środa, 27 marca 2013

Polska - San Marino czyli bitwa na Narodowym

26.03.2013* - Dzień który przejdzie do historii piłki nożnej. Reprezentacja Polski rozbiła świetnie dysponowany zespół z San Marino aż 5:0. Nasi dzielni chłopcy, nawiązując do rycerskiego etosu, walczyli z pełnym poświęceniem, gryźli murawę i niemalże kładli swe życie na szali, w szaleńczych szarżach pod bramkę rywali. Ryzykowali połamaniem nóg, rąk, i wszelkich innych części ciała, ażeby słowo "Polska" znów rozbrzmiało dumnie na całym świecie. Kto nie oglądał ten niech żałuje. Oto krótkie podsumowanie przygotowane specjalnie dla was.

1`- Nasi dzielni wojownicy wybiegają na murawę. Zachęceni hymnem i śpiewami kibiców niosącymi się po całej Warszawie rozpoczynają jedno z najtrudniejszych spotkań w historii piłki nożnej.
11` - Dzielna armia naszych bojowników o punkty eliminacyjne wciąż naciera. Księgowy Aldo Simoncini dokonuje jednak w bramce naszych rywali cudów. Wybija piłkę, albo łapie, znów wybija i znów łapie. Lewandowski ma piłkę przy nodze, ale polska gościnność nie pozwala mu tak wcześnie pogrążyć naszych przeciwników. Oddaje futbolówkę na bok - to zagranie powinno zostać przez niego opatentowane, co udowodni niejednokrotnie w dalszej części meczu.
18` - 10 rzut rożny dla Polski. Każdy bity inaczej (Piechniczek lubi to). Panowie z San Marino chcą wyręczyć bramkarza i zagrywają piłkę ręką. Polacy protestują i podejmują próbę złożenia zażalenia u arbitra. Rzut okiem na trybuny mówi im, że domaganie się rzutu karnego w meczu z San Marino nie zostanie odebrane najlepiej.
20` - Polski Robben - Adrian Mierzejewski uderza. Piłka trafia obrońcę San Marino (robiącego akurat pajacyki) prosto w rękę. Tym razem sędzia mimo najszczerszych chęci musiał to gwizdnąć. Lewandowski podchodzi do karnego i pod wielką presją, a także z małymi kłopotami umieszcze piłkę w bramce. Przełamanie naszego snajpera po 903 minutach bez bramki. Świat się wali, trzej królowej niosą dary, a Robert pędzi podekscytowany przez boisko. In your face niewierni.
26` - Świetne przygotowanie taktyczne Polaków jest widoczne gołym okiem. Przetrzymują piłkę na swojej połowie, by nie dopuścić rywali pełnych furii i złości do niebezpiecznych ataków. Mimo gwizdów na trybunach spotkanie jest tylko pozornie nudne zieeeew, tak naprawdę reprezentacja udowadnia, że o żadnych brakach w wyszkoleniu technicznym nie może być mowy. Później tracimy piłkę po prostym błędzie...
28` - Piszczek strzela bramkę. Nie ma sensu komentować, bo to była faktycznie niezła akcja. Pracownik banku i piłkarz czwartoligowego klubu z Włoch tym rzem bez szans.
45` - Trwa polska tiki-taka. Raz udaje się Sanmarińczykom opuścić swoją połowę, ale zapominają, że dobrze by było mieć przy tym piłkę. Poza tym mamy róg za rogiem rogiem poganiany. Stałe fragmenty gry okazują się jednak efektywne jak praca chłopa w PGRze.
46` - Rozmowa w szatni. Fornalik mobilizuje nasze orły do boju i przy okazji pyta czy ktoś widział na boisku Milika?
50` - Pajacyków ciąg dalszy - znów strzał - tym razem Wawrzyniaka, znów w rękę trafiony przeciwnik i znów karny wykonany przez Lewandowskiego. Robert strzela dziś jak natchniony. Ktoś mógł mu jednak powiedzieć, że dozwolone jest też uderzanie z akcji, a nie tylko ze stałych fragmentów gry. Fornalik to świetny manager - myślę, że wkrótce wytłumaczy to Lewemu.
53` - Rozpędzony Milik dostał świetną piłkę. Niestety to było dla niego tak zaskakujące, że bardzo się przestraszył. Dlatego wolał jej nie dotykać... Póki co ta taktyka skutkowała. Oby tak dalej Arek.
61` - Zmieniony za doskonale grającego Milika (dlaczego Fornaliku, dlaczego?:( ) Łukasz Teodorczyk z miejsca pakuje piłkę do bramki. O dziwo do bramki rywali. Brawo Łukasz. Teraz czas na magię. Teodorczyk znika do samego końca spotkania.
89` - Troszkę technicznej gry Polaków zieeeew. Komentatorzy musieli wypić niezłą kawę, bo jeszcze czasem coś tam mówią. Niewiele i z niechęcią, ale dobre i to...
90` - San Marino wychodzi z kontrą. Jakiś gość wybiega sam na sam z Borubarem. Ten nie daje się jednak pokonać i przewala się swoim niemalże 100 kilowym cielskiem na rywala. Sanmarińczyk nie jest zadowolony z tego faktu. Komentatorzy zaczynają krzyczeć, kibice otwierają jedno oko.
91` - Wow, Kosecki jest na boisku. Dobrze wiedzieć. I strzela - 5:0 dla Polski. Biaaaaało - Czeeerwoni (zieeeeew) 

*koniec ironii

Ok, podsumowanie za nami. Teraz tylko mała dygresja i możecie iść spokojnie spać. Nie chciałem pisać tego tekstu ponieważ kibicowanie w tym meczu, to taka sama przyjemność, jak oglądanie walki MMA zawodowego zawodnika z kolesiem bez rąk. Mimo wszystko wielki szacunek dla San Marino. Kraj liczący tyle osób co pojemność Stadionu Narodowego, raczej nie spodziewa się wielkich sukcesów, a radość z gry widać w ich każdym błędzie zagraniu. Z drugiej strony ja po naszych zawodnikach też niczego już się nie spodziewam. Proszę - niech naszym sportem narodowym zostanie siatkówka. Albo skoki, albo chociażby plucie na odległość, ale niech nikt mnie już nie zmusza do oglądania tego cyrku...


poniedziałek, 25 marca 2013

Arthur Conan Doyle - "Zagadki Sherlocka Holmesa"

W związku ze szczęśliwym zbiegiem okoliczności związanym ze starym śledziem, butelką wódki i panem Mietkiem* mam zaszczyt przedstawić wam tę oto recenzję w niecodziennej formie. Nie wiecie o co chodzi? Wydedukujcie :P


- Witam wszystkich czytaczy bardzo serdecznie. Niestety Sherlock nie mógł być tu dziś z nami. Jednakże aby zaspokoić naszych czytelników zadamy kilka pytań doktorowi Watsonowi - autorowi zbioru opowiadań pod tytułem: "Zagadki Sherlocka Holmesa", a także przepytamy gospodynię tego wybitnego śledczego - panią Hudson. 

- Halo, pani Hudson, gdzie pani ucieka? Prosimy do nas. 
- Good morning sir.
- Nie good moning, nie good mornig, bo nasi czytelnicy nie szprechen inglisz. Pani mówi po polsku jak człowiek, a nie się wygłupia.
- Oh,  sorry. To znaczy przepraszam. Taki nawyk.
- Chcielibyśmy zadać kilka pytań dotyczących pani lokatora, detektywa Sherlocka Holmesa.
- A mogę wiedzieć z jakiej pan gazety. Nie z TVN-u chociaż?
-Oczywiście, że nie. Jesteśmy magazynem wydawanym przez Polskie Towarzystwo Przyjaciół Chrząszczy Jelonkowatych.
- Proszę zatem pytać. Odpowiem z przyjemnością. 
- Czy pan Sherlock często miewa gości?
- O kochany panie, przez jego pokój ciągle przewija się pan Watson. Gdyby tylko on to pół biedy. Ale nie - za dużo spokoju by miała stara kobiecina. Łażą tu panie jakieś biznesmeny, szlachice i polityki jeb ich twoju mać (nie publikowć - wulgaryzmy). Takiej zbieraniny co do pana Sherlocka przyłazi to żeś pan nawet w cyrku nie widział.
- Dobrze, a czy często bywa pani w pokoju detektywa? Może go pani opisać?
- Aj panie burdel (zmienić na dom publiczny) u niego w pokoju zawsze. To fajka na stole, to manekiny przy oknie, nie wiem nawet czy on jakiego narkotyku nie gotuje bo stół ma taki - z wazonami co się dymią. W dodatku w ścianę z pistoletu strzyla aż w uszach dudni. No diabeł nie człowiek. Ale co ja mogę panie? Ja stara, umowę podpisała, a on płaci. To niech se tam i strzela chłopina aby nie we mnie.
- A czy może nam pani powiedzieć, poza wspomnianymi kwestiami, czy z jego zamieszkiwaniem w tym pokoju wiązały się też jakieś inne nieprzyjemności?
- To długo byłoby wyliczać. Kilka lat temu pamiętam jak jakieś zbiry w domu ognisko rozpaliły. Jakżeśmy dostali już z ubezpieczenie to wszystko na glanc wyremontowane było. A za parę dni jakiś bandyta w okno kapiszonem strzelił. Duży musiał mieć panie pistolet, bo dziursko jeszcze jak pięść w ścianie została.
- Dziękuję pani za wywiad, ale szybko muszę uciekać, bo widzę, że tam chyba pan Watson wychodzi z pokoju. Panie Watsonie, panie Watsonie, można na słówko?
- Tak, bardzo proszę. Niech pan mówi. Czy coś się stało?
- Nie, wszystko w porządku, chciłem pana jedynie zapytać jakie jest pana nastawienie do książki o przygodach Sherlocka wydanej w ostatnim czasie?
- To bardzo ciekawa kwestia. Jak pan wie bardzo kocham (zmienić na szanuję) Sherlocka. Dlatego zaczynam myśleć, że zbyt mocno go wyidealizowałem. 
- A może słówko o kompozycji i stylu?
- Wie pan, jestem tylko doktorem, nie pisarzem. Zdałem relację jak najdokładniej potrafiłem. Zrobiłem to prostym językiem, chociaż niektóre zagadki były zagmatwane tak, że nawet to nie pomagało. Sama książka liczy sobie dwanaście historii zbudowanych na podstawie podobnego schematu. Mimo to zagadki są ciekawe, choć mistrzowie dedukcji powiedzą, że czasem zbyt przewidywalne.
- Proszę nam jeszcze tylko powiedzieć co uważa pan za największą wadę swojej książki?
- Wydaję mi się, że ludzie ją trochę przecenili. W dodatku w jednym z opowiadań wyraźnie widać, że mam problem ze swoją osobowością. Raz piszę ze swojej perspektywy, by później przeistoczyć się w narratora wszechwiedzącego. Poza tym wydaje mi sie, że jest to całkiem ciekawa, jak na swoje czasy nowatorska praca. Po tylu latach patrzę już na nią jednak tylko jak na dobrą rzemieślniczą robotę. 
- Dziękuję serdecznie za wywiad. Czy wie pan gdzie możemy znaleźć detektywa Holmesa? 
- Powinien go pan już spotkać. Był na dole przebrany za gospodynię...

To tyle jeśli chodzi o relację z Baker Street. Zapraszmy już jutro na relację z meczu polskich piłkarzy z reprezentacją Nibylandii, którą poprowadzi nasz reporter - Pierre Dole Néwy Gramy.

Moja ocena na dziś to 6/10

* Recka dziś ukazuje się w tej formie, gdyż moi agenci zdołali przechwycić pana Mietka gdy opuszczał Londyn. Jest to surowy zapis jego obserwacji, a nie gotowy artykuł w czasopismie. Enjoy. 

sobota, 23 marca 2013

Chris Carter - "Krucyfiks"

Bałem się recenzować tę książkę. Cholernie się bałem. Co jeśli mi się nie spodoba? Czy zostanę wyklęty wśród blogerskiej społeczności? Czy nadal będę mógł nazywać siebie "człowiekiem" z czystym sumieniem? Te i inne idiotyczne farmazony sprawiły, że miałem ogromną ochotę zaleźć setki wad w tej krótkiej książce i na przekór innym napisać mega krytyczną recenzję. Ale się nie da, no zwyczajnie się nie da.

O czym jest opisywana pozycja? Zaczyna się jak "Piła", dalsza akcja toczy się już jednak w bardziej klasyczny i sprawdzony w kryminałach sposób. Mamy dwóch sympatycznych detektywów (obaj cholernie bystrzy) i jednego mordercę, którego tożsamości nie poznamy aż do finału . Będzie brutalnie, będzie krew, flaczki i wszelkie inne obrzydlistwo. Aha, będą też panie lekkich obyczajów - w razie gdyby ktoś się wahał, powinno to przeważyć szalę ;)

Słówko o kompozycji. Rozdziałów jest mnóstwo. Podoba mi się ten trend do siekania książki na mniejsze kawałki - zawsze mogę się oderwać, zrobić sobie kanapki, czy herbatkę i po chwili z czystym sumieniem wrócić do czytania. W dodatku taka budowa przyspiesza zapoznawanie się z książką. Syndrom "jeszcze tylko jeden rozdzialik" jak najbardziej występuje.

Akcja jest bardzo dynamiczna - bez niepotrzebnego pieprzenia i wstawek w których autor rozwodziłby się nad kondycją dzisiejszego społeczeństwa. Opisy zbrodni są bardzo dobre, wstawki dotyczące kryminologii i psychologii interesujące, a sprawozdania dotyczące przeszłości naszych bohaterów krótkie, treściwe i bez niepotrzebnych elementów. Jest dobrze.

Wady? Hmm, trzeba by się chwilkę zastanowić. Wkurzające z pewnością okazało się niewyjaśnienie kliku kwestii. Np. nie dowiedziałem się ostatecznie gdzie morderca popełniał wszystkie zbrodnie. Wiem, że to mało istotne, ale takie szczególiki zawsze rzucają mi się w oczy. Kolejną wadą jest to, że "Krucyfiks" jest zdecydowanie za krótki. Z bohaterami spokojnie mógłbym spędzić nawet 800 stron (otrzymujemy tylko 420), jeśli tylko Carter zdołałby utrzymać taki sam styl i dynamikę pisania. Niestety nie było mi to dane, bo książkę pochłania się w max 2 wieczory. Nie sposób się od niej oderwać :)

Jeśli lubicie krwiste opowieści z dreszczykiem i nieprzewidywalnym zakończeniem jest to z pewnościa pozycja przeznaczona dla was. Jednak jeśli macie bardzo bujną wyobraźnie, a widok krwi jest czymś co was odrzuca - odpuście sobie Cartera. To nie jest bajeczka dle grzecznych dzieci. I obyśmy mieli więcej takich literackich debiutów.

Moja ocena to 8/10 

Ps. Dziękuję binoli i skrzatowi za polecenie mi tej lektury. Było warto.

piątek, 22 marca 2013

Ryszard Kapuściński - "Imperium"

Czy jest wśród was ktokolwiek, kto nie zetknąłby się z panem Kapuścińskim choć raz? Do niedawna ja miałem nieszczęście być taką osobą. Zainteresowany reportażami recenzowanymi przez innych blogerów w ostatnim czasie, postanowiłem sięgnąć po książkę najlepszego polskiego sprawozdawcy i jak się okazało mistrza słowa pisanego. 

"Imperium" jest relacją z podróży pana Kapuścińskiego po Rosji, a także jej byłych republikach. Z autorem zwiedzimy Kreml, Azję środkową, Gruzję, mroźną Kołymę, Workutę i żyzne ziemie Ukrainy. A to tylko część atrakcji. Każde odwiedzone miejsce ma swoją historię, opowieść do przekazania podróżnikowi. Powiedziałbym nawet, że książka ta pokazuję duszę każdego opisywanego miejsca.  

Kapuściński posługuje się niezwykle prostym, a jednocześnie barwnym i niemalże artystycznym językiem. Czytanie jego sprawozdań to ogromna przyjemność. Niezwykłe jest to, że nawet w najprostszych historiach zdołał on przedstawić nam mentalność narodu rosyjskiego, czy też innych narodów zamieszkujących ziemie imperium.

Piekny jest także fakt, że każda opowieść wydaje się mieć jakiś cel. Nie ma tu absolutnie żadnego niepotrzebnego elementu. Wszystko współgra ze sobą dając nam wspaniały obraz Rosji po obaleniu ustroju komunistycznego. Wraz z Kapuścińskim śledzimy historię tych ziem i wpływ jaki miała ona na ludzką mentalność i postrzeganie świata. Poznajemy pozornie absurdalne dla człowieka zachodu reguły, którymi rządzi się opisywny obszar. Do tego z kartek wprost uderza nas przenikliwość autora. Bardzo trafne i mądre spostrzeżenia stanowią esencję tej książki. 

To był akapit w którym miały znaleźć się wady. Zwyczajnie jednak jestem zbyt zachwycony by jakąkolwiek tutaj umieścić. Być może kogoś znuży - mi się to nie zdarzyło ani na moment. Nawet długie podróże pociągami, czy loty samolotem wydawały mi się istotne i co najważniejsze szalenie interesujące. Niezbyt często mogę to powiedzieć, ale przemyślenia autora były bardzo ciekawe - zwykle skupiam się raczej na suchych faktach.

Cóż mogę jeszcze rzec. Polecam serdecznie wszystkim. Bez wyjątku. To z pewnością nie jest moje ostatnie spotkanie z Kapuścińskim.

Moja ocena to 9/10   


Ps. Następną książką do recenzji będzie wyczekiwany "Krucyfiks".  Chyba :)

środa, 20 marca 2013

Mikołaj Kozakiewicz - "Z księgi zakazów"

Tak wiem, wiem, że znów recenzja książki, że nudno i schematycznie. Cóż jednak poradzić gdy dobre lektury mnożą się ostatnio w moich rękach, że aż sam nie wiem gdzie mam ręce włożyć i za co się złapać (bez podtekstów). Zacznijmy od tego skąd właściwie wziął mi się pomysł przeczytania książki o której nikt nie słyszał, oraz autora którego mało kto kojarzy? Podziękowania należą się mojemu wykładowcy. Skubaniec polecił mi bardzo fajną lekturę o której raczej nigdy bym się nie dowiedział. Zaryzykowałem i wypożyczyłem (nie ufam oświeconym umysłom - z wiekiem zwykle stają się dość nudne i wolą monotonne lektury - dlatego też wspomniałem o ryzyku. Żyję na krawędzi :) ). Teraz przedstawię wam autora. Jest to niestety nieżyjący już Mikołaj Kozakiewicz. Pan ten był profesorem (a jakże) oraz posłem wystepującym z ramienia PSL. Generalnie facet miał dość liberalne i świeckie poglądy. Dlaczego jest to istotne?

Otóż opisywana książka obala mity i wyjaśnia najróżniejsze zawiłości (i zawiłostki) dotyczące nie tylko naszego mitu narodowego, ale także w dość zbiórczy sposób przedstawia występki wynikające z działania Watykanu. Zachowując obiektywizm muszę przyznać, że fakty przytoczone przez profesora wydają się dość dobrze udokumentowane i poparte, a nawet mimo krytyki kościoła katolickiego, w książce zawarto także kilka słów na obronę tej instytucji. Może zapytacie co konkretnie jest w tej książce? Więc konkretnie odpowiadam: mamy artykuł o inkwizycji, o rodowodzie i rozwoju kary śmierci(nie tylko w Polsce), eutanazji, o związkach osób tej samej płci itd. Kozakiewicz poruszył więc większość istotnych i dyskutowanych obecnie tematów. Najlepsze jest jednak to, że mimo faktu powstania książki w 1997 nadal nie straciła ona na swej aktualności. Warto także napomknąć, że Kozakiewicz był wielkim krzewicielem i propagatorem rozwoju idei liberalnych, życia swobodnego i ograniczenia do minimum ingerencji państwa w życie obywateli. Wartości dyskutowane także dziś.

Czy ktoś je popiera, czy też nie, uważam, że jest to bardzo pożyteczna lektura. Wiele ciekawych, ale nie dopuszczanych do powszechnej wiadomości informacji mozna wynieść z tej krótkiej, 360-stronnicowej książki. Z pewnością czuję się po jej lekturze odrobinę bardziej uświadomiony, a takie skuteczne działanie tekstu to duży plus. Nie musicie się jednak bać - język jest prosty, zwięzły i przejrzysty. Nie doświadczymy tu zbyt wielu naukowych dywagacji - opinie autora przedstawione są w możliwie najprostszy sposób.

Kolejną rzeczą, która zwróciła moją uwagę były słowa mojego wykładowcy. Stwierdził on, że fakty podawane przez tę książkę nie są zgodne z przyjętym przez naszych obywateli schematem myślenia. W obliczu takiej opini trudno nie zauważyć, że książka znalazła swojego wydawcę dopiero w 2007 roku. Nie trzeba wiele myśleć, żeby połączyć oba fakty. W dodatku jestem pewny, że nikt z was raczej o niej nie słyszał. Mimo przewidywanych przez doktora trudności ze znalezieniem tej książki trafiłem na nią w bibliotece uczelnianej. Wy możecie mieć z tym odrobinkę większy problem. 

Podsumowując - bardzo polecam wszystkim Polakom. Można z niej dowiedzieć się naprawdę wielu ciekawostek dotyczących naszej ojczyzny. Odradzam natomiast fanatykom religijnym i armii moherowej - ich już nic i nikt nie przekona do zmiany opinii.  

Moja opinia to: 8/10

niedziela, 17 marca 2013

Jo Nesbo - "Czerwone Gardło"

Z przyjemnością mogę powiedzieć, że kolejna genialna książka norweskiego mistrza kryminału już jest za mną. Na wstępie zaznaczę też, że z niecierpliwością oczekuję na kolejną, która wpadnie w moje łapska. Żebyście jednak doczytali tę reckę do końca nie powiem wam jaka konkretnie będzie ocena (choć tego można się spokojnie domyślać). Po raz n-ty także podziękowania należą się Paulinie, za namówienie mnie do rozpoczęcia przygody z pewnym zimnym jak klimat wśród którego dorastał sukinsynem z norweskiej policji.

Harry znów nie zwodzi. Po lekturze "Pancernego serca" cofnąłem się z akcją odrobinkę. To czas gdy Harry Hole był jeszcze młodszy piękny i bogaty, ale już zmagał się ze swymi demonami. Napotykający na mnóstwo trudności w swoim życiu Hole jest aktualnie moim ulubionym literackim alkoholikiem - być może także ulubionym bohaterem w ogóle. Mierzący tyle co średniej wielkości drzewo detektyw, w tej powieści postara się rozwikłać sprawę przemytu do kraju karabinu Marklin - broni mającej zasięg i kaliber małej armaty. Jest więc o co się martwić. Po drodze nasz detektyw wkurzy środowiska neonazistowskie, pozna piękną kobietę, by na koniec... Nie, nie powiem, będziecie musieli przeczytać sami.

Co rzuca się w oczy gdy tylko przekartkujemy książkę? Tradycyjnie dość duża liczba krótkich rozdziałów, która niesamowicie podoba mi się w norweskim wydaniu. Kompozycja ta zdecydowanie zwiększa dynamikę i tempo akcji, a od samej opowieści nie sposób się oderwać. W dodatku Nesbo zastosował zabieg za kóry należy mu się pomnik. Co kilka rozdziałów przenosimy się w czasy II wojny światowej, a to funkcjonuje i współgra z resztą opowieści moim zdaniem wręcz fantastycznie. Obym miał częściej do czynienia z tak świetnymi retrospekcjami. 

To oczywiście nie koniec zalet. Fabuła pozornie pokręcona prowadzi nas do bardzo dobrego, wyjaśniającego niemal wszystkie nurtujące mnie pytania zakończenia. Pozostawiono tylko jeden otwarty wątek, do którego jak mniemam Nesbo wróci w następnej części. Aha, zakończenie jest zaskakujące i raczej nieprzewidywalne. Bardzo fajny pomysł na finał to kolejny plus.

Mógłbym na siłę przyczepić się do tego, że początek nie jest za ciekawy. Jednak jest o wiele lepszy od początku zaserwowanego we wspominanym już "Pancernym sercu", a zaznaczyć muszę, że nawet King często potrzebuje kilkunastu, jeśli nie kilkuset stron, na wprowadzenie do głównego wątku. Mimo, że jest to tylko kryminał, w gruncie rzeczy powielający utarte schematy, muszę zaznaczyć, że bawi - i robi to cholernie dobrze. Dobry warsztat, świetna kompozycja, zagmatwana, ale sesowna i ciekawa fabuła - tak własnie powinno się pisać dobry thriller. Po słabszych pozycjach od Komudy i Folletta cudowna odwilż. Polecam. 

Moja ocena to 8/10

piątek, 15 marca 2013

"Cabin in the woods"

Obiecałem dwóm pięknym paniom, które dość często mam zaszczyt gościć na łamach swego bloga, że taka recenzja powstanie. Mimo, że po seansie brak mi słów, to spróbuję jednak kilka z nich odszukać i ułożyć we w miarę sensownej kolejności. Hmmm, od czego by tu zacząć. Po pierwsze to najdziwniejszy film jaki w ostatnim czasie miałem przyjemność oglądać. Po drugie: nie ufajcie jarząbkowi filmwebowi. To nie jest horror. Nazwał bym to raczej pastiszem wspomnianego gatunku. Z tą świadomością możecie zasiąść już przed ekranami, monitorami, czy czymkolwiek co w niewyjaśniony sposób jest w stanie odtwarzać filmy.

"Cabin in the woods" jest filmem do którego nie można podejść z całkowitą ignorancją. W celu dobrego odebrania tego dzieła należy się zstanowić nad tym jak rozwija się gatunek horrorów i w jakim kierunku zmierza. Opisywany film jest świetnym żartem ze schematyczności oraz przewidywalności filmów grozy jakie znamy. Żeby nie psuć wam zabawy dziś nie będę opisywał fabuły. Mogę wam tylko wspomnieć, że zaczyna się jak klasyczny horror, by w końcówce przerodzić się w bardzo nietuzinkowy film komediowy. Jeżeli szukacie czegoś nowego i nieprzewidywalnego szczerze polecam
Nie pytajcie skąd wziął się jednorożec. Po prostu nie pytajcie...

Na plus zdecydowanie zaliczyć należy młodą obsadę. Najbardziej podobał mi się Fran Kranz grający Marty'ego -  koleś uwielbiający palenie trawki, która pozwala mu oderwać się od schematycznej rzeczywistości. Okazuje się bardzo ciekawą postacią. Wyróżnienie za seksowny taniec otrzymuje natomiast Anna Hutchinson (ostatnio pojawiająca się w serialu Spartacus) .

Jeżeli znacie filmy grozy od podszewki dostrzeżecie mnóstwo ciekawych nawiązań, a także symboli związanych z innymi produkcjami. Sam bawiłem się świetnie próbując wychwycić te malutkie niuanse. 
Wiem, że czytaliście ten tekst do tego momentu tylko po to, żeby znaleźć Annę :D

Niestety - największą wadą (być może dla niektórych też zaletą) jest to, że film nie jest tym co zapowiadano. Nie jest to w żadnym wypadku slasher, a porównanie do "Piły" zamieszczone na plakacie możecie spokojnie włożyć między bajki. Żałuję także, że Sigourney Weaver zagrała jedynie epizodyczną rolę, ponieważ jest to aktorka którą względnie lubię. Oczywiście nie jet to film szalenie ambitny, nie jest to dobry horror, nie ma świetnych dialogów, czy też niesamowitego tempa akcji od pierwszej do ostatniej minuty, ale jest to całkiem niezły pastisz, ze świetnym, dynamicznym i nieprzewidywalnym zakończeniem. Jeżeli lubicie takie filmowe ciekawostki - szczerze polecam

Moja ocena to 7/10

wtorek, 12 marca 2013

Potworkowo-horrorowo

Witajcie drodzy czytelnicy. Nie wiem czy jesteście świadomi faktu, że wczoraj obchodziliśmy niezmiernie ważną dla każdego z nas rocznicę wydania powieści "Frankenstein" przez pisarkę Mary Shelley. Od jej opublikowania w 1818 roku mija właśnie 195 lat (jeśli nic nie popieprzyłem w rachunkach). Dlaczego aż z tej okazji powstaje u mnie oddzielny tekst? Otóż wydaje mi się, że ta przemiła kobiecina stworzyła nie tylko podwaliny pod wszelkiej masci fantastykę, ale co najważniejsze zapoczątkowała literaturę grozy, którą wszyscy obecnie uwielbiamy. Dla pani Marii duże pokłony, a ja chcąc uczcić tę wiekopomną chwilę postanowiłem przyrządzić ranking moich ulubionych stworów z powieści/filmów grozy :) Oczywiście zachęcam do dopisywania własnych propozycji ;) 

8. Dracula
Postać która kończy erę wampirów mogących budzić grozę. W sumie jest to też postać która ją zaczęła. Dystyngowany arystokrata, którego hobby to ssanie, ssanie i jeszcze raz ssanie... oczywiście krwi pięknych dziewcząt.  Jeden z niewielu przedstawicieli swego gatunku, który ma całkiem nieźle poukładane w głowie, nie nosi rurek i nie jest hipsterem. Facet ma klasę i duże zęby - miejsce na liście w pełni zasłużone. 

7. Predator
Nie ma sensu wnikać czym predator jest. Grunt, że zabija i robi to cholernie skutecznie. Miejsce otrzymał ze względu na mój sentyment do filmu z nim i Arnoldem w rolach głównych. Wiadomo, że stwór był skazany na porażkę w takim starciu, ale w następnych częściach radził już sobie nieco lepiej. Miejsce za dobre wspomnienia, świetną charakteryzację i śnieżnobiały uśmiech. 

6. Widmo z filmu "Shutter"
Uznajmy to za nominację zbiorową. Nagrodzić chciałem wszelkie postaci z azjatyckich horrorów. Jak wiadomo lwią część tej hałastry będą stanowiły lekko blade, krwawiące z różnych otworów ciała, czarnowłose kobiety/dziewczynki, które przypadkowo pałają rządzą zemsty, lub mają jakieś niedokończone sprawy. Przy okazji są zabójczo straszne.

5. Pennywise
Postać nagrodzona raczej za swą postawę w literackim, a nie filmowym wystąpieniu. King stworzył mega przerażającą postać klowna, którego głównym zajęciem jest prześladowanie i przy okazji mordowanie licznego przedstawicielstwa reprezentowanego przez gatunek ludzki - zwykle przez najmłodszych jego członków. Dlaczego jest na liście? Ponieważ aż trudno mi sobie wyobrazić jakie jaja musi mieć morderca, żeby przebrać się za klowna i mimo to straszyć. 

4. Coś z "The thing"
Nagroda za to, że potwór ten nie daje się zamknąć w jeden schemat i przybiera coraz to nowsze i bardziej obrzydliwe formy naśladujące "nosiciela". Król szkarady i obrzydlistwa zasługuje na miejsce w tym rankingu bez dwóch zdań. W dodatku bonusowo otrzymujemy kilkanaście całkiem nieźle zaprojektowanych potworów zamiast jednego przeciętnego. Duże brawa.

3. Freddy Krueger
Umówmy się - ktoś z takim nazwiskiem musi być super-łotrem. Ten przyjemniaczek ze swoją piękną rękawicą i poparzonym pyskiem jest niewątpliwie jedną z głównych ikon naszych czasów. Kruegera zna każdy nawet jeśli nie widział żadnego filmu z jego udziałem. Zastanawiam się czasem, czy jego frustracja i chęć mordu nie wynikała po prostu z problemów z codzienną toaletą, w których wspomniana rękawica bynajmniej nie pomagała.

2. Jason Voorhees 
Kolejna ikona popkultury. Jason zostaje wyróżniony za świetną hokejową maskę i sprawność w operowaniu maczetą. W dodatku chłopak ma polot i lekkość w zadawaniu najdziwniejszych rodzajów śmierci. Podobnie jak Freddy przestał straszyć jakieś sto lat temu, ale coż: Jason to Jason.

1.Leatherface
Mało oryginalny chłopak. Poza piłą mechaniczną i ludzką skórą wciągniętą na pysk nie wyróżnia się niczym specjalnym. Dlaczego zatem pierwsze miejsce? Ponieważ to właśnie jego poznałem jako pierwszego reprezentanta kina grozy. Możecie się śmiać, ale za młodu "Teksańska masakra" przeraziła mnie nie na żarty.

Wyróżnienie specjalne: Pinhead
Jedyny którego nie miałem przyjemności (czy raczej nieprzyjemności) oglądać na ekranie, a jednocześnie którego darzę ogromnym szacunkiem. W końcu jak tu nie umieścić na liscie faceta z łbem pokiereszowanym kilkudziesięcioma 3-calowymi gwoźdźmi. Polubiłbym się z tym panem.

niedziela, 10 marca 2013

Ken Follett - "Trójka"


Kolejny raz „zaliczyłem” pana Folleta i postanowiłem swoimi wrażeniami podzielić się także z wami moi drodzy czytelnicy. Jak mam nadzieję pamiętacie pan ten niedawno przewijał się przez tę stronkę, a nawet  zachęcałem do zapoznanie się z jego książkami. Sam jeszcze nie trafiłem na pozycję jego autorstwa, która nie przypadłaby mi do gustu. Każda passa niestety musi się kiedyś skończyć. Czarną owcą, zgniłym jajkiem i łyżką dziegciu okazała się dla mnie właśnie zachwalana przez wielu „Trójka”.


Oczywiście zabierając się do lektury nastawiałem się na klasycznego Folletta, tzn. lekką lekturę, dużą dynamikę opowieści, jakiś mały romansik, a to wszystko okraszone tłem historycznym. Ile z tych założeń autorowi udało się zrealizować?  Zacznę od tła historycznego – standardowo akcja została umiejscowiona w bardzo ciekawym okresie historycznym, a mianowicie w roku 1968 - uprowadzenia przez służby Mossadu (wywiadu izraelskiego) statku transportującego rudę uranu. Przypomnieć należy, że jest to jedna z najbardziej spektakularnych akcji wywiadowczych na świecie. Spodziewałem się więc akcji w stylu iście Bondowskim. Niestety tak dużą dynamikę odczuwać zacząłem dopiero na ostatnich kilkudziesięciu stronach, a więc około 1/5 powieści. To stanowczo za mało.


Sama fabuła okazała się niezbyt skomplikowana. Książka opowiada losy agenta Mossadu Nata Dicksteina, Palestyńczyka Jasifa Hassana, oraz agenta KGB Dawida Rostowa. Panowie rywalizują właśnie o przejęcie statku z rudą uranu na pokładzie. Niestety wszyscy znający historię (lub czytający tę recenzję) wynik starcia znają z góry. Wszystko zmierza do bardzo przewidywalnego zakończenia. W dodatku czytając tę powieść nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jest ona strasznie chaotyczna. Duża liczba postaci, problemów z którymi zmagał się główny bohater, a nawet sama konstrukcja rozdziałów, które nie skupiały się na jednym tylko bohaterze tylko potęgowały to odczucie. 


Do tego wszystkiego dorzucić muszę słaby wątek romantyczny – nasz bohater Nat poznaje piękną Suzę – córkę swego dawnego profesora. Coś tam zaczyna iskrzyć, zakochują się w iście błyskawicznym tempie, a na sam koniec to właśnie ta niepozorna kobitka wyciąga agenta z ogromnych kłopotów. Standard. We wszystkich książkach Folletta przeczytanych do tej pory było to zrobione o niebo lepiej, a w dodatku nieco bardziej ogniście.


Oczywiście nie jest to twór beznadziejny. Oceniam go przez pryzmat swoich oczekiwań i poprzednich zetknięć z autorem. W tym prywatnym zestawieniu według mnie wypada blado. Mimo wszystko książkę czyta się nieźle, a lekkość języka i ciekawe opisy są już chyba znakiem rozpoznawczym Folletta. Nie zmienia to jednak faktu, że wymęczyła mnie straszliwie, a w dodatku obawiam się, że zapomnę o niej błyskawicznie. Bardzo żałuję tych wszystkich, którzy swoją przygodę z Kenem rozpoczną właśnie od tej pozycji.


Moja ocena to 5/10

PS. Przepraszam, że recenzja nie jest zbyt ciekawa, ale mam dzisiaj jakiś dziwnie ciężki dzień :) Obiecuję poprawę :)

czwartek, 7 marca 2013

Dzień kobiet


Hej robaczki. Miałem czekać do jutra, ale koniecznie chciałem wyprzedzić konkurencję i wystartować z życzeniami dla kobiet w tym pięknym, komunistycznym święcie. Wiem, że część społeczeństwa kręci ostatnio nosami słysząc o dniu kobiet, podając bzdurne argumenty (np.  że kobiety należy kochać cały rok, jakby nie było to oczywiste), ale olać ich. Dziś (a właściwie jutro) jest wasze szczególne święto, które stworzono właściwie tylko po to, żeby wasi mężczyźni mogli pokazać jak bardzo was cenią. Nie jestem zbyt dobry w tego typu tekstach, bo o kobietach wiem tyle co feudalny chłop o fizyce termojądrowej, ale czyż nie liczą się intencje? :D

Przejdźmy do meritum. Dziewczyny – uwielbiamy was i to nie ulega żadnej wątpliwości. Większość z was ma w sobie promyk, który potrafi rozświetlić najbardziej pochmurny dzień każdego faceta. Kochamy wasze zalety, ale także pamiętajcie o tym,  że mocno cenimy sobie pewne niedoskonałości, sprawiające, że jesteście ludźmi z krwi i kości jak my, a nie boginiami chwilowo zrzuconymi z piedestału. Wiem, że każda z was uwielbia być tą jedną, jedyną i wyjątkową, ale wg. mnie każda ma w sobie coś przyciągającego, coś trudnego do określenia, ale niosącego radość w życie mężczyzny.  Podsumowując – jesteście cudowne, a świat bez was byłby dużo smutniejszym miejscem. Życzę Wam więc serdecznie wszystkiego najlepszego, a wszystkim samotnym znalezienia tak zajebistego chłopaka jak ja (i skromnego).      

Z kolei wszystkim koleżankom blogerkom życzę owocnej pracy i zaangażowania w prowadzone strony. Mam nadzieje, że nasza wspólna przygoda będzie kontynuowana jak najdłużej. Trudno zwracać się do wszystkich z Was, ponieważ każda posiada swój unikatowy i niepowtarzalny styl. Mogę powiedzieć tylko tyle, że dziękuję za to, że piszecie oraz za to, że jesteście ze mną i niejako wspieracie moją twórczość. Miło odnaleźć się w środowisku, które ma szersze zainteresowania niż browar pod sklepem, fajki pod szkołą i lodzik pod dyskoteką. Za tą odskocznię od codzienności bardzo wam dziękuję.

To by było na tyle. Trzymajcie się ciepło i oby wasze święto okazało się bardzo udane.  


Ps. Na końcu miała być specjalnie dla was przygotowana galeria facetów, ale stwierdziłem, że nie wytrzymam gapienia się na kilkudziesięciu gości w bokserkach. Musiałbym kogos pobić, żeby powróciła moja wiara w męskość. W trosce o życie i zdrowie obywateli postanowiłem rezygnować z tej szlachetnej idei :) 

niedziela, 3 marca 2013

Jacek Komuda - "Zborowski"

Komuda - to nazwisko kojarzy zapewne wielu z was. Autor, którego czytelnicy często lansują jako Henryka Sienkiewicza  w wersji deluxe. Ponoć jeden z najlepszych pisarzy prowadzący swoich mniej lub bardziej fikcyjnych bohaterów poprzez realia historyczne. Chcąc zacząć swą przygodę z tym panem sięgnąłem po zbiór opowiadań pod tytułem "Zborowski" licząc na dobrą historię pozwalającą na chwilę oderwać się od motywów kryminalnych. 
 
Pytanie za 1000 punktów: kto jest głównym bohaterem tego zbiorku (punkty są jak impreza bez alkoholu - nie mają znaczenia)? Dobra, wiem, że to wam trochę zajmie, dlatego podpowiem. Głównym herosem i bojownikiem o wolność (głównie swoją) jest szlachetka pogrobowiec, imć Samuel Zborowski. Czym charakteryzuje się nasz przyjemniaczek? Oprócz tego, że jest wiecznie nieszczęśliwy, podgala sobie łebek, żeby być sexi rycerzem i zostawia za sobą mnóstwo trupów? W sumie niczym - wskazane elementy mogą służyć za jego dość dokładny opis. Niby jest to główna postać, ale skubaniec wydał mi się strasznie nudny. Zawsze działa według dość podobnego schematu, zwykle zbiera oklep, wpada w tarapaty, później cudownie się z nich ratuje i dokonuje zemsty (zwykle). 

Cudownemu ratunkowi służą postaci wykreowane o wiele lepiej. Bogusz - dość zabawny, ale przede wszystkim szalenie chciwy sługa Zborowskiego, oraz Hunia. Ten to dopiero jest ziółko. Gdyby nie przysięga sam z przyjemnościa usiekłby swego pana, a umjejętności kozakowi w tym wzgledzie odmówić nie można. Jest to zdecydowanie najbardziej interesująca, zła i bezuczuciowa postać w tej książce.   

Przejdźmy jednak do konkretów. Książka według mnie jest szalenie nudna - wlecze się  niemal jak sprawy w polskim sądzie, a nie jest to dla niej korzystne jeśli zwrócimy uwagę na objętość - 324 stron ( plus słowniczek). Mało tego, nawet wszelkie sceny akcji poprzez szalenie dokładne opisy sztychów, cięć i parad stworzone przez pana Komudę, stały się mało dynamiczne i przypominają bardziej rozgrywkę szachową emerytowanych małży niż walkę na śmierć i życie. Przy każdym kolejnym podejściu do starcia zbrojnego (co zwykle uwielbiam) , miałem ochotę przebić sobie oczy widelcem zręcznym i celnym pchnięciem, a ksiązkę wyrzucić przez okno dając jej okazję do osiągnięcia wyższego pułapu niż według mnie reprezentowała.  

Trudno jednak stwierdzić, że jest to całkowicie beznadziejna pozycja. Zwyczajnie mi osobiście nie przypadła do gustu. Zauważyłem w niej jednakże parę zalet. Wspomniałem już o bohaterach, na niezłym poziomie stoją dość zabawne dialogi często z domieszką języka staropolskiego. Wielu ludziom może spodobać się szczegółowość opisów, a jeszcze innym piękna okładka, rysunki i świetne, bądź co bądź, wydanie tego dzieła. Ja nie należę do ludzi zwracających uwagę na takie pierdółki dlatego też moja ocena będzie dziś bardzo subiektywna i zapewne mocno krzywdząca dla pana Komudy. Dziś jestem raczej na nie.

Moja ocena to: 4/10