czwartek, 31 stycznia 2013

Jankowski Arkadiusz - "Tajemnica niemieckiej papierośnicy"

Hmm, mieliście kiedykolwiek taką sytuację, że bibliotekarka wciska wam jakąś niby super książkę, a wy zamiast zachować się asertywnie (i powiedzieć, żeby zabrała ją w odmęty piekła, kiedy będzie wracała do domu), z ochotą tę książkę przyjmujecie? Mi się to właśnie zdarzyło i trudno stwierdzić, stety, czy niestety.  

Pierwszym symptomem, który wzbudził moje zaniepokojenie był autor, człowiek widmo, o którym nigdy w życiu nie słyszałem. Już po powrocie ze swoim stosikiem książek, poszukałem o nim i książce informacji na znanym nam wszystkim serwisie. Oczywiście o samym dziele nie było tam nawet wzmianki, natomiast pisarz mógł poszczycić się jedną, jedyną pozycją ujętą w katalogu lubimyczytac.

Nic to pomyślałem, mimo wszystko okładka jest w miarę ładna, książeczka dość krótka (300 stron z okładem), przebrnę przez nią szybko i będę miał z głowy. Faktycznie, cała przygoda z nią zajęła mi niecałe dwa dni, a co najdziwniejsze, nawet jakoś strasznie nie żałuję poswięconego na  jej czytanie czasu. 

Moze najpierw słówko o fabule. Aleksander Berens, architekt z Wrocławia znajduje na swojej działce budowlanej srebrną papierośnicę. Gdy rusza budowa domu Aleksa do tego gadżetu dołącza jeszcze odnaleziony przez budowlańców niewybuch z czasów wojny i szkielet. Wraz ze swoim przyjacielem Karolem Mencem - dziennikarzem, obaj przyjaciele stopniowo odkrywają tajemnicę wiodącą poprzez papierośnicę do skarbu ukrytego przez niemieckiego oficera. W tle tych wydarzeń Jan Berens, niemal 70-letni ojciec Aleksandra przeżywa romans z Zofią, której nazwisko jest kompletnie nieistotne :P

Historia jest prościutka. Nie wiem dlaczego, ale czytając kilkanaście pierwszych rozdziałów nieodłącznie towarzyszyło mi wspomnienie "Pana Samochodzika". Ta książka ma ten sam, charakterystyczny, lekki, niemalże przygodowy styl, mimo tego, że okładka krzykliwie informuje nas, że jest to powieśc sensacyjna. Wyjątkowe w dzisiajszych czasach jest też to, że pozycja ta nie zawiera opisów scen seksu (w końcu co można opisywać jeśli chodzi o 70-letniego dziadka), a w dodatku sam język jest dość ugrzeczniony i wulgaryzmy śmiało można policzyć na palcach jednej ręki. Jako powieść sensacyjna zdecydowanie nie fascynuje. Zagadka jest mało skomplikowana, budowanie akcji niezbyt przemyślane, a w dodatku część wątków nieopatrznie rozpoczętych pozostaje bez wyjaśnienia. Fabularnie więc można śmiało stwierdzić, że jest kiepsko.

Czy to oznacza w takim razie, że całkowicie mi się nie spodobała? Otóż nie. Ogromną zaletą tej pozycji jest to, że czyta się ją błyskawicznie. Nie wiem jak autor to osiągnął, ale miałem ogromne trudności z oderwaniem się od niej (może byłem wyposzczony brakiem lektur w ostatnim czasie). Na dodatek w kiepską akcję wprowadzono częto bardzo dobre elementy humorystyczne. Kolejnym plusem moim zdaniem jest postać Karola Menca - dość fajnie wykreowanego, niechlujnego i często żartującego przyjaciela głównego bohatera. Mocno w pamięć zapada na przykład scena bitwy o klimatyzację w przychodni, właśnie z jego gościnnym udziałem. Ogromyn plusem są z pewnością zabawne dialogi dwójki przyjaciół nawet pomimo irytującego "kuźwa", które Karol nieustannie powtarza.

Co mnie osobiście  denerwowało najbardziej? Kompletnie niezwiązany z główną akcją i niepotrzebny wątek romansującego Berensa starszego. Wszystkie rozdziały dotyczące tego jegomościa były stosunkowo nudne i irytujące. Szczególnie kiedy potrafił przez cały rozdział tej, bądź co bądź wesołej książki, wspominać zmarłą żonę. Gdyby jeszcze miało to jakiś cel fabularny mógłbym się przemęczyć. Niestety kreując tę postać, także momentami dość sympatyczną, autor popełnił zbyt wiele błędów, bym mógł zaliczyć ją do moich ulubionych, czy nawet lubianych.

Trudno było więc oceniać tę pozycję. Konfrontując jednak wszystkie za i przeciw wyszło na to, że książka jest zwyczajnie przeciętna, bez znaczących odchyleń w żadną stronę. Lektura ta jest lekka, łatwa i przyjemna, ale raczej znaczącego śladu na czytelniku nie ma szansy pozostawić. Jeśli macie na półce coś ciekawszego, nawet się nie zastanawiajcie, a bibliotekarkom uczcie się ładnie odmawiać ;)

Moja ocena to 5/10     

 

środa, 30 stycznia 2013

El clasico

Dawno nie dręczyłem was już tematami sportowymi. Nadejszła więc ta wiekopomna chwila. Dziś odbędzie się kolejne el clasico, czyli pojedynek znienawidzonego przez większość Realu, ze znienawidzoną przez wszystkich Barceloną. Jeśli czytaliście kiedykolwiek moje posty dotyczące piłki nożnej, to z pewnością wiecie, że dziś sercem jestem z dumą Katalonii. 

Niestety jednak, ostatnie mecze drużyny z Madrytu wskazują, że przeprawa ta do łatwych należeć nie będzie. Wierzę jednak, że mój ulubiony klub oszczędzi mi stresu i pewnie wygra na Santiago Bernabéu. 

Mimo dobrej postawy Realu w ostatnich spotkaniach ich szatnia została zdziesiątkowana przez kontuzje. Najdotkliwszą stratą może okazać się brak filaru defensywy, jakim przez kilkanascie ostatnich lat był z pewnością bramkarz, Iker Casillas. O dziwo jestem zawiedziony jego dotkliwą kontuzją, ponieważ jest to bardzo dobry zawodnik, a co ważniejsze wygląda na sympatycznego człowieka. Na niekorzyść Realu działają także kontuzja Pepe-rzeźnika, oraz zwieszenia Sergio Ramosa, Fabio Coentrao i Angela di Marii. W dodatku kolejnym problemem może okazać się konflikt niektórych zawodników ze szkoleniowcem, z uporem podsycany przez media.

W dość dobrej atmosferze na stadion w Madrycie przyjadą goście. Mimo załamania formy w ostatnim czasie wszyscy zawodnicy pozostają do dyspozycji zastępcy szkoleniowca. No właśnie - tu pojawia się mała ryska na tym idealnym obrazie. Tito Vilanova po nawrocie nowotworu musiał przejść operację wykluczającą go z kierowania zespołem w tym spotkaniu, dlatego jego miejsce zajmie asystent Jordi Roura. Wciąż z nowotworu wątroby leczy się także obrońca Barcy Erik Abidal. Mimo to nastroje są dość optymistyczne.

Pozostaje jedynie żałować tego, że el clasico nie są już wielkimi derbami Europy. Śmiało mógłbym wymienić kilka spotkań, które cieszyłyby się moim większym zainteresowaniem. Niestety nawet mi, zagorzałemu kibicowi, pojedynki te zaczynają powszednieć. Mimo wszystko liczę na dobre i ciekawe widowisko, z niecierpliwością wyglądając wieczoru. Nic przecież nie podziała lepiej na odstresowanie po trudach ostatnich tygodni, niż dobry meczyk przy piwku. Wiem dziewczyny, że nie przepadacie za takimi postami, ale obiecuję, że wasze cierpienia przerwę juz wkrótce recenzją, czy to filmu, czy książki. Dziś wieczorem zaś...

czwartek, 24 stycznia 2013

"Man with the iron fists, The"

Coby ten mój mały twór zwany blogiem nie zdechł śmiercią naturalną, wrzucam dziś kolejna  recenzję. Tak, zgadliście, niestety znów będzie to recenzja filmu. Spełni dziś ona rolę wypełniacza i tym razem nie ma być dobrze napisana. Po prostu ma być. Na warsztat wezmę filmik, którego trailer widziałem na joemonsterze i to był jedyny powód przez który go w ogóle obejrzałem. Dlaczego? Ponieważ trailer był głupi. Na maksa. Tzn. było dużo krwi, walki, chaosu i żadnego sensu. Całość jest taka sama. Ale to chyba dobrze, bo film miał pełnić funkcję odstresowującą i jako tako ze swego zadania się wywiązał. Ale...
Nawet nie pytajcie gdzie jest czwarta dziewczyna...
Zacznijmy od fabuły. W sumie można by jej nie opisywać, bo znaczenie dla całego filmu przedstawionej historii jest dość marginalne. No dobra, może w skrócie: Jest sobie gang złotych lwów, "wicedyrektorzy" mordują swojego szefa, syn szefa chce się zemścić, do tego wszystkiego gang chce ukraść cesarzowi Chin (tak akcja toczy się w Chinach) złoto. Dlatego też do tego bałaganu włącza się jeszcze agent wynajęty przez cesarza, ochroniaże transportu złota, armia chińska i... kobiety lekkich obyczajów (tak jest,  bo luke przecież nie ogląda filmów bez udziału prostytutek). W samym środku tego rozgardiaszu mamy kowala-afroamerykanina, który uciekł z plantacji niewolników i będzie nas irytował przez niemal cały film.
Efekt zbyt dosłownego zrozumienia powiedzenia: "Miej oczy dookoła głowy"

Teraz może słów kilka o obsadzie. Główny  bohater został zagrany przez RZA, aktoro-rapera znanego z Wu-Tang Clanu. Niestety okazuje się, że jest on zdecydownie lepszym muzykiem niż aktorem. Gra w strasznie drewniany sposób i "obsługuje" może ze dwie miny przez cały film. Nie wnosi do akcji nic ciekawego i spokojnie mogło by go w nim nie być. Odrobinę lepiej spisała się większość aktorów drugoplanowych, choć też bez żadnych większych fajerwerków. Na plus obowiązkowo trzeba wyróżnić Russella Crowe'a, który jako jedyny stworzył postać na którą można było spojrzeć z sympatią. Niczego gorszego jednak, po tak starym wyjadaczu w tej branży nie można się było spodziewać.
Wszyscy kochają Russella. Za chwilę Russell będzie kochał wszystkich...
Przejdźmy jednak do kwintesencji tego dzieła. Film oparty jest głównie na scenach walki i epatowaniu bezsensowną przemocą. Niby nie jest źle, ogląda się to całkiem przyjemnie, ale poziom absurdu jest momentami taki, że nie sposób powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. Mało kiedy w końcu, możemy zobaczyć wyrywanie ręki podczas walki, czy człowieka zmieniającego się w dość ruchliwy pomnik z brązu. Mimo wszystko wartkość akcji pozwala w pewnym stopniu zignorować denną fabułę, sztywne dialogi i kiepską grę aktorską. Niemal zawsze kiedy zaczynamy się nudzić dostajemy kawał dobrej sieczki. 
Załączony obrazek przedstawia 50% ruchów mimicznych do których zdolny jest RZA.

Hmm, trochę psioczyłem na ten film, ale w gruncie rzeczy nawet mi się podobał. Zaznaczyć jednak należy, że niemal ze stu procentową pewnością tego filmu nie pochwali nikt z przyzwoitym IQ. Ja jednak mogę sobie na to pozwolić. Ta pozycja jest świetna jeśli szukacie odrobiny rozrywki, czegoś lekkiego, głupawego, co pozwoli  dość przyjemnie spędzić półtorej godzinki z waszego życia. Oczywiście jeśli nie macie nic lepszego do roboty, albo akurat macie sesję/egzamin, ale nie chce wam sie uczyć ;) Peace!

Moja ocena to 6/10


sobota, 19 stycznia 2013

Cash. Johny Cash

Eh, ciągle cierpię na niedobór czasu. Ostatnio głównym tego powodem stała się sesja. Dlatego też nie publikuję tak często jak zwykłem recenzji filmów. Kedy pojawiła się ostatnia recenzja książki już nawet nie pamiętam. W dodatku odkryłem nowy pożeracz czasu. Jest nim Johny Cash. Nie miałem nigdy styczności z jego muzyką, a teraz bardzo tego żałuję. Warto polecić posłuchanie jego utworów ze względu na charakterystyczny głos piosenkarza, który, mogę to już oficjalnie powiedzieć, uwielbiam. W sumie kokainowy blues to moja jedyna odskocznia od codzienności w ostatnich kilku dniach, więc szczerze polecam. Jednak nie po to powstal ten króciutki wpis. Jeżeli ktoś kiedykolwiek natknął się na kawałki podobne do tego, który wstawiłem, lub zna inne, lepsze w tym country-rockowym klimacie, to ma obowiązek się nimi podzielić. Tak jest, obowiązek, inaczej czeka go kara. Surowa. I sroga.  

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Najlepsze wywiady sportowe jakie pamiętam

Hej, hej, hej, to znowu ja, wasz ulubiony bloger. W związku z ostatnio obejrzanym wywiadem Piotrka Żyły po prostu nie mogłem się powstrzymać od sporządzenia rankingu najlepszych moim zdaniem, polskich wywiadów sportowych jakie kiedykolwiek widziałem/słyszałem. Mam nadzieje, że część z nich poprawi wam odrobinke humory ;)

9. Nie wiem, czy można to kwalifikować jako wywiad, ale na pewno jest to jedna z najlepszych konferencji prasowych w historii. Miłościwie nam już nie panujący Grzegorz Lato w wersji zangielszczonej. 


8. Kolejny as języków obcych, czyli Wojciech Pawłowski w najwyższej formie  

7. Akcent pozytywny, czyli radość w połączeniu z próbą zabójstwa po finale ligi światowej
6. Akcent dramatyczny, czyli po raz kolejny rozrywki dostarczył nam pan prezes Lato. Warto zwrócić uwagę także na reakcję Fabiańskiego - jeśli nie wiecie jak wygląda pogarda, to właśnie tak
5. Świerczewski krytykuje pracę sędziego. Mało kto potrafi to zrobić tak uroczo :)
4. Bez wizualizacji, ale mitrzostwo tekstowe. Pięknie i dosadnie powiedziane. Samokrytyka na najlepszym, światowym poziomie.
3. Samokrytyki ciąg dalszy, czyli najpiękniejszy piłkarz w historii opowiada o treningach i pożeraniu dzieci żywcem. Elokwencja tego pana powala na ziemię ;) Fajny koleś btw.
2. Radek Majdan nieświadomy pobytu na wizji opowiada, że piłka nozna to sport dla prawdziwych mężczyzn :)
1. To faktycznie było bez sensu, czyli mój "namber łan", Wasyl i szatańskie spodenki


Do zamieszczonych filmików nie roszczę sobie absolutnie żadnych praw- tak w razie czego :D
No i to tyle ode mnie :) Jeżeli wam się spodobało, lub znacie podobne wywiady zapraszam do podzielenia się nimi w komentarzach ;)

czwartek, 10 stycznia 2013

"Baytown Outlaws"


Eh, już pięć dni nie wstawiłem żadnego tekstu, a czuje, że należy coś napisać, cokolwiek. Za cholerę nie mam ostatnio czasu. To egzaminy, to jakiś filmik, a do tego przyszło mi do głowy ściągnąć jeszcze Enemy Territory i przypomnieć sobie dawne, strzelankowe czasy. W przerwie między zabijaniem kolejnych tabunów wrogów i nauką o administracji publicznej chciałbym zrobić także coś dla swojego bloga. Dlatego ofiarowuje wam tę oto recenzje, bierzcie i jedzcie z tego… ekhm, czytajcie.

Czego ona dotyczy? Ano tytułowego „Baytown Outlaws”. Film oparty jest na dość nieskomplikowanej fabule. Trzech braci zostaje wynajętych przez   Ewkę Longorię, (jedyną aktorkę, którą ktoś w tej produkcji może skojarzyć), do zabicia Billy’ego Boba Thorntona( jedynego aktora, którego możecie skądś znać). Z ciężkim sercem przyznam, że osobiście nie widziałem filmów z żadną wymienioną postacią (chyba). Oczywiście to nie wszystko, chłopaki muszą zgarnąć także dzieciaka, którego niedobry Billy przetrzymuje. Wszystko idzie zgodnie z planem i film się kończy :). Heh, no dobra, film się nie kończy. Już na samym początku wszystko się pieprzy, a z czasem robi się tylko gorzej. 
"Przecież Ci mówiłem: Jak nie możesz, to już nie jedz" 

Czego się spodziewałem? Otóż film miał być lekką i przyjemną komedią. A nie był. Był za to lekkim i przyjemnym kinem akcji. Czuje się oszukany, ale w sumie nie ma tego złego… Głównymi postaciami są oczywiście trzej bracia. Chłopaki wymiatają. Robią niezłą rozpierduchę od pierwszych do ostatnich minut filmu. Szczególnie podobał mi się koleś grający Lincolna(jeden z braci). Mierzący wg. filmwebu 203cm przyjemniaczek nie odzywający się ani razu przez cały film każdemu przypadnie do gustu. O poziomie aktorstwa niech świadczy fakt, że postać nie odzywająca się wcale, z miejsca stała się moją ulubioną.

Aha, jest też trochę krwi, ale nic czego nie widzielibyśmy u Tarantino. I jest też dużo przekleństw, czyli nic czego nie widzielibyśmy u Tarantino. Postaci są wybitnie pokręcone, czyli nic czego nie widzielibyśmy u (tu wpisz kojarzące Ci się nazwisko).  Właściwie ten film jest podobny do filmów wspomnianego reżysera, tylko historia nie jest aż tak dobra i zgrabnie poprowadzona.
Wesoła rodzinka w komplecie, czyli Mostowiacy w wersji 2.0 
Do sedna. Czy mi się podobało? Nie było najgorzej, ale ostrzeżenie: "Baytown Outlaws" odmóżdża – kompletnie i konkretnie. Z każdą minutą jest coraz głupszy, a ja i tak bawiłem się całkiem nieźle. Przez film przewijają się moto-zdziry, piraci (to trzeba zobaczyć) i Indianie. Pełen repertuar osobowości z których niestety napisy końcowe zobaczy tylko ich niewielki ułamek.
Screen z serii: zboczony bloger, czyli moto-zdziry w pełnej krasie :)

Kino z jednej strony pełne akcji, które z drugiej nieudolnie próbuje śmieszyć. Z jednej strony bardzo ciekawi bohaterowie, a  z drugiej taki sobie poziom aktorstwa. Niby głupi do granic możliwości film, ale da się go obejrzeć bez zgrzytania zębami, a nawet czerpać z tego jakąś tam przyjemność. Komu polecam? Każdemu kto lubi twarde charaktery, dużo akcji i filmy Kłentina. Polecam też każdemu, kto wypił przynajmniej trzy piwa – wtedy spodoba się wszystkim. Nie polecam duszom romantycznym i ckliwym, ale też ludziom nie potrafiącym wyłączyć mózgu na półtorej godziny. Jeśli dostrzegasz w jakimś filmie np. niezgadzający się odgłos wystrzału konkretnej broni, albo jesteś specjalistą od fizyki, nie oglądaj i nie psuj sobie humoru.   Powinienem dać 5/10, bo film jest w gruncie rzeczy średni. Jednak oceny mają być czysto subiektywne, a mi się to cholerstwo nawet podobało. Dlatego…

Moja ocena to 6+/10

Ps. Wiem, że recenzja jest dziwna i inna niż zwykle, ale do tego filmu nie umiałem podejść inaczej :P W dodatku brak czasu sprawił, że jej długość jest jaka jest...

sobota, 5 stycznia 2013

Nie kocham zwierząt.



Ostatnio z czasem u mnie raczej ciężko, więc dziś nie będzie żadnej recenzji. Skoro nie mam o czym pisać napiszę o czymś, co z pewnością dla wielu czytelników będzie tematem kontrowersyjnym. Żeby dłużej nie owijać w bawełnę przejdę do sedna. Dzisiejszym tematem jest „miłość” do zwierząt.


Na samym wstępie powiem, że zwierząt nie kocham. Lubię je i nigdy nie traktowałem ich źle. Jednak fakt wychowywania się na wsi sprawił, że nie żywię do nich żadnych szczególnych uczuć. Dlaczego? Ponieważ zwierzęta z którymi miałem zwykle do czynienia przeznaczone były z góry na sprzedaż (oprócz psa i kota), lub na ubój. Zdarzyło mi się widzieć to kilkakrotnie i nigdy nie czułem jakiegoś ogromnego obrzydzenia (wiem, wiem, jestem okropnym człowiekiem). Mimo wszystko zwierzęta były raczej szanowane i cenione, ale traktowane bardziej jako źródło utrzymania.


Dziś zewsząd na opinie podobne do mojej spływa ogromna krytyka. Jak to?  Zabiłbyś zwierzę?  Przecież ono cierpi, nie zachowujesz się jak człowiek, nie masz serca itd. Większość tych głosów dobywa się z ust hipokrytów, którzy o miłości do zwierząt przestają mówić dopiero w czasie obiadu, kiedy zapychają sobie gęby pysznym schabowym. Oczywiście jest także wielu prawdziwych aktywistów na rzecz „miłości” do zwierząt, którym przynajmniej należy się szacunek za to, że postępują w zgodzie ze swoimi ideałami (w tym weganizm). Czy je pochwalam? Niektóre faktycznie tak, jednak w wielu kwestiach mam zupełnie inne zdanie.


Po pierwsze lubię mięso. Widziałem już każdy etap jego powstawania i nadal je lubię. Nikt mi więc nie zarzuci, że gdybym miał świadomość jak zwierzę cierpi dla mojej przyjemności, to bym go nigdy  nie zjadł. Powiecie więc, że to ja jestem egoistą i nie obchodzą mnie cierpienia innych? Fakt, wobec zwierząt jestem pewnie egoistą. Wobec większości ludzi chyba  także. Pomagam tym których kocham, lub lubię naprawdę, ale nie przeszkadza mi to szanować obcych. I zwierzęta. Nie będę też wciskał wam kitu, który widziałem/słyszałem niejednokrotnie tj. „za tego psa oddałbym/łabym życie”. Nie ma takiej opcji. Lubię swoje życie i gdybym miał wybierać między swoim, a życiem psa/kota raczej nie wahałbym się jaką decyzję podjąć. Fajnie wyglądają takie puste deklaracje, ale naturę ludzką znam już dość dobrze. Te głupie frazesy powstają po to, żebyśmy poczuli się lepszymi ludźmi. Przecież jeśli powiem, że „kocham zwierzęta” wszyscy pomyślą, że jestem zajebiście dobrym człowiekiem. Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek tak powiedzieli muszę was niestety rozczarować: nie jesteście wcale przez to lepszymi ludźmi. Chcielibyście być, ale nie jesteście. Aha, to są w dużej mierze Ci sami ludzie, którzy o oprawcach zwierząt mówią "powinni go zabić", "niech zdycha", "powinni mu zrobić to samo co on temu zwierzęciu". Ja mogę tak mówić, ale tylko dlatego, że nie mam aspiracji do bycia dobrym ;)


Po drugie: Mięso jedzono od niepamiętnych czasów i nie przypominam sobie narodu promującego wyłącznie wartości diety wegetariańskiej. Aha, przypomnę też, że sto/tysiąc lat temu źródłem mięsa też były zwierzęta, nic się nie zmieniło ;). Po prostu obecnie żyje się nam na tyle dostatnio, że część z nas może sobie pozwolić na odpowiednio zbalansowaną dietę bez produktów pochodzenia zwierzęcego i przez to czuje się lepsza. Oczywiście większość tych ludzi robi to tylko po to, żeby móc się z tym faktem obnosić. Przykład: Jeśli siedzimy przy stole pełnym dań wegetariańskich np. sałatek, ale na środku stoi jeden talerzyk z wędliną to zawsze ta osoba musi krzyknąć, że ona tego nie zje, bo nie je mięsa. To samo w komentarzach w Internecie. Skoro nie jesz to dobrze, cieszę się razem z Tobą tym faktem, ale ja nie mam ochoty być poniżany dlatego, że mięso lubię. Dlatego jedzcie swoją trawę, czy co tam macie na swoich talerzach, ale po cichutku, tak jak wszyscy normalni ludzie. Zresztą dobrze wiadomo, że człowiek jest także mięsożercą, nasze organizmy są przystosowane do spożywania mięsa, a to chyba sugeruje, że nie jest to nic niezwykłego.

Po trzecie: nawet obrońcy praw zwierząt to straszni hipokryci. Dlaczego zabicie np. psa jest zbrodnia karaną bardziej niż zabicie szczura? Przecież i jedno i drugie zwierzę odczuwa te same emocje. Sądzę, że i jedno i drugie jest w stanie odczuwać ból w podobny sposób. Jedynym argumentem, zresztą słusznym, jest to, że szczur jest szkodnikiem. Skoro jednak broni się praw zwierząt chyba nie powinno się być tak wybiórczym.     


Po czwarte: Zastanowiliście się kiedyś czym jest miłość? Czy jest to faktycznie uczucie, którym można obdarzyć zwierzę? Jeśli nawet, to wg. mnie tylko w wyjątkowych okolicznościach. Sam mam psa i bardzo go lubię, ale raczej nie kocham. Trudno byłoby mi określić uczucie jakie żywię do zwierzaka, tym samym słowem jakiego używam odnosząc się do moich bliskich. Miłość stała się ostatnio słowem tak spopularyzowanym, że kompletnie straciła swój wyjątkowy charakter. Skoro mogę pokochać psa to czy czymś wyjątkowym staje się powiedzenie swojej dziewczynie, że ją kocham? Chyba nie.


Trochę się rozpisałem, ale chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Aktywiści chcą obdarować zwierzęta wolnością. Wspomniano o tym w książce „Życie Pi”. Yann Martel pisząc o ogrodzie zoologicznym stwierdził, że zwierzęta wcale nie chcą wolności. Jeżeli mają bezpieczne miejsce, regularne dostawy pożywienia i odrobinę miejsca są w stanie stworzyć sobie dom wszędzie. Za przykład podał bodajże niedźwiedzia który uciekł z klatki, by po jakimś czasie wrócić do niej z własnej woli. Paradoksalnie więc, chęć ratowania zwierząt okazuje się ich krzywdzeniem.


Podsumowując: zwierzęta trzeba szanować, ale z niczym nie należy przesadzać. A miłość zostawmy w spokoju. Z wielką przyjemnością oczekiwał będę wszelkich komentarzy zawierających krytykę. Mam nadzieję, że w końcu ktoś się ze mną nie zgodzi, bo ostatnio wszelkie komentarze które zamieszczaliście były strasznie pobłażliwe i zwykle przyznawały mi rację. Zobaczymy jak będzie tym razem :)

środa, 2 stycznia 2013

Eric-Emmanuel Schmitt - „Oskar i Pani Róża”


O pozycji tej słyszałem wiele bardzo pochlebnych opinii. Ze względu na brak czasu postanowiłem po nią sięgnąć. Dlaczego? Ano dlatego, że jest bardzo krótka. Liczne porównania do mojego znienawidzonego „Małego Księcia”, jednak przez dłuższy czas odpychały mnie od tej lektury. Recenzja będzie tym razem trudniejsza, bo okazywanie uczuć nie jest moim najmocniejszym punktem, a właśnie ta pozycja, jak żadna inna, opiera swą siłę na sprawnej manipulacji emocjami czytelnika.


Historia przedstawia nam chłopca, 10-letniego Oskara chorującego na raka. Oskar, ma przed sobą ostatnie dni życia. Jego przewodniczką, osobą, której wsparcie chłopak odczuwa najmocniej jest pani Róża, wolontariuszka w szpitalu i jak sama twierdzi była zapaśniczka. Przez opowiadanie przewijają się także inne postaci np. lekarz, rodzice Oskara, koledzy i koleżanki chłopca, którzy z różnych przyczyn znajdują się w szpitalu. Każda z postaci zmaga się z własnym problemem, każda napotyka w życiu pewne trudności i każda toczy swoją prywatną walkę ze słabościami.


Mimo tematyki, która już na samym początku doprowadzić może niektórych do uronienia łezki sama książka napisana jest w dość zabawny sposób. Narratorem jest Oskar. Chłopiec za namową pani Róży zaczyna pisać listy do Boga. To właśnie one dają nam obraz jego ostatnich dni życia. Mimo choroby nasz bohater nie traci całego optymizmu. Teksty Oskara są często bardzo zabawne, a na przykład przytaczane historie walk zapaśniczych, o których wspomniała pani Róża, potrafią bardzo dobrze rozładować napięcie i doprowadzić do szczerego uśmiechu. Tekst napisany jest lekko, czyta się go z dużą przyjemnością.


Historia miłości Pani Róży i Oskara mimo tego, że czyta się szybko i łatwo wcale taka prosta nie jest. Dostajemy kilkanaście wątków, ogrom życiowych rad, które padają zarówno z ust Oskara jak i jego opiekunki. Trudno dostrzec w tym tekście także posługiwanie się utartymi banałami. Nie dostajemy moralizowania, czy też utartych frazesów. Tekst jest więc w dużym stopniu nowatorski. Zdecydowanie lektura zasługuje na głębsze przemyślenie już po jej przeczytaniu. Ja z recenzją poczekałem dzień, żeby zastanowić się, co tak naprawdę odczuwam w stosunku do tej pozycji.


Teraz czas na wady. Nie będę się tu rozpisywał, ponieważ nie dostrzegłem ich zbyt wiele. Może irytujący był stosunek chłopca do własnych rodziców, może niektórym przeszkadzałby styl i język jakim posługuje się narrator, czy w końcu może część byłaby niezadowolona z tego, że 10-letni Oskar zbyt często poucza dorosłych. Dla mnie nie są to wady istotne, a po przeczytaniu lektury i tak szybko się o nich zapomina.

Książka nie dostanie ode mnie maksymalnej ocen tylko dlatego, że nie jest to mój ulubiony gatunek. Nie przepadam za wzruszaniem się, a ta cholera sprawiła, że przez kilka dobrych chwil po jej zakończeniu nie wiedziałem co ze sobą zrobić. W dodatku jest za krótka, żeby dostać najwyższą ocenę. Trudno też nie dostrzec,  że autor posłużył się dość tanim chwytem. Wprowadził do opowiadania postać chorego dziecka, a jak wiadomo nic tak nie wzrusza ludzi jak tragedia w tak młodym wieku. Mimo to, wszysko zostało zrobione bardzo dobrze i podane w przystępnej formie.


„Mały książę” i „Oskar i Pani Róża” to lektury nie mające porównania. Głównie dlatego, że pierwsza z nich ssie, a druga jest bardzo dobra. Polecam zapoznać się z nią wszystkim, nie tylko miłośnikom opowiadań tego typu.


Moja ocena to 8/10