środa, 10 kwietnia 2013

Dan Brown – „Zaginiony symbol”


Recenzja pisana była z wielką determinacją do zjechania książki, zbesztania i zmieszania jej z błotem. Starałem się być szczególnie krytyczny ze względu na liczne zarzuty pod adresem tego autora. Nie potrafię jednak przemóc się na tyle, by absolutnie pogrążyć jedną z przyjemniejszych lektur, jakie przeczytałem w ostatnim czasie. Przejdźmy jednak do sedna.

Historia po raz kolejny opowiada nam o losach profesora Roberta Langdona zajmującego się badaniem historii starożytnej, mistycyzmu, symboliki i innych mało istotnych pierdół. Klasycznie towarzyszy mu piękna pani naukowiec – tym razem jest to Katherine Salomon, oraz nieśmiertelna myszka Miki zdobiąca tarczę jego zegarka. Współpracując ze sobą trio to, musi wyjaśnić tajemnicę zniknięcia Petera Salomona – przyjaciela naszego bohatera i brata pani naukowiec. Żeby nie było za prosto Peter był (lub jest, kto wie?) członkiem loży masońskiej o najwyższym stopniu wtajemniczenia. Tłumacząc to na prostszy język – będzie burdel i zamieszanie. Oczywiście Langdon bez większego zastanowienia zabiera się za dłubanie przy kolejnej zagadce. Czy uda się uratować Petera? Co kryje się za lożą masońską? Kim jest morderca i co chce osiągnąć? Tak jest – książkę sponsorowała firma zajmująca się na boku produkcją znaków zapytania.

Fabuła mimo, że prosta i powielająca schemat znany z poprzednich powieści Browna okazała się dość wciągająca. Niektórzy prawdopodobnie stwierdzą, że zbyt przewidywalna i nie ukrywam, że troszkę racji będą mieli. Jeżeli miałbym odnieść się w tej recenzji do innych elementów pop-kultury, to ta książka bardzo przypominałaby mi filmy z Indiana Jonesem.  Również dostajemy wysportowanego profesora, mnóstwo zagadek i wartką akcję. W jednym jak i w drugim przypadku nie dostajemy także nic, poza czystą, niemalże bezmyślną rozrywką.

Mimo, że jest to lektura bardzo ciekawa i wciągająca, nie wszystko gra w niej tak jak powinno. Największą wadą jest wspomniane powielanie schematu. Bardzo dobrego, ale jednocześnie prostego i ogranego już do bólu w „Kodzie Leonarda Da Vinci”, oraz „Aniołach i Demonach”.  Jeżeli czytaliście te książki w „Zaginionym Symbolu” nie znajdziecie kompletnie nic nowego. W dodatku mam też pewne zastrzeżenia co do tłumacza. Częste literówki i błędy okazywały się szalenie denerwujące, a muszę podkreślić, że nie jestem osobą, która często dostrzega takie szczegóły.

Należy także wspomnieć, że Brown nie pisze podręczników szkolnych – dostajemy tu pseudonaukową sieczkę i teorię spiskową, którymi absolutnie nie ma sensu się sugerować. Wszyscy w miarę inteligentni czytelnicy powinni już dawno być tego świadomi. Podkreślam, że śmieszą mnie próby analizowania i wytykania błędów u Browna, ponieważ wszystkie te pomyłki stały się już nieodłączną częścią jego prozy. To tak jakby wytknąć twórcom filmu „Desperado”, że sceny strzelanin są przedstawione nierealistycznie i przeczą prawom fizyki. Niby można, ale po cholerę? :)

Podsumowując – dostajemy całkiem strawny gulasz złożony z dynamicznej opowieści, okraszony dużą liczbą zagadek. Czego chcieć więcej? No można niby pomarzyć o tym, żeby kucharz zaserwował nam w końcu jakiegoś homara, a nie ciągle ten gulasz, albo żeby kelner nie nawrzucał paprochów w postaci licznych błędów w tłumaczeniu, ale i tak da się to z przyjemnością łyknąć.

Dlatego moja ocena to: 6/10

31 komentarzy:

  1. W moim odczuciu była to najsłabsza część o Langdonie. Nawet nie pamiętałam, o czym była fabuła (dopiero czytając Twoją recenzję, coś zaczęło mi świtać) i to już mówi samo za siebie. Ale oceniłam powieść 4/6, więc nie było tragicznie ;) Najbardziej jednak podobały mi się "Anioły i Demony". A teraz przez Ciebie zaczęłam nucić tę piosenkę z Desperado, do jutra mi to nie da spokoju :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ay ay ay ay,
      ay ay mi amor,
      ay mi morena
      de mi corazon.

      Me gusta tocar guitarra,
      me gusta cantar el son,
      mariachi me acompaña,
      cuando canto mi cancion.

      Nie ma za co :P

      Usuń
    2. Uwaga, próba mikrofonu... chociaż nie, się rozchorowałam i ledwo mówię, więc na występ karaoke mnie nie namówisz :)

      Usuń
  2. Ja też uważam, że "Zaginiony symbol" był najgorszy ze wszystkich dotychczasowych powieści z Langdonem w roli głównej, bo tak jak binola, nie pamiętałem o czym był (może jakieś przebłyski, ale to wszystko). Jednak nie zmienia to faktu, że lubię ten cykl Browna i za każdym razem sięgam po kolejną powieść i czytam ją z zapartym tchem i przyjemnością. To jest rodzaj literatury, który bardzo lubię. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka literatura na "5 minut" :) Fajna odskocznia, ale raczej w pamięć nie zapada. Szczerze mówiąc to nawet fabuły "Aniołów", czy "Kodu" dokładnie nie pamiętam :P

      Usuń
  3. Nie czytałam, uh. Ale ja nie o tym chciałam. Na początku znowu chcesz jakąś książkę zmieszać z błotem, a na końcu narzekasz, że nie ma homara. O co Ci, chłopcze, chodzi? Gulasz to dobra rzecz, zwłaszcza w czasach kryzysu. Chcesz pasztetu? Przeczytaj Coelho. Chcesz homara? Weź się za jakiegoś Vargasa Llosę albo Marqueza. Brown napisał wspaniały "Kod...", średnie "Anioły...", więc why not pokusić się o kolejną książkę, identyczną, ale inną, niezłą, ale średnią. Kasa leci! Lubię autora, ale za "Zaginionym symbolem" się jakoś nie rozglądam. Może kiedyś, jak mi się całkiem zapomni. Bo obie powyższe baaaardzo mi się podobały. Martwi mnie tylko to, że tym razem zamiast cycków, jest Banderas. Ay ay ay ay :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, tak nie doceniać Coelho? :)
      Marquez jest dla mnie homarem o zdecydowanie za twardej skorupie ;)

      Co do cycków - faktycznie zauważyłem, że dawno nie były moim przewodnim motywem
      :( Coś złego dzieje się z tym blogiem :(

      Usuń
    2. Ja tam za cyckami nie tęsknię, ale w sumie jakoś tak smutno bez nich tu u Ciebie. Just sayin' ;)

      Usuń
    3. Marqueza będę bronił jak lwica. Ale fakt, Browna nie znoszę, każda książka jest taka sama jak poprzednia.

      Usuń
  4. Jestem na diecie, więc chyba ten ,,gulasz'' będzie dla mnie zbyt ciężkostrawny, tym bardziej, że czytałam ,,Kod Leonarda Da Vinci'' a skoro twoim zdaniem nie ma tutaj nic odkrywczego, to jednak obejdę się ze smakiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daję gwarancję lekkostrawności tej lektury :P

      Gorąco kibicuję Ci w "dietowaniu" ;) Jak masz zbędne kilogramy to ja wezmę z 5 ;)

      Usuń
    2. Dam ci nawet 10, bo ostatnio przez zimę sporo zapasu mi przybyło :-)

      Usuń
  5. Książki Browna to mój guilty pleassure, niby wiem, że są słabe literacko, ale czyta mi się je dobrze. Zgadzam się z przedmówcami, że "Zaginiony symbol" był najsłabszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno mi powiedzieć. Wydają mi się niemal bliźniaczo identyczne, więc trudno określić która była najgorsza. Choć faktycznie - "Kod" wspominam odrobinkę lepiej, ale myślałem, że to przez sentyment :)

      Usuń
  6. Skoro nie kładziesz tej książki na piedestale, to ja ładnie podziękuję. "Całkiem strawny gulasz" mnie z całą pewnością nie usatysfakcjonuje. Idę więc szukać lepszych pozycji. ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością nie popełnisz w tym przypadku niewybaczalnego błędu ;)

      Usuń
  7. dwie książki pana Browna już za mną i tę również mam w planach i mimo iż nic nowego w niej nie znajdę, to jednak skuszę się i przekonam na własnej skórze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli podobały Ci się poprzednie raczej się nie zawiedziesz ;)

      Usuń
  8. Czytałam "Kod..." w tym samym celu. Zbesztać, zmieszać w z błotem, bezlitośnie wyśmiać. Nie wyszło, bo po prostu historia ogromnie mnie wciągnęła. "Anioły..." czytałam źle, tzn. nie po kolei, bo byłam już po seansie, więc siłą rzeczy kryminał, którego treść znałam, nie mógł mi się spodobać.
    "Zaginiony symbol" pewnie przeczytam. Kiedyś tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze waham się jeżeli chodzi o klasyfikację gatunkową. Jeżeli kryminałem mam nazywać książki Browna i Nesbo to raczej coś tu jest nie tak :)
      Hmm, możnaby to od biedy nazwać kryminałem w wersji light :)

      Usuń
    2. Z klasyfikacją w ogóle jest ciężko. Nawet tak dokładnie nie wiem czym się różni kryminał od thrillera, choć już to kiedyś na jakimś blogu poddawałyśmy analizie. Zdaje się, że u Armalkolit.

      To może kryminał sensacyjny?

      Usuń
    3. Tak, to jest klasyfikacja, którą jestem łaskaw zaakceptować ;)

      Usuń
    4. Dzięki, o Panie, za Twą łaskawość. =D

      Usuń
  9. Zaginiony symbol leży u mnie na półce i czeka jak trzy pozostałe książki Browna. Przeczytałem jedynie Kod Leonarda i muszę przyznać, że mimo naciąganych faktów, książka strasznie mnie wciągnęła. Niestety jakoś nie mogę zabrać się za pozostałe. A co do gulaszu to ja uwielbiam, szczególnie z grzybami.:P
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto nie lubi? :D Jakiś głodny się zrobiłem :)

      Usuń
  10. Jeszcze Browna nie czytałem, a co do fenomenu jego historii, to szedłem na łatwiznę i jedynie oglądałem filmy na podstawie. Jakoś nie jestem największym zwolennikiem teorii spiskowych, rzadko czytam takie książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, a ja odwrotnie. To właśnie filmów nie widziałem :D

      Usuń
  11. A ja się do Browna za nic nie mogę przekonać. Wiem, najpierw trzeba coś przeczytać, zanim się wyrobi opinię na temat twórczości owego autora, ale no nie mogę i już :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Książkę czytałam dawno temu, ale pamiętam że mi się podobała. Podobnie jak ty zauważyłam schematyczność, która powiela się w innych jego powieściach, ale podczas czytania "Zaginionego symbolu" jeszcze tego tak bardzo nie odczułam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obstawiam, że dostaniemy jeszcze przynajmniej jedną powieść Browna zbudowaną dokładnie w ten sam sposób :P Obawiam się tylko, że powoli kończą mu się już zagadki :)

      Usuń
  13. Browna czytałem tylko "Anioły i demony"

    OdpowiedzUsuń