wtorek, 26 lutego 2013

Palahniuk Chuck - "Opętani"

Niestety moja kreatywność w ostatnich kilku dniach została kilkukrotnie postrzelona, dźgnięta nożem, rozjechana przez samochód ciężarowy, przeżuta i wypluta przez menela z AIDS i  zapewne w momencie gdy pisze te słowa dogorywa sobie w jakimś cichym, ustronnym miejscu. Wszystkich znalazców proszę o kontakt. Zdjęcia nie mam, bo nikt jej nigdy nie widział :) Dlatego też dzisiaj znów pomaltretuje was tym, co dość hucznie nazywam recenzją książki. Wszystkich wrażliwszych czytelników informuję jednocześnie, że nie będą mieli tu czego szukać.

„Uwielbiamy tragedie. Kochamy konflikty. Potrzebujemy diabła, bo w przeciwnym razie sami go stworzymy.”

Powyższy cytat świetnie odzwierciedla treść tej powieści. Planowałem jakoś ładnie opisać to o co w niej chodzi, chciałem być trochę bardziej literacki, ale doszedłem do wniosku, że przecież tych wrażliwszych już odesłałem. Dlatego też powiem w dość prostych (prostackich) słowach: książka opowiada losy garstki nieźle pojebanych ludzi, których marzeniem jest sława i bogactwo. W tym celu zapisują się na warsztaty twórczości literackiej u pana Whittiera, który całe to towarzystwo zamyka w jednym, szczelnym domu i namawia ich do snucia własnych, strasznych opowieści. Jako że wszyscy mają nie pokolei w głowie (włącznie z samym Whittierem) postanawiają sami stworzyć swojego diabła i po uwolnieniu opowiedzieć o cierpieniu jakie spotkało ich w niewoli. Z rozdziału na rozdział zaczyna się robić coraz bardziej krwawo i obrzydliwie. 

„Doświadczamy bólu, nienawiści, miłości, radości i wojen tylko dlatego, że sami ich pragniemy. I chcemy, żeby te dramaty przygotowały nas do egzaminu ze śmierci, do którego pewnego dnia przystąpimy.” 

Jeżeli czytaliście inne moje recenzje to wiecie, że w tym miejscu często wymieniam np. ulubionych bohaterów. Tutaj ich nie będzie. Po prostu nikogo nie da się polubić. Żaden bohater nie wykazuje choćby odrobinki zdrowego rozsądku, ba, chwilami nawet narratora uważałem za lekko oszalałego kolesia. Wszyscy mają nierówno pod sufitem, każdy ma swoje mniejsze bądź większe grzeszki. W dodatku charakteryzuje ich zezwierzęcenie, brak choćby szczypty empatii i co dziwne - wiele cech wynikających z człowieczeństwa. To jest właśnie najstraszniejsze.

Jak zauważyliście więc nie jest to typowy horror. Raczej powieść z elementami makabry (wieloma elementami). Świetnie zarysowana została psychologia postaci. Bardzo fajnym zabiegiem jest też ich odczłowieczenie poprzez nazwanie ich fikcyjnymi przydomkami np. "Święty Bez Kiszki", "Dama Żebraczka", czy też "Agent Kapuś". Ksywki te zwykle wynikają z historii opowiadanych przez poszczególne postaci. A właśnie. Historie. Warto o nich wspomnieć, ponieważ to one budują ponad połowę książki. Każda z postaci ma do opowiedzenia obrzydliwą historyjkę co do której możemy się tylko domyślać, czy wynika ona z doświadczenia narratora, czy też jest to czysta fikcja. Wszystkie przebiegają jednak według podobnego schematu, co pod koniec zaczyna lekko irytować. Kilka z nich okazało się dość przeciętnymi i ratowało się tylko świetnym zakończeniem. Każda z nich charakteryzuje się tym, że ma zakończenie na co najmniej wysokim poziomie.   

„Naprawdę, nic nie jest niewłaściwe. Przynajmniej w naszym przekonaniu. W naszej własnej rzeczywistości. Nigdy nie zamierzacie zrobić nic niewłaściwego. Nigdy nie mówicie nic niewłaściwego. We własnym przekonaniu zawsze macie rację. Wszystkie wasze działania - to, co robicie, co mówicie albo jak chcecie być postrzegani - automatycznie stają się właściwe w chwili, gdy decydujecie się wprowadzić je w życie. Kiedy Pan Whittier podnosi filiżankę, dygocze mu ręka. - Nawet, jeśli powiecie sobie: "Dzisiaj wypiję kawę w niewłaściwy sposób... z brudnego kalosza" - mówi. - Nawet wtedy podejmujecie właściwą decyzję, bo sami postanowiliście wypić kawę z kalosza.”

Ok, mniej więcej wiecie o co chodzi w tej książce. Teraz czas na jej ocenę. To cholerstwo jest złe. Złe do szpiku kości. I nie mówię wcale o tym, że źle się ją czytało (choć faktycznie momentami było ciężko). Po prostu z każdej strony wylawa się ludzkie zło w najczystszej postaci. Zwykle wydawało mi się, że nie jestem zbyt wrażliwym czytelnikiem, ale w momencie czytania muszę pzyznać, że kilkukrotnie miałem ciarki na plecach. Trudno nazwać "Opętanych" arcydziełem, ale jest to niewątpliwie książka z którą warto się zapoznać. Szczególnie jeśli lubisz makabrę.

Moja ocena to: 7/10

Btw. Jakby ktoś nie wiedział Palahniuk to ten od "Fight Clubu". A jakby ktoś nie wiedział co to "Fight Club" to niech się lepiej nie przyznaje :P

piątek, 22 lutego 2013

Serialowo

Witajcie robaczki. Jako że obiecałem nie dręczyć was w tym poście książkami postaram się poopowiadać co tam słychać w moim serialowym świecie. Pierwszą i najważniejszą sprawą jest powrót na antenę serialu "The walking dead", którego jestem ogromnym fanem. Jest to do granic bólu idiotyczna rozrywka, opierająca się o życie pewnej grupki ludzi w świecie pełnym morderczych (bo innych nie ma) zombiaków. Nie wytłumaczę wam dlaczego mi się to podoba, ponieważ nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia. Polecam wam jednak sprawdzić. Na zachętę powiem, że jeśli wam się spodoba, to być może w przyszłości spotkamy się w tym samym psychiatryku.  

Prosimy o uśmiech do zdjęcia. 
Największym mankamentem "The walkin dead" jest oczywiście brak cycków (wszystkie są zgniłe). Dlatego też postanowiłem uzupełnić moją wiedzę w tym arcyciekawym temacie oglądając nowe przygody "Spartacusa". Umówmy się, że nikt nie ogląda tego serialu ze względu na zainteresowanie przedstawionym okresem historycznym. Widzom chodzi o piękne kobiety i dużo, dużo, bardzo dużo krwi. Twórcy w nowej części wyszli nam więc naprzeciw dając kawał dobrej sieczki, przeplatany scenami seksu i wulgarnym językiem. Mieszanka wybuchowa.

Wbrew wszelkim pozorom to jest akurat scena z walką.
Oczywiście trudno byłoby zadowolić się dwoma serialami pełnymi krwistej akcji. Do tego zaszczytnego grona dołącza więc "Banshee" - mniej popularna od poprzedników historia przestępcy udającego policjanta. Bardzo fajna fabuła, świetna akcja i przede wszystkim bardzo ciekawa konstrukcja głównego bohatera. Jest też krew i cycki. Generalnie niezły serial, bardzo dynamiczny i ciekawy. Również serdecznie polecam wszystkim, których wyrzucili kółka różańcowego za to, że nie odmawiali (modlitwy of course).

Spoiler alert: Wygra ten bez broni.
 W celu odstresowania po takim nawale cycków akcji, postanowiłem nadrobić także oglądanie serialu The big bang theory". Kiedyś bardzo zabawnej opowieści o życiu geeków i seksownej sąsiadki Penny. Niestety panowie nie są już zbyt zabawni, a Penny nie jest już tak seksowna (tak twierdzą widzowie na filmwebie, mi się podoba). Mimo wszystko przyjemnie spędza się z bohaterami serialu 20 minut. Dłużej raczej nie dało by się wytrzymać. Szkoda, bo dawniej bawił niesamowicie. Polecam starsze odcinki - nowych nie mam odwagi.

Sheldon i Amy wciąż trzymają jako taki poziom. Tutaj najbardziej "dzika akcja" z ich udziałem.
Póki co oglądam tylko te seriale. Lista jednak jest długa. Nadrobić muszę zaległości z "Supernatural", "Sons of Anarchy", "Dextera", obejrzeć drugi sezon "Twin Peaks" itd. Nie wiem kiedy znajdę czas na naukę. Jak żyć panie premierze, jak żyć?

poniedziałek, 18 lutego 2013

Ken Follett - "Uciekinier"

Ferie się skończyły. W sumie na tym mógłbym zakończyć, ponieważ to jedyna myśl zaprzątająca w tej chwili mój umysł. Mimo wszystko pomęczę was drodzy czytelnicy kolejną recenzją książki. Obiecuję, że w następnym poście znajdzie się już recenzja filmu, albo jakieś inne pierdółki, które ulęgną się w mojej niezbyt bystrej, ale za to wciąż walczącej o szczyptę inteligencji makówce.

Ken Follett, jeden z moich ulubionych autorów, w "Uciekinierze"  postanowił opowiedzieć historię miłości (bleh, nie lubię używać tego słowa) XVIII-wiecznego, szkockiego górnika Macka McAsha do pięknej Lizzie - zamożnej posiadaczki ziemskiej. Co ważniejsze jednak, jest to historia o dążeniu do odzyskania przez niego wolności wbrew wszystkim przeciwnościom. Tło wydarzeń świetnie oddaje sytuację nie tylko mieszkańców Szkocji, ale także Londynu i ówczesnych brytyjskich kolonii na terenie Stanów Zjednoczonych. Dlatego też w powieści co bystrzejsze oko może wychwycić wydarzenia związane np. z rewolucją amerykańską, demonstracją w obronie Johna Wilkesa itp.

Główny bohater jest z pewnością bardzo sympatycznym, cholernie odważnym, ale często też nierozsądnym i porywczym człowiekiem. Mimo to da się go lubić. Małym mankamentem jest to, że autor chciał go wykreować na bohatera idealnego. Mimo kilku głupich decyzji podjętych przez bohatera motywy jego działań są tłumaczone dość dosadnie przez narratora. Nie możemy więc podjąć deczji, czy polubimy bohaterów, ponieważ Ci dzielą się albo na tych kryształowo dobrych, albo na zepsutych do szpiku kości. Wyjątkiem są postacie drugoplanowe co do których autor pozostawił nam już większą swobodę interpretacji. Mimo to kreacje postaci zaliczam na plus ze względu na świetne oddanie zepsucia wśród burżuazji (np. rodzina Jamissonów). Postaci złe wzbudziły u mnie zdecydowanie najwięcej emocji.

Sama akcja toczy się niesamowicie szybko. Irytujące dla niektórych mogą być różne sloty wydarzeń łączące wciąż Macka z Lizzie, ale da się to przeboleć. Dzięki temu akcja może przenosić się nie tylko w różne miejsca, ale także dostajemy wiele bardzo ciekawych wątków pobocznych (zwykle jednak związanych pośrednio z Mackiem lub Lizzie). Książka liczy sobie około 480 stron, ale czyta się błyskawicznie. Świetna konstrukcja, aż trzy miejsca akcji, różne perspektywy postrzegania tych samych działań, świetnie zbudowane tło - niemal same zalety.

W całej książce znalazłem tylko jedną uporczywą wadę. Przewidywalne zakończenie. Mimo dynamiki akcji i różnych bardzo zaskakujących jej splotów od początku domyślamy się jak cała historia zostanie zakończona. Jeśli lubicie powieści obyczajowe, historyczne, czy nawet jakiekolwiek książki sensacyjne stawiające na wartką i szalenie ciekawą akcję - to jest pozycja dla was. Po raz kolejny polecam serdecznie, a...

Moja ocena to 8/10
(głównie dlatego, że jest ciut gorsza od "Upadku gigantów")

czwartek, 14 lutego 2013

Jo Nesbө - "Pancerne serce"

Oto nadchodzi - wyczekiwana recenzja kolejnego kryminału. Po takim wstępie wielu z was już kręci nosami i szuka wybawienia w znaczku znajdującym się w prawym górnym rogu okienka. Ale, ale: wstrzymacie się chwileczkę i przedrzyjcie się do końca, a być może stwierdzicie, że to coś dla was. Kto wie? :)

Przejdźmy jednak do sedna. Skąd ta książka na moim blogu wszyscy trzej/czterej stali czytelnicy powinni wiedzieć. Otóż zostałem do niej (pośrednio, bo bardziej do autora) namówiony przez niejaką "Paulinę", alias "W świecie słów", odbywającą obecnie dożywotni wyrok czytania książek i oglądania dobrych filmów. Winy jej są niezaprzeczalne i nie podlegają najmniejszej dyskusji. Niestety szperając w bibliotecznych zakamarkach w moje niecierpliwe łapy wpadła akurat szósta część serii (szósta z ośmiu) opowiadająca losy komisarza Harry'ego Hole. Mimo jednak nieznajomości poprzednich powieści przedarłem się i przez tą z ogromną przyjemnością. Być może kilka wątków, które tu wystąpiły nie były dla mnie w pełni zrozumiałe, ale nie było ich zbyt dużo. W dodatku zyskałem dodatkową motywację do przeczytania poprzednich części.

O fabule słów kilka. Komisarz Hole to bardzo ekscentryczny i nieprzewidywalny śledczy. Mimo doskonałych wyników w poprzednich sprawach obecnie jego głównym zajęciem  stało się ćpanie i chlanie w  zatęchłych dziurach Hongkongu. Mimo radości jaką obie te czynności przynoszą naszemu bohaterowi okazuje się, że przez różne zbiegi okoliczności i działań osób trzecich Hole musi wrócić do Oslo i rozwiązać sprawę ?podwójnego? morderstwa. Niezbyt ochoczo nasz dzielny Harry rusza do akcji, która poprowadzi go od schroniska w mroźnej Norwegii aż do gorących tropików Kongo.

Fabuła jak na kryminał wydaje się standardowa. Zagadka jest ciekawa, dostajemy kilka wątków pobocznych, dość dużą dynamikę akcji, świetne opisy itd. Przede wszystkim jednak dostajemy najlepszego głównego bohatera w historii kryminałów. Nikt nie przypadł mi do gustu bardziej niż niemal 2 metrowy pijaczyna mający w sobie więcej charakteru niż wszyscy bohaterowie Chattama razem wzięci. Mimo wszystkich jego wad i niedoskonałości, nie sposób  nie czuć do tego faceta sympatii. W dodatku rozwiązuję on zagadkę, która jest wystarczająco nieprzewidywalna, żeby czytelnik nie rozwiązał jej sam w połowie powieści.

Nie ukrywam, że odrobinę zawiódł mnie sam początek, który wydawał się dość nużący. Od książki nie mogłem się oderwać dopiero gdy przebrnąłem przez pierwsze sto stron. Widocznie tyle czasu potrzebowałem na to, aby zżyć się z bohaterem. Faktem jest także, że nieco zawyżyłem wymagania co do tej opowieści, traktując ją z góry jak "biblię kryminału". Niejako wpływ na to miała opinia przedstawionego w akapicie drugim złoczyńcy. Dostałem jednak  niemal wszystko czego się spodziewałem. 

Nie pozostaje mi nic innego jak tylko przekazać dalej w świat dobrą nowinę. Czytajcie Nesbө, a raczej się nie zawiedziecie. Od siebie polecam serdecznie, a...

Moja ocena to 8/10

poniedziałek, 11 lutego 2013

Harlan Coben - "Niewinny"

Pomęczę was po raz kolejny recenzją książki. Jeśli macie już dość i moje teksty dotyczące literatury zaczynają was nużyć, to mam dla was bardzo przyjemną niespodziankę: ta recenzja nie będzie ostatnim opisywanym w najbliższym czasie kryminałem. Mało tego: w najbliższym tygodniu raczej nie pojawi się na tym blogu żaden tekst dotyczący czegoś innego niż przeczytane książki. Nie przejmujcie się jednak. Za około dwa tygodnie postaram się znów nieco urozmaicić prezentowane treści. 

Nie wybiegajmy jednak zbytnio w przyszłość. Dziś na ruszt trafi ponoć najlepsza książka Cobena (wg. tego co mówi okładka), którego nota bene  uwielbiam już od pierwszej przeczytanej książki z Myronem Bolitarem w roli głównej. Czy zatem "Niewinny" spełnił pokładane w nim nadzieje?

 „Loren spojrzała na ukrzyżowanego Chrystusa na ścianie, wiszącego nad matką przełożoną. Przypomniała sobie stary kawał, który słyszała, kiedy zaczęła chodzić do tej szkoły. Chłopiec dostaje z matematyki same dwóje i jedynki, więc rodzice posyłają go do katolickiej szkoły. Kiedy otrzymują jego pierwszy wykaz ocen, ze zdumieniem widzą, że syn ma same piątki. Pytają go, jak to możliwe, na co on mówi: "No cóż, kiedy wszedłem do kaplicy i zobaczyłem tego faceta przybitego do plusa, wiedziałem, że nie żartują".”

Klasycznie na sam początek przydałoby się małe streszczenie fabuły. Żeby zbytnio nie spoilerować mogę wam powiedzieć tylko, że główną postacią będzie Matt Hunter, któremu kiedyś niechcący zabiło się człowieka. Ale to dobry chłopak. Trochę wkurzający, ale ponoć dobry. Jest klasycznym niby-głównym bohaterem. Tzn. niby jest, ale co najmniej kilka postaci prezentuje się od niego o wiele ciekawiej. Po bodajże 4 latach odsiadki Matt wychodzi z więzienia i, o dziwo, wszystko zaczyna się układać - poznaje Olivię, biorą ślub, Matt znajduje pracę, słowem - sielanka. Wszystko pieprzy się w momencie gdy Hunter otrzymuje filmik z jego żoną i jakimś nieznanym facetem w roli głównej. Można śmiało rzec, że ten kilkusekundowy wycinek niskobudżetowej kinematografii nie przypada naszemu bohaterowi do gustu. W dodatku policja oskarża Matta o zabójstwo zakonnicy z implantami piersi. Jaki to wszystko ma związek? Sami musicie się przekonać.

Jak widzicie fabuła jest strasznie zagmatwana. Jednocześnie jest to najlepszy element tej książki. Wiele wątków, fałszywych tropów, bohaterów, kilka zabójstw, a wszystko to prowadzi do świetnego i nieprzewidywalnego zakończenia. Cały Coben. Jeśli lubicie zagadki to będzie dla was świetna pozycja. W dodatku napisana jest lekkim i przyjemnym językiem. Przez książkę przedzieramy się błyskawicznie. Jeśli uważacie, że to nie wystarczy wspomnę jeszcze o całkiem fajnym sposobie narracji, dzięki któremu akcje obserwujemy także z perspektywy innych bohaterów. 

 „Zło podąża za niektórymi ludźmi. Przyczepia się do nich i nigdy ich nie opuszcza.

To co jest całkiem dużą zaletą (mnogość bohaterów i ich spojrzeń na sytuację) okazuje się katastrofą dla głównego bohatera. Koleś który 4 lata spędził w więzieniu kilka razy wspomina o tym, że jest groźnym facetem, a uwidoczniło się to tylko w momencie, kiedy raz dostał niezły wycisk i wylądował w szpitalu. Poza tym nie zrobił nic co zasługiwałoby na moją uwagę. Niby przewijał się ciągle motyw słuszności jego skazania, ale nie był zbyt interesujący. Pierwszy raz spotkałem się z tym, że bardziej polubiłem Olivię - żonę Matta, czyli postać reprezentowaną przez płeć piękną. Każdy skrawek fabuły z nią związany wydawał mi się o wiele ciekawszy. 

Sama powieść nie jest zbyt obszerna (412 stron), ale godna polecenia miłośnikom kryminałów. Nie doświadczycie brutalnych zbrodni, którymi ostatnio lubią szokować inni autorzy, ale w zamian za to otrzymacie mistrzowską zagadkę wraz ze świetnym zakończeniem, których nie znajdziecie nigdzie indziej. Według mnie lepsze książki Cobena to właśnie te z Myronem w roli głównej, jednak nawet "Niewinnemu" ciężko jest cokolwiek zarzucić. Według mnie to bardzo dobra i przyjemna lektura godna polecenia.

Moja ocena to 7/10     

Cytaty zaczerpnięte z lubimyczytac.pl Swoją drogą to fascynujące, że mały druczek nikogo nie obchodzi. Mogę tutaj napisać wszystko co mi przyjdzie do głowy, a i tak wszyscy będą to mieli w dupie :D Mały druczek rulez, następnym razem cała recka będzie w takim formacie :P           

piątek, 8 lutego 2013

Alex Kava - "Granice szaleństwa"

Po niezwykle pasjonującej lekturze jaka niewątpliwie okazało się "To" Kinga, postanowiłem sięgnąć po coś mniejszego i "szybszego". Dość ciekawym eksperymentem wydało mi się liźnięcie twórczości Alex Kavy. Nazwisko tej autorki tłukło mi się po głowie za każdym razem gdy pojawiałem się w bibliotece. Tym razem skusiłem się na "Granice Szaleństwa", głównie wierząc zachęcającemu znaczkowi znajdującemu się na okładce, który głosił, że ta pozycja jest tzw. "światowym bestsellerem". 

Historia raczej nie jest zbyt zaskakująca. mamy tu do czynienia z typowym thrillerem/kryminałem. Policjantka Maggie O'Dell stara się wyjaśnić tajemnicze zaginięcie Joan Begley. Wkrótce okazuje się, że sprawa ta łączy się ze zwłokami, które odkryto w pobliskim kamieniołomie(zwłokami w liczbie mnogiej). Kto porwał Joan, czym kieruje się morderca i czy uda się go schwytać? To jedyne pytania jakie możemy sobie postawić w czasie czytania tej krótkiej 320-stronnej pozycji.

Zacznijmy od zalet. Alex Kava ma niewątpliwie świetny i lekki styl pisania. Książkę czytało mi się tak świetnie, że skończyłem ją za jednym podejściem, niemal nie odrywając się od lektury. Niewątpliwie przyczynił się do tego także jej niewielki rozmiar, mimo to warto autorce pogratulować. Kolejną zaletą jest to, że mimo prowadzenia tylko jednego wątku (praktycznie brak, lub nieistotne wątki poboczne) czułem się zaciekawiony do samego końca. Moim ulubionym bohaterem dość zaskakująco okazała się postać Luca Racine - staruszka z początkami Alzheimera, który w ostatnim czasie był jedyną postacią literacką w tzw. sile wieku, która naprawdę mi się spodobała.

Skoro już wiecie, że ocena będzie co najmniej przyzwoita przejdźmy do wad. Cholernie wkurzyło mnie to, że domyśliłem się kto jest mordercą już podczas pierwszego spotkania pomiędzy nim a agentką O'Dell. Chociaż miałem przez chwilę wątpliwości wciąż kołatało mi się w głowie, że to chyba ta osoba. I niestety nie pomyliłem się. Według mnie nie świadczy to o kryminale najlepiej, ponieważ wolę zaskakujące zakończenia.Trochę szkoda także, że książka jest taka krótka - chętnie spędziłbym z nią jeszcze kilka godzin. Do tego Maggie trafia na listę bohaterek powieści za którymi nie będę szczególnie przepadał. Wydawała mi się za mało wyrazista, schematyczna i dość przeciętna.

Mimo wszystko lekturę zaliczam zdecydowanie na plus. Akcja toczy się wartko, jest bardzo ciekawie, czyta się leciutko i zdecydowanie można się przy niej nieźle bawić. Jest to świetna pozycja jeśli rozpoczynacie swoją przygodę z kryminałami. Jeżeli jednak mieliście w ręku już kilka pozycji z tego gatunku, ocenicie ją zaledwie jako pozycję dobrą z tendencją zwyżkową. Myślę, że z przyjemnością zapoznam się w przyszłości z innymi książkami Alex. 

Moja ocena to: 7/10
 

środa, 6 lutego 2013

Stephen King - "To"

Nie sposób dokładnie zrecenzować książkę liczącą 1100 stron. Siłą rzeczy o kilku wadach już zapomniałem, kilka z nich wydaje się teraz być mało istotnymi, a wiele wątków i postaci z opowieścią związanych powoli tonie w mgle zapomnienia. Jak widzicie dzieło to należy do czytelniczych wielorybów, pytanie więc: czy warto poświęcić na jego ukończenie 5/6 dni?

 Zacznijmy od małego fabularnego skrótu, czy może nawet skróciątka. W miasteczku Derry (oczywiście w stanie Maine) dochodzi do serii tajemniczych morderstw. Problemem jest to, że sprawca widziany jest tylko przez grupkę dzieci i przez tych którym sam chce się pokazać. Tajemnicze To grasuje po mieście pod najróżniejszymi formami żywiąc się strachem innych i zbierając swe krwawe żniwo. Dzieciom udaje się je powstrzymać, ale koszmar się nie kończy. Po 27 latach rozpoczyna się kolejny cykl i Derry znów tonie we krwi...

"Obie ręce oparłszy o poręcz drewnianą, rzekł z uporem, że ducha zobaczył dziś rano"

Konstrukcja książki jest świetna. Dawno nie widziałem tak dobrze i sprawnie działającego schematu. Mianowicie akcję budują momenty z przeszłości przeplatane z teraźniejszością. W miarę postępów fabuły dzieje się tak coraz częściej. Mimo to wszystko jest przejrzyste i czytelne, a takie przeskoki sprawiają, że czytelnikowi nie pozostaje nawet moment na nudę. Można także śmiało stwierdzić, że biorąc tę książkę do ręki zapoznajemy się nie z jedną, ale aż z sześcioma/siedmioma świetnymi historiami, dotyczącymi życia każdego z dzieci osobno. Wszystkie one zostają połączone w kulminacyjnym punkcie (choć można by również rzec, że w kilku kulminacyjnych punktach). Sama akcja toczy się wartko, niejednokrotnie mrożąc krew w żyłach i nie pozwalając oderwać się od lektury.

Bohaterowie są bardzo wyraziści. Osobiście polubiłem grubaska (czy to słowo jest nadal poprawne politycznie?) Bena - cichego i spokojnego chłopaka, w którym jak się okazało tkwiła wielka siła i waleczność. Wszystkich z grupki "dobrych" darzyłem jednak dużą sympatią. Oczywiście, King jak to King, genialnie wykreował też złe charaktery i ich psychikę. Tom, Henry, Belch, Criss, Patrick - wszyscy są na swój sposób źli i do wszystkich czujemy niechęć: z takiego, czy innego powodu.        

"Na desce nie można być ostrożnym"

Według mnie autor tą powieścią udowodnił swój kunszt i mistrzostwo. Mimo rozmiarów nie zanudził czytelnika, stworzył świetny nastrój i w swoim stylu dopisał do tego przeciętne zakończenie.

Oczywiście w treści tego dzieła możemy dopatrywać się różnych ukrytych banalnych stwierdzeń/wniosków (np. "zło tkwi w każdym z nas" itd.), ale ja nie zamierzam tego robić. Zbyt dobrze się bawiłem, by zmienić książkę dostarczającą mnóstwa rozrywki w dzieło pseudofilozoficzne. 

 "Któż to tupta tupiąc po moim mostku?"

Ze względu na zakończenie, które niezbyt mi się podobało (mało klarowne i nie wyjaśniające wszystkich nurtujących mnie kwestii)...
Moja ocena to jedynie: 8/10  

sobota, 2 lutego 2013

"Od zmierzchu do świtu"


W związku z nadrabianiem filmowych zaległości postanowiłem wczoraj wieczorem odświeżyć sobie także twórczość Tarantino. A właściwie Roberta Rodrigueza. Hmm, właściwie to Tarantino i Rodrigueza.  Pierwszy z nich łapę przyłożył do scenariusza, drugi zaś zajął się reżyserią. Co mogło powstać z połączonych sił dwóch najbardziej pokręconych ludzi na świecie? Ni mniej ni więcej tylko właśnie „Od zmierzchu do świtu”.  

Fabuła jest prosta. Przypomina klasyczny horror, budowę cepa i umysł przeciętnego faceta. Mamy dwójkę braci-przestępców porywających pastora z dwójką dzieci(wiem, same dwójki, ale ocena będzie wyższa). Zaraz, zaraz: przecież to Tarantino –powiecie  -  to nie może być takie proste/normalne (niepotrzebne skreślić). No i nie jest. Wesoła gromadka kontynuując swą podróż trafia do wampirzego baru (ewentualnie baru pełnego wampirów) i w celu zachowania funkcji witalnych swoich organizmów rozpieprza go w drobny mak. Tyle w skrócie. A nie, sory. To już całość fabuły, nic tam więcej nie ma.

Obsada jest doprawdy gwiazdorska. Główną rolę (jeżeli można taką wskazać) gra George Clooney, za którym osobiście nigdy nie przepadałem. W tym filmie jednak zaprezentował się bardzo fajnie. Poza tym zobaczymy samego Quentina, Harvey Keitela, Salmę Hayek, Cheecha Marina, Dannego Trejo i innych, których już raczej nie skojarzycie. Niektórzy zagrali dłużej, inni krócej, ale wszyscy spisali się bardzo dobrze. Być może wynika to z tego, że w parodiach zwyczajnie gra się łatwiej. Właśnie, doszliśmy wreszcie do punktu kluczowego…
Wiem, że nie uwierzycie, ale jestem w stanie obejrzeć też film bez cycków. Tym razem na szczęście nie musiałem :P

Nie sugerujcie się opisami głoszącymi, że jest to horror, ani nawet, że jest to film akcji (choć faktycznie akcji w nim nie brakuje). Ten kawałek kina miesza wszystkie gatunki ze sobą, mieli je na papkę, dodaje kilka cycków i to właśnie serwuje widzowi. Że źle powiecie? Nie wiem jakim cudem, ale wcale nie. Według mnie jest to zwykła parodia, tyle że stworzona dla dużych dzieci (trudno ukryć, że szczególnie chłopców). Ratuje się jednak dużą ilością humoru, ciekawymi efektami, dobrym aktorstwem, wpadającą w ucho muzyką i krwawą akcją.

Jak na tak leciwy film (1996) wciąż dostarcza całkiem dużej dawki rozrywki. Wystarczy wyłączyć myślenie i cieszyć się głupotkami urojonymi w głowach Rodrigueza i Tarantino. Jeśli nie potraficie, polecam trawić ten film z alko. Tequila wydaje się być doskonałym dodatkiem do tego hmmm, dzieła?     
Danny Trejo wreszcie pokazuje swoje bardziej ludzkie oblicze...

Szczerze mówiąc niewiele myślałem o tym filmie już po jego obejrzeniu, bo nawet nie było nad czym. Myślę jednak, że jest to na tyle charakterystyczny twór, że nawet za rok/dwa będę kojarzył co tam się działo. Według mnie to porządny kawał kina, z pewnością nie oscarowy, ale genialny na odmóżdżenie, a nawet poprawę humoru. Dlatego….

Moja ocena to 7/10
Po raz pierwszy screen po recenzji, ze wzgledu na to, że byście się dziewczyny rozproszyły i nie czytały uważnie :) Georgi specjalnie dla was. Delektujcie się :P