środa, 29 maja 2013

5 filmów w moim wieku

1992 - Przepiekny rok, który miał zaszczyt wydać na świat jedną z najwybitniejszych osobistości czasów współczesnych - czyli mnie. O dziwo reżyserzy filmowi zamiast składać nowonarodzonemu hołd, zająć się rzeczą naprawdę ważną, nadal kręcili swe produkcje. Niestety nie obrodziło w dobre filmy akcji, które są znakiem rozpoznawczym kina lat 90-tych, natomiast horrory, które powstawały były raczej kiepskie, a komedie co najwyżej przyzwoite. Mimo to znalazłem kilka perełek, które pewnie wielu z was będzie kojarzyć. Kolejność - przypadkowa.

1. Martwica mózgu - Czyli najdziwniejszy film wszechczasów. Peter Jackson nakręcił najbardziej kiczowaty horror jaki w życiu widziałem. I jednocześnie jedną z najlepszych komedii. Świetnie się na nim bawiłem i tak, wiem, jestem chorym człowiekiem :)
2. Wściekłe psy - Czyli dowód na to, że Tarantino zawdzięcza swą karierę moim narodzinom. Wciąż jeden z lepszych filmów tego pana. Gangsterski klimat, świetne dialogi i genialnie wykreowane postaci. Nie dla wrażliwych na brzydkie słownictwo. 

3. Uniwersalny żołnierz - Van Damme i Dolph Lundgren w latach swej świetności. Bardzo dobry film akcji. To miejsce wywalczył po zażartym boju z Likwidatorem (Stefan Seagal), którego pierwotnie miałem tu umieścić. Nie jest to z pewnością zbyt ambitne kino, ale bardzo przyjemne jeśli chodzi o odstresowujący seans.
4. Zakonnica w przebraniu - Świetna komedia z Whoopi Goldberg, którą każdy z nas oglądał prawdopodobnie kilkadziesiąt razy. Według mnie bardzo dobry, zabawny, lekki film. Jeżeli chodzi o komedie roku 1992 to mój absolutny faworyt.
5. Ostatni Mohikanin - Długo zastanawiałem się co ma się znaleźć na tym miejscu, ale ostatecznie wybór padł na "Mohikanina". Pomimo tego, że nie wszystko w tym filmie oceniam pozytywnie to miejsce zasłużone za bardzo dobre kostiumy, muzykę i scenerię. Pomijając tą romantyczną otoczkę całkiem niezły film.


Warto wspomnieć, że w tym samym roku pojawił się również "Kevin sam w Nowym Jorku", "Psy", "Drakula", "Bez przebaczenia" i "Batman returns", ale miało być pięć, więc wybrałem te, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Pozornie dużo dobrego kina, ale szczerze mówiąc tylko "Braindead" i "Wściekłe psy" to w moim mniemaniu przełomowe produkcje.



niedziela, 26 maja 2013

Po finale Ligi Mistrzów...


„Piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy” – czyli sprawozdanie z sobotniego finału Ligi mistrzów.

Niemiecki Polak i niemiecki Holender - który z nich okaże się bardziej niemiecki?
1` Telewizor włączony po raz pierwszy od kilku tygodni. A cóż to za święto? Otóż dziś rozstrzygają się dzieje Ligi Mistrzów. No to co, gramy?


5` O dziwo lepiej zaczyna Borussia. Najpierw ładna akcja Błaszczykowskiego, a później próba strzału Lewandowskiego. Duża ilość „skiego” w tym raporcie wynika zapewne ze stosunkowo dużej ilości Polaków w drużynie z Dortmundu.


13` Świetny sprint polskiej „dziewiątki”. Robert biegnie, biegnie, biegnie i bach… kończy mu się boisko. Szkoda, bo to była bardzo dobra akcja. Usain Bolt stwierdza, że musi jeszcze potrenować.


14` Tak jest, to znów strzał naszego napastnika. Szkoda, że zawodnicy Borussii zapomnieli o kryptonicie. Kolejna genialna interwencja Neuera. Facet lata dziś jak po środkach przeczyszczających.


16` Powinna być bramka. Błaszczykowski uderza z kilku metrów, Neuer ledwo sięga nogą. Szkoda.


23` Sven Bender z Borussi niespodziewanie otrzymuje piłkę w polu karnym. Nie mogąc uwierzyć jak to się stało postanawia dokonać kolejnej niemożliwej rzeczy. Z niemożliwie dogodnej pozycji uderza w niemożliwie słaby sposób, w niemożliwego dziś Neuera. Niemożliwe.


27` Bayern postanowił troszkę pograć w dzisiejszym meczu. Dwie świetne okazje – najpierw Mandzukica, później Martineza. Pierwszego świetną paradą powstrzymuje Weidenfeller, drugi powstrzymuje się sam uderzając minimalnie nad poprzeczką.


32` Robben sam na sam z Weidenfellerem. Bramkarz Borussii chce dziś dorównać Neuerowi. Świetna interwencja – Robben wygląda na mocno zdziwionego.


35` Lewandowski sam na sam z Neuerem. Tak jest – nie ma bramki. Jak tak dalej pójdzie to FIFA za rok zrezygnuje z bramkarzy.


43` Krótki okres gry Bawarczyków okazuje się tą nudniejszą częścią spotkania. Chwilowy marazm przerywa błąd Hummelsa. Robben  patrzy bramkarzowi Borussii prosto w twarz. Zahipnotyzowany Robben uderza dokładnie tam gdzie chciał. Weidenfeller już nigdy nie będzie taki ładny, ale bramki nie ma.


45` Po pierwszej połowie 0:0 Najpierw świetna gra Borussii, później przebudzenie Bayernu. Oczywiście jak zwykle niezawodny Szpakowski. Swoją drogą ciekawe skąd w drużynie z Bawarii wziął się nasz polski zawodnik Tomasz Miller?


51` Okres dobrej gry Borussii uhonorowany przez Hummelsa bardzo słabą wrzutką w pole karne rywali. Klops.


56` Piękną wojnę mamy dziś na Wembley. Piłkarze gryzą trawę, siebie, a Ribery po starciu z Hummelsem prawdopodobnie musi przeżuć własną dumę i kilka zębów.


60` Gooool – Weidenfeller nie sięga piłki zagranej przez Robbena. Nie sięga jej także Schmelzer. Wpada na nią jednak Mandzukic i spokojnie pakuje do bramki. Obserwując jego dotychczasową grę trzeba się cieszyć, że nie zrobił sobie krzywdy tą interwencją.


64` Hummels rusza do ataku. Jego głównym celem po raz kolejny okazuje się Ribery. Mały francuz chyba zapomniał o białej fladze, bo stoperzy Borussii biegają po nim w tą i z powrotem. Być może próbują zasadzić go w ziemi, żeby na wiosnę wyrosła z niego cała drużyna piłkarska.


67` Goool - Dante atakuje Reusa w polu karnym. Kopnięcie rywala w brzuch mogło spowodować u sędziego tylko jedną reakcję. Dante rozpacza. Gundogan strzela, piłka wpada do bramki, Borussia się cieszy, pasterze śpiewają…


73` Akcja Bayernu. Mueller mija bramkarza Borussii, lekko dośrodkowuje do Robbena, który musi już tylko wepchnąć piłkę do siatki. Między Robbena, a linię bramkową  wpycha się jednak Subotic, który nie wiadomo jakim cudem wybija futbolówkę. Jurgen Klopp sika ze szczęścia, kibice Bawarczyków od nadmiaru piwa.  


73` Żółte kartoniki dla Grosskreutza i Ribery’ego. Fakt ten odnotowuję tylko po to, żeby wyrazić podziw dla francuza. Po tylu przejściach facet ma jeszcze siłę kłócić się z rywalem. Panowie w żółto-czarnych strojach mają jeszcze 17 minut, żeby podziękować Ribery’emu za te awantury. Hummels znacząco się uśmiecha…


76` Strzał Alaby. Weidenfeller nie dał się zastraszyć. Bardzo dobra interwencja. Serio, to staje się już nudne. Gdyby w choć jednej z drużyn grał Janusz Jojko byłoby o wiele ciekawiej.
79` Lewandowski zachowuje się bardzo nieładnie. Depcze po nodze leżącego Boatenga. Powinna być kartka, ale Boaeteng jest chwilowo zajęty zwijaniem się z bólu, więc nie protestuje.


88` Nie pisałem przez kilka minut. Za dużo emocji. Bayern atakuje, Borussia rozpaczliwie się broni. Piłkarze z Dortmundu chyba opadli z sił. Raz po raz Bawarczycy uderzają lub wychodzą na czyste pozycje. Weidenfeller póki co nie daje się jednak pokonać.


89` Goool – Borussia nie dotrwała do dogrywki. Robben drybluje, lekko uderza obok bezradnego bramkarza, a piłka wtacza się do bramki. Robben wygląda na zadowolonego – Bender na potencjalnego mordercę. Robben prawdopodobnie ze strachu przed zemstą zawodników z Dortmundu postanawia pobiegać wokół boiska. Czas leci.


95` Bayern przedłużał, obie strony dokonały kliku zmian, Martinez troszkę posymulował i druga połowa minęła w tej radosnej atmosferze. Obie strony płaczą. Lewandowski zawiedziony, że jego polska „końcówka” nie pomogła drużynie, Robben zachwycony, że mimo usilnych starań aby tego nie zrobić - strzelił wreszcie bramkę.


Wynik: Borussia Dortmund 1:2 Bayern Monachium

Podsumowanie: Wynik niestety rozczarował kibiców Borussii, ale sam mecz (zaskakująco) okazał się lepszy niż przewidywałem. Dużo strzałów, piękne akcje i niezapomniane sytuacje. Legia za rok w finale powinna pomścić naszych Polaków. Tym optymistycznym akcentem warto byłoby zakończyć to ciut za długie sprawozdanie.

środa, 22 maja 2013

Ranking (nie)zapomnianych, serialowych „bad- assów”


Witajcie ponownie. Być może zapytacie w tym momencie o co chodzi i czego ten ranking ma tak właściwie dotyczyć? Bardzo dobre pytanie. Sam jeszcze nie wiem, wszystko zależy od tego co podpowie mi kosmos i kolejna wypita kawa. Generalnie chciałbym skupić się na charakterystycznych, ale grających epizodyczną rolę, bohaterach dorównujących swą budową i zacięciem rosyjskiemu T-90. Mogą to być też główni, ale często umykający naszej uwadze bohaterowie. Zobaczymy co z tego rankingu tak naprawdę powstanie.

10. Hodor (Gra o Tron)

 Facet o wielkości budynku logistycznego służącego przechowywaniu płodów rolnych i sprzętu użytkowego (stodoły), jego charyzma i elokwencja są zadziwiające. Argumenty, którymi potrafi się posłużyć, zdania wielokrotnie złożone i pełne emocji podejście do świata dorównują tylko czołowym polskim politykom (zamach, zamach, unia dobra, unia zła, podatki, drogi, konopie, krzyż). O dziwo dotąd żyje i czasem nawet pojawia się w serialu. Głównie robi za muła transportującego młodego Starka, ale to i tak zdecydowanie przewyższa jego kompetencje.

9. Louis Litt (Suits)
Zupełnie inny typ bad-assa. Wkurzający szczurek w garniturze, który dodaje serialowi mnóstwo uroku. Często wkurza, czasem bawi. Niestety gad jest sprytny i przebiegły, więc może sporo namieszać. O dziwo polubiłem gościa 

8. Opie (Synowie Anarchii)
Jedyną rzeczą, która w tym serialu przeraża bardziej są zmarszczki Katey Sagal. I broda Opiego. Ten niemal dwumetrowy skubaniec jest najfajniejszą postacią całej produkcji. Większość problemów eliminuje poprzez pozbycie się osobnika sprawiającego problemy. Zresztą, co tu dużo pisać: koleś jest wielki, ma zajebistą brodę, motocykl i skórzaną kurtkę. Jak mógłbym go pominąć?

7.Ronon Dex (Stargate Atlantis)
Cholernie wielki koleś z cholernie fajnymi mieczami. Biega, skacze, strzela, daje w mordę i zwykle jest przy tym szaleńczo spokojny – pełen serwis. Jako jedyny ocalały ze swojej planety ciąży na nim obowiązek bycia najbardziej zabójczym. W dodatku ma fajną fryzurę.

6. Ares (Xena, Herkules)
Kto za gówniarza nie oglądał tych durnych seriali niech pierwszy rzuci kamieniem. Do tej pory pamiętam tego zarośniętego skurkowańca, który jako jedyny potrafił czasem dokopać Herkulesowi. Miejsce szóste głównie za piękne wspomnienia, bo nawet mimo swej boskości połowa bohaterów z tego rankingu stłukła by mu dupsko niemiłosiernie.

5. Mr. Eko (Zagubieni)
Niestety nie rozwinął pełni swoich zabójczych możliwości. Szkoda, ale chyba wynikało to z faktu, że podczas kręcenia nie mógł zmieścić się w dżungli. Jego mięśnie sprawiały, że klinował się między drzewami, a dodatkowym komicznym efektem okazywała się głowa, która nad nimi wystawała. Kawał bydlaka, którego broda tylko odrobinkę ustępuje morderczością brodzie Opiego.

4. Gladiatorzy Spartakusa (Nominacja zbiorowa)
Miał być jeden, będzie całe stado. Kilkunastu byków karmionych sterydami od momentu poczęcia daje w tym filmie niesamowity efekt. Testosteron wylewa się z ekranu i kapie na klawiaturę. Prawdopodobnie banda osłów, ale za samą prezencję zasługują na wysokie miejsce. 

3. Khal Drogo (Gra o tron)
Czyli drugie spotkanie z Jasonem Momoą w tym rankingu. Znów jest groźny. Tym razem ma też całą armię. Gdyby nie fakt, że ginie jak ostatni leszcz prawdopodobnie byłby pierwszy. Naprawdę, jak można było taką górę mięsni uśmiercić w tak idiotyczny sposób? Dotąd nie mogę wybaczyć autorom pozbycia się postaci o takim potencjale.

2. Waluś (Janosik)
Nie mogło zabraknąć także polskiego akcentu. Nasz rozbójnik świetnie radzi sobie nawet w gronie obcych zabijaków. Sporych rozmiarów i sporej siły facet, który idealnie podziela moje ideały: chlanie, spanie, żarcie i sarkazm. Jego głębokie rozważania nad życiem i filozoficzne polemiki z Pyzdrą uważam za legendarne. Najlepiej wykreowany bad-ass w polskich serialach. Niedościgniony wzór na postać drugoplanową. 

1. Jayne Cobb (Firefly)
Tego faceta możecie skądś kojarzyć. Adam Baldwin stworzył genialną w swej prostocie postać, której kariera oparta była na czysto rozrywkowym zastosowaniu przemocy. Gość niszczył mocniej niż mleko z kiszonymi ogórkami. Trzeba go poznać obowiązkowo – w odróżnieniu od efektów działania mleka z ogórkami.  

sobota, 18 maja 2013

Minirecenzja, Douglas Farah, Stephen Braun - "Handlarz Śmierci"

Hej robaczki, mimo tego, że mam kilka zaległych recenzji do napisania, dziś chciałem podzielić się z wami moimi wrażeniami po przeczytaniu "Handlarza Śmierci". Ta 320 - stronicowa książka niesamowicie zaintrygowała mnie od pierwszego spojrzenia. Cóż bowiem może zachęcić bardziej niż historia jednego z największych handlarzy bronią naszych czasów, postaci która zainspirowała twórców "Pana życia i śmierci", ostatniego przyzwoitego filmu z Cagem w roli głównej, co ma w końcu większą moc przyciągania niz pozycja stworzona przez redaktorów "Los Angeles Timesa"? Prawdopodobnie wiele innych książek, ale dziś skupimy się akurat na tej  :)

O kim mowa? Oczywiście o niesławnym w wielu kręgach Wiktorze Bucie, człowieku którego imperium handlu bronią sięgało od RPA przez Liberię, Kongo, Afganistan aż po Belgię. Pomówmy jednak najpierw o książce. Dla ludzi zainteresowanych tym tematem jest to pozycja z pewnością wielce cenna. Mnóstwo informacji, szczegółów działań, rozmów ze świadkami, materiałów wywiadowczych itd. daje nam świetny obraz organizacji handlarzy nielegalnym uzbrojeniem. Jednocześnie zostajemy rzuceni w wir czasem chaotycznych szczegółów - od procesów celnych po rejestrację ruchu lotniczego. Kilkadziesiąt odkrytych firm-przykrywek Buta, jego kilkanaście tożsamości plus kilkudziesięciu ważnych współpracowników nie pozwalają łatwo połapać się w tym bałaganie. Jeżeli więc liczycie na powtórkę filmowej historii niestety srogo się rozczarujecie. Książka zdecydowanie nie dla wszystkich.

Moja ocena to: 7/10 (niezainteresowani tematem niech utną jej ze dwa punkty) 

Pan Wiktor But oglądający świat z zasłużonej perspektywy

W ramach dbania o waszą edukację i pogłębiania wiedzy naszego społeczeństwa jako bonus postaram się krótko opisać także działalność i historię pana Buta. Niestety nigdy nie byłem dobry w psychologii mimo to postaram się krótko przeanalizować jego tożsamość. Otóż jest to jedno z najgroźniejszych połączeń jakie można sobie wyobrazić - świetny biznesmen, człowiek bardzo inteligentny, znający kilka języków, były oficer wywiadu radzieckiego, a jednocześnie osoba wyjątkowo bezkompromisowa, nastawiona jedynie na gromadzenie pieniędzy i bezlitosna nawet dla przyjaciół. Pan który po rozpadzie Związku Radzieckiego zajął się "kolekcjonowaniem" starych i zdezelowanych samolotów transportowych. Taki był początek błyskawicznej kariery Buta, w której z pewnością nie przeszkodziły mu znajomości czy to w wywiadzie rosyjskim, czy też z wieloma dyktatorami jak Charles Taylor.  

Pan But rozkręcił genialny interes tworząc świetne zaplecze logistyczne, które jako jedno z niewielu potrafiło dostosować się do kiepskiej jakości lotnisk i notorycznych konfliktów zbrojnych w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Praktyka zaopatrywania obydwu stron konfliktu, a także kamuflowania swych działań przez przeprowadzanie również bardzo dochodowych, ale legalnych transportów, szybko przyniosła Butowi miliony. Świetnie prosperujące firmy za którymi stał ten pan, zostały wykorzystane także do dostarczania pomocy humanitarnej przez ONZ (podobno czasem rozładowywały pomoc humanitarną, a na pokład wnosiły już broń), transportu amerykańskich wojsk do Iraku, czy też zaopatrywania w broń Al-Kaidy. Śmiało możemy powiedzieć, że jest to jeden z najbardziej neutralnych biznesmenów na świecie - było mu przecież obojętne kto ginie, byleby dochodowe wojny trwały nadal.

Ukraina - Janukowycz approves.
Zadziwiające jest to, że obserwacje wywiadu brytyjskiego i amerykańskiego działalności pana Wiktora nie doprowadziły do wcześniejszego aresztowania (obserwacje prowadzone były prawdopodobnie już od 1994 roku). Dopiero 2008 rok przyniósł ze sobą jego aresztowanie. Być może zapytacie dlaczego piszę ten tekst? Otóż jest to sprawa poruszana niezbyt często, a jestem przekonany, że tego typu ludzie mają na sumieniu często więcej ofiar niż piętnowani dyktatorzy - nawet pomimo faktu, że to nie oni pociągają za spusty. Cierpienia spowodowane przez broń dostarczoną poprzez firmy Buta w samym tylko Sierra Leone zabiła lub okaleczyła prawdopodobnie więcej ludzi niż działalność Osamy Bin Ladena i Al-kaidy za jego czasów. Z pewnością pomijanie tego tematu wiąże się także z niechlubnym związkiem państw zachodu z tym handlarzem, ale uważam, że swoim działaniem pan But zasłużył na te kilka linijek tekstu. Mam nadzieje, że was nie zanudziłem i chociaż odrobinkę zainteresowałem ową ciekawostką ;)

Ps. Przepraszam za dość długie przerwy w pisaniu, ale ostatnio mam sporo na głowie. Mam nadzieje, że mi wybaczycie i nie opuścicie moich skromnych internetowych progów ;)  

 

wtorek, 14 maja 2013

Krótkie podsumowanie sezonu piłkarskiego

Na kilka kolejek przed zakończeniem rozgrywek piłkarskich w sezonie 2012/2013 możemy pokusić się o małe podsumowanko. Rozumiem, że piłka nozna nie jest wiodącym tematem tego bloga i większość czytelników zakręci nosami (albo tym czym kręcić lubi), tupnie nóżką i szybko zamknie okienko z tym tekstem, ale cóż - o piłce pisać lubię, oglądać także, a wam raz na pół roku nie zaszkodzi poczytać o tym co się w świecie tego bezsensownego sportu dzieje. Tak więc proszę mi się tu dokształcać :)

Liga Hiszpańska:


Zaczynam od mojej ulubionej ligi, z moim ulubionym zespołem na czele. Najbardziej hejtowany zespół na świecie - FC Barcelona - na trzy kolejki przed końcem rozgrywek zapewnił sobie mistrzostwo, dystansując drugi najbardziej hejtowany zespół na świecie - Real Madryt. Postaciami wiodącymi minionego sezonu z pewnością będą Leo Messi - jeden z moich dwóch ulubionych skrzatów, Cristiano Ronaldo - człowiek torpeda, zwykle grający świetne spotkania. Mimo pewnej niechęci do jego klubu muszę zaznaczyć, że jest to osobistość przyciagająca do piłki całe rzesze płci pięknej. Tych dwóch panów nieśmiało goni świetny w tym sezonie Falcao, który bardzo dobrze odnalazł sie w drugim stołecznym klubie - Athletico Madryt, które z kolei zajęło trzecią lokatę.

Liga Polska:
Coś z naszego podwórka (podwórko to swietne słowo okreslające poziom rozgrywek ligowych w naszym kraju). Póki co prowadzi Legia z dwoma punktami przewagi nad Lechem Poznań. Znając wcześniejsze doswiadczenia związane z przewagą punktową klubu ze stolicy, jestem gotów dać uciąć sobie jakiś mało znaczący członek, że ta skromna przewaga punktowa zostanie błyskawicznie przepieprzona. Zaskoczeniem sezonu można uzać trzecie, póki co, miejsce Piasta Gliwice, chociaż w tym kraju nie powinno zaskakiwać nic. Aha, Wisła Kraków poniżej oczekiwań - w tym roku nie będzie pucharów. Występ w lidze mistrzów w przyszłym roku po raz kolejny okaże się tylko marzeniem.

Liga Angielska
Sir Alex Ferguson w blasku chwały opuszcza Manchester United doprowadzając ten zespół do kolejnego mistrzostwa kraju. Manchester City i Chelsea napompowane kasą jak dobra kasza skwarkami, zajmują odpowiednio kolejne miejsca. Co do wiodących piłakrzy wypadałoby napisać oddzielny post. Zaznaczyć warto jednak dobrą formę Robina Van Persiego (btw. chciałbym mieć van'a w nazwisku - to brzmi tak fajnie :)) Luisa Suareza, a także nieprawdopodobnie grającego - Garetha Bale'a. Natomiast, że pieniądze nie grają skutecznie udowodnił zespół Queens Park Rangers, który mimo bardzo solidnego składu wciąż okupuje ostatnią pozycję.

Liga Włoska
Tu było ciekawie. Inter Mediolan - słabiutki sezon, AC Milan - słaby początek, później przebudzenie i póki co miejsce trzecie. Zwycięstwo zapewnił sobie za to klub z Turynu. Juventus zagrał fantastyczny, równy sezon, a wielu zawodników z ich składu z czystym sercem możnaby okreslić odkryciami (że wspomnę tylko świetnie grającego Pogbę). Drugie miejsce zajmuje Napoli, ale przypuszczam, że za rok klub ten nie obroni swojej pozycji. Tym bardziej, że prognozowany jest transfer Edinsona Cavaniego - ich czołowego strzelca.

Liga Niemiecka
Hmm, prawdopodobnie najsilniejsza obecnie liga na świecie (dwa zespoły z Niemiec w finale Ligi Mistrzów o czymś świadczą). Bayern Monachium zapewnił sobie tytuł wypracowując wręcz nieprawdopodobną przewagę. Dość powiedzieć, że póki co przegrał tylko jedno spotkanie w lidze. Polska Borussia jest druga z czterema punktami przewagi nad Bayerem Leverkusen. Póki co królem strzelców jest Stefan Kiessling (Bayer Lev.), ale nie uznałbym go za piłkarza sezonu. Dużo istotniejszy wydaje mi się np. wkład Mandzukica i Gomeza w zwycięstwa Bayernu, czy też Lewandowskiego, Reusa i Goetzego w zwycięstwa Borussi. Mimo tych sukcesów cholernie ciężko ogląda mi się potyczki niemieckich zespołów. Prawdopodobnie tak samo jak mecze tych klubów wygladała bitwa pod Stalingradem. Niby jest moc, ale większość czasu zajmują przepychanki i zdobywanie każdego centymetra boiska bez większego pośpiechu.

Liga Francuska
Żabojadom udało się stworzyć ligę którą nie interesuje się nikt oprócz bukmacherów i samych francuzów. Jest to o tyle dziwne, że zespoły są bardzo mocne. Prym wiedzie naszpikowane dolarami i Zlatanem Ibrahimovicem Paris Saint Germain. To w sumie tyle jeśli chodzi o istotne informacje dotyczące tej ligi.

Liga Portugalska
Porto, Benfica - ta sama śpiewka od lat. Odkryciem jest zawodnik Porto - Jackson Martinez, który jak każde inne odkrycie Porto wkrótce prawdopodobnie zmieni klub. Dużo strzelał (24 bramki), ale i tak mało kogo to interesuje - w końcu to tylko Liga Portugalska.

Liga Rosyjska
Wciąż istnieje. Podobno ktoś tam nawet potrafi grać w piłkę. Cóż z tego, skoro tani spirytus jest u nas znacznie popularniejszą marką?

Liga Botswańska
Botswańscy snajperzy.
Dokonano zakupu pierwszej w historii piłki zbudowanej z innego materiału niż zwierzęce jelita. Wciąż niedościgniony wzór dla ligi polskiej.

Liga Vanuatu
Kadra reprezentacji w narodowym stroju sportowym.
Osiem zespołów zrzeszających znaczny procent obywateli kraju, udających jednocześnie, że znają zasady gry w piłkę. W końcu godny przeciwnik dla naszych rodzimych zespołów.

A która liga jest waszą ulubioną?  

 

piątek, 10 maja 2013

Graham Masterton - "Dom Kości"

Witajcie moi drodzy, oto przed wami jedna z najgorszych książek jakie miały zaszczyt oglądać tego bloga, a prawdopodobnie także jedna z najgorszych, jakie kiedykolwiek pojawiły się na sklepowych półkach. "Dom kości" Mastertona to świetny przykład tego, jak można spartolić całkiem niezły pomysł na powieść. To także jedna z tych pozycji przez które czytelnictwo w naszym kraju stoi na tak niskim poziomie, oraz na cześć której w piekle zorganizowano specjalną imprezę okolicznościową.



Muszę jednakże przyznać, że książka straszy bardzo skutecznie: zaczynając od dialogów, poprzez styl autora, aż do bezsensownego zakończenia - szkoda, że zabrakło dreszczyku związanego z fabuła, bo mielibyśmy już komplet. Nie będę się dziś bawił w unikanie spoilerów, ponieważ mam nadzieje, że po tej recenzji nikt nie waży się sięgnąć po to "dzieło".



O czym więc jest "Dom Kości"? W ścianie pewnego budynku FBI, czy tam inna, równie ważna organizacja odkrywa kilkadziesiąt szkieletów - jedne mają kilkanaście lat, inne nawet ponad sto. Oczywiście detektywi bardzo się dziwią. Cyk - pierwszy rozdział na tym się  kończy. W następnym poznajemy Johna, niećpającą przyszłą gwiazdę rocka (co już samo w sobie jest nierealne), który to podejmuje pracę w agencji nieruchomości. W sumie gówno o nim wiemy, tyle samo nas obchodzi, a więź z bohaterem mamy oprzeć na tym, że autor gdzieś tam wspomniał, że John ma chorą matkę. Tyle aspektów obyczajowych. Od biedy mógłbym to wybaczyć, ze względu na mizerne rozmiary książki (jakieś 240 stron plus opowiadanie nawet niewarte wspominania), ale tego co dzieje się dalej mój malutki rozum już nie pojmuje.



Oczywiście John odkrywa tajemnicę swojego szefa, który stworzył prywatną listę domów, którymi nikomu nie pozwala się zajmować. Sam pośredniczy w ich sprzedaży i kategorycznie zabrania negocjowania w tej sprawie z klientami. Kim jednak byłby John gdyby nie wsadził w to swojego wścibskiego nosa? Od jednego absurdalnego zachowania do drugiego nasza niedoszła gwiazda popada w ogromne tarapaty w których główną rolę odegrają, uwaga: pradawne siły, druidzi, drewniana rzeźba z morderczymi zapędami, czy nawet pożerająca i "znikająca" ludzi ściana. Muszę powiedzieć, że jak na lekko ponad 200 stron atrakcji jest mnóstwo.



Do tego dialogi drętwe jak martwy chomik, bohaterowie bez wyrazu i najdziwaczniejsze zakończenie jakie ktokolwiek może sobie wyobrazić. Czytanie tej książki według mnie ma tyle samo sensu, co bieganie nago po mieście, okładanie się biczem i wykrzykiwanie przy tym II zasady dynamiki Newtona (Pierwsza i trzecia są spoko :)). Nie wiem jak mogę was jeszcze zniechęcić, ale mam nadzieje, że dość jasno wyraziłem swój pogląd - nie spodobała mi się :) 



Moja ocena to 3/10 

wtorek, 7 maja 2013

Kathy Reichs - "Okruchy Śmierci"


„Okruchy Śmierci”  to kolejny z rzędu recenzowany  kryminał (dużo ich tu ostatnio, prawda?), który jest jednocześnie moją pierwszą przygodą z twórczością Kathy Reichs. Książka opowiadająca o losach doktor antropologii - Temperance Brennan,  należy do cyklu, który zainspirował twórców świetnego serialu pod tytułem „Kości”.  Jak wypada powieść na tle jej telewizyjnego odpowiednika?


Zacznijmy od bohaterów. Niestety mimo że przez powieść przewija się postać agenta federalnego nie dorasta on nawet do pięt serialowemu Boothowi. Nie doświadczymy też spotkania z jakimkolwiek innym członkiem ekipy znanym z serialu. Szkoda, bo są to postaci do których zdążyłem się przyzwyczaić i po cichu liczyłem na ich udział w książce. Mało tego – polubiłem je bardziej niż samą Brennan.


Temperance jednak również nie przypomina swego serialowego odpowiednika. Wydaje mi się, że jest o wiele bardziej uspołeczniona, niż zainteresowana wyłącznie kośćmi jej ekranowa wersja. Świadczy o tym motyw obyczajowy – dość lekko poprowadzony, a dotyczący stosunków z byłym mężem i obecnym chłopakiem. Mimo wszystko chyba mniej wkurzała mnie telewizyjna doktor Brennan.


Tym bardziej, że w „Okruchach Śmierci” Kathy Reichs opisuje nam wszelkie aspekty antropologiczne tak dokładnie, że czasem staje się to wręcz chaotyczne. Niby w tym wypadku jest to zgodne z logiką jaką rządził się serial, ale tam mieliśmy przynajmniej dociekliwego agenta Bootha, który pełnił rolę tłumacza języka naukowego na nasz. W książce niestety nie pomyślano o takiej postaci, choć muszę przyznać, że nie było wcale zbyt dużo tak zawiłych opisów.


Zagadka jest ciekawa, akcja bardzo dynamiczna. Książkę przeczytałem w dwa wieczory bez większych oporów. Nie jest to może arcydzieło literatury kryminalnej, ale potrafi bardzo mocno wciągnąć. Oczywiście, ma swoje wady, ale myślę, że każdy miłośnik serialu z przyjemnością sięgnie po książkę Kathy Reichs. W konkurencji pomiędzy literaturą, a serialem, w tym wypadku jednak, na piedestale muszę postawić serial. 


Moja ocena to 7/10

sobota, 4 maja 2013

Camilla Lackberg - "Kaznodzieja"


Hej robaczki. Przedstawiam wam króciutką recenzję książki, której treść kompletnie zapomnicie po tygodniu. Kryminał Camilli Lackberg to powieść, którą pochłania się błyskawicznie, a mimo to, potrafi się ją równie szybko zapomnieć. Taki Dan Brown szwedzkiego kryminału. I nie, wcale nie uważam, że jest to wada.

Wprost przeciwnie. Z czystym sercem mogę stwierdzić, że w tym wypadku Czarna Seria nie ma się czego wstydzić, ponieważ „Kaznodzieja” nie odstaje od ogólnego dość wysokiego poziomu. Książkę czyta się błyskawicznie i nie przeszkadzają w tym nawet wszelkie obyczajowe wątki. Mało tego – stworzono je na tyle dobrze, że nawet ja czytałem z zainteresowaniem, co podkreślmy – nie zdarza się często.

Zagadka początkowo wydaje się nieco przekombinowana, ale wraz z rozwojem akcji zaczynamy dostrzegać wszelkie koneksje i powiązania pomiędzy podejrzanymi, a także przestajemy gubić się w gąszczu obco brzmiących nazwisk. Zakończenie natomiast jest dość nieprzewidywalne – prawdopodobnie starzy wyjadacze kryminałów odkryją naszego mordercę już kilkadziesiąt stron przed finałem, ale mi się to na szczęście nie udało.

Miało być króciutko, więc przejdźmy szybko dalej. Bohater Patrick nie jest typowym skandynawskim detektywem. Ma żonę i wraz z nią wkrótce spodziewają się dziecka. Nie jest alkoholikiem, nie ćpa, przez całą powieść nie zapalił nawet papierosa – święty, że aż się niedobrze robi. Niby twardy facet, ale gdyby spotkał komisarza Hola na ulicy prawdopodobnie przeszedłby na drugą stronę. Z jednej strony to dobrze, bo jest oryginalnie, ale z drugiej nie pałam specjalnie wielkimi uczuciami do takich bohaterów – ot, taka lekka sympatia. Jego żona bardziej zapadła mi w pamięć, chociaż nie brała bezpośredniego udziału w śledztwie.  

Historia znana z każdego innego kryminału. Szwedzka prowincja, kilka trupów, kilka fałszywych tropów, płacz, jęki i zgrzytanie zębów i tak aż do finału. O dziwo czyta się to lepiej niż może się wydawać. Co do samej autorki, to jest to moim zdaniem jedna z lepszych pań w branży kryminałów z jakimi miałem do czynienia. Taka szwedzka Kathy Reichs. Cóż jeszcze mogę rzec? Ręki bym sobie za tę powieść raczej uciąć nie dał, myślę, że poskąpiłbym nawet palca, ale jeżeli wpadnie wam w łapki radzę spróbować. Podsumowując - bardzo solidny kryminał warty polecenia szczególnie fanom gatunku. Reszta może śmiało odjąć sobie pół punktu od oceny.

Moja ocena to 7/10    

czwartek, 2 maja 2013

Jo Nesbo - "Człowiek - nietoperz"

Eh, piętrzą mi się stosy książkowe aż do samego sufitu, recenzji nie ma kiedy pisać, a o jakimś opisywanym przeze mnie filmie nie pamiętają nawet najstarsze babcie klozetowe - życie jest ciężkie. Dlatego w ramach nadrabiania zaległości dziś postaram się sporządzić krótki tekst dotyczący debiutanckiej powieści jednego z najpopularniejszych obecnie autorów skadynawskich kryminałów - tak jest, chodzi o pana, którego imię raz po raz powtarzają raperzy na całym świecie. Przed wami Jo Nesbo i niezawodny komisarz Harry Hole.

Mimo faktu, że lekturę cyklu rozpocząłem od środkowych części, a dopiero teraz udało mi się dorwać pierwszą z nich, śmiało mogę powiedzieć, że nie żałuję. Obawiam się, że rozpoczynając swą przygodę z Nesbo od "Człowieka-nietoperza" nie byłbym nią zafascynowany w takim stopniu jak obecnie. Patrząc z perspektywy zachlanego i zniszczonego przez życie komisarza Hole, książka dotycząca początków jego upadku okazała się dla mnie całkiem przyjemną pozycją. Może nie tak genialną jak wszystkie pozostałe, ale nadal bardzo interesującą. 

Co szwankowało w debiucie Nesbo? Książka okazała się lekko przegadana. Otrzymaliśmy za dużo niepotrzebnego, choć czasem interesującego materiału. Wydaje mi się także, że nie wykorzystano dzikiego potencjału Australii skupiając się raczej na opisie kulturowych czynników rządzących tamtejszym społeczeństwem.

Harry Hole przez większość powieści niestety nie był również detektywem, który dał się poznać w kolejnych częsciach cyklu. Dopiero na końcowych stronach stopniowo rozkręcał się, by w konsekwencji doprowadzić się do znanego już czytelnikom upodlenia. Trudno mi to wytłumaczyć, ale dopiero w tym stanie bohater staje się takim cynikiem, że wprost nie sposób go nie pokochać.

Kolejny raz zagadka stoi jednak na najwyższym poziomie. Mimo stosunkowo małej liczby bohaterów i postaci pobocznych odkrycie kto stoi za morderstwami stanowi prawdziwe wyzwanie. Pochwalić można także kreacje wspomnianych bohaterów. Otto - klaun homoseksualista, Towoomba - bokser, czy też Andrew - detektyw aborygen, to postaci, które na długo zapadają w pamięć.

Porównując jednak debiut z kolejnymi pozycjami od Nesbo pierwsza część wypada szalenie blado. Widać pewne przebłyski geniuszu z jego późniejszej twórczości, ale przez większość czasu otrzymujemy "tylko" solidny kryminał. Najwiekszym grzechem tej części okazało się więc dla mnie to, że nie jest tak świetna jak wszystkie kolejne. Mimo to jestem w stanie polecić ją wszystkim miłosnikom kryminałów, zapijaczonych detektywów i uznaję, że jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy uważają, że Harry Hole jest najlepszym detektywem w historii literatury

Moja ocena to 6/10