poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Simon Sebag Montefiore - "Stalin. Dwór czerwonego cara"


Dziś niespodziewanie małe co nieco dla miłośników książek historycznych. Niewiele tego typu lektur zdarza mi się recenzować, ale w tym przypadku warto o niej choćby wspomnieć. Wiem, ze większość nie będzie zachwycona, ponieważ książki historyczne to wciąż pozycje dla niszowej grupy odbiorców, ale mimo wszystko uważam, że Simon Sebag Montefiore stworzył dzieło zasługujące na uwagę.

Niech o klasie tej pozycji poświadczy ocena ze świetnie znanego nam portalu dla czytelników, która oscyluje w granicach 8,6 przy około 120 głosach. Analiza życia Czerwonego Cara, Wujka Joe, czy po prostu Józefa Wissarionowicza Stalina to świetne kompendium wiedzy nie tylko o historii, ale także o psychologii, dyplomacji, czy sztuce wojennej.

Losy postaci nieodmiennie wiążą się oczywiście z pozostałymi członkami Politbiura. W jednej książce dostajemy więc kilkanaście biografii. Poznajemy życie rodzinne Mołotowa, Berii, Jagody, Jeżowa, oraz wielu innych tytanów socjalistycznego terroru. Autor bezstronnie stara się opisywać każdą z decyzji podejmowanych przez Politbiuro oraz samego Stalina. Poznajemy więc kulisy kolektywizacji rolnictwa na Ukrainie, drugiej wojny światowej, czy też budowanie mocarstwowej pozycji sowieckiej Rosji na arenie międzynarodowej.

Mimo pozornie nudnej tematyki dostajemy świetną powieść obyczajową. Dla miłośników dreszczyku również coś się znajdzie. Aspekt psychologiczny życia w ciągłym strachu, opis tortur i morderstw na masową skalę itd. Niestety nie jest to fikcja, ale niezbyt przecież odległa historia. Opisy są ciekawe, brakuje epatowania brutalnością – w tym wypadku postawiono na opis suchych faktów. Przygotujcie się jednak na to, że obrazy, które serwuje nam autor bardzo mocno zapadają w pamięć.

Źródła z których korzystał Sebag wydają się bardzo rzetelne. Przeprowadził on wywiady z wieloma potomkami członków dawnego Politbiura. Zdołał także uzyskać dostęp do historycznych i niedawno udostępnionych notatek Stalina. W dodatku miał również dostęp do ogromnej części korespondencji, gazet bolszewickich i zagranicznych, a także wielu innych materiałów z których skrzętnie skorzystał.

Książkę o dziwo czyta się bardzo dobrze – jest ciekawa i w dużej mierze fascynująca, choć nie zaprzeczę, że zdarzały się jej także nudniejsze momenty. Fascynujące jest szczególnie dość dokładne oddanie tego jak rozwijała się psychoza Stalina. Autor podkreśla dodatkowo, że po części była ona uzasadniona. Świetne rozdziały dotyczyły także II wojny światowej, gdzie możemy świetnie zapoznać się ze stopniem niekompetencji radzieckich dowódców, ale także poznajemy dwa oblicza „Czerwonego Cara” – geniusza i dyletanta w jednej osobie.

Zawiodłem się troszkę, że autor niezbyt mocno i dokładnie nakreślił stosunki między Stalinem, a takimi osobami jak Trocki, Lenin, czy przede wszystkim Josip Broz Tito. Tylko pobieżnie wspomniano również o polskich komunistach.

Odsuwając jednak te pojedyncze zarzuty na bok muszę stwierdzić, że jest to książka która spodoba się nie tylko miłośnikom historii. W dodatku napisana jest językiem lekkim i przyjemnym, a nie typowo akademickim. Tu czy tam trafi się jakaś anegdota, w niektórych miejscach akcja przyspiesza, w innych zwalnia, a wszystko razem funkcjonuje wprost świetnie.Jestem gotów szczerze polecić ją niemalże każdemu. Czytanie jednego krótkiego rozdziału dziennie nie tylko pogłębi wiedzę historyczną, ale stanowi świetny przerywnik w trakcie czytania lżejszych lektur.

Moja ocena to 8/10

wtorek, 23 kwietnia 2013

Jack Ketchum - "Dziewczyna z sąsiedztwa"


Po raz drugi Jack Ketchum doznaje zaszczytu bycia przeze mnie recenzowanym. Do naszego pierwszego spotkania doszło jeszcze przed okresem, gdy wszelkie blogi, fora i serwisy objął Ketchumowy szał. Wtedy byłem więc całkowicie obiektywny. Dziś po kilku spotkaniach z recenzjami twórczości tego autora, już tak łatwo nie będzie. Spróbuję jednak w jak najbardziej niezależny sposób opisać co kryje w sobie „Dziewczyna z sąsiedztwa”.

Otóż niewątpliwie wiele jest prawdziwości w stwierdzeniu, że jest to jedna z najbardziej przerażających książek wszechczasów.  W dodatku według mnie jest ona bardzo oryginalna i ciekawie pomyślana. Nie straszy nas jednak w sposób do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni - nie ma duchów, demonów, ani szczęki Jacka Gmocha. Największymi potworami jesteśmy my – ludzie. Warto podkreślić, że zostało to przedstawione w iście genialny sposób – po lekturze faktycznie czujemy, że nasze sumienie nie zawsze jest do końca czyste.

Historia opowiada o losach dwóch dziewczynek – Meg i Susan, które po śmierci swych rodziców muszą mieszkać z niezrównoważoną ciotką Ruth. Z czasem szanownej cioci odbija coraz bardziej, a całe jej szaleństwo znajduje ujście we wspomnianych siostrach. Świadkiem wszelkich ekscesów jest sąsiad Ruth, czyli dwunastoletni chłopiec David. To właśnie on będzie opowiadał nam całą historię.

Ostrzeżenie: Książka jest szalenie brutalna i co wrażliwsi będą ją czytali przez łzy. Tym bardziej, że powieść zainspirowana została prawdziwymi wydarzeniami. Mimo początkowej sielanki szybko otrzymujemy brutalny i krwawy horror. Szczególnie przerażająca okazuje się bezradność terroryzowanych dziewczyn, a także długa bezczynność głównego bohatera. Kolejnym zabiegiem mającym sprawić, że czytelnik będzie jeszcze bardziej poruszony jest znaczny udział dzieci w torturowaniu i prześladowaniu Meg i Susan. Nie wnikając w aspekty psychologiczne ogromna okazuje się właśnie siła autorytetu i możliwość kształtowania poczynań dzieci przez dorosłych. Nikt nie wie, do czego są one zdolne…

Mimo tego, że książka porusza czytelnika i czyta się błyskawicznie (gwarantuje, że wciąga szalenie), nie jest pozycją doskonałą. Nie jestem w stanie określić czego konkretnie mi brakowało (być może tylko marudzę), ale pozostawiła ona pewien niedosyt. Mimo poruszenia podobnego tematu co „Władcy Much” Goldinga, czegoś mi w niej zabrakło. Może to ze względu na jej skąpą objętość, a może na często dziwne zachowania dzieci, czy dorosłych, a może nawet na niewyjaśnienie kilku wątków. Grunt, że książka którą mogę z czystym sercem polecić nie jest w moich oczach takim ideałem jak wg. wielu innych recenzentów. Pamiętajcie jednak, że Jack Ketchum to zdecydowanie autor na którego książki warto zwracać uwagę. 

Moja ocena to 8/10

piątek, 19 kwietnia 2013

Simon Beckett - "Chemia śmierci"


Moje pierwsze spotkanie z Davidem Hunterem uważam za zakończone. W błyskawicznym tempie zdołałem rozprawić się z „Chemią Śmierci”. Wystarczyły na to niecałe dwa wieczory. Być może jest to zasługa jej straszliwie skąpej (330 stron) długości, a być może świetnego i wciągającego stylu autora. Z której strony by na to nie spojrzeć przygody detektywa Huntera wciągają jak Tony Montana. 

Pomimo tego, że „Chemia śmierci” to pierwsza książka w cyklu, bohatera poznajemy już w momencie gdy jest w pełni wykształconym, mocno cenionym antropologiem, który niestety zarzucił badanie zmarłych, po ogromnej tragedii osobistej. Po śmierci swej żony i dziecka udaje się on do Manham, małej, angielskiej i nieatrakcyjnej miejscowości położonej w pobliżu nieprzeniknionych lasów. Jak na małe miasto przystało wkrótce pojawia się w nim także seryjny morderca. Oczywiście pierwszym podejrzanym staje się David Hunter. Nasz antropolog zostaje więc po raz kolejny zaprzęgnięty w kierat śledztwa.

" - Och, nigdy nie wątp w człeka prawego i szlachetnego. Taki zawsze coś spieprzy. Oczywiście wszystko w imię większego dobra."

Mimo skąpej długości książka jest niezwykle ciekawa. Bardzo interesujące, choć nieco makabryczne okazywały się szczególnie momenty badania zwłok. Nasz doktor dość dokładnie wyjaśnia czym kieruje się w swym śledztwie, a w dodatku prowadząc pierwszo osobową narrację nie dopuszcza nawet na chwilę do zanudzenia czytelnika. Jest całkiem dynamicznie, opisy są ciekawe, akcja rozwija się wystarczająco szybko, książkę czyta się z wielką przyjemnością.

Pomijając fakt, że jest to bardzo przyzwoity kryminał nie znalazłem w nim nic nowatorskiego. Wszystko znamy już z książek innych autorów i nawet pomimo świetnego warsztatu Becketta ktoś, kto miał już do czynienia z kryminałami może zakręcić nosem.  Rzekłbym również, że gdzieś tak od połowy książki można domyślać się kto jest mordercą. O dziwo zakończenie i tak jest szalenie zaskakujące. Niecodzienny finał to zdecydowanie najlepsza część tej powieści.

Po raz pierwszy zdarza mi się pisać reckę książki, którą przeczytałem już ponad tydzień temu. Na jej korzyść niech świadczy fakt, że nadal w mojej głowie kołaczą się postaci, miejsca i niemal cała fabuła przedstawiona przez autora. Nie wiem, czy tak samo będzie po roku od jej przeczytania, ale i tak jestem z tego faktu niezmiernie zadowolony.

„Coś takiego wydobywa ze wszystkich to, co najgorsze. Manham to małe miasteczko. A małe miasteczka rodzą małe umysły.”

Niestety – obiecywany na okładce dreszczyk nie przeszedł mnie nawet przez moment, nie dziękowałem też Bogu za to, że jest to tylko powieść. Było fajnie, ale z pewnością nie było strasznie. Głównym motywem okazało się raczej śledztwo i stosunki pomiędzy mieszkańcami Manham, niż budowanie klimatu grozy i epatowanie makabrą. Mimo kolejnego oszustwa okładkowego jestem to w stanie wybaczyć, ponieważ otrzymałem kolejną bardzo dobrą książkę.

„Chemia śmierci” nie wykorzystuje także potencjału paniki drzemiącego w małych miasteczkach. W pewnym momencie byłem pewien, że jej się to uda, ale właśnie wtedy autor przestał skupiać uwagę na działaniach zwykłych obywateli. Myślę, że pociągnięcie tego wątku dałoby świetny efekt w stylu „Pod Kopułą” Kinga. Niestety nie można mieć wszystkiego, więc już przestaję marudzić. Uważam, że jest to książka, która sprawi, że z przyjemnością sięgniecie po kolejne przygody doktora Huntera. 

Moja ocena to 7/10

sobota, 13 kwietnia 2013

Asa Larsson - "I tylko czarna ścieżka"


Po raz pierwszy przychodzi mi recenzować książkę tej pani. Obawiam się jednak, że jest to także ostatni taki przypadek. Mimo rozbieżnych opinii o tej autorce postanowiłem sam sprawdzić co w trawie piszczy i zapoznać się przynajmniej z jedną powieścią, która została przez nią stworzona. Wszyscy fani Asy będą musieli mi wybaczyć, ale muszę stwierdzić, że szału nie ma.

Historia którą autorka opowiada w "Czarnej Ścieżce", to dalsze losy prawniczki Rebeki Martinsson, policjantki Anny Marii i jej partnera Svena Erika. Tym razem zamordowana została Inna Watrang - pracownica zasiadająca w zarządzie międzynarodowej firmy zajmującej się inwestycjami (między innymi w przemysł wydobywczy). Kto stoi za morderstwem? Tego właśnie nasza wesoła gromadka będzie starała się dowiedzieć. 

Przejdźmy jednak do sedna. Dlaczego zapytacie książka nie przypadła mi do gustu? Ponieważ jest fatalnie zepsuta przez wiele różnych niepotrzebnych elementów. Po pierwsze - typowy facet czytający kryminały, wbrew temu co myśli pani Asa, ma głęboko w poważaniu jaki u kogoś leży dywan, jakie są zasłonki, mebelki i inne pierdółki. Niestety autorka bardzo polubiła opowiadanie o wystroju mieszkań, które potrafiło zająć nawet dwie strony, a mnie doprowadzało do szewskiej pasji. W dodatku skutecznie przerywało całkiem ciekawie zapowiadającą się akcję.

Po drugie - takie same opowiadanka dotyczące dzieci. Przodowała w tym policjantka Anna. Po raz kolejny podkreślam, że nic a nic, nie obchodzą mnie postaci kompletnie niezwiązane z akcją powieści. Dzieciaki Anne, mimo tego, że kompletnie nie miały nic wspólnego z głównym torem wydarzeń, otrzymały chyba ze dwie strony kompletnie bezsensownego opisu. Poza tym wspominano o nich jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem odnosiło to identyczny efekt - zaczynałem bachorów nienawidzić. 

Po trzecie: O co chodzi z tym fetyszem na zjawiska paranormalne? Po cholerę było to potrzebne w całkiem realistycznej i dobrze zbudowanej historii? Nie mam zielonego pojęcia jaki miało to przynieść efekt, ale według mnie nie miało najmniejszego sensu. W dodatku posłużono się nimi w sposób budzący raczej uśmiech politowania niż jakąkolwiek namiastkę grozy, czy chociażby mistycyzmu. Trzeba się zdecydować co się pisze, a tu miałem wrażenie, że autorce zwyczajnie w połowie książki zabrakło pomysłu.

Po czwarte (i ostatnie) - ile można czytać to samo? W kółko ten sam motyw - cierpienia głównej bohaterki. Nawet pomimo całkiem niezłych retrospekcji jakie zaserwowała nam autorka, dochodzimy do punktu w którym naszym jedynym marzeniem jest pozbycie się Rebeki na własną rękę. Po kilkuset stronach można zwymiotować tym jej dążeniem do miłości, odrzuceniem i tragedią z przeszłości. Trzeba mieć jakieś wyczucie pani Larsson. W dodatku co drugi bohater u Asy jest potencjalnym psychopatą z trudną przeszłością. Być może tylko ja tak uważam, ale wydaje się to trochę naciągane. Zresztą, liczba cierpiących osób na 100 stron przekracza tu wszelkie znane normy.  

Odpuszczam już takie sprawy jak przewidywalność (mordercę mógłbym wskazać już w połowie książki), bardzo słabe zakończenie (naprawdę - będziecie się zastanawiać po cholerę było całe to śledztwo) i niezbyt ciekawi bohaterowie. Takie rzeczy zdarzają się przecież także tym najlepszym.

Żeby jednak nie być całkowicie krytycznym, mogę śmiało napisać, że Asa Larsson potrafi całkiem nieźle prowadzić akcję (jeśli jej nie przerwie głupią wstawką). Były momenty w których przewracałem strony w błyskawicznym tempie, zaciekawiony co stanie się dalej. Podobał mi się też prosty i dynamiczny sposób pisania. Jako szybka lektura faktycznie potrafiłaby wciągnąć niejednego czytelnika. To jednak zdecydowanie za mało i po szumnych zapowiedziach spodziewałem się czegoś o wiele lepszego. 

Moja ocena to: 5/10

środa, 10 kwietnia 2013

Dan Brown – „Zaginiony symbol”


Recenzja pisana była z wielką determinacją do zjechania książki, zbesztania i zmieszania jej z błotem. Starałem się być szczególnie krytyczny ze względu na liczne zarzuty pod adresem tego autora. Nie potrafię jednak przemóc się na tyle, by absolutnie pogrążyć jedną z przyjemniejszych lektur, jakie przeczytałem w ostatnim czasie. Przejdźmy jednak do sedna.

Historia po raz kolejny opowiada nam o losach profesora Roberta Langdona zajmującego się badaniem historii starożytnej, mistycyzmu, symboliki i innych mało istotnych pierdół. Klasycznie towarzyszy mu piękna pani naukowiec – tym razem jest to Katherine Salomon, oraz nieśmiertelna myszka Miki zdobiąca tarczę jego zegarka. Współpracując ze sobą trio to, musi wyjaśnić tajemnicę zniknięcia Petera Salomona – przyjaciela naszego bohatera i brata pani naukowiec. Żeby nie było za prosto Peter był (lub jest, kto wie?) członkiem loży masońskiej o najwyższym stopniu wtajemniczenia. Tłumacząc to na prostszy język – będzie burdel i zamieszanie. Oczywiście Langdon bez większego zastanowienia zabiera się za dłubanie przy kolejnej zagadce. Czy uda się uratować Petera? Co kryje się za lożą masońską? Kim jest morderca i co chce osiągnąć? Tak jest – książkę sponsorowała firma zajmująca się na boku produkcją znaków zapytania.

Fabuła mimo, że prosta i powielająca schemat znany z poprzednich powieści Browna okazała się dość wciągająca. Niektórzy prawdopodobnie stwierdzą, że zbyt przewidywalna i nie ukrywam, że troszkę racji będą mieli. Jeżeli miałbym odnieść się w tej recenzji do innych elementów pop-kultury, to ta książka bardzo przypominałaby mi filmy z Indiana Jonesem.  Również dostajemy wysportowanego profesora, mnóstwo zagadek i wartką akcję. W jednym jak i w drugim przypadku nie dostajemy także nic, poza czystą, niemalże bezmyślną rozrywką.

Mimo, że jest to lektura bardzo ciekawa i wciągająca, nie wszystko gra w niej tak jak powinno. Największą wadą jest wspomniane powielanie schematu. Bardzo dobrego, ale jednocześnie prostego i ogranego już do bólu w „Kodzie Leonarda Da Vinci”, oraz „Aniołach i Demonach”.  Jeżeli czytaliście te książki w „Zaginionym Symbolu” nie znajdziecie kompletnie nic nowego. W dodatku mam też pewne zastrzeżenia co do tłumacza. Częste literówki i błędy okazywały się szalenie denerwujące, a muszę podkreślić, że nie jestem osobą, która często dostrzega takie szczegóły.

Należy także wspomnieć, że Brown nie pisze podręczników szkolnych – dostajemy tu pseudonaukową sieczkę i teorię spiskową, którymi absolutnie nie ma sensu się sugerować. Wszyscy w miarę inteligentni czytelnicy powinni już dawno być tego świadomi. Podkreślam, że śmieszą mnie próby analizowania i wytykania błędów u Browna, ponieważ wszystkie te pomyłki stały się już nieodłączną częścią jego prozy. To tak jakby wytknąć twórcom filmu „Desperado”, że sceny strzelanin są przedstawione nierealistycznie i przeczą prawom fizyki. Niby można, ale po cholerę? :)

Podsumowując – dostajemy całkiem strawny gulasz złożony z dynamicznej opowieści, okraszony dużą liczbą zagadek. Czego chcieć więcej? No można niby pomarzyć o tym, żeby kucharz zaserwował nam w końcu jakiegoś homara, a nie ciągle ten gulasz, albo żeby kelner nie nawrzucał paprochów w postaci licznych błędów w tłumaczeniu, ale i tak da się to z przyjemnością łyknąć.

Dlatego moja ocena to: 6/10

niedziela, 7 kwietnia 2013

"The perks of being wallflower" "Charlie"


Film który definitywnie zniechęci mnie do odwiedzania naszego zacnego filmwebu. Prędzej sobie rękę utnę niż po raz kolejny kliknę w te idiotyczne komentarze rodzimych „krytyków filmowych”. Naprawdę rozumiem, że można mieć różne gusta. Też nie przepadam za melancholijnymi i łzawymi filmami z jakimś wyświechtanym morałem, ale nawet ja mam jakieś granice przyzwoitości. Rozbroił mnie szczególnie pan, który ocenił ten film na 1/10 przez dwie strony broniąc swego poglądu, odwołując się do świata polityki, kultury, wymyślając jakieś z dupy wzięte argumenty, a przy okazji nie znając kompletnie treści tego filmu. Dość powiedzieć, że ten dramat porównywał on do „American Pie”, czy  też „Ted-a”

Koniec  denerwowania się jednak. Kilka słów o samym filmie. Jest to pierwsza aktorska próba Emmy Watson po Harrym Potterze. Według mnie udowodniła ona tutaj, że potrafi zagrać na naprawdę przyzwoitym poziomie, w historii, która nie będzie dotyczyła chłopca z blizną na czole. Myliłby się jednak ten, który przypuszczałby, że obejrzałem ten film ze względu na Emmę. Co to, to nie. Polecił mi go kolega z mojej dawnej szkoły. Podobno miało być ciekawie i poruszająco. Stwierdziłem, że żyje się tylko dwa razy, więc co mi szkodzi spróbować?

Przejdźmy więc do meritum. Jak wrażenia? Pierwsza część filmu była dość przeciętna – klasyka filmów o nastolatkach. Nasz bohater Charlie (bardzo fajna kreacja swoją drogą) poznaje nowych kumpli, jest troszkę ćpania, troszkę seksu, do tego szczypta uczuć. Nudy. Za to druga część była według mnie o wiele lepsza. Świetnie pokazane problemy psychiczne naszego bohatera,  które spotęgowane zostały przez poprowadzenie akcji z jego perspektywy. Bardzo ciekawe zakończenie, którego nie jesteśmy pewni do samego końca. Do tego wszystkiego dorzucić można śmiało bardzo dobrą muzykę. W dodatku poruszono mocno dyskutowany problem społeczny – jaki? Sprawdźcie sami.

Nie jest to film, który spodoba się wszystkim. Pozornie bardzo prosta konstrukcja sugeruje, że jest to dzieło stworzone przed wszystkim dla nastolatków. Mimo to, możemy się w nim z łatwością doszukiwać wielu problemów niezmiernie istotnych z punktu widzenia dorosłych. Generalnie jest to całkiem przyzwoity, choć nie genialny dramat obyczajowy. Komu polecam? Szczególnie paniom, które uwielbiają dramaty, nastolatkom, którzy właśnie przeżywają podobne problemy, a także fanom Emmy. 

Moja ocena niestety jest lekko zaniżona ze względu na to, że osobiście lubuję się w zupełnie innych gatunkach filmowych. Mało „Charliemu” mogę zarzucić, ale jednego jestem pewny – nie jest to film, którego głównym odbiorcą miałem być ja, czy ludzie mi podobni (tzn. wyprani z uczuć i emocji). Dlatego też: 

Moja ocena to zaledwie:  6/10      

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wojciech Tochman - "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Uwaga, ostrzeżenie. Co wrażiwsi lepiej niech nie czytają!

To nie prima aprilis. Mimo tego wesołego święta dzisiaj będzie powaznie. Śmiertelnie poważnie. Tym razem pod lupę wziąłem reportaż Tochmana opowiadający o masakrze ludnosci Tutsi w Rwandzie. Tu nie ma miejsca na żarty.

Nie ma też miejsca na kompromisy. Można by pisać o tej książce w sposób bardziej wysublimowany, ale spróbuję wam przekazać choć czastkę tego, z czym mozecie się spotkać. Sięgając po reportaż Tochmana bądźcie więc gotowi na krew, ciągnące się wokół ludzkie flaki, obcięte głowy, zgwałcone kobiety i ukrywające sie w buszu ludzkie trupy, zyjace wśród robactwa i gówna. Że brzydko, że wulgarnie? To jest tylko namiastka tego co opowiedział autor tej książki.

Jeśli jesteście delikatni, nie możecie spojrzeć na cierpienie drugiego człowieka, czy też ślepo wierzycie w dobroć i cywilizacyjną misję białego człowieka szybko odłóżcie ją na bok. Będziecie przy niej ryczeć, odkładać ją tysiąc razy zanim skończycie, albo kompletnie stracicie wiarę w ludzi. Nie ma lekko.

Ja potrzebowałem do niej tylko kilku podejść i to raczej ze wzgledu na brak czasu, niż na natłok emocji. Te jednak zgodnie z zapowiedziami wylewają się z każdej strony tej krótkiej książki. Opowiadania uchodźcow, czy też ludzi którym udało się przeżyć masakrę poruszają do głębi - zdecydowanie nie jest to pozycja tylko dla kobiet. Skłonny jestem nawet stwierdzić, że dzięki barwności opisów niejeden facet też uroni łezkę.

I to jest własnie jej największa wada - barwność opisów. Ta cholerna książka jest straszna, okrutna i nikogo nie pozostawi w takim stanie w jakim do niej zasiadał. Jednak nie żałuję. Głoszenie pamieci o tych ludziach i o prawdzie podobnych wydarzeń jest przecież jedyną rzeczą do jakiej możemy sie przyczynić. Ale żeby nie sypać tu utartymi frazesami i zbędnymi farmazonami - sprawdźcie, bo warto. Nie pożałujecie. Albo pożałujecie jak cholera.

Moja ocena to 8/10