sobota, 28 grudnia 2013

Andriej Kurkow - Kryptonim "pingwin"

Książka Andrieja Kurkowa miała być groteskowa, zabawna i niesamowicie przewrotna. Znając mój gust łatwo się domyślić, że w życiu nie pominąłbym lektury, która zawiera w sobie potężną dawkę absurdu - tako i ta nie uchowała się przed mym czujnym okiem. Niestety wszelkie nadzieje na kawał porządnej lektury skończyły się szybciej, niż role czarnoskórych aktorów w horrorach klasy B.

Miejsce akcji: Ukraina. Główny bohater, Wiktor, przeciętny pisarz cierpiący na problemy związane ze stworzeniem tekstu przekraczającego jedną stronę A4, mieszkający z pingwinem królewskim adoptowanym z upadającego ogrodu zoologicznego, dostaje zlecenie. Zadaniem naszego pisarzyny ma być tworzenie nekrologów. Co dziwniejsze mają one należeć do wciąż żyjących osobistości z wyższych sfer .Problem pojawia się w momencie, gdy okazuje się, że opisani ludzie przestają aktywnie uczestniczyć w procesie egzystencji, czyli kolokwialnie mówiąc odwalają kitę. Pomysł bardzo ciekawy i niezaprzeczalnie posiadający przeogromny potencjał, wykonanie - moim zdaniem kompletnie nieudane.

Przede wszystkim książka mająca około 240 stron i napisana czcionką, która została przystosowana swą wielkością do ludzi o krecim wzroku, nie powinna nawet przez moment nudzić. A ta niestety to robi. Ciągłe powtórzenia zdań, które często wyglądają bliźniaczo, te same dylematy głównego bohatera, wałkowane ciągle w podobny sposób, a do tego intryga, która chociaż jest mocno zakręcona i tajemnicza, nie wciąga kompletnie. Schemat rozwoju wydarzeń również pozostawia wiele do życzenia - bohaterowie gadają, piją wódkę, idą na pogrzeb, spacer, piszą lub oglądają telewizję. I to powtarza się na tyle często, że zaczyna wkurzać - oprócz picia wódki, bo to akurat jaśniejszy punkt ukraińskiej rzeczywistości.

Wspomniałem już o tej całej niby intrydze - niby jest mafia, ale jej nie ma (nie poznajemy żadnego jej członka), niby są morderstwa, ale gdzieś z boku, poza głównym wątkiem, niby jest zagadka, ale nikt nam jej w końcu nie wyjaśnia. Niby to słowo-klucz, które niesamowicie pasuje do tej książki. Przyczepię się także do pingwina Miszy. Fajny pomysł, ale w gruncie rzeczy pod koniec zastanawiałem się po cholerę go tu wrzucono. Misza dla rozwoju akcji ma jakiekolwiek znaczenie dopiero w finale. To właśnie on jest przyczyną twistu fabularnego, który na koniec zaserwował nam autor i który moim zdaniem był jedynym jaśniejszym punktem tej całej książki. I to wcale nie dlatego, że był on tak świetny, ale raczej aż tak mocno kontrastował z całą słabo zbudowaną historią. Jednak należy podkreślić, że przez większą część powieści pingwin zawodzi i staje się niewiele znaczącym tłem, a nie punktem zapalnym absurdalnych sytuacji, co moim zdaniem powinien robić.

Podsumowując nie jestem zadowolony z tej lektury. Spodziewałem się czegoś lepszego, zabawnego, czegoś co rzuci mnie na ziemię, albo przynajmniej wywoła malutki uśmiech. Widocznie jednak poczucie humoru Kurkowa jest zbyt inteligentne i ja, pył marny, nie byłem w stanie dobrze się przy tej pozycji bawić. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, że książka jest słaba, bo teoretycznie ma ona wiele elementów charakteryzujących dobrą historię, ale jednocześnie kompletnie nie trafiła w mój gust i uważam, że w ogromnej części została spartaczona. Może kiedyś sprawdzicie sami i skrytykujecie moją opinię. Jestem na to w pełni przygotowany. Ja póki co stwierdzam, że książka ukraińskiego pisarza, to kompletny średniak niewarty zachodu.


Moja ocena to: 5/10 

PS. Ależ te święta mnie rozleniwiły. Ten tekst powstał w ogromnych męczarniach, a w dodatku jest słaby jak włoska armia. Mam nadzieje, że rok 2014 przyniesie zdecydowany przyrost sił i weny. Trzymajcie za mnie kciuki i szczęśliwego nowego roku ;)

czwartek, 19 grudnia 2013

Jacek Hugo-Bader - "W rajskiej dolinie wśród zielska"

Rozpad Związku Radzieckiego postawił wielu jego obywateli w bardzo trudnej sytuacji. Z ogromnym poświęceniem zdobywane ordery, tytaniczny wysiłek na rzecz państwa, często oddane życia dla ojczyzny - wszystko wydawało się pójść na marne. Niespecjalnie dziwi więc fakt, iż reportaże Jacka Hugo-Badera przedstawiają smutny obraz Rosjan, którzy nierzadko tęsknią za czasami Gagarina, Kałasznikowa i Komsomolca.

Jakkolwiek nie jestem fanem ustroju komunistycznego, muszę przyznać, że reportaże Badera robią duże wrażenie. Autor nie boi się zadawania trudnych pytań, czym często wzbudza konsternację wśród swoich rozmówców. Choć sam stara się nie oceniać, czytelnik widząc słowa generałów, dawnych działaczy, naukowców itd. dopiero po latach może dostrzec jak absurdalny jest ich wydźwięk. Ludzie Ci mając świadomość, że bezsensownie oddali swoje całe życie za kraj Rad, nawet dziś byliby gotowi bronić go własnymi piersiami.

Tematy które porusza polski reportażysta są niezwykle szerokie: dowiadujemy się tu np. wielu ciekawostek o Kałasznikowie - konstruktorze jednego z najlepszych karabinów automatycznych w historii, handlu narkotykami, mafii moskiewskiej, najlepszym okręcie podwodnym w historii i okolicznościach jego powstania, broni atomowej, wojnie w Afganistanie i jej weteranach - a i to tylko kilka wybranych, najciekawszych przykładów.

Choć wszystkie artykuły zostały opublikowane w gazecie za którą nie przepadam muszę przyzna, że w książce Badera nie sposób doszukać się mankamentów. Nie tylko jest on bardzo obiektywny, ale pisze tak ciekawie, że czytelnik wprost wsiąka w tę ciężką atmosferę radzieckiego świata. I choć natury ludzkiej nie sposób ująć w słowa, to po tej lekturze prawdopodobnie wielu byłoby w stanie dostrzec w jakich schematach kształtują się myśli niejednego Rosjanina.  

Cóż mogę dodać - wydawnictwo Czarne wydało naprawdę bardzo dobrą, przystępną książkę (po raz kolejny), którą warto byłoby poznać. Jeżeli interesują Was nasi wschodni bracia z całą pewnością nie będziecie zawiedzeni, jeśli lubicie literaturę non-fiction również traficie w dziesiątkę. Choć W Rajskiej Dolinie Wśród Zielska moim zdaniem nie dorównuje reportażom Kapuścińskiego, to ani przez sekundę nie żałowałem, iż zdecydowałem się z nią zapoznać. W dodatku gościnną rolę w tej przygodzie odegrała wódka, a lepszej rekomendacji chyba nie trzeba ;)


Moja ocena to: 7.5/10

sobota, 14 grudnia 2013

"Mordercza Opona"

Zastanawiam się czy przyczyną obejrzenia przeze mnie tego filmu jest to, że mam oryginalny gust filmowy, czy też fakt, że moje życie jest tak smutne, iż w piątkową noc oglądam film o oponie, zamiast chlać w jakiejś podrzędnej spelunie. Co więcej powiem Wam, że było warto - jestem przekonany, że nie powstał jeszcze równie dobry film o kawałku gumy (porno się nie liczy).
Opona, wow, takie pomysłowe, wow, mega przesłanie, wow...
Warto byłoby przedstawić jakiś zarys fabularny, ale... no właśnie. Cała historia to losy toczącej się opona posiadającej moc telekinetyczną(?) i rozsadzającej głowy swoim ofiarom - ot, tak, bez powodu. Bez powodu jest w końcu mottem przyświecającym tej produkcji, a to do czegoś zobowiązuje. Jednak pozorna opowieść jest pierwszą z absurdalnych pułapek w które stara się nas wtrącić reżyser. Tak naprawdę bowiem cała ironia, każdy dialog, każda scena jest kpiną ze współczesnego widza. Momentami miałem wrażenie jakby twórcy chcieli mi powiedzieć wprost: "Wow, stary, jeszcze to oglądasz? Gratulacje..."
Porządna guma to podstawa bezpiecznego seksu...
Nie znajdziecie tu pędzącej akcji, wybuchów, świetnych efektów specjalnych, a mimo to jest to jeden z zabawniejszych i przenikliwszych filmów jakie ostatnio widziałem. Chcecie dowód? Każdy komentarz rzucony przez widzów (w filmie kilku aktorów gra widzów) jest odzwierciedlony na jakże zacnym portalu filmowym. Przeglądając owe komentarze i jednocześnie oglądając film śmiałem się w głos. Mówcie co chcecie, ale nic mnie tak od dawna nie rozbawiło, jak opona Robert.
Niektórzy dla tego filmu stracili głowy :)
Ostrzeżenie: oglądającemu tę produkcję niezbędna okaże się duża dawka poczucia humoru, ogromne pokłady inteligencji, umiejętność słuchania i wyłapywania ironii i o dziwo skupienie :D Każdy kto reprezentuje te cechy i skusi się na seans z pewnością nie będzie zawiedziony. I nie chodzi wcale o to, że taka osoba zrozumie ten film, ale będzie ona w stanie pojąć to, że jakiegokolwiek sensu próżno się doszukiwać. Bowiem obraz ten powstał w gruncie rzeczy bez powodu.  

Cóż, mimo świadomości, że za tę recenzję zostanę zlinczowany i okrzyknięty jakimś chorym psychicznie, zblazowanym idiotą i tak sądzę, że film był naprawdę bardzo dobry. Czekam na drugą część :D

Moja ocena to: 7/10


Ps. Do listy filmów wojennych, które dzięki wam obejrzałem mogę na dzień dzisiejszy dopisać: "Łowcę Jeleni" (dobry), "Czas Apokalipsy" (świetny), "Cienką Czerwoną Linię" (fatalny), "Paragraf 22" (niezły), oraz "Idź i patrz" (genialny). Wszystkim bardzo serdecznie dziękuję :) 

niedziela, 8 grudnia 2013

Filmy wojenne: odsłona druga.

Dziś post troszkę luźniejszy i już nie będę bawił się w jakieś rankingi. Sporo osób skomentowało poprzedni wpis, dając mi zajęcie na długie godziny. Kilka pozycji, które poleciliście już obejrzałem, do innych wciąż się zabieram. Z tej okazji, że niedawno skończyłem oglądać "Kompanię Braci", pomyślałem, że jak najbardziej na miejscu będzie wstawienie notki uzupełniającej. 

1. "Kompania Braci" - serial.

Jest dobrze, jest cholernie dobrze. Serial początkowo był dla mnie troszkę chaotyczny, ale tak zżyłem się z postaciami, że nazwiska takie jak Winters, Lipton, Toye, czy Guarnere na długo pozostaną w mojej pamięci. Początek to dość intensywna akcja, która później troszkę zwalnia. Rekompensują ją elementy obyczajowe i koszarowe życie kompanii. Są oczywiście także inne, ciekawe elementy, ale nie zdradzę jakie, by nie psuć wam seansu. Muszę jednak stwierdzić, że w konfrontacji z Pacyfikiem, to właśnie serial o walkach w Azji uznałbym za odrobinę lepszy. Opinia wyłącznie na dziś - oba miniseriale wciąż biją się ze sobą w mojej głowie o miejsce pierwsze, dlatego tak słabo mi się ostatnimi czasy myśli.

2. "Kompania Braci" - książka

Skończyłem. Nie jestem godny recenzowania tej pozycji. Książka jest świetna, choć czasem można pogubić się w gąszczu nazwisk. Nie zmienia to faktu, że ostatnie strony czytałem przez łzy. Uważam że każdy powinien spróbować swoich sił z przygodami kompani E. Nie będzie tu zbyt wiele patosu - to historia, która pokazuje raczej jedną z najsilniejszych międzyludzkich więzi na świecie - braterstwo broni. Myślę że żaden serial nie rzuci światła na działanie wojenne lepiej niż ta książka.

3. "Imperium słońca"

Świetna rola Bale'a, niezła muzyka i kompletny zawód. Spodziewałem się zdecydowanie czegoś innego - akcji, emocji, walki. Tak naprawdę z całego filmu zapamiętałem może ze trzy sceny warte uwagi (wybuch bomby w Nagasaki, nalot na obóz jeniecki, moment zastrzelenia młodego Japończyka). Tak naprawdę akcja toczy się raczej na zapleczu wielkiego konfliktu, a w dodatku pokazana jest oczami młodego chłopaka (choć zaradnego - nie zaprzeczę). Do mnie nie trafiło to kompletnie. Z drugiej strony nie odważyłbym się powiedzieć, że "Imperium Słońca", to słaby film. Po prostu pokazuje inne aspekty wojny niż na to liczyłem i moim zdaniem bardziej zahacza o dramat obyczajowy. Myślę że wszystkie panie będą zachwycone, gdyż emocje wręcz wylewają się z ekranu, ale ja tym razem nie jestem na tak.

4. "Wróg u bram"

Genialny początek, później akcja troszkę zwalnia i fabuła zaczyna oscylować wokół indywidualnego konfliktu dwóch świetnych snajperów. Od razu zaznaczam, że to bardzo dobry film i z pewnością znalazłby się na mojej liście najlepszych (choć raczej gdzieś na końcu). Po pierwsze - nie podobała mi się Rachel Weisz i ten wątek jakoś niespecjalnie do mnie trafił. Nie ukrywam, że chyba nie przepadam za tą aktorką. Po drugie wkurzała mnie stuprocentowa, wręcz mityczna celność snajperów. Gdyby Finowie tak potrafili, prawdopodobnie nie oddaliby Rosjanom nawet centymetra swego terytorium (mam nadzieje, że wiecie do czego pije). Oczywiście trudno nie uznać, że ktoś może bardzo dobrze strzelać, ale trudno uwierzyć, że każdy strzał z Mosina trafiał dokładnie w głowę. Ostatni zarzut to taki, że fabuła oparta została na radzieckiej propagandzie, a nie zweryfikowanych wydarzeniach. Oglądając miałem wrażenie, że w porównaniu z "Kompanią Braci", czy nawet "Szeregowcem Ryanem" i konflikt (po świetnym początku) i historia są koloryzowane. Widzicie już, że moja opinia odbiega zdecydowanie od większości, więc nie będę się także rozwodził nad tym, jak dobrze zagrał Jude Law. Moim zdaniem Ed Harris zagrał ciekawszą postać, która nie została rozwinięta tak jakby na to zasługiwała.

Plany na najbliższą przyszłość (według kolejności):
1. Łowca Jeleni
2. Czas Apokalipsy
3. Jarhead
4. Paragraf 22
5. Black Hawk Down
6. Życie jest piękne
7. Good morning Vietnam
8. Hurt Locker (kiedyś oglądałem, ale nic już nie pamiętam)


Także trzymajcie się ciepło i nie marudźcie jeśli w przyszłości pojawi się kolejny wpis o tematyce związanej z wojennym kinem :D Raz jeszcze dziękuję Wam za wszystkie propozycje.

wtorek, 3 grudnia 2013

Ranking filmów wojennych

Zapewne cały świat już wie (chwalę się tym zdecydowanie zbyt często), że obecnie czytam niesamowitą książkę pod tytułem "Kompania Braci". Nie będę tu przedstawiał zarysu fabularnego, bo zapewne jest to już tak mocno ukształtowany motyw popkulturowy, że każdy czytelnik będzie miał świadomość, iż mówimy o książce typowo wojennej. Mało kto nie zna przecież znakomitego serialu powstałego na jej podstawie. Niestety/stety jest to pozycja którą czytelnik specjalnie sobie opóźnia. Naprawdę, ja wkręciłem się tak, że czytam po kilka stron dziennie byleby tylko nie rozstać się z bohaterami zbyt wcześnie. Mam nadzieje, że również doświadczyliście kiedyś podobnego uczucia. 

Znów się rozgadałem, a miało być krótko, zwięźle i nieciekawie. Nie o książkach będzie bowiem mowa, a jak sugeruje nagłówek chciałbym podzielić się z Wami tytułami najlepszych, moim zdaniem, filmów wojennych, seriali i jakichkolwiek produkcji, które poruszają wojenną tematykę. Daję sobie prawo do rozszerzenia tematu na produkcje których nikt by się na tej liście nie spodziewał, ale cóż, jestem tu dyktatorem, więc mam prawo. Koniec bzdur, do rankingu przystąp:

10. "Bękarty Wojny"

Film z którym mam spory kłopot. Niby jest to Tarantino jakiego znam i lubię, ale z drugiej strony wciąż czegoś mi brakowało. Była ironia, była akcja, były świetne postaci, ale wciąż to nie do końca to czego się spodziewałem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nie całkiem  trafił on akurat do mnie. Wciąż jest to jednak bardzo ciekawy obraz i być może przy następnym seansie będzie juz lepiej. Znać trzeba.

9. "9 kompania"

Prawdopodobnie jedna z najlepszych produkcji od naszych wschodnich sąsiadów (ruskie) ever. Nakręcony bardzo dobrze, poruszający i wbijający sie w pamięć jak pocisk magnum 500 w mózg. Nie zdobyłem się na to, by płakać po Rosjanach, ale dreszcze są gwarantowane. Jest heroizm, jest bezsensowność wojny,  są emocje i świetny Afganistan - seans na najwyższym poziomie.

8. "Parszywa dwunastka"

Stara szkoła. Kino którym zaraził mnie ojciec. Jak na tamte czasy najwyższe uznanie - świetna obsada, pędząca akcja, prosta fabuła. To co tygryski lubią najbardziej. Zresztą wystarczy rzut okiem na takie nazwiska jak Marvin, Bronson, czy Savalas, by wiedzieć, że dostaniemy kawał dobrej produkcji.

7. "Listy z Iwo Jimy"

Zmieniamy stronę na państwa osi i znów składamy wizytę w czasach II wojny światowej. Tym razem celem wycieczki jest Japonia. I to pierwsza produkcja na której płakałem. Nic mnie w tym momencie nie obchodzi czyjeś zdanie na temat tego filmu. Płakałem =  jest zajebisty.

6. "Drabina Jakubowa"
Na dobrą sprawę nie jest to film wojenny. Opowiada on o losach żołnierza, który wrócił z wojny w Wietnamie. To dość dziwny gatunek, bo zahacza o horror, thriller i kino psychologiczne. Należy uważnie oglądać - w ten sposób da się odkryć i przemyśleć wiele kwestii powiązanych z wojną, choć żadna z nich nie jest postawiona na pierwszym planie (mnogość interpretacji sprawia, że jest to wyłącznie moja opinia). Nie płakałem, ale naprawdę sporo o nim myślałem, a nie jest to coś, co wychodzi mi najlepiej.

5. "Pluton"
Wietnam, Defoe, Sheen - potrzeba Wam lepszej rekomendacji? Jeśli tak to dodam najlepszą scenę śmierci w historii kinematografii, najlepszy i najbardziej charakterystyczny plakat filmowy jaki znam, a także genialną scenę koszarową (palenie trawki na levelu hard). Nie oglądałem ciekawszego filmu o Wietnamie.

4. "Pacyfik" - serial.

Zdecydowanie niedoceniana produkcja. Świetna historia osadzona w czasach II wojny światowej. Genialna realizacja i na tyle wierne oddanie historii, że ja, jakkolwiek laik w tej dziedzinie, nie zdołałem dopatrzyć się błędów. Fabuła wciągnęła mnie od pierwszego odcinka, rajskie plaże zamienione w piekło na Ziemi śniły się po nocy i zdarzało mi się uronić łezkę. Być może czasem trąciło to lekko patosem (nie pamiętam dokładnie), ale ja zachowałem w pamięci tylko trudy z jakimi zmagali się żołnierze. 10 odcinków, które naprawdę warto poznać, nawet jeśli nie interesuje nas historia.

3. "Kompania Braci" - serial

W trakcie oglądania. Za mną dopiero 3 odcinki, a już wiem, że to będzie najlepszy serial z jakim miałem w tym roku styczność. Tu nawet aktorzy są tak dobrani i ucharakteryzowani, że przypominają prawdziwych bohaterów 506 pułku piechoty spadochronowej. Zgodność z wydarzeniami znanymi z książki, oparcie się na relacjach weteranów, świetna reżyseria w której łapy maczał Tom Hanks - to wszystko sprawia, że od monitora nie można się oderwać. Według mnie ten serial to majstersztyk i wstyd mi, że nie znałem go wcześniej. Pełniejszą relację złożę po dokończeniu zarówno książki jak i oglądania.

2. "Szeregowiec Ryan"

Desant na plaży Omaha - wow, robi wrażenie nawet po tylu latach. Spielberg zrobił kawał cudownej roboty. Jest akcja, jest realizm, wojna wygląda tak prawdziwie, że chce się uciec sprzed monitora, bomby latają, thompsony strzelają, nikt nie jest bezpieczny. Łza w oku pojawia się kilkukrotnie dzięki świetnej kreacji bohaterów. Tom Hanks w roli kapitana Millera również spisuje się doskonale. Ten film po prostu trzeba znać i to niezależnie od swoich kinowych preferencji.   


1. *Tu wpisz swój typ. Ja wciąż poszukuję mojego numeru jeden* 

Zachęcam do podawania własnych propozycji, gdyż o dziwo kino wojenne nie jest mi tak dobrze znane jakbym chciał, a więc braki w tej kwestii mam zamiar na bieżąco uzupełniać ;)

sobota, 30 listopada 2013

Problemy pierwszego świata (sic!)

Problemy pierwszego świata? Wyświechtane powiedzenie, które widzę coraz częściej. Używane głównie w celu wytłumaczenia dlaczego tworzymy sztuczny problem, lub kwestię nieistotną z globalnego punktu widzenia. Coraz bardziej wkurwiające.

Jak zapewne dobrze wiecie dzieci w podstawówce mają inne problemy (brak kasy na fajki, ciąża po zabawie w słoneczko) niż studenci (brak masła do tostów, brak sera do tostów, brak tostów - często połączone), czy dorośli (wypłata starczająca od 30 do 1-szego). Dlatego przestańcie pieprzyć, że problemy pierwszego świata są nieistotne. Owszem, są głupie, idiotyczne, zblazowane, ale to nasze problemy. I z takimi, a nie innymi musimy sobie radzić, więc przestańcie je w tak idiotyczny sposób umniejszać, starając się poprawić sobie samopoczucie.

Nie prawda? Nie robicie tego, żeby poczuć się lepiej? Ależ oczywiście, że tak. Chcecie w ten sposób pokazać, że tak naprawdę żyje Wam się zajebiście, ale "troszkę głupio Wam z tego powodu". Skończcie z tą hipokryzją i powiedzcie sobie szczerze, że w dupie macie te wszystkie państwa trzeciego świata. Przecież kompletnie nikt z Was się nimi nie interesuje, a los ich mieszkańców, to dla każdego historyjka zza oceanu. Coś jak współczesny mit o tym, jak to w mitycznym gdzieśtam źle się żyje. I przepełnia Was to poczucie winy, że Wy macie lepiej - nie wiem, naprawdę nie wiem jak ktoś może się zadręczać, że urodził się w tym, a nie innym miejscu, a przecież do tego się to w konsekwencji  sprowadza. I absolutnie nie jest to żadne oskarżenie - to raczej zachęta by raz postarać się spojrzeć na siebie w twardy sposób i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie: "czy Was to cokolwiek obchodzi i co jesteście w stanie zrobić by za słowami poszły czyny?" Jakkolwiek wierzę w potęgę słowa, to w tym wypadku takie czcze gadanie wydaje mi się nie na miejscu.


Wiem, wiem, mam dziś mroczny humor i wyjdę na nieczułego skurwysyna, ale trochę szczerości jeszcze nikomu (fałsz) nie zaszkodziło. Anyway - wiecie że wskaźnik samobójstw w Afryce jest ponoć o wiele niższy niż w Europie. Pomyślcie o tym - jakiś głodujący murzynek jest potencjalnie szczęśliwszy niż Wy. Na dzisiaj koniec, jak odzyskam dobry humor odezwę się ponownie.

niedziela, 24 listopada 2013

Daniel Silva - "Upadły Anioł"

Konflikt palestyńsko-izraelski elektryzuje społeczność międzynarodową już od 1948 roku. Wojny domowe, konflikty międzypaństwowe i operacje zbrojne wszelkiej maści, są chlebem powszednim dla zmilitaryzowanego państwa żydowskiego. Wszelkie zaszłości historyczne zwaśnionych stron dadzą o sobie znać także w najnowszej powieści Daniela Silvy, pod tytułem "Upadły Anioł".

Gabriel Allon znany z poprzednich powieści (ponoć znany - ja spotykam się z nim po raz pierwszy) as izraelskiego wywiadu przechodzi na zasłużoną emeryturę. Jako że jest on także świetnym konserwatorem (przypominam że to ma związek ze sztukę, a nie puszkowaniem mielonki) tymczasowo mieszka w Watykanie. Tu bowiem otrzymał zlecenie na renowację obrazu mistrza Caravaggia. Żebyśmy jednak nie nudzili sie czytając 300 stron opisu dotyczącego pracy konserwatora, wkrótce pojawia się pierwszy trup. W żargonie policyjnym zwany kleksem: skoczek-samobójca. Szybko okazuje się, że nasza ofiara otrzymała zadanie zbadania stanu zbiorów Muzeum Watykańskiego. Pojawiają się więc wątpliwości co do motywów jej potencjalnego skoku - czy kustoszka odkryła jakieś nieprawidłowości, czy miała konkretne dowody? Za sprawą prawej ręki papieża - kardynała Donatiego - w sprawę angażuje się właśnie Gabriel. Wraz z naszym bohaterem rozpoczynamy śledztwo dotyczące nielegalnego handlu sztuką, finansowania organizacji terrorystycznych, a w końcu nawet zamachu na papieża. Na nudę z pewnością nie powinniśmy narzekać.

Od strony technicznej jest to bardzo przyjemna lektura. Szczególnie jeśli chodzi o konstrukcję - w miarę zbliżania się do finału, nawet rozdziały stają się krótsze, co zdecydowanie wpływa na dynamikę czytania. Silva postarał się o to, by po dość przeciętnym początku napięcie ciągle rosło, aż do świetnego, filmowego zakończenia.  

Ostrzegam jednak, że nie jest to lektura, którą z łatwością łyknie każdy. Jeśli kompletnie nie interesuje Was sytuacja na Bliskim Wschodzie, czy ogólnie - polityka światowa, to prawdopodobnie książka lekko znuży i sprawi niewielkie trudności. Dlatego też w takich wypadkach odradzam. Mi spodobało się szczególnie to, że autor dość zręcznie i realistycznie przedstawił stosunek Hezbollahu i Iranu, czy też finansowania działalności organizacji terrorystycznych poprzez nielegalny handel. Nie zapomniał także o działalności libańskiego ugrupowania w kwestiach społecznych. Przypominam bowiem, że Hezbollah jest organizacją finansującą na terenie Libanu budowę szkół, szpitali itd.  Nie możemy się jednak oszukiwać - działania te mają cele czysto polityczne. Kolejną kwestią w której pisarz pozostał czujny jest niechęć Sunnitów i Szyitów - element bardzo często ignorowany przez Europejczyków. Takie smaczki zdecydowanie przydają tej pozycji dużo realizmu.

Czas jednak powiedzieć co mi się nie podobało. Poza przeciętnym początkiem autor zdecydowanie skłania się w stronę sprawiedliwości, która leży po stronie Izraela. Łamanie międzynarodowego prawa przez organizacje szpiegowskie tego państwa, opisuje jako coś chlubnego. Istnienie całej struktury Izraela uzależnia zaś od faktu, iż na jego terenie ponad 2000 lat temu istniała świątynia Salomona. Ta logika niesamowicie przypominała mi hipotetyczną scenę, w której ktoś przychodzi do mnie do domu i mówi, że mam się wyprowadzić, bo 2000 lat wcześnie na tym terenie mieszkali Tatarzy, a on jest ich potomkiem. Według mnie nie jest to myślenie prowadzące do odnalezienia skutecznych argumentów prowadzących do pokojowego rozwiązania. Tym bardziej, że genetycznie współcześni Arabowie mają ponoć więcej wspólnego ze starożytnymi Żydami, niż ludność zamieszkująca Izrael obecnie. 

Kolejną sprawą która mi tu szwankowała było przedstawienie terrorystów jako niesamowicie inteligentnych zamachowców, strategów i planistów, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich okazuje się nieprzeciętnymi wręcz idiotami. Uwierzcie mi, że nikt wysadzający się np. dla pieniędzy, ideologii, nie jest najskuteczniejszym filozofem, co można stwierdzić na przykład przeglądając listy zamachów udaremnionych. 

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem anty-syjonistą - wszystkich ludzi nie lubię tak samo. Nie podoba mi się jednak uznawanie Izraela (państwa notabene bardzo przydatnego z punktu widzenia zachodu) za jedynego sprawiedliwego w regionie, podczas gdy jego polityka i zachowanie są często nie lepsze od podejścia arabskiego. Wszystko zależy od punktu siedzenia, a pan Silva nawet nie ukrywa przy czyim stole usiadłby w patowej sytuacji. Wspomnę też o posłowiu w którym autor przytacza nieudane rokowania pokojowe w których udział brał Jasir Arafat. Sugeruje on, że za zgodą Arafata dałoby się rozwiązać konflikt bliskowschodni i ugasić wszelkie napięcia. Błyskawicznie przyszło mi do głowy, że taką opinią daje on znać o tym, że nie do końca docenia poziom skomplikowania tego konfliktu. Być może Arafat zdołałby ugasić anty-izraelskie nastroje wśród Palestyńczyków, ale przecież nie są oni jedyną stroną toczącego się tam konfliktu. Literatura sugeruje nawet, że wciąż wpływ na Bliskim Wschodzie mają struktury klanowe, więc nie wyobrażam sobie jak decyzja jednego człowieka zostałaby odebrana przez głowy klanów, przywódców religijnych, organizacje terrorystyczne itd. Jest to czyste gdybanie, ale autor sugeruje, że konflikt można było zakończyć już dawno. Według mojego obecnego stanu wiedzy bardzo mocno w to wątpię.

Przepraszam że rozpisałem się na temat kwestii ideologicznych, ale nie potrafię wyłączyć wyszukiwania takich "smaczków" w trakcie lektury. Podsumowując jest to wciąż bardzo dobra pozycja przywodząca na myśl filmy z Jamesem Bondem, czy w mniejszym stopniu pozycje Dana Browna (Silva jest znacznie bardziej skomplikowany). Wszystkim ciekawym świata serdecznie polecam - jest to interesująca lektura, która zbudowana została na tak realistycznym tle, że wielu czytelników z pewnością wyniesie z niej sporo ciekawych informacji.

Moja ocena to: 7/10


Ps. Książkę otrzymałem od cudownej blogerki Pauliny. Nie wiem czym zasłużyłem na ten prezent. Wyrażam tu nie tylko swoje podziękowania, ale także chciałbym pochwalić się najlepszą zakładką jaką w życiu widziałem. Takiż oto potwór znajdował się w paczce, którą otrzymałem. Mam nadzieje, że przetrwa ze mną jeszcze wiele, wiele lektur ;) 

czwartek, 21 listopada 2013

Flesz popularno-naukowy

Jako że ostatnio swój czytelniczy czas poświęcam głównie na czytanie książek tego typu chciałem podzielić się z wami moimi czytelniczymi przygodami ostatnich tygodni. Większość z nich czytałem już dość dawno, więc z jednej strony moje wrażenia zdołały się solidnie skrystalizować, z drugiej jednak wiele opinii, które powstały "na świeżo" zwyczajnie wyleciało mi z głowy. Dlatego też podsumowanie tego co zazwyczaj mocno Was nudzi, zawarłem w tym krótkim tekście.


Bill Bryson - "Krótka historia prawie wszystkiego"    

Genialna, nieprzeciętna i jedyna w swoim rodzaju pozycja przedstawiająca kwestie naukowe w tak genialny sposób. I choć czytałem ją juz dość dawno, wciąż mam przed oczami te rodzące się planety, przemieszczające się płyty tektoniczne, powstawanie człowieka, katastrofy naturalne itd. Opowiadane prostym językiem teorie naukowe stają się zrozumiałe nawet dla kompletnego laika. Obowiązkowa pozycji dla wszystkich zainteresowanych światem, odkryciami, a nawet biografiami odkrywców, w które ta książka również jest bogata. Wszystko to okraszone poczuciem humoru, przy którym  ja, największy smutas wśród ziemian, kilkukrotnie parsknąłem śmiechem. Należy jej się oddzielna recenzja, a więc czytajcie i opisujcie. Nie sądzę żebyście czuli się zawiedzeni.

Moja ocena to: 9/10


Peter Froberg Idling - "Uśmiech Pol Pota: O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów"

Czy da się stworzyć raj na ziemi, idealne państwo komunistyczne? Szwedzka delegacja po wizycie w Kambodży stwierdziła, że tak. Pochwała rewolucji Khmerów stanowiła jednak spory kontrast do doniesień z kraju, do opowieści uchodźców i raportów uciekinierów. Jak to możliwe, że udało się oszukać szwedzką delegację? Czy lewica europejska była aż tak zaślepiona? Na te pytania stara się odpowiedzieć Idling. Nie doświadczymy w niej krwawych scen, opisów masakr i rzezi. To jednak świetne studium wewnętrznego konfliktu w Kambodży. Powinien je poznać każdy kto interesuje się historią Azji płd-wsch. Choć w konsekwencji autor zostawia nas z większą ilością pytań niż przed lekturą, uważam, że książkę jak najbardziej warto przeczytać.

Moja ocena to: 7/10


Paul Theroux - "Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję"

Amerykanin francuskiego pochodzenia opisuje nam podróż pociągiem. To w sumie mogłoby stanowić podsumowanie tej książki. Choć czyta się ją całkiem przyjemnie, szybko i z zainteresowanie, to po odłożeniu lektury nie zostaje w głowie nic szczególnie istotnego. Przez cały czas wydawało mi się, że autor jedynie zahacza o lokalną kulturę, a dialogi prowadzone ze współpasażerami nie dawały mi wystarczającego obrazu okolicznej ludności. I choć zwiedziłem Egipt, Afganistan, Indie, Wietnam, Japonie, czy ZSRR, to podróż ta nie przyniosła mi jakiegoś szczególnie istotnego wglądu w kulturę tych państw. Polecam więc miłośnikom podróży, a raczej jak by rzekł Theroux miłośnikom czytania o podróżach. Zabawa jest niezła, pożytek z niej znikomy.

Moja ocena to: 6/10


Artur Szrejter - "Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice"

Nie ukrywam, że wypożyczenie tej książki było wpływem recenzji pozycji tego samego autora, którą miałem okazje przeczytać na którymś blogu (zabijcie - nie pamiętam gdzie). Niestety mitologia germańska jest mi kompletnie obca, więc zmuszony byłem demonologię Szrejtera oceniać z pozycji laika. I choć dowiedziałem się paru ciekawostek o których nie miałem pojęcia, to nie było dla mnie wystarczające. Nie spodobała mi się ani forma leksykonu (połowa haseł była tylko odnośnikami do innej nazwy tego samego demona), ani obszerność książki. Autor tłumaczył, że więcej informacji można znaleźć w pozostałych pozycjach, które wyszły spod jego pióra i chyba faktycznie należało tak zrobić. Dlatego też polecam wam najpierw sięgnąć po "Mitologię germańską" i dopiero gdy zapoznacie się z postaciami takimi jak Loki, Freia, czy Odyn zabierać się za demonologię. Odnoszę też wrażenie, że książka ta spokojnie mogłaby zostać połączona z "Bestiariuszem Germańskim" - to jednak wyłącznie moja, niczym nieuzasadniona opinia. Wszystkim miłośnikom mitów jednak szczerze polecam. Mimo dwóch, czy trzech literówek, to bardzo fajny kawałek lektury.


Moja ocena to: 6/10

sobota, 16 listopada 2013

Europa na wysokich obcasach

Dziś artykuł nietypowy, niewątpliwie inspirowany tekstem zamieszczonym na stronie BBC. Wiem że wielu z was interesuje się niezwykle szerokim zakresem zagadnień, ale stwierdziłem, że od czasu do czasu fajnie byłoby pokusić się o wrzucenie jakiejś ciekawostki. Tematem na dziś będą buty na wysokim obcasie. Mam nadzieje, że jest to temat, który szczególne poruszenie wzbudzi wśród mych kochanych czytelniczek.

Na wstępie wspomnę tylko, że nie znam się na tym kompletnie - każdy ewentualny błąd wynikający z mojej ignorancji i przeciętnej znajomości języka angielskiego możecie poprawiać do woli. Zaznaczę też, że buty na wysokim obcasie mnie nie kręcą - żebyście sobie czasem nie pomyśleli...

A teraz możemy przejść do meritum. To faceci jako pierwsi nosili te cholernie niewygodne buty. Mianowicie znani z niezwykłego zamiłowania do zwierząt i bicia kobiet Persowie stwierdzili, że obcasik pozwala o wiele łatwiej strzelać z łuku siedząc na koniu.

Pod koniec XVI wieku, wraz z misja dyplomatyczną szacha Abbasa, zachodnia Europa poznała nowy typ obuwia. Niestety (na szczęście?) były to czasy w których USA jeszcze nie istniało, więc wzorce czerpano ze świata arabskiego. Bystrzy europejczycy stwierdzili, że noszenie obcasów jest cholernie męskie. Rozpoczął się prawdziwy szał. Jak wiemy był to również czas w których władza leżała głównie w rękach arystokratów. Nie chcąc stać się mniej męskimi niż ich poddani, Ci wielcy panowie zaczęli podwyższać swoje obuwie coraz bardziej. Do tego stopnia, że przestało ono pełnić jakiekolwiek funkcje użytkowe. Dość powiedzieć, że im bardziej niewygodne buty nosił władca, tym paradoksalnie posiadał on wyższy (dobrze powiedziane) status.

Nie będę rozwodził się już nad historią i znaczeniem butów na dworach poszczególnych państw. Grunt że w XVII wieku kobiety rozpoczęły proces adaptacji męskich części ubioru. Rozpoczęło się popularne obcinanie włosów, palenie fajek i noszenie obcasów. Mężczyźni jednak wytoczyli kolejną ofensywę. Gdy obcasy kobiecych butów stawały się wyższe i bardziej fikuśne, faceci postawili na szersze, mocniejsze i niższe obcasy. Cały męski ubiór z czasem zaczął przybierać coraz praktyczniejsze formy. Zrezygnowano z biżuterii, jasnych kolorów i ostentacyjnych materiałów na korzyść prostoty. Doprowadziło to do kolejnego pogłębienia się różnic płciowych.

Obcasy, jako kompletnie głupi i niepotrzebny wynalazek znikły z męskich stóp do połowy XVIII wieku. Co ciekawe niemal 50 lat później pozbyły się ich także kobiety. Wraz z wynalezieniem fotografii obcasy powróciły jednak jako tradycyjna ozdoba kobieca (jako że odnosimy się do czasów nam bliższych pewnie macie świadomość, że ich powrót do łask zawdzięczamy głównie fotografom zajmującym się zdjęciami pornograficznymi). Mimo małego epizodu powrotu do niewielkich obcasów na męskim obuwiu, związanego z modą na westerny lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, obecnie trudno znaleźć heteroseksualnego gościa noszącego kilkunastocentymetrowe obcasy. Moda zanikła, a Wy biedne dziewczyny nadal męczycie się z tym bzdurnym stereotypem.


I choć przyznam, że dobrze dobrane buty potrafią sprawić, że kobieta wygląda cholernie seksownie, to mój wniosek jest prosty: nie warto się męczyć przez jakiegoś wstrętnego persa, który to wymyślił ;) Mam nadzieje, że artykuł, choć nietypowy, okazał się fajną odskocznią od tradycyjnej treści bloga i jednocześnie przepraszam za ogromne przerwy w pisaniu. Raczej w najbliższym czasie się nie poprawię, ale przepraszam ;)

sobota, 9 listopada 2013

Ray Bradbury - "451 stopni Fahrenheita"

Piszę dziś do was odczuwając niezmierny smutek. I to wcale nie dlatego, że musiałem oglądać jakiś beznadziejny film, czy czytać słabą książkę, ale właśnie dlatego, że odkryłem perełkę fantastyki. "451 stopni Fahrenheita" Raya Bradbury'ego zniszczyło mnie totalnie. Muszę przyznać, że choć nie jest to moją domeną kilka razy byłem naprawdę wzruszony.

Zacznijmy jednak od historii. Guy Montag jest strażakiem. Myliłby się jednak każdy, kto chciałby podporządkować go klasycznemu wzorcowi bohatera walczącego z płomieniami w obronie mienia i dobytku zwykłych obywateli. Strażacy mają tu zupełnie inne zadanie - ich głównym celem jest palenie książek. Walka z wolnością wyrażania poglądów, prawdą historyczną, czy oryginalnością, manifestuje się właśnie w paleniu dzieł: od Sokratesa, przez Biblię, po Einsteina. Wszystko wygląda pięknie aż do momentu w którym Guy spotyka lekko zakręconą dziewczynę - Klarysę, która prowokuje go do odpowiedzi na pozornie proste pytanie: "Czy jesteś szczęśliwy?"

Grzechem byłoby zdradzić coś więcej. Fabuła rozwija się bardzo dynamicznie, zachodzi stopniowa przemiana bohatera, finał jest dość przewidywalny. Jednak to nie historia gra tu pierwszoplanową rolę. Ta książka jest wręcz podręcznikowym przykładem na to, jak powinno się ubierać w słowa prawdy życiowe, by nie stały się one pustymi frazesami. Patrząc na jej treść i porównując ją z dzisiejszym światem, czasem można odczuć prawdziwy ból, gdy uświadomimy sobie jak wiele tych pozornie banalnych wyrażeń i schematów moglibyśmy odnieść do własnego życia. Aktualność opowieści, która została napisana przecież w 1953 roku, jest doprawdy zadziwiająca.

Nie chciałbym o zaledwie 100 stronicowej książeczce opowiadać zbyt dużo. Tym razem niech zrobią to za mnie cytaty, które zdołałem wybrać (choć  tych ciekawych jest tak dużo, że nie mogłem zamieścić wszystkich). Według mnie jest to jedna z lepszych książek jakie czytałem w tym roku, a z całą pewnością jedna z najbardziej poruszających dla ludzi, którzy zwyczajnie kochają czytać.

Moja ocena to: 8/10


"— Co?
— Ludzie o niczym nie mówią.
— Och, muszą przecież!
— Nie, nie mówią. Wyliczają mnóstwo samochodów czy sukien, czy basenów pływackich i powiadają, jakie to eleganckie! Ale wszyscy powtarzają to samo i każdy mówi identycznie to co inni."

"Dać ci spokój! To bardzo ładnie, ale jak mogę dać spokój samemu sobie? Nam nie potrzeba spokoju. Potrzeba nam, by nas naprawdę dręczyło coś od czasu do czasu. Jak dawno naprawdę się martwiłaś? O coś ważnego, o coś realnego?"

"Wszyscy nie rodzą się wolni i równi, jak Konstytucja powiada, lecz każdego trzeba uczynić równym. Każdy człowiek — wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachem i porównywać się z nimi. Tak i Książka to naładowana broń w sąsiednim domu. Spal ją. Rozładuj broń. Rozbij mózg człowieka."

"Książki są po to, by nam przypominały, jakimi jesteśmy osłami i głupcami. Są gwardią pretorianów Cezara, szepczących, gdy tłumy szaleją na ulicy: „Pamiętaj, Cezarze, że jesteś śmiertelny”."

"Niegdyś, dawno przed Chrystusem, był taki diabelnie głupi ptak zwany feniksem. Co paręset lat budował sobie stos pogrzebowy i spalał się na nim. Musiał być bliskim krewnym człowieka. Lecz za każdym razem po tym spaleniu powstawał z popiołów, odrodzony całkowicie na nowo. I wydaje się, że my robimy to samo, stale od nowa, lecz mamy jedną cechę, której feniks nigdy nie posiadał. My wiemy, co za cholerne głupstwo właśnie popełniliśmy. Znamy wszystkie cholerne głupstwa, które popełniliśmy przez tysiące lat i ponieważ to wiemy i zawsze mamy to przed oczyma, któregoś dnia przestaniemy wznosić te przeklęte stosy pogrzebowe i wskakiwać na nie. W każdym pokoleniu zbieramy coraz więcej ludzi, którzy pamiętają"

"Chodźcie więc. Najpierw zbudujemy fabrykę luster, a przez następny rok nie będziemy produkowali nic poza lustrami, i będziemy długo się w nich przeglądać."


"Człowiek zawsze boi się czegoś nieznanego. Z pewnością pamiętasz chłopca w twojej klasie, który był wyjątkowo „inteligentny”, recytował na wyrywki i umiał zawsze odpowiedzieć na pytania, podczas gdy inni siedzieli jak ołowiane bożki i nienawidzili go. I czy właśnie tego chłopca nie wybieraliście sobie do bicia i torturowania po lekcjach? Oczywiście, że tak było. Wszyscy musimy być podobni jeden do drugiego."

niedziela, 3 listopada 2013

"The Conjuring"; "Obecność"

Pusty pokój, zgaszone światła, stukot dobiegający z mieszkania obok, cienie gałęzi pojawiające się w oknie i "The Conjuring" na monitorze. Wbrew pozorom nie jest to schemat idealnej randki Teda Bundy'ego, ale mój plan na wieczór.

"Obecność" , bo tak brzmi polski tytuł filmu Jamesa Wana, to historia zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Przynajmniej tak twierdzą producenci, chociaż ja na waszym miejscu włożyłbym te zapewnienia między bajki (i to raczej między te w stylu "Smerfów", niż te: "Nie kochanie, wcale nie wyglądasz grubo"). Fabuła nie jest zbyt zagmatwana. Być może będzie to mały spoiler, ale plan prowadzenia akcji jest banalny: małżeństwo, dom na odludziu, duchy i demony, "łapacze duchów" - to wszystko zmiksowane może dać wyłącznie jeden sposób poprowadzenia tej historii i wszyscy wiemy doskonale jak powinna ona wyglądać - strasznie!

"Conjuring" z całą pewnością ma swój specyficzny klimat. Lata 70-te, mroczny dom, 7-osobowa rodzina, w dodatku niezwykle smakowity początek filmu dają nadzieje na naprawdę solidny horror. I w gruncie rzeczy tak właśnie jest. Choć całość rozpoczyna mocne uderzenie, w pewnym momencie akcja się uspokaja i dostajemy chwilkę oddechu. Później dreszcz na skórze przywołują dość subtelne metody straszenia. Puknięcie tu, stuknięcie tam - pozornie błahe sprawy. Wraz z rozwojem zdarzeń akcja ciągle przyspiesza gnając w stronę finału.
Największą zaletą tej produkcji jest jej pierwsza część. Ten klimat, powolne wprowadzanie widzów w świat demonów i nadprzyrodzonych mocy naprawdę może się spodobać. W tym wypadku dreszczyk na ciele jest gwarantowany. W dodatku znane i utarte motywy zostały tu odświeżone w tak dobry sposób, że chociaż spodziewamy się: A)pociągnięcia śpiącego gówniarza za nogi, czy też B) pojawiającego sie za plecami potwora, to i tak większość z nas będzie przestraszona. Nie ma co się jednak spodziewać wielkich cudów, czy niesamowitej oryginalności - wszystkie metody straszenia każdy fan horrorów zapewne widział już wcześniej. Trudno jednak znaleźć film, który tak dobrze podsumowałby osiągnięcia scenarzystów w tym wymiarze - to niemal zbiorcza synteza większości modeli i pomysłów na przerażenie widza.

Niestety film nie jest  tak dobry jak sądziłem po pierwszej godzinie jego oglądania. Nie tylko zaczęła razić mnie przewidywalność, ale po ujawnieniu wyglądu sprawcy całego zamieszania jakoś zeszło ze mnie całe napięcie. Nie pomogło nawet przyspieszenie akcji - ba, film zrobił się przez to jeszcze gorszy. Końcowe sceny w których domownicy biegają po domu, latają po ścianach, walą się po mordach, gryzą się tam, gdzie gryźć się nie powinno (ok, trochę to przerysowuję) były zdecydowanie zbyt dosłowne, straciły cały swój klimat budowany przecież z takim mozołem oraz pozostawiły we mnie uczucie zawodu. Gdyby nie finał film dostałby pewnie ocenę wyższą o cały punkt.
To nie jedyne moje zastrzeżenie. Kolejnym jest kompletnie niezwiązany z główną osią wydarzeń motyw z opętaną lalką. Dotąd zastanawiam się po cholerę w historię wprowadzono tę przerażającą kupę szmat. Nie przeczę, że nie przyprawiła mnie ona o dreszczyk, ale po zakończeniu seansu zastanawiałem się do czego ona była w sumie potrzebna?

Cóż, to by pewnie było na tyle. Choć znalazłem kilka wad, nie wydaje mi się bym w tym roku oglądał równie dobry horror. Kierując się więc mottem: "na bezrybiu i rak ryba", "kto wybredny ten nie rucha", "Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki" itd.


Moja ocena to: 7/10

środa, 30 października 2013

Jozo Niznansky - "Pani na Czachticach"

Elżbieta Batory, krwawa pani czachtickiego zamku, niczym Frankenstein powraca do życia na kartach powieści Jozo Niznanskyego. 600 stronicowa historia wręcz dopomina się o ujęcie w ryzy krwawej biografii siostrzenicy polskiego króla Stefana i przedstawienie jej w formie zapierającego dech w piersiach (mniam), krwawego horroru. Podobnie zresztą jak okładka nowego wydania, która momentalnie przykuwa wzrok i zachęca do sięgnięcia po książkę.

Niestety moi drodzy miłośnicy horrorów - możecie poczuć się w tym momencie lekko zawiedzeni. "Nowa wersja" krwawej Elżbiety jest strasznie słaba. Zabrakło mi w niej fragmentów dotyczących notorycznych kąpieli w dziewiczej krwi, bezlitosnych morderstw opisanych w przerażający sposób, w sumie zabrakło mi także samej Elżbiety. Jej obraz psychologiczny, czy charakterystyka motywów działań były dla mnie niewystarczające.

Skoro nie dostajemy horroru ani nawet dobrego thrillera, to czym jest ta książka? - zapytacie. Otóż jest to typowa opowieść w awanturniczo-przygodowym stylu, przypominająca w swej konstrukcji takie seriale jak "Robin Hood", czy "Janosik". Mianowicie cała fabuła skupia się na walczącej o sprawiedliwość gromadzie zbójników. Ci zaliczają liczne wzloty i upadki, a akcja bardzo szybko prowadzi nas do przewidywalnego finału.

Warto zwrócić uwagę na liczne dialogi. Te choć błyskawicznie pozwalają nam wertować kolejne strony wydawały mi się często lekko sztywne. Wiem że nie zdarza mi się mówić tego zbyt często, ale w książce zabrakło także opisów. Jest ich naprawdę niewiele, więc nie dostajemy zbyt często okazji do złapania oddechu i odpoczęcia od natłoku wydarzeń. Wydawałoby się, że wyjdzie to książce na dobre, ale po pewnym czasie stało się strasznie monotonne.

Do gustu przypadły mi za to postaci. Andrzej Drozd - herszt zbójników i ogromna góra mięcha, stał się oczywiście z miejsca moim numerem jeden. Jan Kalina, dobrze wykształcony i waleczny przyjaciel Drozda, uplasował się na miejscu drugim. Plejada ciekawych postaci jest jednak znaczna - świetnie wykreowany pomocnik Elżbiety Ficko (przypominał Igora z Frankensteina), rzemieślnik Paweł  Lederer, graf Nyary, kasztelan Loszonsky, to tylko niektóre z nich.

Obawiam się, że to co teraz napiszę zniechęci wielu z was do przeczytania tej książki. Otóż schemat budowania fabuły, sposób mieszania fikcji z realiami historycznymi i wątki obyczajowe niesamowicie przypominały mi twórczość Henryka Sienkiewicza. Odnoszę czasem wrażenie, że jest to zaletą tylko w moich oczach.

Podsumowując - jest to całkiem fajna, dynamiczna opowieść z wplecionymi w nią elementami historycznymi. Najbardziej zepsuta przez wygórowane oczekiwania. Nie uświadczycie tu walających się po podłogach flaków, bitew rodem z Władcy Pierścienia, czy chociażby lekkiego powiewu grozy. To  raczej sympatyczna i wciągająca pozycja w serialowym stylu. Brakuje jej jednak jakiejkolwiek charakterystycznej iskierki, która sprawiłaby, że nie możemy przestać czytać - tę funkcję powinna spełniać sama grafka Elżbieta, ale jej potencjał zmarnowano.


Moja ocena to 6/10 

sobota, 26 października 2013

Adam Nawałka nowym selekcjonerem reprezentacji...

Nie wierzę w Nawałkę. Po katastrofalnej passie Fornalika, w którego ufałem, sądzę iż wybór trenera z naszego podwórka, okaże się kolejnym strzałem w stopę. Nawet nie wiecie jak chciałbym się mylić...

Trener Adam Nawałka reprezentuje myśl szkoleniową, która swe największe sukcesy święciła w latach 70-tych. Ba, pan Adam był nawet reprezentantem Polski - co bardziej leciwi czytelnicy zapewne pamiętają jego występy na Mistrzostwach Świata w 1978. Choć Polska nie zdołała zwyciężyć w tym turnieju, pokazała się z dobrej strony - wygraliśmy grupę i polegliśmy dopiero w kolejnej fazie, pokonani zresztą przez takie sławy jak Brazylia, czy Argentyna - późniejsi mistrzowie świata. Niestety piłka nożna wciąż ewoluowała. Schematy Gmocha i Górskiego po trzydziestu latach stały się kompletnym anachronizmem. Niestety to właśnie na nich Adam Nawałka może oprzeć swe podejście do prowadzenia reprezentacji. Nie mówię, że tak będzie - to jednak moja największa obawa.

Patrząc na kariery znanych trenerów aż roi się w nich od pucharów, tytułów, różnorakich statystyk dotyczących zwycięstw prowadzonej przez nich drużyny. Rzućmy więc okiem na karierę nowego selekcjonera naszej drużyny piłkarskiej. Najbardziej udane sezony dla Nawałki, to te z lat 2000/2001 (mistrzostwo Polski z Wisłą Kraków) oraz 2009/2010 (awans z Górnikiem Zabrze do ekstraklasy). Szczególnie owocny okazał się również obecny sezon - Górnik wciąż utrzymuje się bowiem na szczycie tabeli. Jednak myliłby się ten, kto uważałby, że w historii tego menadżera zapisane są wyłącznie zwycięstwa. Za słabe wyniki zwalniano go między innymi z Zagłębia Lubin i Jagielloni Białystok. Ma na koncie także nieudany powrót do prowadzenia krakowskiej Wisły z której zwolniono go w sezonie 2006-2007.

Poszukiwanie cudownego talentu trenerskiego w naszym kraju uważam za głupotę. Choć istnieje niewielka szansa na to, że PZPN wyczaruje nam drugiego Górskiego, trudno nie uronić łzy nad takimi sprawdzonymi nazwiskami, pojawiającymi się w kontekście objęcia funkcji selekcjonera, jak np.  Trapattoni, Advocaat, czy Sven Goran-Eriksson. Porównanie ich osiągnięć z tymi Nawałki jest wręcz rzeczą bezcelową - każdy bije Polaka na głowę. W dodatku Nawałce brakuje doświadczenia w prowadzeniu swych klubów na arenie międzynarodowej. Ze świecą moglibyśmy szukać sezonu, w którym prowadzony przez niego klub brał udział chociażby w Pucharze Europy.

Przyjaźń z Bońkiem będzie kolejnym elementem przyczyniającym się do braku zaufania wobec nowego menadżera - już popularne stały się głosy, że to właśnie ona wpłynęła na taki wybór. Niestety nie znam tej sytuacji na tyle, na ile bym chciał, ale jeśli miałbym wyłącznie gdybać, również skłoniłbym się ku takiej opinii.


Niestety - po raz kolejny sądzę, że wybraliśmy źle. Kompletnie nie wierzę w to, że Nawałka z zawodników reprezentujących przecież klasę światową, będzie w stanie zbudować zgrany zespół. Choć w tym wypadku swą pomyłkę przyjąłbym z największą radością...