niedziela, 30 czerwca 2013

Agatha Christie - "Morderstwo w Orient Expressie"

"Stoi na stacji lokomotywa"

Dzisiaj moi drodzy pośledzimy śledzia śledczego Herkulesa Poirota. Razem z belgijskim detektywem wsiądziemy więc do Orient Expressu i udajmy się w zabójczo długą podróż na trasie Syria - GdzieśtamwEuropie. 

"Stoi i sapie, dyszy i dmucha"

Niestety pociąg dał dupy jak klasyczne PKP i utknął zaspie - w szczerym, jugosławiańskim polu. Nasz bohater pozostaje jednak niewzruszony. Z radością ocenia i charakteryzuje pozostałych 12 ludzi podróżujących wraz z nim tym samym wagonem. Jeżeli akurat siedzicie w przedziale restauracyjnym dostrzeżecie między innymi wielkiego Włocha, chudą arystokratkę z Rosji, małżeństwo lordów angielskich, amerykańskiego handlarza, a także rozgadaną babę z kraju kwitnących fast-foodów (tak, też USA). To tylko kilka szczególnie charakterystycznych postaci rzucających się w oczy już na wstępie. Podsumowując ten akapit - kreacja postaci pobocznych na plus.

"A tych wagonów jest ze czterdzieści,
 Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści."

Niespodziewanka (spojler) - w kryminale będzie trup. No niestety zmarło się na trasie poczciwemu (lub nie) grubaskowi. Pewną wskazówką dla genialnego detektywa dotyczącą okoliczności śmierci może okazać się kilkanaście ran kłutych na ciele ofiary. Jakkolwiek polska policja w tym momencie wpisuje w akta sprawy "ekstremalne samobójstwo", pan Poirot nie daje się zwieść tak łatwo. Poczciwina ubzdurał sobie że to morderstwo i zaczyna poszukiwać winnego. (Spojler II) Oczywiście udaje mu się to w 100 procentach.

"I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas"

I tu dochodzimy do owego klasycznego elementu. Większość czasu zajmuje nam obserwacja Poirota przesłuchującego podejrzanych. Według mnie jest to element cholernie genialny w swej prostocie. Czytając ową część, można poczuć się jak detektyw osobiście uczestniczący w dochodzeniu. Sami składamy wszelkie wydarzenia do tzw. "kupy" i próbujemy odgadnąć kto kryje się za tym niezbyt straszliwym, morderstwem.

"To nie udźwigną - taki to ciężar!"

No właśnie - największym mankamentem okazało się samo morderstwo. Wiem, jestem psycholem, ale po zadaniu kilkunastu ran ofierze, liczyłem na opis jakiejś małej kałuży krwi, kawałka flaczka, czy czegokolwiek innego. Niestety trup pozostał niewzruszony i nie wykrzesał z siebie dość energii, by pani Christie mogła uznać jego sposób śmierci za interesujący. 

"Gładko tak, lekko tak toczy się w dal"

I to chyba byłaby jednyna tak znacząca wada. Poza tym czyta się szybko, zakończenie jest świetne, Poirot jest znośny, zagadka ciekawa i fajnie zbudowana. W dodatku chyba trochę wstyd nie znać klasyki kryminałów, co? (Ten zabieg to tzw. "łechtacz dumy" - w trakcie opantetowywania) Cóż ja marny robaczek mogę dodać? Czytajcie, bo warto. 

Moja ocena to: 8/10   


czwartek, 27 czerwca 2013

Markus Zusak - "Złodziejka Książek"

"Złodziejka książek" to pozycja nieszablonowa, oryginalna, ale co najistotniejsze po prostu świetna. Wiem, że nie powinno się zaczynać żadnej recenzji w ten sposób, ale musicie się przygotować, że cały tekst złożony bedzie z peanów na jej cześć. Po prostu nie ma w sobie nic, co mógłbym jej zarzucić. Na okładce możemy oczywiście wyłapać jakieś malutkie nawiązanie do "Rzeźni numer pięć" Vonneguta i chyba jedynie ta książka ma coś wspólnego ze "Złodziejką Książek". Mianowicie obie pozycje cechują się świetnym, ironicznym humorem i obie nawiązują do tragedii II wojny światowej. Jedna i druga pokazuje wojnę zadziwiająco realistycznie - bez zbędnego patosu, bohaterstwa, wielkich ideałów. Mamy tu życie zwykłych ludzi starających się przetrwać. I szczerze mówiąc takie podejście do tematu jest o wiele bardziej poruszające niż wałkowanie po raz kolejny heroicznych aktów odwagi poszczególnych żołnierzy/dowódców. 

„Żeby żyć. Bo życie warte jest życia. Choćby ceną była wina i wstyd.”

Bohaterką powieści Zusaka jest dziewczynka - Liesel Meminger - która w ciagu kilku dni traci brata (umiera w pociagu na gruźlicę) i zostaje oddana pod opiekę rodziny zastępczej - Hansa Hubermanna i Rosy Hubermann. Jeżeli właśnie włączył wam się zmysł detektywistyczny, to tak, potwierdzam - akcja toczy się w nazistowskich Niemczech. Wszelkie perypetie wspomnianej bohaterki obejmą kilkanaście watków dotyczących między innymi jej przyjaciela Rudy'ego, żyda Maxa Vandenburga, a co najwazniejsze "kradnięcia" książek. Wszystko to w tle, zbiórek Hitlerjugend, palenia książek bombardowań i powołań do wojska. Już to powinno wszystkich zachęcić. Jednakże jeżeli nadal nie czujecie się przekonani do tej świetnej powiesci Zusak ma asa w rękawie.

„Był sobie raz dziwny mały człowieczek, który podjął trzy ważne życiowe decyzje: 1. Zrobił sobie przedziałek po innej stronie niż wszyscy. 2. Zapuścił sobie mały kanciasty wąsik. 3. Postanowił, że zdobędzie władzę nad światem.”

Narratorem jest śmierć. To ona obserwuje i opisuje wszystkie wydarzenia. W dodatku jej wtrącenia pełne rozmaitych przemysleń są często głebokie, czasem zaś ironiczne i pełne humoru. Zresztą co tu dużo pisać, czy książka w której narratorem jest śmierć może być zła? Według mnie odpowiedź na to pytanie jest całkiem jasna.

Kolejny duży plus to piękne wydanie. Nie jestem osobą, która na takie szczególiki zwraca zbyt dużą uwagę, ale już po otwarciu książki wiemy, że będzie się ją dobrze czytało. Pogrubione i zaznaczone wzorkami wtrącenia śmierci, świetna okładka, rysunki, przejrzystość - to wszystko zapewnia nam niesamowity komfort podczas lektury. 

„Z nieznanych mi powodów umierający zawsze zadają pytania, na które znają odpowiedź. Może dlatego, że przed śmiercią muszą się upewnić, że jednak mieli rację.”

Gwarantuję, że mimo niemalże 500 stron książkę przeczytacie błyskawicznie. Jest napisana świetnie, jest ciekawa i wciagająca, a w dodatku porusza bardzo ważny i podniosły temat w bardzo, hmm, "normalny" sposób. Polecam "Złodziejkę Książek" każdemu. Naprawdę warto spróbować - to proza w najlepszym wydaniu.

Moja ocena to 9/10

Ps. Dla wszystkich którzy książkę już czytali: Tak, byłem wzruszony, Nie, nie płakałem jak bóbr,chociaz dużo juz nie brakowało ;)

wtorek, 25 czerwca 2013

Tonino Benacquista - "Malavita"

Witajcie, dziś wreszcie zdobyłem się na napisanie porządnej książkowej recenzji. Postaram się także podzielić z wami moimi czytelniczymi planami na najbliższy miesiąc. Przenieśmy się jednak na kilka chwil do Francji – Normandia o tej porze roku jest ponoć przepiękna.
Jako że powszechny jest propagowany przez Anglików mit o tym, że nikt nie lubi Francuzów wyrzucamy ich z książki. Zapożyczymy tylko Normandię i wrzucimy do niej rodzinę Włochów. Żeby jeszcze bardziej namieszać niech to będą Włosi z Hameryki – konkretnie Newark. Mamy miejsce akcji, mamy rodzinę bohaterów – czas trochę namieszać.
Zacny tatuś Giovanni, czy też Fred, jak ochrzciło go FBI, jest kapusiem. Miał on wątpliwą przyjemność wsypać swego dawnego szefa – Don Mimino, głowę pięciu największych rodzin zrzeszających całą śmietankę włoskiej mafii. Nie było więc innego wyjścia jak tylko strategicznie wycofać się, w możliwie jak największym pospiechu, z pola walki i udać pod opiekuńcze skrzydła FBI. Pomysł na Włocha-mafiosa raczej nie należy do odkrywczych. Oczywiście oprócz mordowania bliźnich każdy Włoch uwielbia spaghetti z pomidorami, swoją rodzinę i okolicznościowe wysadzanie niewielkich fabryk – tak samo jest w tym przypadku.
Jak wszystkim również wiadomo FBI nie potrafi skutecznie chronić świadków koronnych. Książka nie będzie więc zbyt zaskakująca także i w tym aspekcie. Mordercy w dość absurdalny sposób dowiadują się gdzie cała rodzinka prowadzi mniej lub bardziej sielankowe życie i wpadają podziękować za wsypanie swojego dobroczyńcy. Podziękowania zaplanowano głównie w postaci pocisków 9mm, jednej wyrzutni rakiet i 10 facetów gotowych na wszystko (oprócz tańczenia cza-czy – włoski mafioso nigdy nie tańczy cza-czy).   
Miała być krótka recka więc tak szybciutko, wady: absurdalny pomysł na poinformowanie morderców o miejscu pobytu rodziny (gazeta podróżująca przez pół świata), krótkie sprawozdania z prawdziwej akcji, trochę za szeroko rozwinięty wątek postaci pobocznych niewiele znaczących dla fabuły, przewidywalność. Zalety: fajnie zbudowane postaci, aż 10 morderców (tylko w książce 10 morderców może zostać uznanych za zaletę – osobiście nie polecam ściągać sobie na głowę choćby jednego), świetny, mafijny klimat, stereotypowe potraktowanie Włochów, które bawi mnie po raz kolejny i całkiem nieźle opowiedziana historia Giovanniego.
W sumie wyszło mi takie pół na pół. Nie jest to zła książka, ale nie jest też powalająca. Jeżeli ktoś lubi mafijne klimaty pewnie doda z 1,5 pkt do oceny. Ja oceniam ją zaledwie jako dobrą, lekką lekturę, więc:
Moja ocena to 6/10
Poniżej zaś lista książek, które mam w swych planach na najbliższy miesiąc. Wszelkie sugestie dotyczące kolejności ich czytania zostaną starannie zignorowane rozważone.

Markus Zusak - "Złodziejka książek"(właśnie czytam)

Dean Koontz - "Trzynastu apostołów"
Agatha Christie - "Morderstwo w Orient Expressie"

R.D. Wingfield - "Frost i ciemna noc"

Jean Christophe Grange - "Lot bocianów"

Jean Christophe Grange - "Przysięga otchłani"

Lee Child - "Siła perswazji"

Jako bonus moja pierwsza w karierze anglojęzyczna:
J.A Kerley "Blood Brother"

Wszystkich prawdopodobnie nie zdążę przeczytać, więc proszę o typowanie która z nich wydaje się/jest najciekawsza :)

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Post o niczym

Miałem pisać o książce. Serio. Zabierałem się już do recenzji małej książeczki o przygodach holenderskiego chłopca  i jego przyjaciela Uruga, w okresie uniezależniania się Indonezji od kolonizatorów z kraju tulipanów. Wspomnę więc tylko, że nie warto – dechu nie zapiera, dupy nie urywa, krótkie toto cholerstwo, że ledwo zdążyło się rozkręcić, a tu już ostatnia strona. Jako ewidentny autorytet w kwestii doboru lektur nie polecam, chyba że kogoś szalenie jara klimat orientu.
Jeżeli nie macie nic przeciwko (jeżeli macie w sumie także) popiszę sobie bez żadnego przygotowania o tym, co akurat nawinie się na klawiaturę. Humor mam dzisiaj średni, a stworzenie każdego zdania to obecnie wyzwanie większe niż zbudowanie piramidy. Wynika to zapewne z faktu, że pierwszego dnia po powrocie na wieś, udało mi się zesmażyć większość skóry jaką dawniej miałem przyjemność posiadać. Przez cały dzień myślałem nad jakimś ciekawym tematem. Do głowy przychodziły mi już największe bzdury , zaczynałem pisać tekst kilkukrotnie, a całe wysiłki można podsumować jedną, klasyczną sceną filmową…

Nawiązując do tych moich smutów: oglądacie może czasem wiadomości? Czy tylko ja mam wrażenie, że jestem na każdym kroku oszukiwany? Gdzieś tam obiło mi się o uszy, że żyjemy w wolnym państwie (w jakiejś konstytucji czy cuś), a tu się okazuje, że paliwa za granicą nie mogę sobie kupić i cholera wie dlaczego, za segregację śmieci będę musiał płacić choćby nie wiem co, a jak chcę mieć szybki pociąg to za bilet będę musiał wybulić minimum 60 zł. Te wszystkie cudne wiadomości serwują mi dziennikarze z uśmiechem na ustach. Państwo dobrobytu kurwa jego mać…
I nie, nie jestem prokaczyńskim opozycjonistą, tylko zwykłym chłopem, który zdrową logiką nie może pojąć co tu się wyczynia. O Turcji oczywiście ani słowa, bo każdy przewrót i inicjatywa demokratyczna jest niebezpieczna do publicznego pokazywania. Tak właściwie czy ktoś mi może przypomnieć kiedy po raz ostatni skutecznie udało się wprowadzić ustawę, której projekt wniesiono w ramach inicjatywy obywatelskiej? Nie jestem w temacie, ale jakoś nie przychodzi mi do głowy zbyt wiele takich sytuacji…
Tak swoją drogą to jak tu się dziwić, że wśród nas, prostaków rosną nastroje radykalne. Jakie mamy alternatywy? Unia coraz bardziej przypomina dawne rządy komunistyczne, ekonomicznie daje dupy na całej linii, rządy narodowe ciągle jej przyklaskują, próbując jak najwięcej wepchać do swojej kieszeni. Oczywiście wszystko bez perspektywicznego podejścia. Pół Europy zajmują arabowie, biją Europejczyków za jedzenie przy nich kanapek z szynką, mają prawa narodowe w głębokim poważaniu i prawdopodobnie będą coraz śmielej spoglądali w kierunku naszego kraju. Pocieszające jest jedynie to, że jak tak dalej pójdzie, to za kilkadziesiąt lat nie zostanie tu kamień na kamieniu. I teraz chłopak z kredytem  życiowym starcie stoi w środku tego bałaganu i ma do wyboru – albo lewaków, albo radykalnych prawicowców, albo po raz kolejny nieefektywny rząd. Silne centrum w Polsce tworzą najwyżej centra handlowe. I jak ma nas nie kusić życie za granicą?
Ehh, ponarzekałem sobie, ale to dlatego, że jestem dzisiaj jakiś rozdrażniony. Trudne dni, czy coś…  Przecież osobiście nie mam na co narzekać – jest mieszkanie, żarcie i można odłożyć czasem parę groszy, ale jakoś nie patrzę z optymizmem w przyszłość w której zapewne przyjdzie mi wegetować z dnia na dzień.  
Wiem, że część z was (ta delikatna jak kwiat lotosu) nie lubi takich tekstów. Przyznają, że nie są one w odbiorze zbyt przyjemne, ale dla mnie to idealny sposób na zrzucenie ciśnienia, więc Deal With It. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam w najbliższych dniach – prawdopodobnie już w weselszych okolicznościach.
;)

czwartek, 20 czerwca 2013

Kurt Vonnegut - "Kocia Kołyska"


Po raz drugi miałem przyjemność zetknąć się z literaturą w mistrzowskim wykonaniu Kurta Vonneguta. Mając w pamięci „Rzeźnię numer pięć” wiedziałem czego mniej więcej można spodziewać się po tym pisarzu. Śmiało mogę powiedzieć, że nie czuję się zawiedziony.

W „Kociej Kołysce” autor serwuje nam niesamowitą wizję końca świata, pełną groteski, ironii i nawiązań do świata nauki, polityki itd. Ten niesamowicie skonstruowany kocioł literacki tworzą 275 strony podzielone na aż 127 rozdziałów. Nie jest więc sztuką domyślenie się, że książkę pochłania się wręcz błyskawicznie. Nie myślcie jednak, że będzie tak łatwo – bez myślenia z Vonnegutem ani rusz. Jeżeli nie lubicie wysilać szarych komórek, podczas czytania nie dostrzeżecie nic, poza prostą historią sci-fi.

„Trzymajcie się z dala od człowieka, który pracował w pocie czoła nad rozwiązaniem jakiejś zagadki, rozwiązał ją i stwierdził, że nie jest mądrzejszy niż przedtem-powiada Bokonon.- Przepełnia go bowiem mordercza pogarda dla ludzi, którzy są równie głupi jak on, ale nie doszli do swojej głupoty równie ciężką pracą.”

Przejdźmy jednak do rysu fabularnego. Bohaterem jest Jonasz, pisarz zajmujący się właśnie tworzeniem swego dzieła pod tytułem „Dzień w którym nastąpił koniec świata”.  Początkowo ma to być powieść dotycząca naukowca Felixa Hoenikkera, jednego z twórców bomby atomowej, a w szczególności ma ona opisywać zachowanie doktora i jego najbliższego środowiska w dniu zrzucenia tej bomby na Hiroszimę. Szybko jednak okazuję się, że historia nie będzie tak prosta jak się wydaje. Na jaw wychodzi istnienie czynnika nazywanego lodem-9, substancji która po zetknięciu z wodą zamienia ją w ciało stałe. Śmiercionośny wynalazek Hoenikker powierza trójce swych dzieci – Angeli, Frankowi i Newtonowi. To właśnie w poszukiwaniu Franka nasz bohater trafia na wyspę San Lorenzo, utopijne miejsce rządzone przez dyktatora „Papę” Monzano.  


Kurt Vonnegut
San Lorenzo okazuje się niezwykle ciekawym miejscem. Wszyscy mieszkańcy tej wyspy wyznają bowiem bokononizm, religię utworzoną przez samozwańczego proroka Bokonona. Interesujący jest również fakt, że religia ta jest oficjalnie zakazana, a za jej wyznawanie grozi powieszenie na haku. Nie sposób w tej krótkiej recenzji opisać wszystkich założeń bokononizmu, ale najistotniejszy wydaje się fakt, że jego wyznawcy jak głosi okładka „przeciwstawiają się powadze i propagują kłamstwo jako środek do osiągania celów”. Warto w tym miejscu postawić pytanie: któż wśród nas tak naprawdę jest bokononistą?

"(...) więc wymyśliłem łgarstwo
I wszystko jest jak trzeba
I zmieniłem tę smutną wyspę
W istny przedsionek nieba"

Mimo mnogości poruszanych problemów szczególnie interesujące wydało mi się przedstawienie stosunków pomiędzy władzą dyktatora, a ludem wyznającym zakazaną religię. Żeby nie zdradzać wszystkiego powiem tylko, że nie były owe stosunki wcale tak oczywiste, jak mogło się początkowo wydawać. Tekst ten okazał się nawet niejako poradnikiem użycia religii w celach „państwowych”. „Swoista odmiana tyranii” jak pisze Vonnegut.

Cóż mogę więcej rzec, aby nie zdradzić zbyt dużo z fabuły? Chyba nic, mogę tylko polecić. Groteskowy, szalenie inteligentny i  nieprzeciętny tekst wart jest przecież polecenia każdemu czytelnikowi. Przy czytaniu zalecam jednak pełne skupienie.

" Ten szarlatan Bokonon powiedział, że "Bóg niewątpliwie stara się ich zgładzić, prawdopodobnie dlatego, że ma ich dość, powinni więc mieć na tyle dobrego wychowania, żeby umrzeć". Co też, jak widać, zrobili."


Moja ocena to: 8/10

środa, 19 czerwca 2013

Koniec przerwy


Przepraszam, że tak długo nie pojawił się tu żaden wpis. Dzisiaj symbolicznie kilka słówek wrzucę, żebyście o mnie kompletnie nie zapomnieli. Otóż przerwa wynika z oczywistego kataklizmu jakim jest sesja. Kilka egzaminów skutecznie powstrzymywało mnie od pisania. Jednakże te już są za mną (szczęśliwie pozdawane), więc znów będę mógł zająć się moim pięknym blogiem. 

Niestety dziś nie będzie też recki żadnej książki (nie sądzę, żebyście mieli ochotę czytać recenzję książek o obronie cywilnej, albo podstawach prawnych bezpieczeństwa) ani filmu, gdyż zwyczajnie nie miałem czasu żeby z takowymi obcować. Obiecać jednak mogę, że być może już jutro pojawi się kolejna recka książki Kurta Vonneguta.

Kolejną sprawą utrudniającą pracę w najbliższym czasie może okazać się opijanie egzaminów :) Dlatego też nie mogę dać żadnych gwarancji co do jakości mojej pracy.

Warto chyba wspomnieć przy okazji tego wpisu co tam ostatnio dzieje się ciekawego. Otóż trwa obecnie Puchar Konfederacji (właśnie w momencie gdy piszę te słowa Brazylijczycy prowadzą 1:0 z Meksykiem), całkiem ładny i ciekawy turniej, który serdecznie polecam wszystkim miłośnikom ładnego futbolu. Warto również śledzić tegoroczne okienko transferowe. Zapowiada się na kilka znaczących transferów.

Poza tym z niecierpliwością wyglądam wakacji. Niestety zaledwie miesięcznych (ehh te praktyki :( ), ale mam nadzieje ciekawych. Czytelnicze plany prawdopodobnie i tak nie zostaną zrealizowane, ale jestem pełen chęci i zapału. Planowałem również popracować nad sobą, trochę pobiegać, poćwiczyć, ale co z tego wyjdzie nie mam pojęcia. Trzymajcie za mnie kciuki. Mam nadzieje, że przynajmniej jedne wakacje uda mi się spędzić kreatywnie. Póki co żegnam i zapraszam na jutro (chyba, że te słowa czytacie już dzisiaj);)

Ps. Nie miałem pojęcia jak udekorować ten wpis, więc wstawiam zdjęcia, które mam nadzieje przypadną do gustu większości czytelników :) 


środa, 12 czerwca 2013

"Jack Reacher: Jednym strzałem"


Film o Jacku Reacherze swego czasu zagościł na wielu blogach. Kilkanaście różnych recenzji wykreowało ogólny obraz całkiem przyzwoitego filmu akcji. Nie byłbym oczywiście sobą gdybym odpuścił jego obejrzenie. Myślę że nikt nie będzie obrażony, jeśli kilka słów o odczuciach związanych z tym seansem „wyprodukuję” także ja.

Rola główna przypadła hobbitowi, zwanemu też Tomem Cruise’m. Jego występ jest co najmniej śmieszny, jeśli odniesiemy się do prawie dwumetrowego książkowego bohatera i porównamy go ze 170-centymetrowym aktorem. Ok, to jeszcze mógłbym odpuścić – wzrost to przecież nie wszystko. Można być przecież nawet 150-centymetrową maszyną do zabijania, ale wszelkie podejmowane przez niego próby wyglądania na twardziela wydają się straszliwie naciągane. Cały kunszt aktorski Cruise’a opiera się na jednej minie – w dodatku nawet nie tak dobrej jak u innych pionierów kina akcji jak Seagal, czy Stallone. A walki? Cholernie śmieszne. Tom klepie zewnętrzną stroną dłoni w kolano o dwie głowy wyższego oponenta wyłączając go tym samym z akcji? Serio? Z przyjemnością wziąłbym od niego lekcję walki, ale osobiście uważam, że taki styl nie okazałby się zbyt efektywny w prawdziwym starciu.
Rozcięcie na policzku to jedyna rana jaką odnosi bohater. Więcej obrażeń odnoszę przy porannym goleniu...
No dobra, ale przecież to film akcji powiecie. Nie musi być realistycznie, powiecie? To po cholere producentom potrzebne były jakieś chore aspiracje? Teksty o wolności w Ameryce próbowano przeplatać teoretycznie realistycznymi walkami z kilkoma przeciwnikami i scenami snajperskimi, które z realizmem miały bardzo mało wspólnego.Część z tych dziwnych sytuacji mógłbym jeszcze zaakceptować, ale scena w której główny bohater otrzymuje cios kijem bejsbolowym w tył głowy, by po chwili z ochotą kontynuować walkę, kompletnie zniszczyła moje logiczne podejście do tego filmu. Skoro jednak nie silono się na realizm, to dlaczego nie pokuszono się o bardziej dynamiczną i efektywniejszą historię? Cały spisek przeciwko któremu walczył Reacher, składał się może z 7/8 ludzi, z których 5 było postaciami drugoplanowymi. Na dwie godziny filmu to troszkę za mało. 

Słówko o fabule. Zapowiadało się dobrze. Nie przeczę, że powoli wciągałem się w film, by na końcu okazało się, że to kolejny hollywoodzki schemat o ratowaniu biednej, cycatej białogłowy z opresji. Standard kina akcji. Nic nadzwyczajnego.
Związana kobieta, przemoc i broń, czyli idealna randka wg. Charliego Sheena.
I co tu jeszcze dodać? Wydaje się, że cały film zrobiono na siłę. Wygląda na to, że producenci mieli mnóstwo pomysłów, ale niestety żadnego nie trzymali się konsekwentnie. W dodatku do żadnego z nich nie pasowała wybrana obsada. Jeżeli miałbym zdecydować się na kino akcji, które ma w sobie cokolwiek ambitnego, obejrzałbym jeszcze raz „The Warrior”, a jeżeli chciałbym dynamicznej akcji, to już lepiej postawić na sprawdzonego Stallone’a  w „Bullet To The Head”, albo „The Expadnables”. „Jack Reacher” próbował być czymś po środku, ale wyszło  bardzo słabo.

Moja ocena to 4/10            

sobota, 8 czerwca 2013

Liebster Blog

Miałem przyjemność zostać nominowany przez Arka z bloga playitoncemoresam.blogspot.com, więc po raz kolejny podzielę się z wami mymi odpowiedziami. Zastrzegam, że raczej nie należę do osób bioracych udział w tego typu zabawach, ale jako alternatywę miałem naukę do egzaminu, więc wybór był oczywisty. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze wstawię dziś także recenzję filmu. Nie wiem jakiego :)

1. 5 rzeczy które warto, Waszym zdaniem, zrobić przed śmiercią?
- Skoczyć ze spadochronem - mam lęk wysokości, który chciałbym pokonać. Z pieluchą czy też bez, prawdopodobnie zdecydowałbym się na taki wyczyn.
- Wyjść na ring - każdy facet powinien raz w życiu dostać w pysk i poczuć smak adrenaliny. Nic nie gwarantuje tego tak jak pojedynek, czy to na treningu, czy na prawdziwym ringu.
- Podróżować - Odziedzić Hiszpanię, Meksyk, czy też Australię. Bo czemu nie skoro można? :)
- Odwiedzić przyjaciół - jezeli miałbym umrzeć musiałbym porozmawiać z kilkoma ludźmi. Oczywista oczywistość.
- Wypić alkohol warty trzy razy tyle co moja pensja :)
 
2. 5 kobiet z którymi chciałbyś zgrzeszyć?  
- Jessica Alba
- Megan Fox
- Emma Stone
- Jennifer Lawrence
- Meghan Markle
3. 3 ulubione napoje wyskokowe/drinki?
- Wódki (póki co najlepiej wchodziła lubelska cytrynówka, żurawinowa "Finlandia" i miętowa "Wyborowa". Każda niesmakowa, ale zimna z kolei smakuje mi niemalże identycznie)
- Piwa ("Perła" i "Dębowe" smakują mi najbardziej, ale piję wszystko co jest w promocji i w szkle ;))
- A co masz? - czyli najpopularniejszy drink studencki. Może zawierać śladowe ilości domestosa lub płynu po goleniu.

4. Kto Twoim zdaniem jest najbardziej zdegenerowaną albo ześwirowaną gwiazdą muzyczną (do wyboru)?
- Nie wiem, trudno powiedzieć kto jest najbardziej ześwirowany, ale mogę wskazać kogo uważam za takiego. Niech będzie King Gordy.
5. Wolisz koty czy psy? Odpowiedź "nie lubię ani jednych ani drugich" także wchodzi w grę, ale jest słabiej punktowana ;)
- Tylko psy. Koty są bezczelne.

6. Gdybyś mógł/a spotkać się z jedną sławną, bądź nie, osobą żyjącą obecnie, bądź w całej minionej historii świata, kto by to był i dlaczego?
Hmm, dużo jest takich osób. Postawię na Hellera, chociaż równie dobrze mógłby to być Connery, Savalas, czy też Kościuszko. Zapewne każdy miałby do opowiedzenia bardzo ciekawą historię.

7. Ulubiony teledysk?
- Oh, to jest trudne pytanie. Wskażę na wieśniacki do bólu teledysk, który zawsze poprawia mi humor :)

8. Teraz będzie banalnie, ale co mi tam - trzy rzeczy, które zabralibyście ze sobą na bezludną wyspę?
- Scyzoryk, bo to podstawa.
- Książki, mnóstwo książek.
- Jessicę Albę (ok, jeśli to nie wchodzi w grę, to niech będzie telefon satelitarny)

9. Auta w jakim kolorze nigdy byście nie kupili i dlaczego? :D
- Żadnych jaskrawych kolorów. Limonka, różowy, pomarańczowy raczej nie przejdą. 

10. Na co wydalibyście 1 mln $?
- Tylko milion? Nie wiem, pewnie na waciki :P A tak serio to kupiłbym sobie jakiś ładny dom w jakimś ładnym kraju.

11. Gdybyście mieli możliwość wgrania sobie jednego języka, bez żadnych problemów i trudności z uczeniem się (jak Neo w Matrixie), jaki to byłby język i dlaczego akurat ten?
- Oczywiście chiński, bo jest najtrudniejszy. Ewentualnie hiszpański, bo wydaje się najładniejszy.

czwartek, 6 czerwca 2013

Salman Rushdie - "Ostatnie westchnienie Maura"


„Ostatnie westchnienie Maura”, czyli podręcznik pisania pięknych książek. Zapewne większość zna mój mało wysublimowany i niemalże prostacki gust, więc recenzja tej pozycji może być dla niektórych małym zaskoczeniem. Sama decyzja o jej przeczytaniu była kompletnie spontaniczna (Rushdiego przecież poznać kiedyś trzeba). Chciałbym więc króciutko podzielić się z wami wrażeniami jakie to dzieło przyniosło emocjonalnej amebie, za jaką z dumą się uważam.

Rushdie przedstawił nam sagę rodzinną (bleh, wiem, że to już na starcie nie brzmi dobrze) rodu da Gamów (tak, tych da Gamów od odkrycia morskiej drogi do Indii) i Zogoibych. Główny wątek powieści to życie Moraesa Zogoiby’ego, zwanego też Maurem. Właśnie w momencie pojawienia się tego bohatera na scenie, akcja wreszcie nabiera odpowiedniego tempa.

Co więc może być w takiej książce ciekawego? Kilka rodów, sporo istotnych dla fabuły postaci, powolna akcja, same nudy? Otóż nie. Rushdie zrobił coś niesamowite sprawiając, że książka mimo poetyckiego języka potrafi cholernie wciągnąć. Nie ukrywam, że dużą rolę w tym względzie odegrał zapewne motyw fantastyczny (bohater z ręką-młotem, który starzeje się dwa razy szybciej niż powinien), multum ciekawych wydarzeń (wojna gangów, morderstwa, spiski), a przede wszystkim świetne kreacje bohaterów (Aurora, Abraham, „żelazny” Sammy Hazare)

Szczególnie charakterystyczne okazało się tworzenie bohaterów, których praktycznie nie sposób polubić. Każdy z nich ma swe szczególne wady, których nie da się nie dostrzec. Swoją drogą główny bohater często zachowuje się jak kompletny idiota, co świetnie kontrastuje z poetyckim językiem Rushdiego. W ten sposób karty powieści zapełniają dominująca matka, żydowski handlarz kokainy, który porzucił swą wiarę, malarz-ćpun, wszelkiej maści zboczeńcy, mordercy i terroryści, czyli śmietanka bombajskiej społeczności. 

Do tego warto wspomnieć o świetnym, ironicznym poczuciu humoru Rushdiego. Zdarzały się momenty w których zwyczajnie parskałem śmiechem. Przedstawiony w „Ostatnim westchnieniu Maura” humor spodoba się szczególnie tym, których zachwycił „Paragraf 22” Hellera. Niestety żarty zdarzają się tylko okazyjnie, a cała fabuła ma zdecydowanie smutny rys. Dopiero zakończenie, mimo mnogości interpretacji, stanowiło dla mnie promyk nadziei.  

Znając jednakże gust czytelniczy wielu z was śmiało mogę przypuszczać, co w książce nie spodoba się dużej rzeszy czytelników. Po pierwsze są to poetyckie opisy, które atakują nas z każdej strony i o ile dla mnie były uspakajające i czytałem je z nieskrywaną przyjemnością, to wielu zwyczajnie będzie się przy nich nudzić. Drugą wadą jest mnóstwo nawiązań kulturowych. Sam nie znam kompletnie indyjskiej kultury, a wiec takowych nawiązań wyłapałem zaledwie kilka. Szczególnie istotne jest to wobec  wady trzeciej – niesamowitego zamieszania. Do aspektu kulturowego dochodzą bowiem politycy (Indira Ghandi, Jawaharlal Nehru itd.), mieszanie się religii (muzułmanie, hindusi, chrześcijanie), czy też kwestia kolonializmu. Jeżeli do tego dorzucimy wątki obyczajowe, to mamy prawdziwy kocioł literacki, w którym jednakże Salman Rushdie świetnie się odnajduje.

Nie jest to więc książka łatwa, lekka i przyjemna. Czyta się ją raczej powoli, ale za to z ogromną satysfakcją. W dodatku uspokaja lepiej niż prozac. Jeżeli podobają się wam książki Coelho (w porównaniu z nim Rushdie jest jednakże kilkanaście poziomów wyżej), lubicie sagi rodzinne i powieści obyczajowe, interesujecie się kulturą indyjską - jest to pozycja obowiązkowa. Reszcie mogę tylko polecić, chociaż nie jest to książka z serii – „Wow, zajebiście się bawiłem”, ale raczej „Hmm, to ciekawe, muszę nad tym pomyśleć”.    

Moja ocena to 7/10

sobota, 1 czerwca 2013

LeBor Adam - "Protokół Budapesztański"


Czyli kolejna powieść z cyklu: "co by było gdyby". Polityczny fiction-thriller (jest taki gatunek? :)), który rozpoczyna się w roku 1944. Niemcy sromotnie przegrywają na wszystkich frontach - na wschodzie dupsko tłucze im komunistyczny wąsacz, na zachodzie szajka zachodnich kapitalistów. Naziści zbierają się więc w Budapeszcie, opracowując plan ekonomicznego podporządkowania sobie całej Europy. Świadkiem tego wydarzenia jest Miklos Farkas. Za siedemdziesiąt lat jego wnuk - dziennikarz - zmierzy się z niezwykle trudnym zadaniem przeprowadzenia śledztwa w sprawie morderstwa dziadka.

Tak oto poznajemy Alexa, dziennikarza o podwójnym obywatelstwie, który swe doświadczenie zbierał na arenach konfliktu w Jugosławii. Alex skrupulatnie zbiera fakty - od sterylizacji ludności romskiej, po działania banków szwajcarskich, unii europejskiej i węgierskiego rządu, by na koniec połączyć to w jedną całość. Początkowo nieco chaotyczna sprawa szybko staje się klarowna, a bezczelność działań tzw. IV Rzeszy wręcz oburzająca. Na szczęście Alex nie musi mierzyć się z systemem sam. Pomocą służą mu węgierskie służby bezpieczeństwa, dziennikarka Natasza i wielu, wielu innych. Czy to wystarczy, żeby pokonać ogólnoeuropejski spisek?

Debiut pana LeBora, dziennikarza piszącego między innymi dla "The Timesa", to zaskakująco dobra powieść. Sprawnie i ciekawie udało się w niej połączyć wątek kryminalny z politycznym. W tle do tego wszystkiego dostajemy mały romans. Wszystko gra jak należy. Zachwyceni będą szczególnie miłośnicy teorii spiskowych, ponieważ ta przedstawiona przez autora jest bardzo realistyczna. Warto podkreślić, że pisarz inspirował się prawdziwymi dokumentami, a także badaniami nad stanem praw człowieka na Słowacji, więc książka tym bardziej nabiera realizmu. Oczywiście nie oznacza to, że jest ona kolejnym reportażem - to powieść beletrystyczna, więc nie obeszło się bez szybkiej akcji, zamachów terrorystycznych i wszystkich innych elementów budujących dobrą sensacyjną lekturę.

Mimo tego, że książka ta służy celom rozrywkowym stanowi ona również swego rodzaju ostrzeżenie - w tym wypadku przed działaniami skrajnej prawicy. Szkoda, że autor nie potrafił całkiem niezależnie wykreować bohaterów. Chodzi mi głównie o to, że politycy lewicy często opisywani byli jako Ci dobrzy, broniący praw najbiedniejszych, a prawica jako skrajni, narodowi wariaci. Poza tym jednak kreacje głównych bohaterów są całkiem niezłe, choć bardziej wyraziste niż główny bohater okazały się postaci poboczne.

Wiem, że większość z was prawdopodobnie nie interesuje się polityką (ja też raczej nie), ale jednocześnie mogę zagwarantować, że "Protokół Budapesztański" będzie dla was ciekawą i wciągającą lekturą. Owszem zdarzają się tam małe błędy (czasem w tłumaczeniu, czasem literówki), zakończenie nie usatysfakcjonuje każdego, czasem język, którym posługuje się autor jest trochę "sztywny" i powtarzalny, ale jak na debiut to naprawdę bardzo dobra książka. 

Moja ocena to  7/10