środa, 30 października 2013

Jozo Niznansky - "Pani na Czachticach"

Elżbieta Batory, krwawa pani czachtickiego zamku, niczym Frankenstein powraca do życia na kartach powieści Jozo Niznanskyego. 600 stronicowa historia wręcz dopomina się o ujęcie w ryzy krwawej biografii siostrzenicy polskiego króla Stefana i przedstawienie jej w formie zapierającego dech w piersiach (mniam), krwawego horroru. Podobnie zresztą jak okładka nowego wydania, która momentalnie przykuwa wzrok i zachęca do sięgnięcia po książkę.

Niestety moi drodzy miłośnicy horrorów - możecie poczuć się w tym momencie lekko zawiedzeni. "Nowa wersja" krwawej Elżbiety jest strasznie słaba. Zabrakło mi w niej fragmentów dotyczących notorycznych kąpieli w dziewiczej krwi, bezlitosnych morderstw opisanych w przerażający sposób, w sumie zabrakło mi także samej Elżbiety. Jej obraz psychologiczny, czy charakterystyka motywów działań były dla mnie niewystarczające.

Skoro nie dostajemy horroru ani nawet dobrego thrillera, to czym jest ta książka? - zapytacie. Otóż jest to typowa opowieść w awanturniczo-przygodowym stylu, przypominająca w swej konstrukcji takie seriale jak "Robin Hood", czy "Janosik". Mianowicie cała fabuła skupia się na walczącej o sprawiedliwość gromadzie zbójników. Ci zaliczają liczne wzloty i upadki, a akcja bardzo szybko prowadzi nas do przewidywalnego finału.

Warto zwrócić uwagę na liczne dialogi. Te choć błyskawicznie pozwalają nam wertować kolejne strony wydawały mi się często lekko sztywne. Wiem że nie zdarza mi się mówić tego zbyt często, ale w książce zabrakło także opisów. Jest ich naprawdę niewiele, więc nie dostajemy zbyt często okazji do złapania oddechu i odpoczęcia od natłoku wydarzeń. Wydawałoby się, że wyjdzie to książce na dobre, ale po pewnym czasie stało się strasznie monotonne.

Do gustu przypadły mi za to postaci. Andrzej Drozd - herszt zbójników i ogromna góra mięcha, stał się oczywiście z miejsca moim numerem jeden. Jan Kalina, dobrze wykształcony i waleczny przyjaciel Drozda, uplasował się na miejscu drugim. Plejada ciekawych postaci jest jednak znaczna - świetnie wykreowany pomocnik Elżbiety Ficko (przypominał Igora z Frankensteina), rzemieślnik Paweł  Lederer, graf Nyary, kasztelan Loszonsky, to tylko niektóre z nich.

Obawiam się, że to co teraz napiszę zniechęci wielu z was do przeczytania tej książki. Otóż schemat budowania fabuły, sposób mieszania fikcji z realiami historycznymi i wątki obyczajowe niesamowicie przypominały mi twórczość Henryka Sienkiewicza. Odnoszę czasem wrażenie, że jest to zaletą tylko w moich oczach.

Podsumowując - jest to całkiem fajna, dynamiczna opowieść z wplecionymi w nią elementami historycznymi. Najbardziej zepsuta przez wygórowane oczekiwania. Nie uświadczycie tu walających się po podłogach flaków, bitew rodem z Władcy Pierścienia, czy chociażby lekkiego powiewu grozy. To  raczej sympatyczna i wciągająca pozycja w serialowym stylu. Brakuje jej jednak jakiejkolwiek charakterystycznej iskierki, która sprawiłaby, że nie możemy przestać czytać - tę funkcję powinna spełniać sama grafka Elżbieta, ale jej potencjał zmarnowano.


Moja ocena to 6/10 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz