czwartek, 10 października 2013

Max Bentow - "Ptaszydło"


Dziś przed wami niesamowicie trudne i wymagające ogromnej cierpliwości zadanie. Mianowicie chciałbym, żebyście przeczytali moją kolejną recenzję. Na warsztat wziąłem oczywiście pozycję widoczną w nagłówku. „Ptaszydło” to debiutancki kryminał Maxa Bentowa – berlińskiego scenarzysty teatralnego. Chciałby przeprowadzić krótką analizę i przedstawić własną opinię o tej dość krótkiej, bo liczącej zaledwie 336 stron książce.

Nie ma specjalnie dużego sensu rozwodzenie się nad fabułą – ot, poznajemy komisarza Trojana, który jest ponoć bardzo uzdolnionym policjantem. Stykamy się z nim akurat w momencie, gdy na Berlin pada blady strach związany z działaniami brutalnego, seryjnego mordercy. Znakiem charakterystycznym „tego złego” stają się pozostawiane na miejscach zbrodni trupy ptaków, które dodatkowo upgradowane są przez naszego killera, poprzez pozbawienie piór i rozpłatanie im brzucha. Schemat tych zbrodni zostaje następnie przeniesiony na ofiary ludzkie. Oczywiście poza tą szczyptą makabry istotne jest także życie prywatne detektywa. Niefortunne ataki paniki, wizyty u psychologa, lokowanie swych uczuć w różnych kobietach – to wszystko będzie stanowiło tło dla działań berlińskiego śledczego.

Szalenie trudno było mi wykrzesać z siebie jednoznaczną opinię na temat tej książki. Głównie dlatego, że czytało mi się ją doskonale, ale po zakończeniu lektury zacząłem zadawać sobie wiele pytań. Tym najważniejszym było: „co mi się nie podobało?”. I okazało się, że ta lista jest dość długa. Nietypowo więc, postaram się rozpocząć właśnie od niej.

Przede wszystkim zabrakło mi poprawnie „zbudowanej” postaci drugoplanowej jako towarzysza głównego bohatera. Tak jak Myron miał swojego Wina, Rhyme’s swoją Amelię, Indiana swojego Jonesa (ekhm), tak Trojan jest otoczony przez bandę postaci nieistotnych i niepotrzebnych. Zabrakło mi konkretnego towarzysza, obdarzonego ciekawymi cechami i mającego istotny wpływ na przebieg akcji.

Oczywiście wielu z was stwierdzi, że przecież nie każda książka musi powielać znany schemat. Ta jednak kopiuje wszystkie inne elementy dobrych kryminałów, a rezygnuje z tak pożytecznego, jak odpowiednio stworzony współtowarzysz. I właśnie tu warto byłoby wskazać na kolejną wadę. Straszna schematyczność – wszyscy znamy już przecież oklepany motyw bystrego detektywa z problemami i pięknej białogłowy w opałach. Tutaj jest to odwalone niemalże identycznie.

Chciałbym wspomnieć także o pewnym elemencie, którzy jedni będą poczytywali sobie za zaletę, a inni wprost przeciwnie. Książka jest o wiele krótsza niż się wydaje, gdy spojrzymy tylko na liczbę stron. Właściwie niemalże połowę budują dialogi. Nie przeczę, że dodaje to szczyptę dynamiki w czytaniu, ale czasem wygląda również na pójście na łatwiznę.

Nie podobała mi się także kreacja niektórych bohaterów, którzy albo są kompletnie niepotrzebni, albo opisani niewystarczająco. Muszę przyznać, że przeczytałem całą książkę i jakkolwiek nie przepadam za opisami odbierającymi dynamikę, to uderzył mnie fakt, że nigdzie nie znalazłem opisu wyglądu komisarza. Domniemywam więc, że albo  go pominąłem (więc był za krótki), albo autor całkiem o nim zapomniał (co jest niemalże grzechem śmiertelnym).

Zagadka jest również dość kontrowersyjna – o ile stanowi dość duży problem dla początkujących czytelników, to starzy wyjadacze zapewne odgadną sprawcę, już w momencie, gdy ten pojawi się po raz pierwszy na scenie. Jej poziom określam jako średnio-trudny. Liczbę gwałtownych zwrotów akcji na które można się nabrać nie jest zachwycający – to były maks. 2/3 twisty.

Teraz słówko o tym co było jednoznacznie pozytywne. Czyta się to świetnie – strony przelatują przed oczami niewiadomo kiedy. I choć początek jest odrobinę słabszy i nie trzyma nas w ciągłym napięciu, to z każdą kolejną stroną jest coraz lepiej i błyskawicznie wkręcamy się w ten berliński klimat. Drugi plus to według mnie świetnie wykreowany, charakterystyczny morderca. Co do zakończenia – trudno znaleźć takie, które za dobre uznają wszyscy czytelnicy. W tym wypadku jednak uważam, że autor wywiązał się ze swego zadania całkiem nieźle, w dodatku pozostawiając sobie pole manewru przy tworzeniu następnych części.

Podsumowując – dla mnie była to książka, którą nieodmiennie będę kojarzył z Danem Brownem  (wiem, wiem, to inne gatunki). A to dlatego, że podobnie jak w jego przypadku, książka Bentowa jest dynamiczna i świetnie się czyta. Jedna i druga powtarza już ograny i sprawdzony schemat. Obie także nie powinny mi się podobać, ze względu na liczne wady, jakich można się w nich doszukiwać – a mimo to z lektury i tak czerpie się wielką przyjemność. I chociaż o Trojanie zapewne szybko zapomnę, to każdą kolejną część cyklu najprawdopodobniej i tak przeczytam. Każdy musi zdecydować sam – z pewnością ludzie z alergią na prostą literaturę, będą dusić się i puchnąć z każdą przeczytaną stroną, ale Ci wszyscy którzy szukają wyłącznie dobrej rozrywki Trojana zapewne pokochają.

Moja ocena to: 6,5/10                                                       

Recenzja powstała dzięki współpracy z grupą wydawniczą Publicat.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz