czwartek, 3 października 2013

James Herbert - "Dom Czarów"


„Dom Czarów” to pierwsza książka brytyjskiego mistrza horroru, którą miałem okazję przeczytać. Po bardzo ciekawej ekranizacji „Mgły”, którą dawniej oglądałem, nastawiałem się na co najmniej dobrą, pasjonującą lekturę z dreszczykiem. Jak wyglądała moja przygoda z magią w Herbertowskim stylu?

Przedstawiona historia, to motyw znany z wielu filmów grozy – zakochana para podejmuje decyzję o przeprowadzce z zatłoczonego i hałaśliwego miasta, do spokojnego domu położonego na odludziu. Mike i Midge – bo o nich mowa – sądzą, że zmiana miejsca zamieszkania nie tylko wzmocni ich związek, ale również wpłynie pozytywnie na przyszłość zawodowych karier (Mike jest muzykiem, Midge – ilustratorką). 

Dalsze losy bohaterów można w gruncie rzeczy dość łatwo wykoncypować. Dom okazuje się miejscem pełnym tajemniczych sił, które za główny cel obrały sobie uczynienie ciekawszym życia naszych bohaterów. Po początkowym zachwycie nowym lokum, wkrótce zaczynają pojawiać się też problemy najróżniejszego kalibru – od pękającej ściany, aż do tajemniczej śmierci poprzedniej właścicielki. Gdybyś czytelniku w tym miejscu pomyślał, że możesz się przy tej pozycji nieźle wynudzić, to dorzuć sobie jeszcze do tego bigosu: tajemniczą sektę synergistów, mroczny las otaczający posiadłość, pełnego podejrzeń pastora, duchy, nietoperze i inne wszelkiej maści ustrojstwo znane z kinowych ekranów. Wymieszane i podane na 359 stronach, stanowi całkiem niezłe danie na wieczorny posiłek dla każdego horroro-maniaka.

Zdecydowanie nie zawiodłem się na tej książce. Chociaż nie skończyłem jej w jednym podejściu, prozę Herberta czytało mi się dość szybko i lekko. Fakt – niekiedy męczyły mnie troszkę zbyt długie i powtarzające się opisy, ale nie jest to nic, czego nie znałby czytelnik wychowany na Kingu. Napięcie budowane jest stopniowo i choć książka nie przeraża przez cały czas, finał zasługuje na duże uznanie. Ostatnie sceny przyprawią o mały dreszcz wszystkich o bujniejszej wyobraźni.

Nie zrozumcie mnie źle – ta książka nie jest genialna. Jest dobra, ale ma też swoje wady. Przede wszystkim jest odrobinę nierówna. Jedne dialogi czyta się z przyjemnością – są one treściwe i wnoszą coś do historii. Inne zaś, to dość wkurzające biadolenie o tym jak Mike kocha Midge (to Mike jest narratorem). Te drugie powtarzając się kilkukrotnie, dość skutecznie mnie irytowały, choć fakt, że pisarz jest mężczyzną zapewne wpłynął na to, iż tych uczuciowych gadek nie ma tu zbyt często. Za kolejną wadę można uznać to, że fabuła oparta jest na dość prostej historii, której schemat możemy znaleźć w wielu przebojach kina klasy B. Przez pewien czas zastanawiałem się również, czy autor chciał aby książka była typowym horrorem, czy może baśnią dla dorosłych. Moje wątpliwości rozwiały się dopiero gdzieś w ¾ książki (według mnie, na szczęście, na korzyść horroru).

Podsumowując – to bardzo dobra pozycja, dla tych którzy podobnie jak ja, dość długo oczekiwali na przyzwoitą, lekką historyjkę z dreszczykiem, ale nie mogli jej nigdzie znaleźć. Herberta śmiało można uplasować o kilka stopni za Kingiem, ale jednocześnie o kilkadziesiąt przed Mastertonem. Swoją przygodę z tą książką uważam za udaną i szczerze ufam, że kolejne pozycje Herberta po które sięgnę, będą prezentowały jeszcze wyższy poziom.

Moja ocena to: 7/10  

Ps. Nie miałem Internetu przez ostatnie cztery dni, więc przepraszam wszystkich, których nie mogłem regularnie odwiedzać. 
Ps2. To moja pierwsza recenzja w ramach współpracy z wydawnictwem Publicat. Starałem się być jak najbardziej obiektywny, ale oczywiście nikt nie musi ufać mojej opinii.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz