piątek, 30 sierpnia 2013

Ryszard Kapuściński - "Szachinszach"


Mam nadzieje, że zdołaliście zaobserwować, iż nie jest to pierwsza pozycja Ryszarda Kapuścińskiego jaką mam okazję recenzować. Zapewne wobec tego macie już świadomość, czego można się spodziewać, nie tylko po tym autorze, ale także po samej recenzji. Mimo to wydaje mi się, że warto byłoby o tej książce powiedzieć kilka słów.

Otóż „Szachinszach” przenosi nas do egzotycznej, dzikiej i niespokojnej krainy dawnej Persji. Kraju broni jądrowej, ropy naftowej i koziego mleka. Proszę państwa – oto Iran w całej swej okazałości. Jednakże omyli się każdy kto pomyśli, że jest to Iran niedostępny, kraj ludzi podporządkowanych rządom ajatollaha. O nie moi drodzy, to wciąż Iran w którym rządzi dyktator – szach z dynastii Pahlawich. Sama zaś książka opowiada o rewolucji roku 1979 podczas której został on odsunięty od władzy.

Schemat historii jest dość prosty. Iranem rządzi bardzo podły szach, za którym ludzie raczej nie przepadają. Jako że boi się on nie tylko o zachowanie intratnej posady, ale także głowy na przypisanym jej miejscu, szach dość mocno inwestuje w armię. Mało tego, tworzy także tajną policję – savak – organ zajmujący się donoszeniem, przesłuchaniami, torturami i ponoć zjadaniem małych dzieci. W skrócie – savak też jest zły. Bardzo pomocne w finansowaniu tych przedsięwzięć jest odkrycie w Iranie ropy naftowej. Mimo hucznych zapowiedzi większość pieniędzy z jej wydobycia, zamiast na rozwój wsi, trafia do dość przepastnej kieszeni szacha i ludzi którymi się otacza. Setki tysięcy dolarów płaconych amerykańskim specjalistom wojskowym, dość szybko zaczynają kontrastować z wszechobecną biedą, zacofaniem i stagnacją. Ludzie wychodzą więc na ulicę.

Szach jednak nie należy do ludzi zbyt cierpliwych. Gorliwych demonstrantów każe rozstrzeliwać. W związku z tym na ulice wychodzą kolejni ludzie. Wydawałoby się, że ta gra będzie się toczyła dopóty, dopóki żołnierzom nie skończą się kulę, lub w Iranie nie zostanie ani jedna żywa osoba, prócz szacha i jego armii. By dowiedzieć się jak kończy się ta opowieść wystarczy uczyć się historii lub – sięgnąć po książkę.

To drugie rozwiązanie będzie o wiele przyjemniejsze. Mimo tego, że jest to pozycja napisana w dość artystyczny sposób, jednocześnie zadziwia swoją prostotą i wyrazistością przekazu. Nie dostajemy tylko suchej historii, ale także naturę wszelkiego rodzaju rebelii i buntów, co wydaje się szczególnie istotne z perspektywy tzw. „arabskiej wiosny”, czy chociażby konfliktu w Syrii. Mało tego – na zaledwie 180 stronach dostajemy także analizę kulturową i społeczną świata arabskiego. Książkę Kapuścińskiego czyta się bardzo szybko i z ogromną przyjemnością, co wcale nie jest regułą w przypadku reportaży. W dodatku nie sposób pominąć faktu, że jej treść nie uległa dezaktualizacji aż do dziś.

Teraz mniej istotne słówko o wadach. Troszkę raziła mnie powtarzalność Kapuścińskiego. Niemal każda jego teza zostaje poparta kilkoma przykładami, co niekiedy zaczyna nużyć. Zabrakło mi także rozmów z obywatelami Iranu, których relacje z całą pewnością mogłyby jeszcze wzbogacić książkę.

Jednakże wobec licznych zalet i plusów jakie stoją za Kapuścińskim, nie sposób tego krótkiego reportażu ocenić negatywnie. Jest to po prostu książka dobra, którą wartą wziąć w swe łapska i szczególnie jeśli lubicie tego typu literaturę przewertować od góry do dołu.

Moja ocena to 7/10

Ps. Wpis miał zostać okraszony potężną kolekcją kozich zdjęć, ale stwierdziłem, że nawet jak na mnie będzie to zbyt rasistowskie ;D

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rafał A. Ziemkiewicz - "Myśli Nowoczesnego Endeka"


Ahh, cóż to była za książka. Przyznam, że kilkukrotnie przerywałem jej lekturę, ponieważ dosadność i brak tzw. politycznej poprawności Ziemkiewicza sprawiał, że waliła ona po głowie jak nie przymierzając jaskiniowiec w mamuta. Nowoczesny endek pokazał, że istnieje inna droga niż fanatyczna nienawiść, czy też zacietrzewienie i wpatrzenie w zachodnie struktury połączone ze zwykłym złodziejstwem. Zwolnijmy jednak troszkę i tok rozumowania RAZ-a prześledźmy odrobinę dokładniej. Oczywiście nie zrobię tego tak dobrze jak autor, ale przecież ten tekst jest tylko po to, żeby przedstawić wam zarys tego co możecie znaleźć w książce.

Swoją drogą chcąc przedstawić wszystko jak najdokładniej musiałbym uciekać się aż do czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej, zahaczyć o dwudziestolecie międzywojenne, przetrząsnąć cały okres PRL-u itd. Zacznę jednak od roku 1989, gdyż jest to zapewne jedyna data, która może być wyznacznikiem dla obecnych, czytających te słowa. Otóż od obrad okrągłego stołu, jak wskazuje Ziemkiewicz, możemy w miarę obiektywnie oceniać stan i przebieg rozwijania się wolnej Polski.

Wskażmy więc na dobroczynne działanie ugodowej polityki i braku lustracji, dzięki której komunistyczni działacze mogli utrzymać ciepłe, państwowe posadki, pozostać w strukturach sadownictwa, czy też przejąć największe poPRLowskie firmy, w procesie dzikiej prywatyzacji. Później wraz z autorem możemy prześledzić proces kształtowanie się niezależnych mediów z „Gazetą Wyborczą” i różnymi Michnikami na czele. Warto wspomnieć również o ponownym wyborze SLD, który nie tylko niósł ze sobą szereg korzyści ekonomicznych, ale do władzy dopuścił ludzi kryształowo uczciwych, niemających nic wspólnego z dawnymi strukturami. Po SLD spotykamy się z panem Kaczyńskim, który doprowadził do zsolidaryzowania polskiej prawicy, dobierając sobie w sposób genialny współpracowników wiernych programowi partii. Oczywiście sam Kaczyński w żadnym wypadku nie padł ofiarą nagonki medialnej, która notorycznie przedstawiała go w złym świetle. RAZ przedstawia również rządy PO, najjaśniejszego światełka na tej polskiej choince, która dzięki genialnym reformom emerytalnym, czy też podatkowym szalenie przysłużyła się obywatelom. Po przeczytaniu tego akapitu proszę wrócić do początku i czytać go tak długo, aż nie zauważycie, że coś w nim jest nie tak.

A jest. Dosłownie wszystko. Jakieś 80 procent wypisanych wyżej elementów jest jednak stałym motywem przewijającym się przez „polskie” media. Koniec jednak ironii – wspomnijmy co Ziemkiewicz uważa o obecnej sytuacji. Patriotyzm stał się wartością abstrakcyjną, a nie realną polegającą na szacunku wobec wspólnego dobra. Społeczeństwo przypomina struktury neokolonialne i promuje cwaniactwo, kombinatorstwo i działanie przeciw państwu, zamiast dla jego dobra. Trudno się temu dziwić gdy na czele kraju stoi mafia grabiąca i plądrująca co tylko się da, bez żadnego wybiegania w przyszłość. Zapatrzenie w zachód i ufność w struktury unijne jest tak wielka, że część polityków każe nam odrzucić polskość, utożsamiając ją z zacofaniem. Jak w czasach szlacheckich żyje się na kredyt, a o prominentne posady walczy się zabiegami znanymi z PRL-u, gdy obowiązywała nomenklatura partyjna. Zamiast inwestować w rozwój klasy średniej pieniądze przeznacza się na utrzymywanie banków. Każe się nam rezygnować z narodowości promując „europejskość”. Wobec tego wszystkiego media krzyczą o dostatku, „zielonej wyspie”, rozwoju gospodarczym – wszystko dlatego, że w sztuczny sposób udało nam się uzyskać dodatnie PKB. Nikt nie wspomina, że poziom dobrobytu po raz pierwszy od kilkunastu lat zaczął spadać, dług państwowy rośnie coraz szybciej, inwestycje w naszym kraju są nieopłacalne, prognozuje się, że kolejne pokolenie będzie żyło nawet krócej niż obecne itd.

Niestety autor promuje koncepcję, którą obywatele przyjmą niezbyt ochoczo. Opartą na pracy organicznej, zaangażowaniu w działalność państwa na najniższych szczeblach, zbliżeniu i zjednoczeniu Polaków, rozwoju klasy średniej itd. Niestety jednocześnie podkreśla jak niewielkie szanse na takie działania, istnieją w do bólu indoktrynowanym społeczeństwie, które zainteresowane nie jest niczym więcej, jak tylko swoją prywatą. 

Co do samej książki – trudno zastosować tu kryteria które zwykle przyjmowałem w ocenie. Czytało mi się ją długo i mozolnie. Jednakże po lekturze jestem zachwycony, że ktoś potrafił moje myśli sformułować w tak dosadny i bezkompromisowy sposób. Być może są w poglądach Ziemkiewicza elementy z którymi nie zgodziłbym się do końca, ale muszę przyznać, że dawno nie miałem w rękach tak wartościowej lektury. Autorowi zarzuca się powtarzalność, ale wydaje mi się, że jako synteza jego poglądów, ta książka spisuje się znakomicie. I mimo że jest to głównie krytyka (a jak wiadomo jest co krytykować), to da się wyczuć, że w tym szaleństwie jest logika, a w samym krzyku rozpaczy jest jakiś pomysł na nowy porządek.

Moja ocena to 8/10  

środa, 21 sierpnia 2013

Jean Hatzfeld - "Strategia Antylop"


Witajcie moi drodzy. Jak wiecie swój wolny czas w ostatnich dniach przeznaczam głównie na czytanie, czytanie i jeszcze troszkę czytania. Dobrze byłoby więc się odrobinę zmobilizować i skrobnąć zdanko lub dwa o pozycjach, które szczęśliwie zostały już przekartkowane. Niestety powietrze w moim pokoju wręcz wypełnione jest słodkim smrodem lenistwa, więc nie podejmę się opisywania wszystkich pozycji jakie powinny się tu dziś znaleźć. Wybiorę jedną, mam nadzieję najbardziej rozpoznawalną, zacznę stukać w klawiaturę i przekonamy się co z tego wyjdzie.

Mimo mojego dość dobrego humoru, spróbuję podejść do tematu bardzo poważnego i opisać kolejny reportaż, dotyczących rwandyjskiego ludobójstwa z 1994 roku. Hatzfeld w „Strategii Antylop” za cel postawił sobie raczej ukazanie jak radzą sobie mieszkańcy tego ubogiego państwa w kilka lat po tragedii. Autor prowadzi więc rozmowy z ludźmi, którzy zdołali ocalić swe życia podczas masakry, ale co ciekawe, także z mordercami, których ułaskawiono. Założenie jest proste – mamy otrzymać rzetelne informacje z pierwszej ręki.

Warto wspomnieć, że poruszanie podobnego tematu jest zawsze niezwykle trudne i delikatne. Zarówno dla autora, jak i ludzi którzy zgadzają się na przeprowadzenie rozmów. Trudno nie doceniać podobnego wysiłku. Jednakże jeśli chciałbym w miarę obiektywnie ocenić, jak reportaż francuskiego dziennikarza spisuje się w zestawieniu z innymi książkami na ten temat, nieuchronnie będę musiał określić, które z książek podobały mi się bardziej.

Niech więc obiektem porównawczym będzie reportaż, który jest dla mnie numerem jeden jeśli chodzi o konflikt w Rwandzie. A będzie to oczywiście „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana. Czym różnią się obie pozycje? Otóż Hatzfeld w „Strategii Antylop” skupia się raczej na okresie po zakończeniu konfliktu, Tochman zaś rzuca nas w sam jego środek. Francuz w swojej książce zawarł jedynie relacje członków wrogich sobie ludów, pisarz z kraju wódką i biedą płynącym zaś, pozwolił nam także zapoznać się z poglądem Europejczyków na konflikt. W dodatku Hatzfeld po pewnym czasie staje się strasznie monotematyczny. Wciąż przez jego książkę przewija się znana wszystkim formułka o cierpieniach Tutsich i próbie niwelowania swych win przez Hutu. Opinie każdego z członków antagonistycznie nastawionej ludności są niemalże identyczne. Trudno tu jednak mówić o winie autora, jednakże część rozmów mogłaby poruszać trochę szersze aspekty społeczne. Nie każdemu bowiem wystarcza gdy dowie się, że oba plemiona starają się siebie unikać.      

Według mnie książka Hatzfelda wciąż pozostaje bardzo wartościową pozycją. Jednakże wszystkim którzy chcieliby poznać od podszewki tenże konflikt, polecam zapoznać się najpierw z dziełem Tochmana. Francuski pisarz będzie natomiast osobą, która świetnie uzupełni naszą wiedzę i poszerzy horyzont. Jest to także książka, którą zdecydowanie lepiej przyjmą ludzie o słabszych nerwach. Mimo dosadnych opisów Hatzfeld szokuje o wiele mniej niż Tochman (czy jest to plus każdy musi ocenić indywidualnie). 

Moja ocena to 6/10

niedziela, 18 sierpnia 2013

"5 filmów mojego dzieciństwa"


Dziś dzięki nominacji otrzymanej od Arka z playitoncemoresam nie będę musiał zastanawiać się na jaki temat naskrobać. Będzie oczywiście o tym, czym za dzieciaka jarali się psychopaci podobni do mnie. Jeżeli nie chcecie by wasze dzieci w przyszłości wyrosły na ludzi mego pokroju, będzie to jednocześnie lista: „Czego lepiej nie puszczać swoim pociechom?”.

Beethoven
Bernardyn Beethoven – bestia wielkości stodoły wkracza w życie spokojnej rodzinki. Tylko ojciec uważa, że z psem jest coś nie tak. Rodzi się z tego mniej lub więcej bardzo zabawnych perypetii. Na koniec bernardyn zabija całą rodzinę i kąpie się w ich krwi asymiluje się z rodziną, która bez tej bestii nie wyobraża sobie dalszego życia.  

Wojownicze Żółwie Ninja

Opowieść o czterech mordercach na dragach, którym wydaje się, że są żółwiami kształconymi przez mistrza-szczura. Mnóstwo przemocy, przestępczość na każdym kroku, wyraźne oznaki używania LSD przez reżysera – czy jest lepszy film, który moglibyście puścić swojemu dziecku?

Predator
Pierwszy horror (tak, kiedyś uważałem, że to horror) który obejrzałem. Oczywiście bez pozwolenia rodziców, więc smakował o wiele bardziej. Przy pozostałych filmach z listy jest to jednak zwykła bajeczka o Arniem walczącym z dość nieprzyjemnym najeźdźcą z kosmosu. Zero krwi i przemocy, najmłodszym z całą pewnością nie zaszkodzi – jedyna pozycja mająca moją pełną rekomendację jeśli chodzi o puszczanie jej szkrabom :)

Indiana Jones (wszystkie części sprzed 2000)

Filmy o archeologu szukającym problemów we wszystkich zakątkach świata były mi szczególnie bliskie. Indie rozwiązywał zagadki, skakał po ruinach antycznych miast, bił oprychów po gębach i rzucał świetne żarty. W dodatku uczył najmłodszych, że kobiety można zmieniać jak rękawiczki, zabijanie pozostaje bezkarne jeśli ma się odrobinę sprytu, a skok w przepaść/wodospad to zwykła igraszka. Doskonały wzór dla pokoleń.

James Bond (wszystkie części sprzed Quantum of Solace)
Nie wiem czy istnieje choćby jedna część której nie widziałem przynajmniej trzy razy. Moja fascynacja agentem 007 sprowadzała się do notorycznego przekonywania wszystkich, że to jest właśnie film, który powinniśmy obejrzeć po raz n-ty. Bohater to oczywiście morderca, alkoholik, babiarz, hazardzista i nieostrożny kierowca. Gdyby Q zajął się produkcją gadżetów erotycznych, byłby to  zapewne najbardziej zwyrodniały film na tej liście. Oczywiście po raz kolejny polecam wszystkim milusińskim.  


Zabawa jest całkiem fajna więc tym razem nominuję:
- Maskaradę
- Melona
- Każdego kto tu zagląda i nie ma nic przeciwko podobnym wyzwaniom ;) Wskazałem tylko dwie osoby wyłącznie dlatego, że jestem leniwy i nie chciało mi się kombinować kto jeszcze będzie miał ochotę się ze mną bawić :P

Leniwców proszę o wybór swojej piątki w komentarzach ;)

czwartek, 15 sierpnia 2013

"Straszny film 5"


„Straszny film” to dla mojego pokolenia wręcz legendarna i rewolucyjna seria, zmieniająca oblicze podejścia do konwencji komediowych. Pierwsze trzy części nie tylko wniosły pewien powiew świeżości, ale niejednokrotnie potrafiły rozbawić do łez. Niestety w czwartej poziom humoru zdecydowanie spadł, prezentując się  nawet bardziej prostacko niż poprzednicy. Oczywiście całą serię należy oceniać według zupełnie innych standardów niż jakiekolwiek inne produkcje (choćby komediowe). Samym sednem istnienia tego filmu jest przecież prostactwo, próba zaszokowania, i sparodiowania popularnych kinowych przebojów. Warto jednak sprawdzić jak w takim kontekście sprawdza się „piątka”.
Muszę przyznać, że nie spodziewałem się po niej zbyt wiele. Do seansu podszedłem raczej z tej przyczyny, że byłem na tyle zmęczony, by nie chciało mi się sięgać po żadną książkę. Oczekiwałem odrobinki dobrego humoru. Raczej nie za wiele, ponieważ wiem, że producentów nie stać na jakieś strasznie wyrafinowane żarty. Jednakże nawet mimo tego faktu, poziom filmu jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Głównie dlatego, że nie spodziewałem się powstania filmu gorszego niż czwarta część. A jednak – wszystko jest możliwe. 
Być może moje poczucie humoru umarło wraz z dinozaurami, być może robię się już za stary na podobne komedie, a może po prostu scenarzyści dali dupy na całej linii. Jakbym na to nie spojrzał, z której strony bym do niego nie podchodził (oglądany od tyłu miałoby pewnie tyle samo sensu),film okazał się dla mnie jedną wielką kupą śmierdzących stęchlizną żartów. Po raz setny dostajemy klasyczne slapstickowe gagi oparte na schemacie skórki od banana, którymi naszpikowane jest całe to dzieło. Ok, podobne akcje bawiły w poprzednich częściach, ale tutaj ich przesyt jest tak ogromny, że po pięciu minutach ma się ochotę rozbić ekran, lub chociażby nosy producentów. Powiedzcie sami ile razy można oglądać faceta dostającego w łeb patelnią, laskę którą demon rzuca po ścianach, czy nawet seks-żarty dotyczące wszelkiej maści spraw intymnych. To jest już tak ograne, że miałem wrażenie jakbym znał ten film na pamięć. Chyba jedynym momentem w którym nie miałem ochoty bliżej zapoznać moich gałek ocznych z wykałaczką, była scena w której sparodiowano „Incepcję” – no,  przynajmniej jej część dawała radę. Przez sekundę powiało wtedy starym, dobrym „Strasznym Filmem”, by później poziom znów sięgnął dna.     
Nie zamierzam nawet zabierać się do opisywania fabuły, gdyż chyba w żadnej części nie miała ona większego znaczenia. Wspomnę tylko, że tym razem starano się sparodiować takie hity jak: „Mama”, „Dom w Głębi Lasu”, „Paranormal Activity”, „Incepcję”, „Black Swan”, „Genezę Planety Małp” i zapewne kilka innych produkcji które pominąłem. Chyba najlepiej udało się to w przypadku „Incepcji” i „Planety Małp”. W sumie motyw z rzucaniem gównem, którego nie można było oduczyć już przecież inteligentnych zwierząt, jest całkiem niezłym podsumowaniem tej produkcji. 
Zwykle komedie oceniam na podstawie tego jak często sprowokują mnie do uśmiechu. Piąta część „Strasznego Filmu” osiągnęła ten cel bodajże dwa razy. I na taką ocenę zasługuje ta produkcja. Do tego doliczam punkcik za epizod Charliego Sheena, który choć nie był już najwyższych lotów, to jednak wciąż w stylu jaki stał się charakterystyczny dla tego aktora.
Podsumowując: zdecydowanie nie warto zawracać sobie tym filmem głowy. Lepiej dla was będzie odświeżyć sobie choćby stare filmy z Nielsenem. Wciąż bawią o wiele bardziej. Równie dobrze będzie spędzić te półtorej godziny na waleniu głową w ścianę – poziom frajdy jest porównywalny. 

Moja ocena to 3/10 

Ps. Źródło gifów: Replygif. Jednocześnie przepraszam wszystkich czytelników ze słabym łączem, ale nic do tej recki nie pasowało tak bardzo jak pokaźna kolekcja facepalmów :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Dean Koontz - "Mroczne Popołudnie"


Po powieść Koontza po raz pierwszy sięgnąłem w gimnazjum. Zupełnie nie pamiętam jaki tytuł miała książka którą wtedy przeczytałem, ale z całą pewnością byłem nią zachwycony. Musiałem być – nie ma innego wytłumaczenia, które stanowiłoby przyczynę mojego notorycznego sięgania po książki tego autora. Od dobrego roku nie przeczytałem nic, co chociaż w niewielkim stopniu przypadłoby mi do gustu, a i tak znów biorę się za kolejne dzieło Koontza. Czy tym razem los się odwróci i uznam powieść za arcydzieło, czy też za dzieło zbyteczne i godne pożałowania – o tym za chwilę.

Klasycznie muszę najpierw zacząć od ogólnego zarysu fabularnego. Amy Redwing to bardzo tajemnicza dziewczyna, której pasją życiową stało się ratowanie psów – golden retrieverów. Coby było jej łatwiej wykonywać swoją misję, przygruchała sobie partnera/kochanka/chłopaka/architekta/malarza o imieniu Brian. Oboje dobrali się świetnie ponieważ każde z nich ma ogromne problemy z własną przeszłością. Dość znaczącą rolę w tych problemach odgrywa para morderców i podpalaczy: Moongirl i Harrow, a także płatny zabójca Billy Pilgrim. Jakby tego było mało  Koontz okrasił swą powieść psem o paranormalnych właściwościach, o imieniu Nickie. Przejdźmy więc do części właściwej: jak ten cały bigos/sieczka/burdel fabularny ma się do odbioru książki przez przeciętnego czytelnika, czyli mnie?

Otóż z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to najgorsza książka jaką miałem okazję przeczytać w ostatnim czasie. Nie wiem dlaczego pan Koontz, który w gruncie rzeczy wypuszcza dość przyzwoite średniaki, zdecydował się ją wydać. Nie mam pojęcia dlaczego zgodziło się na to wydawnictwo. Dlaczego nie protestował rząd, kościół, czy chociażby Towarzystwo Przyjaciół Szynszyli? Ktoś powinien coś zrobić, bo tej pozycji za cholerę nie da się czytać.

Zacznijmy wyliczankę z cyklu: „ale dlaczego ?”. Po pierwsze jest ona szalenie nudna. Zabierałem się za jej czytanie z dziesięć razy, a przynajmniej pięć zasypiałem po przeczytaniu kilku stron. Idealna bajka dla płaczących niemowląt. Zmarnowano fabułę która, wnioskując po okładce, zapowiadała się naprawdę całkiem ciekawie. Kolejna wada to dialogi. Wokół mojego domu rośnie kilka drzew owocowych i z całą pewnością żadne nie jest tak drewniane jak rozmowy bohaterów. W dodatku za niemal każdym razem są prowadzone zbyt długo i przez to nużą jeszcze bardziej. No właśnie, trzecia wada to kompletny brak dynamizmu. Na 400 stron które miałem nieszczęście przeczytać, dzieją się może ze trzy, cztery istotne dla fabuły rzeczy. Reszta to próba zapchania czymś kartek (które według mnie zmarnowano – można było przecież zrobić z nich porządny papier toaletowy). Myślicie że to koniec i przestanę wyliczać? O nie moi drodzy – dostajemy przecież jeszcze psa. Nickie – bo tak czworonogowi na imię – jest tu ciekawym, ale kompletnie niewykorzystanym elementem, bez którego spokojnie można by się obejść. Nie wnosi absolutnie nic ciekawego, oprócz faktu, że autor może rozwodzić się nad tym jakie psy są cudowne i inteligentne (co zresztą każdy wie). Do tego dodajmy jeszcze fatalne zakończenie i mamy już idealnie słabą książkę, której nie mogę polecić nikomu. No dobra, jako że zawsze komuś polecam to niech będzie: drodzy masochiści, ludzie cierpiący na bezsenność, miłośnicy kotów (za karę) – serdecznie polecam wam „Mroczne Popołudnie”. Bawcie się dobrze.

Moja ocena to 3/10         

Ps. Niemal zawsze wystawiając krytyczną opinię narażam się jakimś dziwakom (najczęściej anonimom), którzy wpadają i płaczą mi tu, że jestem socjopatą, bo nie podobało mi się coś co im się podoba. Po pierwsze - sprawdźcie w słowniczkach co znaczy słowo "subiektywizm", a po drugie wszelkie posty typu "Jesteś idiota, a ksiazka jest fajowska" wysyłajcie na adres Towarzystwa Przyjaciół Szynszyli ;) 

środa, 7 sierpnia 2013

Recenzencki skrót książkowy


Korzystając z okazji (chwili wolnego czasu z dostępem do Internetu) chciałbym podzielić się z wami wrażeniami, które towarzyszyły mi w spotkaniu z lekturami przeczytanymi w ostatnich dniach. Nie zamieszczam tu wszystkich książek z którymi miałem styczność, a tylko trzy wybrane lektury (lenistwo znów się odzywa). 

Agatha Christie: „Niedziela na wsi”

Zaczynamy od pozycji najsłabszej. Nie oburzajcie się jednak fani Poirota. Ocena nie wynika z niechęci do omawianego cyklu, czy też jego autorki. „Niedziela na wsi” okazała się zwyczajnie książką przegadaną, nudną i bez polotu. Przez większą jej część mamy do czynienia ze znanym ze wszelkich obyczajówek, lub nawet telenowel, pieprzeniem o sprawach rodzinnych. Nasz ulubiony detektyw pojawia się dopiero gdzieś na setnej stronie, wprowadzając nieco ożywienia. Niestety nie na tyle żeby uratować całą powieść. Zagadka jest trudna do odszyfrowania, ale co bardziej doświadczeni miłośnicy kryminałów zapewne zdołają odgadnąć ją przed finałem. Tym razem pani Christie zawiodła i uważam, że przygodę z nią warto rozpocząć od innej pozycji.

Moja ocena to: 5/10

Ryszard Kapuściński: „Cesarz”

Reportaże Kapuścińskiego dotyczące etiopskiego władcy Hajle Selassie to świetne studium dotyczące działania systemów totalitarnych. Polski dziennikarz prowadzi nas od czasów świetności cesarza, aż do rewolucji, która doprowadziła do obalenia władcy. Całą historię poznajemy z perspektywy świty i nadwornych Selassie. Jest to książka szczególnie interesująca nie tylko dla miłośników historii, ale także socjologii. Mimo to nie jest ona napisana tak świetnym i wyrazistym językiem jak późniejsze „Imperium” tego autora. Wydaje mi się jednak, że z opisywanych tu pozycji to właśnie dzieło Kapuścińskiego ma największą wartość merytoryczną.

Moja ocena to: 7/10

Mariusz Szczygieł: „Laska Nebeska”

Świetny humor jest z pewnością największą zaletą opisywanego dzieła. Zbiór artykułów dotyczących naszych południowych sąsiadów (Czechów) potrafi szczerze rozbawić. Niestety dziennikarz Gazety Wyborczej nawet w tak krótkiej i ciekawej książce zdołał mnie zirytować. Jakkolwiek jestem w stanie zrozumieć zainteresowanie i pasję autora związaną z obywatelami Czech, to trudno nie zauważyć, że książka stanowi jednocześnie krytykę Polaków. Nie zaprzeczę, że naszych braci zza miedzy pan Szczygieł opisuje bardzo  obiektywnie, jednakże wszelkie pozytywne ich cechy, niepotrzebnie zestawia z naszymi negatywnymi. Dość kontrowersyjne wydaje mi się też stereotypowe podejście do tematu. U pana Szczygła większość Czechów to nihiliści zainteresowani zachowaniem humoru i nie dbający zbytnio o dobro ojczyzny, a Polacy to naród gburów, smutasów itd. Nie mogę z całą pewnością rzec, że tak nie jest, ale jest to śmiała teza, którą każdy z was powinien przemyśleć indywidualnie. Nie ukrywam, że pewną niechęć wzbudziło we mnie także bardzo liberalne podejście autora do tematu. Odcinając się jednak od wszelkich politycznych aspektów muszę przyznać, że jest to bardzo dobra i zabawna lektura.

Moja ocena to: 7/10