niedziela, 3 listopada 2013

"The Conjuring"; "Obecność"

Pusty pokój, zgaszone światła, stukot dobiegający z mieszkania obok, cienie gałęzi pojawiające się w oknie i "The Conjuring" na monitorze. Wbrew pozorom nie jest to schemat idealnej randki Teda Bundy'ego, ale mój plan na wieczór.

"Obecność" , bo tak brzmi polski tytuł filmu Jamesa Wana, to historia zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Przynajmniej tak twierdzą producenci, chociaż ja na waszym miejscu włożyłbym te zapewnienia między bajki (i to raczej między te w stylu "Smerfów", niż te: "Nie kochanie, wcale nie wyglądasz grubo"). Fabuła nie jest zbyt zagmatwana. Być może będzie to mały spoiler, ale plan prowadzenia akcji jest banalny: małżeństwo, dom na odludziu, duchy i demony, "łapacze duchów" - to wszystko zmiksowane może dać wyłącznie jeden sposób poprowadzenia tej historii i wszyscy wiemy doskonale jak powinna ona wyglądać - strasznie!

"Conjuring" z całą pewnością ma swój specyficzny klimat. Lata 70-te, mroczny dom, 7-osobowa rodzina, w dodatku niezwykle smakowity początek filmu dają nadzieje na naprawdę solidny horror. I w gruncie rzeczy tak właśnie jest. Choć całość rozpoczyna mocne uderzenie, w pewnym momencie akcja się uspokaja i dostajemy chwilkę oddechu. Później dreszcz na skórze przywołują dość subtelne metody straszenia. Puknięcie tu, stuknięcie tam - pozornie błahe sprawy. Wraz z rozwojem zdarzeń akcja ciągle przyspiesza gnając w stronę finału.
Największą zaletą tej produkcji jest jej pierwsza część. Ten klimat, powolne wprowadzanie widzów w świat demonów i nadprzyrodzonych mocy naprawdę może się spodobać. W tym wypadku dreszczyk na ciele jest gwarantowany. W dodatku znane i utarte motywy zostały tu odświeżone w tak dobry sposób, że chociaż spodziewamy się: A)pociągnięcia śpiącego gówniarza za nogi, czy też B) pojawiającego sie za plecami potwora, to i tak większość z nas będzie przestraszona. Nie ma co się jednak spodziewać wielkich cudów, czy niesamowitej oryginalności - wszystkie metody straszenia każdy fan horrorów zapewne widział już wcześniej. Trudno jednak znaleźć film, który tak dobrze podsumowałby osiągnięcia scenarzystów w tym wymiarze - to niemal zbiorcza synteza większości modeli i pomysłów na przerażenie widza.

Niestety film nie jest  tak dobry jak sądziłem po pierwszej godzinie jego oglądania. Nie tylko zaczęła razić mnie przewidywalność, ale po ujawnieniu wyglądu sprawcy całego zamieszania jakoś zeszło ze mnie całe napięcie. Nie pomogło nawet przyspieszenie akcji - ba, film zrobił się przez to jeszcze gorszy. Końcowe sceny w których domownicy biegają po domu, latają po ścianach, walą się po mordach, gryzą się tam, gdzie gryźć się nie powinno (ok, trochę to przerysowuję) były zdecydowanie zbyt dosłowne, straciły cały swój klimat budowany przecież z takim mozołem oraz pozostawiły we mnie uczucie zawodu. Gdyby nie finał film dostałby pewnie ocenę wyższą o cały punkt.
To nie jedyne moje zastrzeżenie. Kolejnym jest kompletnie niezwiązany z główną osią wydarzeń motyw z opętaną lalką. Dotąd zastanawiam się po cholerę w historię wprowadzono tę przerażającą kupę szmat. Nie przeczę, że nie przyprawiła mnie ona o dreszczyk, ale po zakończeniu seansu zastanawiałem się do czego ona była w sumie potrzebna?

Cóż, to by pewnie było na tyle. Choć znalazłem kilka wad, nie wydaje mi się bym w tym roku oglądał równie dobry horror. Kierując się więc mottem: "na bezrybiu i rak ryba", "kto wybredny ten nie rucha", "Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki" itd.


Moja ocena to: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz