poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Simon Sebag Montefiore - "Stalin. Dwór czerwonego cara"


Dziś niespodziewanie małe co nieco dla miłośników książek historycznych. Niewiele tego typu lektur zdarza mi się recenzować, ale w tym przypadku warto o niej choćby wspomnieć. Wiem, ze większość nie będzie zachwycona, ponieważ książki historyczne to wciąż pozycje dla niszowej grupy odbiorców, ale mimo wszystko uważam, że Simon Sebag Montefiore stworzył dzieło zasługujące na uwagę.

Niech o klasie tej pozycji poświadczy ocena ze świetnie znanego nam portalu dla czytelników, która oscyluje w granicach 8,6 przy około 120 głosach. Analiza życia Czerwonego Cara, Wujka Joe, czy po prostu Józefa Wissarionowicza Stalina to świetne kompendium wiedzy nie tylko o historii, ale także o psychologii, dyplomacji, czy sztuce wojennej.

Losy postaci nieodmiennie wiążą się oczywiście z pozostałymi członkami Politbiura. W jednej książce dostajemy więc kilkanaście biografii. Poznajemy życie rodzinne Mołotowa, Berii, Jagody, Jeżowa, oraz wielu innych tytanów socjalistycznego terroru. Autor bezstronnie stara się opisywać każdą z decyzji podejmowanych przez Politbiuro oraz samego Stalina. Poznajemy więc kulisy kolektywizacji rolnictwa na Ukrainie, drugiej wojny światowej, czy też budowanie mocarstwowej pozycji sowieckiej Rosji na arenie międzynarodowej.

Mimo pozornie nudnej tematyki dostajemy świetną powieść obyczajową. Dla miłośników dreszczyku również coś się znajdzie. Aspekt psychologiczny życia w ciągłym strachu, opis tortur i morderstw na masową skalę itd. Niestety nie jest to fikcja, ale niezbyt przecież odległa historia. Opisy są ciekawe, brakuje epatowania brutalnością – w tym wypadku postawiono na opis suchych faktów. Przygotujcie się jednak na to, że obrazy, które serwuje nam autor bardzo mocno zapadają w pamięć.

Źródła z których korzystał Sebag wydają się bardzo rzetelne. Przeprowadził on wywiady z wieloma potomkami członków dawnego Politbiura. Zdołał także uzyskać dostęp do historycznych i niedawno udostępnionych notatek Stalina. W dodatku miał również dostęp do ogromnej części korespondencji, gazet bolszewickich i zagranicznych, a także wielu innych materiałów z których skrzętnie skorzystał.

Książkę o dziwo czyta się bardzo dobrze – jest ciekawa i w dużej mierze fascynująca, choć nie zaprzeczę, że zdarzały się jej także nudniejsze momenty. Fascynujące jest szczególnie dość dokładne oddanie tego jak rozwijała się psychoza Stalina. Autor podkreśla dodatkowo, że po części była ona uzasadniona. Świetne rozdziały dotyczyły także II wojny światowej, gdzie możemy świetnie zapoznać się ze stopniem niekompetencji radzieckich dowódców, ale także poznajemy dwa oblicza „Czerwonego Cara” – geniusza i dyletanta w jednej osobie.

Zawiodłem się troszkę, że autor niezbyt mocno i dokładnie nakreślił stosunki między Stalinem, a takimi osobami jak Trocki, Lenin, czy przede wszystkim Josip Broz Tito. Tylko pobieżnie wspomniano również o polskich komunistach.

Odsuwając jednak te pojedyncze zarzuty na bok muszę stwierdzić, że jest to książka która spodoba się nie tylko miłośnikom historii. W dodatku napisana jest językiem lekkim i przyjemnym, a nie typowo akademickim. Tu czy tam trafi się jakaś anegdota, w niektórych miejscach akcja przyspiesza, w innych zwalnia, a wszystko razem funkcjonuje wprost świetnie.Jestem gotów szczerze polecić ją niemalże każdemu. Czytanie jednego krótkiego rozdziału dziennie nie tylko pogłębi wiedzę historyczną, ale stanowi świetny przerywnik w trakcie czytania lżejszych lektur.

Moja ocena to 8/10

piątek, 26 kwietnia 2013

Sława słowa


Hmm, zastanawialiście się czasem, czy nie odnaleźlibyście się lepiej w innej epoce? Trudno mi teraz gdybać, które czasy były lepsze, a które gorsze, ale czasem żałuję, że nie urodziłem się kilkadziesiąt, a może nawet set lat temu. I wcale nie z powodu zanieczyszczeń środowiska, galopującej urbanizacji, czy chociażby systemu kapitalistycznego wykorzystującego ludzi w każdy możliwy sposób. Brakuje mi szacunku do słowa – zarówno tego wypowiadanego jak i pisanego.

Nie chciałem nigdy zmienić tego bloga w stos bezsensownych, domorosłych tekstów o rzeczach ważnych i ważniejszych, ponieważ do tego nie nadaję się kompletnie. Mimo to chciałbym dziś napisać kilka zdań na temat narzędzia którym się posługujemy. Przeczytajcie więc tych kilka zdanek, które prześladują mnie przez cały dzień.   

Zauważyliście, że słowo przestaje mieć znaczenie? Gdzie podziały się czasy zawierania umów bez dokumentów, czasy w których książki były cenione często na równi z kilkoma wsiami, czasy kiedy słowo miłość w ustach mężczyzny nie było rzucane na wiatr? Trochę to smutne, że właśnie w epoce, gdy dostęp do wszelkiej formy słów jest banalnie łatwy, nie potrafimy go docenić. Zamieniliśmy przekaz w papkę, którą codziennie karmią nas politycy, nauczyciele, a nawet pisarze. Ba, niektórzy nawet stawiają się w pozycji mentora, mającego prawo decydować, które słowo jest słuszne, a które powinno być wykluczone z użycia. Bez naszej świadomości tworzy się więzienie, w którym próbuje się nas zamknąć – schematyczność. Wszelkie regułki, które bezmyślnie wbijali nam do głowy w szkołach, dogmaty religijne o których mało kto myśli głębiej, czy chociażby show biznes, gdzie każdy stara się być oryginalnym, ale gra swą rolę podobnie jak każdy inny celebryta – to samo stado strusi prezentujących ogony na wybiegu. Populizm, epoka informatyzacji (komunikatory, sms-y itd.), wszelkie czynniki o mniejszym bądź większym znaczeniu, zamieniają słowa w przykry obowiązek – trudno więc nie zatęsknić za czasami, gdy było ono czymś godnym zachwytu. 

Sam również często łapię się na tym, że mówię tylko po to żeby mówić – co dzień przecież toczymy rozmowy bez żadnego większego znaczenia. W tym miejscu jednak warto byłoby się również usprawiedliwić. Jakie słowo bowiem jest cenniejsze, niż to, które sprawi, że ktoś nam bliski uśmiechnie się na chwilę, które da nam poczucie przynależności, albo choć na moment pozbawi trosk i zmartwień, które w końcu pomoże przezwyciężyć samotność? Te pozornie błahe rozmowy to dla wielu jedyna rzecz, która nie pozwala zwariować. Szkoda, że odcinamy się od tego - rozmawiamy zwykle przez Internet, sąsiadów witamy niedbałym skinieniem głowy, a z ludźmi wykształconymi boimy się podejmować jakąkolwiek dyskusję.

Nie ukrywam, że uwielbiam rozmawiać. Ogromna część mojego otoczenia zatraciła już tę umiejętność. Chwila ciszy i skupienia robi z Ciebie nudziarza – myślenie o tym co chciałbyś przekazać jest niemodne. Nie ważne co chcesz powiedzieć, ważne żeby krzyczeć głośniej niż inni. Trudno pogodzić się z takimi realiami. W dodatku nikt już nie słucha drugiego człowieka – to też nie jest teraz w cenie. A przecież po to mamy dwoje uszu, a tylko jedne usta, żeby dwa razy więcej słuchać niż mówimy. Paradoksalnie jednak ludzi pragnących być wysłuchanymi wciąż przybywa – dlatego krzyczą.

Swoją drogą łatwo także zauważyć, że najbardziej szczere i najciekawsze rozmowy przeprowadza się z ludźmi osobiście – stado  osłabia naszą zdolność do dyskusji, przy okazji potęgując strach przed ośmieszeniem. Być może to jest odpowiednie wytłumaczenie tego problemu – może zwyczajnie jesteśmy tchórzami?

Pewnie część z was stwierdzi, ze tekst ten jest pełen oczywistości i kompletnie niepotrzebny, inni nie zaakceptują tego, że wyłamuje się on ze schematu, który sam notabene stworzyłem. Trudno - postanowiłem pisać o kwestiach, które mnie nurtują, a w tym względzie pozostaję konsekwentny. Jeżeli dotrwaliście do końca, to serdecznie wam dziękuję.

A jeżeli z czymś się nie zgadzacie, piszcie - z przyjemnością wytłumaczę dlaczego nie macie racji :P

wtorek, 23 kwietnia 2013

Jack Ketchum - "Dziewczyna z sąsiedztwa"


Po raz drugi Jack Ketchum doznaje zaszczytu bycia przeze mnie recenzowanym. Do naszego pierwszego spotkania doszło jeszcze przed okresem, gdy wszelkie blogi, fora i serwisy objął Ketchumowy szał. Wtedy byłem więc całkowicie obiektywny. Dziś po kilku spotkaniach z recenzjami twórczości tego autora, już tak łatwo nie będzie. Spróbuję jednak w jak najbardziej niezależny sposób opisać co kryje w sobie „Dziewczyna z sąsiedztwa”.

Otóż niewątpliwie wiele jest prawdziwości w stwierdzeniu, że jest to jedna z najbardziej przerażających książek wszechczasów.  W dodatku według mnie jest ona bardzo oryginalna i ciekawie pomyślana. Nie straszy nas jednak w sposób do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni - nie ma duchów, demonów, ani szczęki Jacka Gmocha. Największymi potworami jesteśmy my – ludzie. Warto podkreślić, że zostało to przedstawione w iście genialny sposób – po lekturze faktycznie czujemy, że nasze sumienie nie zawsze jest do końca czyste.

Historia opowiada o losach dwóch dziewczynek – Meg i Susan, które po śmierci swych rodziców muszą mieszkać z niezrównoważoną ciotką Ruth. Z czasem szanownej cioci odbija coraz bardziej, a całe jej szaleństwo znajduje ujście we wspomnianych siostrach. Świadkiem wszelkich ekscesów jest sąsiad Ruth, czyli dwunastoletni chłopiec David. To właśnie on będzie opowiadał nam całą historię.

Ostrzeżenie: Książka jest szalenie brutalna i co wrażliwsi będą ją czytali przez łzy. Tym bardziej, że powieść zainspirowana została prawdziwymi wydarzeniami. Mimo początkowej sielanki szybko otrzymujemy brutalny i krwawy horror. Szczególnie przerażająca okazuje się bezradność terroryzowanych dziewczyn, a także długa bezczynność głównego bohatera. Kolejnym zabiegiem mającym sprawić, że czytelnik będzie jeszcze bardziej poruszony jest znaczny udział dzieci w torturowaniu i prześladowaniu Meg i Susan. Nie wnikając w aspekty psychologiczne ogromna okazuje się właśnie siła autorytetu i możliwość kształtowania poczynań dzieci przez dorosłych. Nikt nie wie, do czego są one zdolne…

Mimo tego, że książka porusza czytelnika i czyta się błyskawicznie (gwarantuje, że wciąga szalenie), nie jest pozycją doskonałą. Nie jestem w stanie określić czego konkretnie mi brakowało (być może tylko marudzę), ale pozostawiła ona pewien niedosyt. Mimo poruszenia podobnego tematu co „Władcy Much” Goldinga, czegoś mi w niej zabrakło. Może to ze względu na jej skąpą objętość, a może na często dziwne zachowania dzieci, czy dorosłych, a może nawet na niewyjaśnienie kilku wątków. Grunt, że książka którą mogę z czystym sercem polecić nie jest w moich oczach takim ideałem jak wg. wielu innych recenzentów. Pamiętajcie jednak, że Jack Ketchum to zdecydowanie autor na którego książki warto zwracać uwagę. 

Moja ocena to 8/10

piątek, 19 kwietnia 2013

Simon Beckett - "Chemia śmierci"


Moje pierwsze spotkanie z Davidem Hunterem uważam za zakończone. W błyskawicznym tempie zdołałem rozprawić się z „Chemią Śmierci”. Wystarczyły na to niecałe dwa wieczory. Być może jest to zasługa jej straszliwie skąpej (330 stron) długości, a być może świetnego i wciągającego stylu autora. Z której strony by na to nie spojrzeć przygody detektywa Huntera wciągają jak Tony Montana. 

Pomimo tego, że „Chemia śmierci” to pierwsza książka w cyklu, bohatera poznajemy już w momencie gdy jest w pełni wykształconym, mocno cenionym antropologiem, który niestety zarzucił badanie zmarłych, po ogromnej tragedii osobistej. Po śmierci swej żony i dziecka udaje się on do Manham, małej, angielskiej i nieatrakcyjnej miejscowości położonej w pobliżu nieprzeniknionych lasów. Jak na małe miasto przystało wkrótce pojawia się w nim także seryjny morderca. Oczywiście pierwszym podejrzanym staje się David Hunter. Nasz antropolog zostaje więc po raz kolejny zaprzęgnięty w kierat śledztwa.

" - Och, nigdy nie wątp w człeka prawego i szlachetnego. Taki zawsze coś spieprzy. Oczywiście wszystko w imię większego dobra."

Mimo skąpej długości książka jest niezwykle ciekawa. Bardzo interesujące, choć nieco makabryczne okazywały się szczególnie momenty badania zwłok. Nasz doktor dość dokładnie wyjaśnia czym kieruje się w swym śledztwie, a w dodatku prowadząc pierwszo osobową narrację nie dopuszcza nawet na chwilę do zanudzenia czytelnika. Jest całkiem dynamicznie, opisy są ciekawe, akcja rozwija się wystarczająco szybko, książkę czyta się z wielką przyjemnością.

Pomijając fakt, że jest to bardzo przyzwoity kryminał nie znalazłem w nim nic nowatorskiego. Wszystko znamy już z książek innych autorów i nawet pomimo świetnego warsztatu Becketta ktoś, kto miał już do czynienia z kryminałami może zakręcić nosem.  Rzekłbym również, że gdzieś tak od połowy książki można domyślać się kto jest mordercą. O dziwo zakończenie i tak jest szalenie zaskakujące. Niecodzienny finał to zdecydowanie najlepsza część tej powieści.

Po raz pierwszy zdarza mi się pisać reckę książki, którą przeczytałem już ponad tydzień temu. Na jej korzyść niech świadczy fakt, że nadal w mojej głowie kołaczą się postaci, miejsca i niemal cała fabuła przedstawiona przez autora. Nie wiem, czy tak samo będzie po roku od jej przeczytania, ale i tak jestem z tego faktu niezmiernie zadowolony.

„Coś takiego wydobywa ze wszystkich to, co najgorsze. Manham to małe miasteczko. A małe miasteczka rodzą małe umysły.”

Niestety – obiecywany na okładce dreszczyk nie przeszedł mnie nawet przez moment, nie dziękowałem też Bogu za to, że jest to tylko powieść. Było fajnie, ale z pewnością nie było strasznie. Głównym motywem okazało się raczej śledztwo i stosunki pomiędzy mieszkańcami Manham, niż budowanie klimatu grozy i epatowanie makabrą. Mimo kolejnego oszustwa okładkowego jestem to w stanie wybaczyć, ponieważ otrzymałem kolejną bardzo dobrą książkę.

„Chemia śmierci” nie wykorzystuje także potencjału paniki drzemiącego w małych miasteczkach. W pewnym momencie byłem pewien, że jej się to uda, ale właśnie wtedy autor przestał skupiać uwagę na działaniach zwykłych obywateli. Myślę, że pociągnięcie tego wątku dałoby świetny efekt w stylu „Pod Kopułą” Kinga. Niestety nie można mieć wszystkiego, więc już przestaję marudzić. Uważam, że jest to książka, która sprawi, że z przyjemnością sięgniecie po kolejne przygody doktora Huntera. 

Moja ocena to 7/10

sobota, 13 kwietnia 2013

Asa Larsson - "I tylko czarna ścieżka"


Po raz pierwszy przychodzi mi recenzować książkę tej pani. Obawiam się jednak, że jest to także ostatni taki przypadek. Mimo rozbieżnych opinii o tej autorce postanowiłem sam sprawdzić co w trawie piszczy i zapoznać się przynajmniej z jedną powieścią, która została przez nią stworzona. Wszyscy fani Asy będą musieli mi wybaczyć, ale muszę stwierdzić, że szału nie ma.

Historia którą autorka opowiada w "Czarnej Ścieżce", to dalsze losy prawniczki Rebeki Martinsson, policjantki Anny Marii i jej partnera Svena Erika. Tym razem zamordowana została Inna Watrang - pracownica zasiadająca w zarządzie międzynarodowej firmy zajmującej się inwestycjami (między innymi w przemysł wydobywczy). Kto stoi za morderstwem? Tego właśnie nasza wesoła gromadka będzie starała się dowiedzieć. 

Przejdźmy jednak do sedna. Dlaczego zapytacie książka nie przypadła mi do gustu? Ponieważ jest fatalnie zepsuta przez wiele różnych niepotrzebnych elementów. Po pierwsze - typowy facet czytający kryminały, wbrew temu co myśli pani Asa, ma głęboko w poważaniu jaki u kogoś leży dywan, jakie są zasłonki, mebelki i inne pierdółki. Niestety autorka bardzo polubiła opowiadanie o wystroju mieszkań, które potrafiło zająć nawet dwie strony, a mnie doprowadzało do szewskiej pasji. W dodatku skutecznie przerywało całkiem ciekawie zapowiadającą się akcję.

Po drugie - takie same opowiadanka dotyczące dzieci. Przodowała w tym policjantka Anna. Po raz kolejny podkreślam, że nic a nic, nie obchodzą mnie postaci kompletnie niezwiązane z akcją powieści. Dzieciaki Anne, mimo tego, że kompletnie nie miały nic wspólnego z głównym torem wydarzeń, otrzymały chyba ze dwie strony kompletnie bezsensownego opisu. Poza tym wspominano o nich jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem odnosiło to identyczny efekt - zaczynałem bachorów nienawidzić. 

Po trzecie: O co chodzi z tym fetyszem na zjawiska paranormalne? Po cholerę było to potrzebne w całkiem realistycznej i dobrze zbudowanej historii? Nie mam zielonego pojęcia jaki miało to przynieść efekt, ale według mnie nie miało najmniejszego sensu. W dodatku posłużono się nimi w sposób budzący raczej uśmiech politowania niż jakąkolwiek namiastkę grozy, czy chociażby mistycyzmu. Trzeba się zdecydować co się pisze, a tu miałem wrażenie, że autorce zwyczajnie w połowie książki zabrakło pomysłu.

Po czwarte (i ostatnie) - ile można czytać to samo? W kółko ten sam motyw - cierpienia głównej bohaterki. Nawet pomimo całkiem niezłych retrospekcji jakie zaserwowała nam autorka, dochodzimy do punktu w którym naszym jedynym marzeniem jest pozbycie się Rebeki na własną rękę. Po kilkuset stronach można zwymiotować tym jej dążeniem do miłości, odrzuceniem i tragedią z przeszłości. Trzeba mieć jakieś wyczucie pani Larsson. W dodatku co drugi bohater u Asy jest potencjalnym psychopatą z trudną przeszłością. Być może tylko ja tak uważam, ale wydaje się to trochę naciągane. Zresztą, liczba cierpiących osób na 100 stron przekracza tu wszelkie znane normy.  

Odpuszczam już takie sprawy jak przewidywalność (mordercę mógłbym wskazać już w połowie książki), bardzo słabe zakończenie (naprawdę - będziecie się zastanawiać po cholerę było całe to śledztwo) i niezbyt ciekawi bohaterowie. Takie rzeczy zdarzają się przecież także tym najlepszym.

Żeby jednak nie być całkowicie krytycznym, mogę śmiało napisać, że Asa Larsson potrafi całkiem nieźle prowadzić akcję (jeśli jej nie przerwie głupią wstawką). Były momenty w których przewracałem strony w błyskawicznym tempie, zaciekawiony co stanie się dalej. Podobał mi się też prosty i dynamiczny sposób pisania. Jako szybka lektura faktycznie potrafiłaby wciągnąć niejednego czytelnika. To jednak zdecydowanie za mało i po szumnych zapowiedziach spodziewałem się czegoś o wiele lepszego. 

Moja ocena to: 5/10

środa, 10 kwietnia 2013

Dan Brown – „Zaginiony symbol”


Recenzja pisana była z wielką determinacją do zjechania książki, zbesztania i zmieszania jej z błotem. Starałem się być szczególnie krytyczny ze względu na liczne zarzuty pod adresem tego autora. Nie potrafię jednak przemóc się na tyle, by absolutnie pogrążyć jedną z przyjemniejszych lektur, jakie przeczytałem w ostatnim czasie. Przejdźmy jednak do sedna.

Historia po raz kolejny opowiada nam o losach profesora Roberta Langdona zajmującego się badaniem historii starożytnej, mistycyzmu, symboliki i innych mało istotnych pierdół. Klasycznie towarzyszy mu piękna pani naukowiec – tym razem jest to Katherine Salomon, oraz nieśmiertelna myszka Miki zdobiąca tarczę jego zegarka. Współpracując ze sobą trio to, musi wyjaśnić tajemnicę zniknięcia Petera Salomona – przyjaciela naszego bohatera i brata pani naukowiec. Żeby nie było za prosto Peter był (lub jest, kto wie?) członkiem loży masońskiej o najwyższym stopniu wtajemniczenia. Tłumacząc to na prostszy język – będzie burdel i zamieszanie. Oczywiście Langdon bez większego zastanowienia zabiera się za dłubanie przy kolejnej zagadce. Czy uda się uratować Petera? Co kryje się za lożą masońską? Kim jest morderca i co chce osiągnąć? Tak jest – książkę sponsorowała firma zajmująca się na boku produkcją znaków zapytania.

Fabuła mimo, że prosta i powielająca schemat znany z poprzednich powieści Browna okazała się dość wciągająca. Niektórzy prawdopodobnie stwierdzą, że zbyt przewidywalna i nie ukrywam, że troszkę racji będą mieli. Jeżeli miałbym odnieść się w tej recenzji do innych elementów pop-kultury, to ta książka bardzo przypominałaby mi filmy z Indiana Jonesem.  Również dostajemy wysportowanego profesora, mnóstwo zagadek i wartką akcję. W jednym jak i w drugim przypadku nie dostajemy także nic, poza czystą, niemalże bezmyślną rozrywką.

Mimo, że jest to lektura bardzo ciekawa i wciągająca, nie wszystko gra w niej tak jak powinno. Największą wadą jest wspomniane powielanie schematu. Bardzo dobrego, ale jednocześnie prostego i ogranego już do bólu w „Kodzie Leonarda Da Vinci”, oraz „Aniołach i Demonach”.  Jeżeli czytaliście te książki w „Zaginionym Symbolu” nie znajdziecie kompletnie nic nowego. W dodatku mam też pewne zastrzeżenia co do tłumacza. Częste literówki i błędy okazywały się szalenie denerwujące, a muszę podkreślić, że nie jestem osobą, która często dostrzega takie szczegóły.

Należy także wspomnieć, że Brown nie pisze podręczników szkolnych – dostajemy tu pseudonaukową sieczkę i teorię spiskową, którymi absolutnie nie ma sensu się sugerować. Wszyscy w miarę inteligentni czytelnicy powinni już dawno być tego świadomi. Podkreślam, że śmieszą mnie próby analizowania i wytykania błędów u Browna, ponieważ wszystkie te pomyłki stały się już nieodłączną częścią jego prozy. To tak jakby wytknąć twórcom filmu „Desperado”, że sceny strzelanin są przedstawione nierealistycznie i przeczą prawom fizyki. Niby można, ale po cholerę? :)

Podsumowując – dostajemy całkiem strawny gulasz złożony z dynamicznej opowieści, okraszony dużą liczbą zagadek. Czego chcieć więcej? No można niby pomarzyć o tym, żeby kucharz zaserwował nam w końcu jakiegoś homara, a nie ciągle ten gulasz, albo żeby kelner nie nawrzucał paprochów w postaci licznych błędów w tłumaczeniu, ale i tak da się to z przyjemnością łyknąć.

Dlatego moja ocena to: 6/10

niedziela, 7 kwietnia 2013

"The perks of being wallflower" "Charlie"


Film który definitywnie zniechęci mnie do odwiedzania naszego zacnego filmwebu. Prędzej sobie rękę utnę niż po raz kolejny kliknę w te idiotyczne komentarze rodzimych „krytyków filmowych”. Naprawdę rozumiem, że można mieć różne gusta. Też nie przepadam za melancholijnymi i łzawymi filmami z jakimś wyświechtanym morałem, ale nawet ja mam jakieś granice przyzwoitości. Rozbroił mnie szczególnie pan, który ocenił ten film na 1/10 przez dwie strony broniąc swego poglądu, odwołując się do świata polityki, kultury, wymyślając jakieś z dupy wzięte argumenty, a przy okazji nie znając kompletnie treści tego filmu. Dość powiedzieć, że ten dramat porównywał on do „American Pie”, czy  też „Ted-a”

Koniec  denerwowania się jednak. Kilka słów o samym filmie. Jest to pierwsza aktorska próba Emmy Watson po Harrym Potterze. Według mnie udowodniła ona tutaj, że potrafi zagrać na naprawdę przyzwoitym poziomie, w historii, która nie będzie dotyczyła chłopca z blizną na czole. Myliłby się jednak ten, który przypuszczałby, że obejrzałem ten film ze względu na Emmę. Co to, to nie. Polecił mi go kolega z mojej dawnej szkoły. Podobno miało być ciekawie i poruszająco. Stwierdziłem, że żyje się tylko dwa razy, więc co mi szkodzi spróbować?

Przejdźmy więc do meritum. Jak wrażenia? Pierwsza część filmu była dość przeciętna – klasyka filmów o nastolatkach. Nasz bohater Charlie (bardzo fajna kreacja swoją drogą) poznaje nowych kumpli, jest troszkę ćpania, troszkę seksu, do tego szczypta uczuć. Nudy. Za to druga część była według mnie o wiele lepsza. Świetnie pokazane problemy psychiczne naszego bohatera,  które spotęgowane zostały przez poprowadzenie akcji z jego perspektywy. Bardzo ciekawe zakończenie, którego nie jesteśmy pewni do samego końca. Do tego wszystkiego dorzucić można śmiało bardzo dobrą muzykę. W dodatku poruszono mocno dyskutowany problem społeczny – jaki? Sprawdźcie sami.

Nie jest to film, który spodoba się wszystkim. Pozornie bardzo prosta konstrukcja sugeruje, że jest to dzieło stworzone przed wszystkim dla nastolatków. Mimo to, możemy się w nim z łatwością doszukiwać wielu problemów niezmiernie istotnych z punktu widzenia dorosłych. Generalnie jest to całkiem przyzwoity, choć nie genialny dramat obyczajowy. Komu polecam? Szczególnie paniom, które uwielbiają dramaty, nastolatkom, którzy właśnie przeżywają podobne problemy, a także fanom Emmy. 

Moja ocena niestety jest lekko zaniżona ze względu na to, że osobiście lubuję się w zupełnie innych gatunkach filmowych. Mało „Charliemu” mogę zarzucić, ale jednego jestem pewny – nie jest to film, którego głównym odbiorcą miałem być ja, czy ludzie mi podobni (tzn. wyprani z uczuć i emocji). Dlatego też: 

Moja ocena to zaledwie:  6/10      

czwartek, 4 kwietnia 2013

Jak przetrwać apokalipsę zombie?



Poradnik przetrwania apokalipsy Zombie:


Zastanawialiście się kiedyś co by było gdyby czarny scenariusz przedstawiany nam przez filmy, książki i komiksy grozy urzeczywistnił się podczas waszego życia? W celu jak najefektywniejszego przedłużenia waszej marnej egzystencji warto byłoby zapoznać się z tym krótkim poradniczkiem. Czego uczą nas filmy, co jest najskuteczniejsze i przede wszystkim: jak żyć panie premierze?


Punkt 1

Nie jesteś bohaterem. Jesteś gościem, który pół życia spędził na kanapie planując co zrobi w czasie apokalipsy zombie. Nie bądź kozakiem. Świeże zombiaki są szybkie i mają twarde czaszki. Uciekaj. Jeśli ucieczka jest niemożliwa – pomódl się. Jeżeli to też o dziwo nie pomoże skacz z okna. Na główkę. Tym którzy pozostali żywi będzie bardzo miło, jeśli nie będą musieli Cię zabijać.


Punkt 2

Nie bądź gruby. Ogromną i niewyjaśnioną dotąd zagadką jest przyczyna, dla której grubi biegają wolniej. W dodatku zombie lubią tłuszcz. Jeśli nie chcesz być ich kebabem w przyszłości już dziś zrezygnuj ze swojego.

Punkt 3

Nie daj się ugryźć. Nie wiadomo czy zombie wciąż będą zarażać przez ugryzienie, ale z pewnością nie jest  to zbyt higieniczne. Nie pozwól im na podgryzania twojego ciałka i nie próbuj robić tego z nimi. Zgniłe mięsko nie jest tym co tygryski lubią najbardziej.


Punkt 4

Zdobądź broń. Prawdziwą broń cholera, nie śrubokręt, łopatę, albo inne bezsensowne narzędzie, które zmusi Cię do zbliżenia się do zombiaka. Dlaczego? Patrz: Punkt 1


Punkt 5

Podróżuj w grupie. Najlepiej ludzi nie zombiaków ;). Będziesz miał kogo wystawić w razie niebezpieczeństwa. Dobrze, żeby ktoś w grupie potrafił świetnie strzelać. Chowaj się za jego plecami. W razie czego przygarnijcie też jednego grubaska : przyda się.

Punkt 6

Nie rozdzielaj się. Słyszałeś tą historyjkę o ludziach, którzy rozdzielili się i dzięki temu przetrwali jakiś film grozy? Ja też nie.


Punkt 7

Nie szukaj wyjaśnienia przyczyny przemiany. Nie ma sensu – nie znajdziesz go. Uznaj to za wolę boską, eksperymenty tajnej korporacji, albo wyciek środków chemicznych, ale nie szukaj przyczyny, nie dopytuj i nie próbuj robić z zombie człowieka. Nikt na tym dobrze nie wychodził. W dodatku trudniej będzie Ci zabijać ludzi, którzy są chorzy, a nie martwi.


Punkt 8

Weź lekarstwa. Być może zombie nie istnieją. Być może nie wziąłeś dziś tych wesołych pastylek od doktora. Jeśli tak przeproś ładnie babcię, że wbiłeś jej widelec w oko i weź grzecznie swoje cukierki.

(www.dinaphotography.co.za)
Punkt 9

Bądź złamasem.  Kradnij jedzenie, nie miej litości, nie ratuj ludzi potencjalnie nieprzydatnych. Umówmy się – nigdy nie byłeś dobrym człowiekiem. Dlaczego jakiś mały kataklizm miałby to zmienić? Może dzięki temu pożyjesz dłużej. A może zastrzeli Cię twoja własna matka? Zdania są podzielone.


Punkt 10

Poznaj zasady obsługi podstawowych narzędzi. Wbrew pozorom na zombie nie zrobi wielkiego wrażenia trzymanie siekiery za obuch, a nie za trzonek, albo postrzelenie się przy wyciąganiu broni. Niestety zombie nie mają poczucia humoru.


Punkt 11

Zostań zombie. Hasło „żyć nie umierać” nabiera w tym momencie zupełnie innego znaczenia. Największą wadą jest to, że będziesz ciągle głodny, zaśliniony, brzydki i zgniły. W gruncie rzeczy jednak nie jest to zbyt wielka jakościowo zmiana w stosunku do twojej „ludzkiej” wersji. W dodatku będziesz miał obok siebie tysiące jęczących kolegów i koleżanek.  Pomyśl – to może być jedyna szansa, żeby jakiś chłopak/dziewczyna jęczeli przy Tobie.


Punkt 12

Nigdy nie pytaj: „Hej wszystko w porządku?” Ta kwestia zwykle wiążę się z rychłą śmiercią pytającego. Gdy będziecie mieli ochotę ją wypowiedzieć proponuję najpierw strzelić w głowę pytanego. To znacznie ułatwia dalszą, merytoryczną konwersację.

Punkt 13

Przeszukuj kieszenie. Być może oprócz starej gumy i paczki prezerwatyw znajdziesz też fajki. Nie pal. Zapewne będziesz mógł nimi w przyszłości pohandlować. W sytuacji bez wyjścia zaproponuj zombie papierosa. Powszechna jest przecież wiedza, że palenie zabija.


Mam nadzieje, że tych kilka rad uratuje niejedno życie. Ależ proszę nie dziękować, robię to tylko dlatego, że kocham ludzi. Do zobaczenia w czasie najbliższej zombie apokalipsy.

Ps. Poradnik to tak naprawdę nie poradnik. To taki mały zbiór przydatnych rad. Autor absolutnie nie poczuwa się do odpowiedzialności karnej związanej z niewłasciwą interpretacją zombie-poradnika. Wszystkie osoby dotknięte tym tekstem zapraszam na osobistą konferencję w której zostaną poinstruowane gdzie znajduje się przysłowiowy szczaw i niesiołowskie śliwki mirabelki. Tekst zainspirowany recką książki u Pauliny. Przypominam o jej konkursie. Proszę "zwizytować" jej stronkę w miarę mozliwości. Niech moc będzie z wami. Cholera, to chyba nie ten film... 

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wojciech Tochman - "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Uwaga, ostrzeżenie. Co wrażiwsi lepiej niech nie czytają!

To nie prima aprilis. Mimo tego wesołego święta dzisiaj będzie powaznie. Śmiertelnie poważnie. Tym razem pod lupę wziąłem reportaż Tochmana opowiadający o masakrze ludnosci Tutsi w Rwandzie. Tu nie ma miejsca na żarty.

Nie ma też miejsca na kompromisy. Można by pisać o tej książce w sposób bardziej wysublimowany, ale spróbuję wam przekazać choć czastkę tego, z czym mozecie się spotkać. Sięgając po reportaż Tochmana bądźcie więc gotowi na krew, ciągnące się wokół ludzkie flaki, obcięte głowy, zgwałcone kobiety i ukrywające sie w buszu ludzkie trupy, zyjace wśród robactwa i gówna. Że brzydko, że wulgarnie? To jest tylko namiastka tego co opowiedział autor tej książki.

Jeśli jesteście delikatni, nie możecie spojrzeć na cierpienie drugiego człowieka, czy też ślepo wierzycie w dobroć i cywilizacyjną misję białego człowieka szybko odłóżcie ją na bok. Będziecie przy niej ryczeć, odkładać ją tysiąc razy zanim skończycie, albo kompletnie stracicie wiarę w ludzi. Nie ma lekko.

Ja potrzebowałem do niej tylko kilku podejść i to raczej ze wzgledu na brak czasu, niż na natłok emocji. Te jednak zgodnie z zapowiedziami wylewają się z każdej strony tej krótkiej książki. Opowiadania uchodźcow, czy też ludzi którym udało się przeżyć masakrę poruszają do głębi - zdecydowanie nie jest to pozycja tylko dla kobiet. Skłonny jestem nawet stwierdzić, że dzięki barwności opisów niejeden facet też uroni łezkę.

I to jest własnie jej największa wada - barwność opisów. Ta cholerna książka jest straszna, okrutna i nikogo nie pozostawi w takim stanie w jakim do niej zasiadał. Jednak nie żałuję. Głoszenie pamieci o tych ludziach i o prawdzie podobnych wydarzeń jest przecież jedyną rzeczą do jakiej możemy sie przyczynić. Ale żeby nie sypać tu utartymi frazesami i zbędnymi farmazonami - sprawdźcie, bo warto. Nie pożałujecie. Albo pożałujecie jak cholera.

Moja ocena to 8/10