niedziela, 6 października 2013

Shelter (2010)


Shelter – czyli pierwsza filmowa recenzja od dawna. Wiem że stęskniliście się za moimi obrzydliwymi screenami z horrorowych produkcji, więc aby was nie zawieść postanowiłem, że pierwszy obraz który zrecenzuje, będzie należał właśnie do gatunku grozy.


Jednakże w celu pogodzenia tych, którzy uwielbiają mocny dreszczyk i tych, którzy sikają ze strachu już na reklamie płatków śniadaniowych, postanowiłem, że wybiorę film, który niesie ze sobą jedynie niewielki posmak strachu i fajny klimacik. Tak oto na mój ekran trafił „Shelter”.

Jednorożec - robisz to źle...
Fabuła jest dość zagadkowa i mocno zagmatwana. Pod skrzydła pani psycholog (Julianne Moore) trafia pacjent z syndromem osobowości wielorakiej. Grana przez Jonathana Meyers’a postać, jest więc w konsekwencji kilkoma bohaterami jednocześnie. Wszystkie osobowości połączone są tym, że ich pierwotni „nosiciele” zostali zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Pani psycholog rozpoczyna więc własne śledztwo, które pozwoli jej na wyjaśnienie zagadki: kim oryginalnie był pacjent, nad którym sprawuje pieczę?


To oczywiście nie wszystko. Nie mam zamiaru psuć wam przyjemności z oglądania, ale wspomnę, że w sprawę wmieszane mogą być czynniki nadnaturalne. Wszystko zależy od interpretacji – po zakończeniu seansu naprawdę trudno stwierdzić, czy cała historia to tylko sen wariatki, czy też po świecie hula diabeł, dziabiący grzeszników widłami w dupsko. Każdy może sobie to ustalić sam.

Panie Mietku - na tę ścianę niech mi pan walnie jakieś starożytne symbole pradawnego zła. A od frontu na różowo... 
O dziwo bardziej spodobał mi się ten bardziej psychologiczny i spokojniejszy początek filmu. Naprawdę trudno było przewidzieć co tkwi w głowach scenarzystów. Niestety gdzieś w połowie filmu dostajemy już dość schematyczny horror/thriller. Trudno jednoznacznie stwierdzić z jakim gatunkiem mamy tu do czynienia. Zakończenie według mnie jest całkiem niezłe – odrobinę tajemnicze, z wieloma niedopowiedzeniami. Nie dostajemy wszystkiego na tacy i kilka kwestii można spróbować wyjaśniać na własną rękę.


Niestety – żeby film ten sprawił maksymalną przyjemność, dobrze byłoby zachować pełną koncentrację podczas seansu. Fabuła jest dość zawiła, a wnikliwi, nawet w dość prozaicznych dialogach, mogą wyłapać kilka smaczków. Generalnie nie polecam do piwa z kumplami, bo można się srogo zawieść, ale już samotny seans przy zgaszonych światłach jest jak najbardziej wskazany.

Noty za styl obniżone za brak robaczków w oczodołach.
Jeszcze słówko o grze aktorskiej. Zdecydowanie na plus zaliczam postawę Meyers’a, którego wcześniej nie znałem. Musiał sprostać trudnemu zadaniu zagrania kilku postaci jednocześnie i wywiązał się z niego całkiem przyzwoicie. Na minus zapisuję jednak panią Moore, za którą zresztą specjalnie nie przepadam. Niby nic nie schrzaniła, zachowywała się logicznie itd., ale czasem odnosiłem wrażenie jakby była na środkach uspokajających. Zresztą na wielu kadrach dostrzegłem u niej podobna mimikę, co u wielu moich kolegów mówiących: „ej, weź mi już nie polewaj”. 

Tak się właśnie kończą te integracyjne imprezy w seminarium...
Podsumowując – film jest całkiem sympatyczny. Przed seansem lepiej jednak nie spodziewać się zbyt wiele. Zawiodą się na nim szczególnie miłośnicy krwawych i przerażających horrorów, ale każdy kto potrafi docenić dobrą historię z nutką grozy, powinien sprawdzić co oferuje „Shelter”


Moja ocena to: 6.5/10               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz