnikom bloga, którzy pojawili się na nim w mijającym roku serdecznie dziękuję. Reszta prawdopodobnie będzie się smażyć w piekle. Tym optymistycznym akcentem kończę, życząc wam hucznej zabawy sylwestrowej i jeszcze lepszego, bardziej owocnego roku 2013.    




piątek, 28 grudnia 2012

"Kaznodzieja z karabinem"


Nie wiem, naprawdę nie wiem co mnie podkusiło, żeby oglądać ten film właśnie dziś wieczorem. Jak wiecie święta za nami, a ja wciąż odczuwam świąteczny nastrój. Jako że wiążę się on wg. mnie głównie z rozrywką postanowiłem obejrzeć jakiś niezły film, najlepiej akcji. Wybór padł na „Kaznodzieję z karabinem”, czy jak kto woli „Machine gun preacher”.



Krótko o fabule. Przedstawiona historia oparta jest na faktach (bleh). Traktuje ona o losach Sama Childersa, byłego członka gangu motocyklowego, który po wyjściu z więzienia i 40 nudnych minutach filmu, udaje się do południowego Sudanu. Jedzie tam głównie po to, żeby chronić krzywdzone dzieciaki i robić kuku tym złym. Przy okazji trochę się powściekać, pozłościć, a potem poudawać Rambo. 


Sam Childers wg. Hollywood i "w realu".
W rolach głównych zobaczymy wiele hollywoodzkich gwiazd. Jedną z nich jest nieco przeceniany w ostatnim czasie Gerard Butler (chociaż w filmach akcji faktycznie radzi sobie nieźle). Poza tym ujrzymy także takie sławy jak Gerard Butler, Gerard Butler i Butler Gerard… W sumie jest to jedyna postać warta uwagi, akcja kręci się wokół niej, a także wydaje się, że jest to kreacja najlepiej stworzona. Oprócz niego zobaczyć możemy także Michelle Monaghan, Michaela Shannona i wielu, wielu innych których nie ma sensu wymieniać, bo i tak nikt ich nie zna.    


A ten filmik nakręciliśmy wczoraj  z żoną. Pomyśleliście kiedyś dzieci, że ludzkie ciało może się w ten sposób wyginać? 

Pierwszy raz w moich recenzjach wspomnę o ścieżce dźwiękowej. Jest  to „mój pierwszy raz” ze względu na to, że moje uszy zostały kiedyś rozdeptane przez stado słoni, więc i słuch nie należy do zmysłów, które funkcjonują u mnie najlepiej. Konkretnie – nie podobała mi się muzyka. Nie wiem czemu. Nie pytajcie, bo nie dam rady wytłumaczyć. Po prostu drażniła moje delikatne uszka.

Cholera, znów pomyliliśmy kostiumy...
Jak podobał mi się cały obraz. Niezbyt. Był cholernie łzawy, ale nie w ten sam sposób co dobry dramat. Płakać mieliśmy w tym przypadku nad losem biednych dzieci, a szokować miały scenki mniej lub bardziej ohydne. Niestety już od jakiegoś czasu uodporniłem się na takie próby przemówienia do mojej wrażliwości, więc większość takich fragmentów jakoś specjalnie mnie nie poruszyła. Może zwyczajnie jestem złym człowiekiem i nie kocham biednych dzieci z Sudanu. Być może, ale wolę to niż hipokryzję…


Co jeszcze? Główny bohater. Wkurzała mnie ta postać. Wydawał się strasznym idiotą. Szczególnie zirytowała mnie scena w której koleś *spoiler* zabiera kasę z domu i kłóci się z żoną, bo napalił się na pomaganie biednym dzieciom, a rodzinę ma za przeproszeniem w dupie *koniec spoilera*. Kilka takich scenek jeszcze się trafiło, ale dla mnie są one głupie pewnie tylko ze względu na moją ignorancję, brak uczuć itd.

Jeden z bardziej dynamicznych fragmentów filmu. Wyobraźcie sobie te mniej :)



Mało wad? Dobra, będzie jeszcze jedna. Naszym bohaterem jest Rambo. Nie ginie, nie zostaje draśnięty, mimo, że nie był nigdy w wojsku zachowuje się jak profesjonalny żołdak. W proch i pył obraca tuziny wrogów w imię sprawiedliwości i wyższego dobra, w imię Boga. Cholera, jak miało być oparte na faktach, to mogli by się tego trzymać. Fakt, film byłby znacznie nudniejszy, ale zbyt dużo do zanudzenia mnie na śmierć i tak mu nie brakowało.


Podsumowując. Możecie nie oglądać pierwszej godziny filmu. Tzw. budowanie klimatu nie zawiera absolutnie nic ciekawego. Później akcja przenosi się do Sudanu. Dostajemy trochę akcji, robi się nieco ciekawiej, a później wszystko zwalnia. Ten schemat budowania historii towarzyszy nam już do końca filmu. Zakończenie na łopatki raczej nie powala. Jeśli jesteście fanami kina opartego na faktach będziecie w miarę zadowoleni. Jeżeli lubicie łzawe historyjki pokochacie ten film. Jednak jeśli chcecie się rozerwać, albo broń borze poprawić sobie humor nie tykajcie nawet kijem. Najwidoczniej ja nie jestem „targetem” do którego miało to dzieło trafić. Dlatego też…


Moja ocena to  4/10   

piątek, 21 grudnia 2012

"Kruk. Zagadka zbrodni"


A oto i jest obiecana recenzja i być może tekst będący zwieńczeniem mojej przygody blogowej w 2012 roku. Z góry uprzedzam, że w najbliższych dniach mogę być trochę nieobecny i proszę o wybaczenie ;) Przejdźmy jednak do meritum. Czas oceniać. 

Kruk jest kryminałem/thrillerem, dla którego powstania inspiracją stało się życie i twórczość Edgara Allana Poe. Każdy kto czytał jego biografię i zna okoliczności tajemniczej śmierci pisarza sam może dojść do wniosku, że historia tego pana niesie ze sobą cholernie duży filmowy potencjał. Czy James McTeigue (reżyser znany z „V for Vendetta”) sprostał niewątpliwie trudnemu zadaniu przedstawienia klimatu z powieści Poego na dużym ekranie?
Pobiegam sobie z pistoletem i cylindrem, obym tylko nikogo nie postrzelił.

W głównej roli obsadzony został aktor, którego chyba nikomu przedstawiać nie trzeba – John Cusack. Może w pierwszej chwili nie będziecie kojarzyli filmów w których grał, ale nazwisko pewnie każdemu obiło się o uszy. Według mnie w rolę pisarza wcielił się bardzo dobrze. Podobało mi się większość momentów w których mogłem go oglądać, ale być może wynika to z mojej dawnej sympatii do Cusack’a. Zadanie, któremu musiał podołać z pewnością łatwe nie było. Grał nie tylko sławnego pisarza, ale jednocześnie krytyka, alkoholika, oraz człowieka głęboko zakochanego. Według mnie we wszystkich aspektach John zagrał przynajmniej na poziomie poprawnym. Co do postaci drugoplanowych żadna jakoś specjalnie mnie nie urzekła. Najciekawszy był chyba detektyw Fields, który pomagał głównemu bohaterowi w rozwiązaniu tytułowej zagadki.
Fak, wiedziałem, że to był zły pomysł

Fabuła jest z pewnością kwintesencją całego dzieła. Scenariusz napisany jest logicznie. Wszystkie wydarzenia z filmu są dość prawdopodobne i mogły mieć miejsce (może większość). Akcja rozgrywa się w ostatnich dniach życia pisarza, więc zakończenie zdaje się dość przewidywalne. Jednak nie jest. Końcówka okazała się świetna, zakończenie dość zaskakujące, a w dodatku świetnie podsumowujące akcję całego filmu. 

„Kruk” jest jednak thrillerem. Najważniejszy w tym gatunku wydaje mi się klimat. Tutaj dostajemy go mnóstwo i to w najlepszym XIX-wiecznym wydaniu. Wiele nawiązań do powieści Poe’a, kilka smaczków, wyraziste sceny morderstw (no może ta pierwsza była trochę niesmaczna  i odbiegła od filmowego klimatu), zagadka nierozwiązana niemal do samego finału, śledztwo itd. itp. Miłośnicy thrillerów, kryminałów, czy nawet powieści/filmów detektywistycznych nie będą rozczarowani.
A oto i powód wielkiej miłości pisarza. Sami spójrzcie na te cudowne.... oczy.

Największą bolączką filmu stało się według mnie to, co szwankowało u samego Edgara. Film momentami jest nudny, chwilami przegadany. Kolejną wadą jest to, że pierwsza scena morderstwa nie pasuje do klimatu, przypomina raczej „Piłę”. Nie ma sensu się jednak zrażać. Dalej jest już lepiej. Kolejnym mankamentem są działania czarnego charakteru, któremu wszystko uchodzi na sucho. Nie zostaje rozpoznany nawet pomimo tego, że kilka razy jest ścigany, przygotowywane są na niego zasadzki itd. Strzela celniej niż inni, kule się go nie imają, trochę to wkurzające.  

Mimo wszystko zalety zdecydowanie przysłoniły mi wady. Nawet pomimo tego, że na filmie zdarzyło mi się kilka razy ziewnąć polecam wszystkim miłośnikom mrocznego kina, którego celem nie jest tylko epatowanie przemocą. Nie jest to „Droga bez powrotu”, ale film straszy, jest realistyczny, ze świetnym klimatem, niezłymi aktorami, bardzo dobrą charakteryzacją, a w dodatku akcja rozgrywa się w czasach do których kinematografia nie odwołuje się zbyt często. Polecam sprawdzić jeśli będziecie mieli okazję.

O mały włos na screenach nie byłoby głównego bohatera :). W ramach rekompensaty macie Cusack'a w brudnych gaciach, enjoy.

Moja ocena to 8/10

czwartek, 20 grudnia 2012

Edgar Allan Poe - "Zdradzieckie Serce"


Jako że piątek zbliża się niechybnie, a wraz z nim także mój powrót do domu, postanowiłem zamieścić na swym blogu ostatnie wpisy jakie będziecie mieli okazję przeczytać w grudniu. Obejrzałem ostatnio film pod tytułem „Kruk”, czy też „The raven”, opowiadający o życiu Edgara Allana Poe (będzie recenzja). W związku z tym postanowiłem zapoznać się także z próbką jego twórczości.

Moją ofiarą stał się zbiór 10 opowiadań  tego autora pod tytułem „Zdradzieckie Serce”. Sam pisarz jest postacią niezwykle ciekawą i serdecznie zachęcam do zapoznania się z jego biografią, jednak okres w którym żył i tworzył to pierwsza połowa XIX wieku. Czy po tylu latach pozycja ta może się jeszcze podobać ?

Recenzowanie klasyków jest zadaniem szalenie trudnym. Zmierzenie się z protoplastą literatury grozy poczytywałem sobie jednak za swój obowiązek (jako zażarty miłośnik tego gatunku). Szczególnie obawiałem się problemów z odbiorem, czy to przez archaiczny język, czy też przez niezrozumienie przesłania/treści opowiadań (jak wiecie bliższa mojemu sercu jest literatura czysto rozrywkowa i bardziej prymitywna). Na szczęście moje obawy sprawdziły się tylko w niewielkim stopniu.

Jak każdy zbiór opowiadań także i ten wg. mnie prezentuje mocno nierówny poziom. Zdarzały się takie które podobały mi się bardzo, czy to ze względu na klimat („Studnia i wahadło”, „Zdradzieckie serce”), humor („Pogawędka z mumią”), niektóre zachwycały zakończeniem, które ratowało niezbyt wartką akcję („Maska czerwonej śmierci”), niestety zdarzyły się też historie słabsze i nudniejsze, czego przykładem mogą być szczególnie dwa opowiadania:  „Rewelacje mesmeryczne” i „Podłużna skrzynia”. Te dwa ostatnie były zdecydowanie przegadane i według mnie bardzo nudne. „Rewelacji mesmerycznych” nie byłem w stanie nawet dokończyć: za dużo w nich było filozofii i rozmyślań z których nie rozumiałem kompletnie nic.

Mimo to całość okazała się całkiem strawnym kąskiem na jeden wieczór. Szczególnie do gustu przypadają nowatorskie pomysły autora i niektóre rozwiązania fabularne. W części opowiadań dostajemy błyskawicznie toczącą się akcję (te podobały mi się najbardziej), inne zaś przypominają stereotypową, nudną twórczość XIX wieku. Mimo wszystko z Edgarem warto zapoznać się chociażby ze względu na jego umiejętność do budowania psychodelicznego (nie znalazłem lepszego przymiotnika :))  klimatu. Objętościowo jest ona niewielka (około 90 stron), a wierzę, że wielu miłośnikom Kinga, Barkera, czy nawet Mastertona może się spodobać. Miłośnicy/czki romansów raczej nie znajdą w niej nic dla siebie.

Moja ocena to 6/10  

poniedziałek, 17 grudnia 2012

"Bogowie Ulicy"


Hmm, znów będzie filmowo. Tym razem na ruszt trafili „Bogowie Ulicy”. Film ostatnio strasznie chwalony i polecany mi ze wszystkich stron. Oczekiwałem więc dzieła niezwykłego, być może najlepszego filmu jaki obejrzę w tym roku.

Historia jest dość prosta i powtarza utarte schematy. Dwóch policjantów-przyjaciół, Brian Taylor i Mike Zavala angażują się w sprawę brutalnego morderstwa popełnionego przez kartel narkotykowy. Później historia toczy się już raczej standardowo, aż do dość przewidywalnego zakończenia. Fabularnie nic specjalnego – raczej typowy film kryminalny.
To jego wysyłają, kiedy rozmawiasz przez telefon w czasie jezdy

Najciekawsze w całej produkcji jest to, że stara się ona w sposób realistyczny oddać przebieg pracy policjanta w najgorszych dzielnicach Los Angeles. Akcja przedstawiona jest za pomocą kamery, którą nosi ze sobą nasz bohater Brian, a także kamerki przytwierdzonej do piersi Mike’a. Na początku wyglądało to nawet fajnie, ale z czasem reżyser szedł na coraz większe ustępstwa na rzecz przedstawienia akcji filmu w sposób standardowy i pod sam koniec obrazu z kamerek raczej już nie doświadczymy. Trochę szkoda, bo to całkiem ciekawy zabieg znany także z kilku filmów grozy, a w dodatku świetnie budujący klimat.
Czarne okulary: +5 do celności 

Mimo realizmu akcja jest wartka, dynamiczna i pełna napięcia. Nie jest to z pewnością film z Jasonem Stathamem, ale ogląda się go naprawdę całkiem nieźle. Dużą bolączką tego filmu stały się jednak sceny strzelanin. Zrezygnowano w tym aspekcie z realizmu i postawiono na widowiskowość. No chyba, że ktoś jest mi w stanie wmówić, że czterech ludzi z Ak-47, bronią automatyczną, nie jest w stanie z 20/30 metrów śmiertelnie postrzelić człowieka. Drugą kwestią jest to, że pociski z tej broni są w stanie nie tylko przebić bez problemu szybę, cienką ściankę, czy łóżko, o czym „ci źli” chyba momentami zapominali. To małe sprawy, ale odejmują tej produkcji kilka punktów za realizm do którego tak dążyła.


Kolejną sprawą są dialogi. Niby wszystko jest w porządku. Koledzy rozmawiają ze sobą tak jak można by się tego po nich spodziewać. Niektórzy cenią je jednak za elementy humorystyczne. Niestety mnie nie rozbawiły one ani razu. Napisane zostały nieźle, zagrane dobrze, ale zachwycać się raczej nie ma czym. Pierwsze 40 minut opartych na rozmowach w aucie i na posterunku nie miało w sobie nic magnetyzującego. 

 Zasada policyjna nr.1: Podczas strzelania krwawiącą ręką musisz krzyczeć - wtedy na pewno trafisz 
Docenić należy natomiast grę aktorską. Jake Gyllenhaal i Michael Pena odwalili kawał dobrej roboty. Zagrali bardzo dobrze i choćbym chciał do niczego nie mogę się przyczepić. Szczególnie podobał mi się Pena, który świetnie zagrał zadziornego glinę. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się po tym duecie tak dobrego popisu. 


Momentem kluczowym jest świetne zakończenie. Po wszystkich przygodach jakie przeżywamy z naszymi bohaterami przyjdzie wreszcie czas na chwilę poruszenia. Dawno nie było filmu dzięki któremu choćby otarłbym się o uronienie jednej łezki. A w tym przypadku naprawdę mało brakowało. 
Jedyny film w którym robotę papierkową musisz wypełniać razem z bohaterem.
Choć film ma swoje momenty, to według mnie zbyt często zdarzało mu się przynudzać. Owszem, dostaliśmy kilka naprawdę wciągających „akcji”, ale większość z nich widziałem już gdzieś indziej. Jeżeli szukacie czegoś oryginalnego raczej się zawiedziecie. Jeżeli interesują was dobre kryminały lub solidne kino akcji (czy nawet przyzwoity dramat) na pewno nie będziecie rozczarowani. Ja w żadnej mierze nie żałuję czasu poświęconego  tej produkcji.

Moja ocena to 7/10

piątek, 14 grudnia 2012

Święta, święta

Mimo, że za świętami Bożego Narodzenia jakoś specjalnie nie przepadam, to w związku z zaproszenie od Maskarady kilka słów na ten tema napisać muszę. 

 Pytania, na które należy odpowiedzieć :

1. Kiedy zaczynasz przygotowania do Bożego Narodzenia?
2. Posiadasz kalendarz adwentowy?
3. Jakie są Twoje ulubione filmy świąteczne?
4. Czy masz jakieś wesołe wspomnienia świąteczne?
5. Jak wygląda Boże Narodzenie w Twoim domu?
6. Co najbardziej lubisz w Świętach Bożego Narodzenia?
7. Czy masz jakieś tradycje świąteczne?
8. Jakie są Twoje ulubione piosenki świąteczne?
9. Jaką będziesz mieć choinkę w tym roku?
10. Jaki jest twój ulubiony zapach świąteczny?
11. Jaki kolor lampeczek choinkowych lubisz najbardziej?
12. Odliczasz dni do świąt?
13. Ulubiony zimowy lakier do paznokci?
14. Ulubiony zimowy napój?
15. Jak wygląda twój pokój podczas okresu świątecznego?

1. Kiedy zaczynasz przygotowania do Bożego Narodzenia?
 Dzień przed. Nie mam zbyt wiele do przygotowania.

2. Posiadasz kalendarz adwentowy?
 Nie. Chciałem to czymś uzasadnić, ale nie mam żadnego pomysłu. Po prostu nie.

3. Jakie są Twoje ulubione filmy świąteczne?
 "Szklana pułapka" i każdy film akcji, który mogę sobie obejrzeć z ojcem lub bratem.

4. Czy masz jakieś wesołe wspomnienia świąteczne?
 Hmm, pamiętam, że jak byliśmy jeszcze mali to biegaliśmy po całym domu i szukaliśmy Mikołaja :) W tym czasie w tajemniczy sposób nasze prezenty znajdowały się np. u dziadków.

5. Jak wygląda Boże Narodzenie w Twoim domu?
 Ostatnio smutniej, niepotrzebnie dorośliśmy :)

6. Co najbardziej lubisz w Świętach Bożego Narodzenia?
 Chyba to co we wszystkich. Wrócę do domu, pogadamy, pośmiejemy się, zjemy coś dobrego :)

7. Czy masz jakieś tradycje świąteczne?
 Tu chyba wszystko standardowo. Może poza śpiewaniem kolęd, bo tego nikt u nas nie potrafi.

8. Jakie są Twoje ulubione piosenki świąteczne?
 "PDG kolęda" - innych nie słucham/nie znam

9. Jaką będziesz mieć choinkę w tym roku?
 Chyba sztuczną, ale jeszcze nawet nie wiem :) 

10. Jaki jest twój ulubiony zapach świąteczny?
 Siano spod obrusa, zawsze mi się ten zapach podobał.

11. Jaki kolor lampeczek choinkowych lubisz najbardziej?
 Kolorowe i migające. Choinka wygląda jak dyskoteka i robi się weselej.

12. Odliczasz dni do świąt?
 Nie. Jestem słaby z matematyki :)

13. Ulubiony zimowy lakier do paznokci?
 Lakier? Raczej likier i to nie do paznokci :)

14. Ulubiony zimowy napój?
 Hmm nie będę kłamał - są to głównie napoje z niemałą zawartością alkoholu.

15. Jak wygląda twój pokój podczas okresu świątecznego?
Jest chyba czysto. Jak wracam to nie zdążę jeszcze nabrudzić :D

"Shutter" - wersja amerykańska

Założę się, że nie ma osoby, która nie słyszałaby, że kino azjatyckie jest straszniejsze niż amerykańskie. Wczoraj wieczorem postanowiłem porównać Shuttera rodem z USA, z jego starszym bratem z Tajlandii i sprawdzić samemu. Recenzja będzie krótka, bo w sumie nie ma o czym pisać.

Fabuła pozostała praktycznie bez zmian. Jeżeli już jakieś były, to raczej pozbawione jakiegokolwiek sensu (np. nie poznajemy już matki straszącego ducha, bohaterami stają się oczywiście amerykanie). O ile gra aktorska nawet w klasycznym Shutterze nie rzucała na kolana (jednak była solidna), to w wersji amerykańskiej, mimo  występu znanego z "Fringe'a" Joshuy Jacksona, jest tragicznie. Wszystko odbywa się w strasznie sztuczny sposób. Kłótnia bohaterów pod koniec filmu strasznie mnie śmieszyła, a chyba nie o to chodziło. Aha, w dodatku spartolono świetne zakończenie.

Najgorsze było jednak to, co zrobiono z moją kochaną zjawą. Mimo tego, że środki w budżecie  dostępne w 2008 roku, powinny być większe, widocznie nie wystarczyło nawet na make-up dla ducha - postaci przecież kluczowej. W wersji tajlandzkiej mieliśmy istotę, która przerażała nawet gdy patrzyło się na screeny, a teraz dostaliśmy zwykłą kobietę. Tak jest - zwykłą. Do połowy filmu można się nawet zastanawiać czy duch faktycznie istnieje. 

O ile Shutter ze wschodu straszył na każdym kroku, wersja amerykańska próbuje straszyć trzy razy na film. Serio, są może ze trzy momenty, które mogły by przestraszyć kogoś ze strasznie słabymi nerwami, np. dziecko z podstawówki (od 4 klasy w dół). Może mój odbiór tego filmu ucierpiał właśnie przez znajomość jego starszej wersji. Jednak amerykanizacja tego dzieła wygląda mi na jawną próbę profanacji całkiem przyzwoitego horroru.    

Choćby nie wiem jak się starał, żadna istota nie zmusi mnie do wystawienia temu filmowi pozytywnej oceny. Może dałoby się go oglądać bez większego bólu, jeśli nie znałbym fabuły i nie domyślał się, gdzie zjawa aktualnie jest, a gdzie będzie za 5 minut. Jednak nie miałem tego komfortu. Dzieło to, zamiast na straszenie postawiło na odstraszanie. Jedyna rzecz, która tworzyła klimat, to chyba krew lejąca się z moich oczu (gdy oglądałem te wszystkie bezsensowne sceny) i uszu (podczas słuchania dialogów suchych jak siano). Serdecznie nie polecam, no chyba, że jesteście fanami tak kiczowatych produkcji.  

Moja ocena to 3/10, bo wierzę, że jeszcze kiedyś obejrzę coś gorszego.

Ps. Dzisiaj bez screenów, bo w całym filmie nie było chyba ani jednego momentu godnego uwagi ;)

czwartek, 13 grudnia 2012

"Shutter" - wersja japońska.

Ten film już kilkakrotnie rekomendowano mi, jako najstraszniejszy horror jaki kiedykolwiek powstał. Raz nawet na tym blogu. Siadłem więc dzisiaj w nocy i w końcu go obejrzałem. Nie chcąc stracić nic z wrażeń jakie mi obecnie towarzyszą stwierdziłem, że niezłym pomysłem będzie napisanie krótkiej recenzji "na świeżo".


Fabuła koncentruje się wokół fotografa Tuna, oraz jego dziewczyny Jane. Do tego otrzymujemy kilku przyjaciół głównego bohatera i całkiem sympatycznego duszka-zjawę. To właśnie ta cholera będzie nas straszyła przez cały film ;). Fabuła jest lekko pokręcona, ale przejrzysta, zrozumiała i bez żadnych niedopowiedzeń. Ogląda się całkiem nieźle, a zakończenie jest wg. mnie genialne.
Pamiętajcie dzieci, żeby zawsze myć ząbki ;)

Głównym zadaniem horroru jest oczywiście sprawienie, żeby widz trząsł ze strachu tym co akurat ma na sobie. "Shutter" spełnia swoją rolę całkiem skutecznie. Dużą w tym zasługę z pewnością odgrywa klimatyczna muzyka. Błędem jaki popełniłem włączając "widmo" było być może to, że spodziewałem się ogromu mających mnie przestraszyć scen. Dlatego też niemal w każdym momencie spodziewałem się zobaczyć paskudną twarz zjawy, albo śmierć któregoś z bohaterów. Kilka momentów faktycznie zdołało mnie zaskoczyć, ale nie było to nic przyprawiającego o zawał.
Bu :)

Najstraszniejszym momentem okazał się dla mnie sam początek (około 20 minuta), kiedy nasza kochana zmora jeszcze się nie pojawiła (przynajmniej nie w pełni). Wtedy to mój kochany brat, mający świadomość w trakcie jakiego seansu jestem, podkradł się do mnie, szturchnął mnie w szyję i krzyknął coś w stylu klasycznego "buuu", tylko że, ze sto razy głośniej :) Zachowując poważną minę odwróciłem się i zapytałem, czy to wszystko na co go stać. Jednocześnie czułem się zachwycony siłą moich zwieraczy. Przestraszył mnie cholernie, ale przecież nie dam po sobie poznać. Kiedyś się zemszczę buahaha :D
O nie kochanie, nie chciało Ci się robić makijażu, to śpij na kanapie.

Ale o czym to ja? A tak, film. Coś tam wspomniałem o zaletach (tj. fabuła dźwięk), teraz będzie o wadach. Po pierwsze wcale nie jest tak straszny, jak się powszechnie sądzi - o tym także wspomniałem. Po drugie - jest strasznie schematyczny. Po pewnym czasie można było liczyć sekundy pomiędzy kolejnymi strasznymi scenami i nawet czasem udawało mi się na nie trafić. Regularność straszenia do zalet dobrego horroru raczej nie należy. Po trzecie sama zjawa. Choć miała dobre momenty i kilka fajnych scen, to np. moment w który trepta małymi kroczkami w stronę bohatera, w dodatku po suficie, zamiast przestraszyć sprawił, że ryknąłem śmiechem. Przy horrorze to chyba nie przystoi. 

Nie będę hejtował jak to całe towarzystwo na filwebie, które żadnego horroru nie wypuszcza poza  ocenę 6,0 ( poza "Shutterem", o dziwo), ale nie przyznam także temu filmowi najwyższej noty. Nie ukrywam, że seans był bardzo przyjemny (jeśli ktoś lubi się czasem pobać), ale film jest też pełen niedociągnięć, które mi troszkę przeszkadzały. 

Moja ocena to 8/10     


Ps. Dziękuję Maskaradzie, która poleciła mi ten filmik ;)

niedziela, 9 grudnia 2012

Telefony, telefony...


Zaczyna się robić późno, a zamiast spać nachodzi mnie chęć na pisanie. Temat będzie luźny i współczesny wszystkim. Telefony komórkowe. Przedmiot bez którego w dzisiejszych czasach żyć się zwyczajnie nie da. Niczym zaskakującym nie jest już nawet widok staruszek rozmawiających przez komórkę w autobusie. W dzisiejszych czasach stały się one niemalże symbolem postępu cywilizacyjnego. Wszyscy się z tego cieszą i poniekąd czynią to słusznie. Jaki cel przyświecał jednak ich powstaniu, jak wykorzystujemy je obecnie i czy da się funkcjonować bez nich?  Warto się nad tymi pytaniami czasem zastanowić (chyba :)).

Otóż celem powstania tego zacnego urządzenia było ułatwienie komunikacji międzyludzkiej. Cel zaprawdę zbożny (ktoś jeszcze używa tego słowa?). Jak ten pomysł realizuje się dzisiaj?  Spotkaliście się kiedyś z przyjaciółmi i próbowaliście z nimi pogadać? Wtedy oni wyciągali swoje „sprzęty” (telefony oczywiście) i zaczynali swój maraton literacki trwający tyle, co napisanie małego zbioru opowiadań? Niestety jest to zjawisko coraz częstsze, a co gorsza straszliwie irytujące. Nie znam osoby, która nie miałaby ochoty powiedzieć takiemu delikwentowi, gdzie może sobie wsadzić ten telefon. Niestety , kto jest bez winy niech piersi pierwszy…

Obecnie stają się więc one przeszkodą, murem o który rozbija się wiele relacji interpersonalnych. Nie macie wrażenia, że stajemy się przez nie coraz bardziej zamknięci. Nie potrafimy już nawet normalnie rozmawiać z drugim człowiekiem. Jestem skłonny zaryzykować opinię, że wszelkie głupawe skróty językowe także wynikają z lenistwa jakiego uczą nas komórki. Wszystkie „ok.”, „sory”, „aha”, cały ten bajzel wynika właśnie z naszego nieróbstwa. W dodatku jest to tak powszechne, że sam często łapię się na ich stosowaniu, więc ognie piekielne zapewne mnie nie ominą. Zauważyliście jak niesamowicie trudno rozmawiać z człowiekiem, którego repertuar słów zamyka się w 10 wyrazach? Kiedyś umiejętność mowy była tym co różniło nas od zwierząt, obyśmy za kilka lat nie stali się zwierzętami z telefonem w łapie.

Wyobrażacie sobie funkcjonowanie bez nich? To byłoby niesamowicie trudne, ale według mnie wykonalne i nawet mimo wielu minusów, niosłoby ze sobą wiele zalet. Póki co cieszmy się, że je mamy i nauczmy się z nich mądrze korzystać. Jeśli nie macie ochoty z kimś rozmawiać, to nie rozmawiajcie. Ostentacyjne obnoszenie się ze swoim telefonem nie jest z pewnością ani grzeczne, ani mile widziane w towarzystwie. 

Oczywiście z przyjemnością dowiem się jaka jest wasza opinia na ten temat.



piątek, 7 grudnia 2012

Jerome David Salinger - "Buszujący w zbożu"


Nadrabiania klasyki ciąg dalszy. W końcu trafiłem na pozycję, dzięki której będę w stanie zrazić do siebie wielu miłośników literatury. Na ruszt tym razem poszedł Salinger i jego powieść „Buszujący w zbożu”. Myślę, że ogromna większość czytelników miała już z nią styczność, dlatego z przyjemnością poznam też wasze opinie na jej temat.

W skrócie książeczka ta opowiada o przygodach Holdena Caulfielda, szesnastolatka, który zostaje wyrzucony ze szkoły. Nie wraca jednak do domu tylko przez kilka dni włóczy się po Nowym Jorku. Dzięki jego wędrówce możemy poznać jego opinię na wiele spraw, na przykład na kino, pieniądze, a w szczególności zachowanie innych ludzi. 

Chyba już kilkukrotnie wspominałem, że moim zdaniem około 80% społeczeństwa to skrajni idioci. W tym względzie Holden prawdopodobnie całkowicie by mnie poparł. Co jednak najbardziej irytujące to fakt, że jedni głupcy są opisywani przez być może największego spośród nich, czyli głównego bohatera.

Nie macie pojęcia jak mnie ten typek irytował. Nie dość, że krytykował wszystkich i wszystko, nie podejmował żadnych działań, przeczył sam sobie, był aroganckim gówniarzem, nie szanował pracy innych ludzi, to jeszcze w dodatku skubaniec potrafił tańczyć :). Najgorszy bohater w historii literatury. Serio, większą sympatią darzyłem Voldemorta  Tego Którego Imienia Nie Można Wymawiać.

Podobno jest to dzieło do którego trzeba dojrzeć. Monumentalny pomnik literatury amerykańskiej przekazujący tysiące mniejszych i większych wartości. Tyle można się dowiedzieć z niektórych recenzji. Ja widocznie jeszcze muszę troszkę dojrzeć, bo od połowy książki towarzyszyła mi tylko frustracja i chęć jej skończenia. Nie doszukałem się w tej pozycji żadnej głębi. Być może przez to, że pierwszy plan wciąż zajmował Caulfield, strasznie irytujący gnojek (wspominałem już?).

Spora liczba recenzentów krytykuje język jakim posłużył się Salinger. Faktycznie, mimo tego, że książkę czyta się w miarę lekko i szybko, to luzackie podejście jest prezentowane w sposób tak przesadzony i nachalny, że aż zahaczający o karykaturalność. Wszystkie te powiedzonka Holdena po jakimś czasie bardzo mocno irytowały. Każde jego „diabli mnie brali…”, „..słowo daję” itp. sprawiały, że miałem ochotę czym prędzej umieścić tę książkę w ogniach Góry Przeznaczenia wraz z pierścieniem Froda.

Nie wiem, naprawdę nie wiem, co w tej książce może się podobać. Z chęcią jednak usłyszę waszą opinię na ten temat. Żeby zachować dobry humor na tym poprzestanę.
Moja ocena to: 3/10   

wtorek, 4 grudnia 2012

"Cube"-mini recenzja


Ostatnio naszła mnie niezwykle silna ochota na obejrzenie jakiegoś dobrego horroru/thrillera. Jako że z klasyką tego gatunku raczej nie miałem za dużo do czynienia postanowiłem na chybił-trafił wybrać film, którego tytuł skądś kojarzę. To było jedyne kryterium.

Trafiło akurat na „Cube”. Obejrzałem całą trylogię w dwa wieczory. Dwie późniejsze części obejrzałem bez większego bólu, ale nie sądzę, żeby chociaż zasługiwały na recenzję. Nic specjalnie nowego tam nie uświadczymy.

Krótko o fabule. To właśnie ona prawdopodobnie wniosła powiew świeżości do tego typu kina. Na dzień dzisiejszy jednak niczym nie fascynuje. Dostajemy zgraję obcych sobie ludzi, zamkniętą kostkę sześcienną z tysiącami pomieszczeń, a do tego kilka pułapek czekających na nieświadomych bohaterów. Być może w roku 1997 było to nowatorskie i fascynujące, ale dwie późniejsze odsłony pokazały, że w XXI wieku raczej ten pomysł nie wypali (po „Pile”, nota bene słabej wg. mnie, trudno zrobić coś bardziej szokującego). Co do scen śmierci: wcale nie jest tak obrzydliwie jak się spodziewałem. Na przestraszenie się także nie macie co liczyć. W drugiej części filmu bohaterowie przestali się nawet przejmować tym co ich czeka w następnym pomieszczeniu więcej siły wkładając w konflikt grupowy. 

Pierwsza część jest o tyle fajna, że na siłę nie robi z widza idioty. Zachowania bohaterów są logiczne, ich rozmowy dość prawdopodobne w takiej sytuacji. Kolejnym plusem jest zdecydowanie występ Davida Hewletta, jednego z moich ulubionych aktorów, którego znałem z serialu „Stargate: Atlantis”. Reżyser zbudował także świetny klimat. Klaustrofobiczne pomieszczenie, nieznani ludzie, brak jakichkolwiek informacji – to wszystko przedstawiono w niezły sposób. W dodatku dostajemy dość zaskakujące zakończenie.

Co jest największą wadą Cube’a ? Według mnie paradoksalnie to co jest też dużą zaletą, czyli zakończenie. Reżyser zostawił nam naprawdę ogromną swobodę jego interpretacji, być może nawet zbyt dużą. Koniec filmu nie wyjaśni nam wiele. Nic nie będziemy wiedzieć na 100 procent. To co spodobało się mi, wielu prawdopodobnie rozczaruje. Żeby dowiedzieć się wszystkiego należałoby obejrzeć dużo słabszy „Cube Zero”, ostatni film z serii, który jest prequelem opisywanego dzieła. Wydaje mi się, że problemem jest też realizacja. Niektóre sceny śmierci były tak przerysowane, że budziły raczej śmiech, a nie przerażenie.

Film nie jest genialny. Ma świetny klimat, ciekawą fabułę itd. Mimo to nie ustrzegł się wielu błędów, czy to w realizacji, czy w efektach. Wielu zarzuca mu także słabą grę aktorską. Jak dla mnie jednak jest to bardzo przyjemny filmik na wieczór. Jeśli ktoś nie oglądał polecam sprawdzić w wolnej chwili. Można go obejrzeć z przyjemnością, ale nie jest to dzieło, które zmieni wasze życie. Natomiast ja znów zostaję bez żadnego porządnego, strasznego horroru. Może coś polecicie? :)

Film dostaje ode mnie ocenę 6/10