wtorek, 30 lipca 2013

Tess Gerritsen - "Ciało"


„Ciało” to moje pierwsze spotkanie z Tess Gerritsen. Niby-kryminał, niby-medyczny opowiada o losach patolog Kat Novak. Do jej przytulnej kostnicy trafiają zwłoki nieznanej ćpunki, która w swych stężałych paluszkach dzierży numer telefonu. Nasza bohaterka niewiele więc myśląc podnosi słuchawkę i kontaktuje się z jego właścicielem. Tak poznaje szefa firmy farmaceutycznej „Cygnus” – obrzydliwie przystojnego i bogatego Adama.


Zacznę od zalet ponieważ tych będzie prawdopodobnie troszkę mniej niż wad. Otóż książka jest krótka, czyta się błyskawicznie i z żalem przyznam, że nawet pomimo tak niskiego jej poziomu jest napisana z klasą i potrafi wciągnąć. Ot, taka pozycja do przeczytania za jednym zamachem o której zapomnimy pięć minut po jej przeczytaniu.


Teraz wady. Przede wszystkim nie jest to dobry kryminał. Zagadka jest przewidywalna, a mordercę można spokojnie wskazać przed zakończeniem lektury.  Emocji nie ma zbyt wiele, podobnie jak fragmentów opisujących sekcję zwłok, na które po cichu liczyłem. Zresztą jak emocjonująca może być śmierć ćpunów? Ani kropelki krwi – jedynie mały ślad po igle - to wszystko co dostajemy.  Chociaż akcja pędzi jak szalona, to tak naprawdę niewiele jest faktycznie istotnych wydarzeń.


Co gorsze nie jest to kryminał w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ważną rolę gra tu wątek romantyczny. Jak wiecie uwielbiam te wszystkie miłosne bzdury – motylki w brzuchu, kisiel w majtkach i opowieści o tym, jak ułożyć sobie przyszłość z kimś o kim nic się nie wie – tak, to zdecydowanie to czego oczekuję po dobrym kryminale (ironia: mode on). No żeby to cholera jeszcze było dobrze zrobione, to bym zagryzł zębiska i przeczytał. Niestety historia jest tak naiwna, naciągana i schematyczna, że nie mogę o tym nie wspomnieć. Dobrze że pani Gerritsen zrezygnowała z pisania romansów i poszła w stronę mocniejszej literatury.  


Cóż tu jeszcze dodać? „Ciało” to świetnie napisana, słaba książka. Wzór na to jak można coś schrzanić mając niewyobrażalny talent. Z niecierpliwością czekam na kolejną pozycję tej autorki (z późniejszych okresów jej twórczości), ale na tej zawiodłem się na całej linii. Być może moja ocena wynika z tego, że miałem dość duże oczekiwania, być może z tego że czytałem ostatnio kilka lepszych książek. Nie wiem i nie będę wnikał. Aha, lektura jest raczej kobieca, więc jeśli niechcący jesteś kobietą, to możesz śmiało dodać sobie punkcik/dwa do oceny. Jeśli jednak jesteś facetem (przepraszam, że wykluczam tzw. płeć mieszaną, ale nie wiem jak się z nią identyfikować) nie zmieniaj jej absolutnie. Przyjmij do wiadomości, wypij piwo, a książkę oddaj żonie, kochance, dziewczynie – niech one się męczą.


Moja ocena to 5/10  

sobota, 27 lipca 2013

Dean Koontz - „Trzynastu apostołów”

„Trzynastu apostołów” to moje kolejne zmagania z Deanem Koontzem. Słowo „zmagania” nie padło w tym przypadku bezcelowo. Pierwsza książka tego autora po którą sięgnąłem bardzo mnie rozczarowała, druga była co najwyżej solidna. Idąc jednak tropem tego niewielkiego progresu spodziewałem się, że opisywany zbiór opowiadań będzie co najmniej bardzo dobry. Czy pozycja ta spełniła moje nadzieje?

Otóż, wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, opowieści zawartych w tym zbiorze jest czternaście, a nie trzynaście. Jak przystało na opowiadania - jedne trzymają dość wysoki poziom („Kocięta”, tytułowe „Trzynastu Apostołów”) inne wprost przeciwnie (Czarna Dynia”). Generalnie średnia ich ocena nie zachwyca. Z przykrością muszę przyznać, że poziom opowiadań Koontza w wielu przypadkach ustępował tym z antologii „Zombiefilii”, która przecież jest darmowa. 

Mimo tego, że uwielbiam wszelkie zbiory strasznych historii, żadna z zawartych tutaj nie powaliła mnie i nie kazała zbierać szczęki z podłogi. Najlepiej bawiłem się chyba czytając kryminalną opowieść pod tytułem „Chase” zamykającą książkę. Skoro najbardziej podobał mi się kryminał, to nie świadczy zbyt dobrze o poziomie grozy epatującej z pozostałych opowiadań.

Nie ma co się zbytnio rozpisywać, ponieważ sama książka wcale na to nie zasługuje. Polecić mogę ją jedynie fanatykom wszelkich horrorów (chociaż nie wiem na ile wczujecie się w klimat budowany przez Koontza) i miłośnikom krótkich tekstów. Jeżeli szukacie książki, którą można by poczytać w przerwie na kawę to „Trzynastu Apostołów” zda egzamin. Jeżeli nie jesteś zbyt wymagającym czytelnikiem prawdopodobnie również. Ja jednakże po raz kolejny jestem odrobinę zawiedziony.

Moja ocena to 5/10

Zauważyłem, że częstotliwość moich wpisów w ostatnim czasie znacząco podupadła :( Być może sierpień będzie pod tym względem jeszcze gorszy. Mam jednak nadzieję, że blog będzie trzymał się solidnie przez najbliższy okres i zrobię co w mojej mocy by tak się stało ;)

niedziela, 21 lipca 2013

"Evil Dead"


Oh jej, oh jej, jak ja długo nie pisałem :( Wiem, że z tego powodu wielu z was wypłakiwało sobie oczy w ostatnich dniach, więc postanowiłem, że najwyższy czas sporządzić choćby króciutką notatkę. Równocześnie pragnę podkreślić, że moja tymczasowa, obniżona aktywność wynikała tylko i wyłącznie ze słodkiego, kochanego lenistwa. Skoro nudną część mamy już za sobą pragnę państwu przedstawić film. Tak, wiem, że dawno nie było nic o filmach, ale mam nadzieje, że w najbliższych dniach będę mógł część z tych zaległości naprawić (chyba że nastąpi apokalipsa, wybuchnie wojna, lub wystąpi jakakolwiek pomniejsza klęska żywiołowa). Oto „Evil Dead” znane wśród sandałowo-skarpetowej części ziemskiej populacji jako „Martwe Zło”.

Okładka z poradnika: "Jak witać męża wracającego do domu o 4 rano"
Nie powstrzymam się oczywiście od zaspojlerowania wam fabuły tego, jak głosi okładka, najbardziej przerażającego filmu. Ta jest szalenie ambitna. Grupka nastolatków znajduje tajemniczą księgę. Któryś z nich okazuje się nieprzeciętnym idiotą i mimo wyraźnego zakazu, rozpoczyna z ochotą jej lekturę. Wszystko byłoby pięknie gdyby w środku nie mieszkał demon, duch,  potwór, czy inna cholera. Ta oczywiście dzięki tajemniczej mocy nieświeżego oddechu czytającego, uwalnia się i zaczyna hasać po okolicy. Dostajemy więc klasyczną historię, bez większej głębi, dobrze znaną i przerobioną w wielu horrorowych produkcjach.

Uwaga! Ekstremalny piercing może spowodować zeza i problemy z cerą
Wiedząc już, że fabułę możecie potłuc o kant dupy (albo jakiś inny kant), przejdźmy do meritum. W celu dokładniejszego określenia potencjału tego filmu, należałoby dokładnie wyliczyć częstotliwość fajdania w portki. Oceniając stan bielizny po seansie z przykrością stwierdzam, że mogło być lepiej. Pierwszy bączek przerażania, który reżyser zaserwował nam na początku, niestety nie przeradza się w nic więcej w trakcie trwania filmu. Po raz pierwszy od dawna, faktycznie dane mi było przestraszyć się dość porządnie, ale napięcie z czasem spadało, by na końcu przerodzić się w przewidywalne do bólu oczekiwanie na pojawienie się tytułowego „Zła”. 

"To nie tak jak myślicie, ja tu tylko robię kanapki" 
Przyznaję jednak, że miłośnicy krwawego kina nie będą zawiedzeni. I choć stwierdzenie, że poziom brutalności zakrawa na absurd, byłoby dużym niedopowiedzeniem, to wszelkie „krwiste” sceny oglądałem z ogromną przyjemnością. Rzucając troszkę światła na to o czym przed chwilą pisałem, wspomnę tylko, że dostajemy tu amputacje kończyn, rozcinanie sobie twarzy, zabawy siekierami, nożami, pistoletem do gwoździ itd. Jest z czego wybierać ;) Realizacja jako tako daje wiec radę.

Joseph Fritzel ma już przygotowaną piwnicę. A czy Ty zrobiłeś/aś już swoje przetwory na zimę? 
Podsumowując – „Evil Dead” to film w którym krew leje się strumieniami, będący kalką oryginalnej koncepcji towarzyszącej twórcom horrorów od niepamiętnych czasów. Bez piwa raczej nie ma sensu do niego zasiadać, ale w przeciwnym wypadku jest jak najbardziej strawny, szczególnie na długi, letni wieczór. Mit o jego straszności niestety można wsadzić między bajki (chyba że to nasz pierwszy horror w życiu, lub boimy się widoku krwi), ale obejrzeć z pewnością można. Dla mnie było to całkiem przyjemnie spędzone 1,5h. (Tak, recenzja powstała tylko po to bym mógł wstawić te ohydne screeny) 


Moja ocena to 6/10

Ps. Uprzedzając rzesze specjalistów: Tak, wiem, ze to miał być pastisz.

wtorek, 16 lipca 2013

"Zombiefilia" - Antologia


Przedstawiam wam moi drodzy pierwszą kompleksową recenzję, pierwszej w Polsce antologii zombie. „Zombiefilia”  to  zbiór 25 opowiadań i historii, które dziś chciałbym krótko scharakteryzować i wystawić im noty. Dzięki temu powinniście mniej więcej wiedzieć, na co warto zwrócić uwagę. Jako że autorzy tworzący ten zbiór dostępni są dość aktywnie w sieci, chciałbym podkreślić, że moje opinie są kompletnie subiektywne i każda krytyka spadająca na krytyka (mnie) zostanie dość mocno skrytykowana. Rzekłbym nawet, że krytycznie. Oceny wystawiam według tej samej skali co zwykle (nie musiałem jej obniżać, ponieważ antologia trzyma zaskakująco wysoki poziom). Dość gadania: ściągać, czytać, nie marudzić. 


1. Dawid Kain – "Anioły zjedzą wiosnę"

Pomysł był bardzo fajny – opowiadanie przedstawia fazy przemiany. Pod koniec było jednak troszkę za dużo tzw. „zombie-gadania” czyli dialogów bez żadnego znaczenia. Mam jednak świadomość, że wynikało to z koncepcji. Ogólnie było dość krwawo i obrzydliwie, czyli w sam raz dla mnie. 7/10


2. Magdalena Maria Kałużyńska – "Die Hard"

Bardzo podobało mi się to, że autorka używała przekleństw lekko, nie przesadzając i nie wymuszając ich w sztuczny sposób. Dialogi były niezłe, dość zabawne. Historię czytało się lekko. Irytowało mnie powtarzające się słowo „gastrofaza”, które skutecznie można było zastąpić innym, bardziej staromodnym. Troszkę naciągany wydał mi się także motyw z przewidywaniem zdarzeń, który nie pasował do tej historii. 6.5/10


3. Sylwia Błach – "Głód"

Dobry pomysł na opowiadanie z perspektywy zombie. Był lekki dreszczyk, ale historia jest niestety bardzo krótka 6.5/10


4. Marcin Rojek – "Jak ja ich nie cierpię"

Smerfy-zombie, czyli jedno z opowiadań, które mnie powaliło. Świetny humor, troszkę gore, bardzo dobre wykonanie. Nie jest to z pewnością bajka, którą przeczytalibyście dzieciom… 8/10


5. Paweł Waśkiewicz – "Relikt epoki"

Jedna z lepszych historii. Świetna opowieść, ciekawy bohater, czyta się lekko, historia jest dość długa. Warto sprawdzić.Bardzo profesjonalna robota. 7.5/10


6. Aleksandra Zielińska – "Deus ex machina"

Pomysłów było za dużo. Demony, sekta, zombie wyrocznia itd. To troszkę przesada jak na tak krótkie opowiadanie. Mimo świetnej postaci zombiaka Hugo nie wczułem się w klimat tej opowieści 5.5/10


7. Paulina Kuchta – "Widzę cię, widzę was" 

Mimo swych niewielkich rozmiarów jest to jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałem w tym zbiorze. Z całą pewnością bardzo mroczne i przerażające. Brak elementów gore, ale klimat wprost nieziemski.  8/10


8. Paulina Kuchta – "Amanda" 

Opowiadanko trochę śmieszne, trochę obrzydliwe. Koncept bardzo dobry. Ogólnie fajna opowieść, ale wciągnęła mnie mniej niż poprzednia tejże autorki 7/10


9. Artur Olchowy – "Zabieg na całe ciało"

Chociaż chwilami lekko monotonne, to bardzo zabawne. Klinika chirurgiczna dla zombie to całkiem świeży, ciekawy pomysł 7/10


10. Paulina J. Król – "Drosera animalia"

Klasyczna historia oparta na motywach filmów grozy. Nic nowego, ale za to dostajemy bardzo solidne wykonanie, miejscami obrzydliwe opisy, akcja przyspiesza w dobrym momencie, a zakończenie jest całkiem dobre. Plus otrzymujemy fajne wytłumaczenie mutacji 7/10


11. Michał Stonawski – "Druga strona medalu" 

Niezbyt wciągające, ale na szczęście krótkie i ze zwalającym z nóg, humorystycznym zakończeniem 7/10


12. Michał Stonawski – "Powtórne przyjście"

Dobry pomysł z przeniesieniem akcji w przyszłość, po raz kolejny niezłe zakończenie, ale czytało się słabo. Facet jest mistrzem kończenia swoich historii w ciekawy sposób 6.5/10


13. Grzegorz Gajek – "Skorupa" 

Historia tajemnicza, ale dostajemy mało akcji. Zombie niby jest, ale nie przypomina zbytnio klasycznego zombie. W dodatku motyw z szamanem jest ograny i niezbyt pasował mi do opowiadanka. 6/10


14. Karol Mitka – "Aby sprawiedliwości stało się zadość"

Chore, cholernie chore opowiadanie z nekrofilią w tle. Spodoba się ludziom o mocnych żołądkach, inni będą zniesmaczeni. Od strony technicznej – czyta się nieźle, aczkolwiek kilka elementów mi przeszkadzało. Jak na opowiadanie o zombie – bardzo dobre 7/10


15. Łukasz Radecki – "Trójca. Oto słowo moje"

Historia przyzwoita, zakończenie mnie nie porwało, za to czyta się całkiem lekko i przyjemnie. Podział na 3 opowieści z których druga wydawała mi się najsłabsza, reszta na dość wysokim poziomie. 7/10


16. Marcin Podlewski – "Inspekcja"

Fajny falloutowy klimat, bardzo dobra opowieść, świetne zakończenie. Opowiadanie jest stosunkowo długie, ale niezmiernie wciągające i pomysłowe. Autor sprawdza się w długich historiach. Z przyjemnością przeczytałbym jego książkę, bo wydaje mi się, że w niczym nie ustępowałby wielu współczesnym autorom fantasy. 8/10


17. Robert Rusik – "Gajusz"

Przeniesienie akcji do starożytnej Jerozolimy i połączenie z historią Jezusa to temat o tyle ciekawy, co mocno kontrowersyjny. Sama historia napisana dość przyzwoicie, ale w tym zbiorku zdarzało się sporo ciekawszych 6/10


18. Artur Kuchta – "Życie pozagrobowe" 

Krótka, niezbyt wciągająca historia. Również opowiedziana z perspektywy ożywionego trupa. Tym razem jednak nie przypadła mi do gustu. Bez dreszczyku. Napisana przyzwoicie, ale bez szału 5/10


19. Krzysztof T. Dąbrowski – "Zombiczny dla poszczątkujących" 

Dość zabawne opowiadanko z perspektywy zombie, które niestety mnie nie porwało 6/10 


20. Magdalena Maria Kałużyńska – "RPG" 

Połączenie historii o zombie z „Pod Kopułą” Kinga. Wirus dotyka wszystkich dorosłych, ale nie dzieci. Czyta się całkiem nieźle. Podobała mi się nawet bardziej niż pierwsza historia („Die Hard”) tej autorki.  7/10


21. Maciej Kaźmierczak – "Kto pyta, ten błądzi" 

Ciekawa parodia. Niezła historia kryminalna z inspektorem Malinowskim w roli głównej. Niestety mało groźne zombie, które okazują się kłamliwymi skurczybykami. 6.5/10


22. Rafał M. Skrobot – "Stasio" 

Genialne, przezabawne zakończenie. Szkoda że opowieść jest strasznie krótka i słabo rozbudowana. 7.5/10


23. Rafał Christ – "Rudy" 

Znów bardzo zabawne opowiadanie z ciekawym antidotum na zombie-chorobę. Absurdalne, śmieszne i całkiem ciekawe. 7/10


24. Bartosz Orlewski – "Czerń i ostrogi" 

Klimat jest  lekko psychotyczny. Opowiadanie okazało się dość nietypowe, ale podobało mi się. Troszkę przypomina mi Clive’a Barkera.  7/10


25. Carlton Mellick III – "Cytrynowe noże i karaluchy"

Dość obrzydliwa, ale także oryginalna historia. Amerykanin odwalił dobrą robotę pisząc wciągający i psychotyczny tekst o ludziach żyjących w zamknięciu. Bardzo krwawe. Jeżeli brzydzicie się przemocą to nie jest historia dla was. 8/10

Cały zbiór oceniam na: 7/10
Można go pobrać za darmo ze strony: http://wydaje.pl/e/zombiefilia

niedziela, 14 lipca 2013

Lee Child - "Siła Perswazji"


„Siła perswazji” to dopiero moje pierwsze spotkanie z twórczością Lee Childa, ale przede wszystkim to moje pierwsze spotkanie z Jackiem Reacherem. Już na wstępie muszę zaznaczyć, że jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak powinien wyglądać książkowy twardziel, to w tej powieści będziecie mieli do czynienia z wzorcowym wręcz przykładem.

Oto on, Jack Reacher, bydlę mierzące niemal dwa metry, były oficer żandarmerii wojskowej, wyborowy strzelec i prawdopodobnie namiętny kochanek (choć póki co brak w tej sprawie potwierdzenia od jego kolegów z wojska).   Muszę powiedzieć, że mam ostatnio szczęście do bardzo charakterystycznych postaci. Najpierw Frost, teraz Reacher. Jack jednakże, ma wielki atut którego brakowało detektywowi Frostowi. Od jego historii bardzo trudno się oderwać.

Gdybym powiedział, że fabuła jest błyskotliwa, oryginalna i nieprzeciętna, byłoby to oczywiście wierutne kłamstwo. Historia jest klasyczna, oparta na motywie zemsty, znanym nam doskonale chociażby z kina. Jednakże sama opowieść jest tak dynamiczna i wciągająca, że niemal nie sposób oderwać się od jej czytania.  Mnóstwo akcji, strzelaniny, bijatyki, tu i ówdzie krew, no nie wiem czego można chcieć więcej?

Żeby się zbytnio nie rozpisywać postaram się streścić cały sens powieści w kilku słowach. Nie jest to książka dla ambitnych, łaknących wiedzy i głębszych przeżyć. To prosta jak cep książka, pełna akcji, niczym nieskrepowanej rozrywki, zawierająca w sobie cały wór prostackiej, świetnej zabawy. Schematyczna konstrukcja bohaterów, przewidywalny ciąg zdarzeń, dynamizm – to cechy zdecydowanie wyróżniające omawianą pozycję. 

Jeśli więc szukacie chwili oddechu od lektur trudniejszych, lub książki na lato – historia Jacka Reachera będzie wyborem idealnym.  Jeśli liczycie zaś na pełen filozoficznych zwierzeń traktat, spisany przez człowieka zmuszonego do zabijania, możecie się srogo zawieść. Aha, po przeczytaniu powieści tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że Tom Cruise za cholerę nie pasował do ekranizacji i swego zdania nie zmienię.

Moja ocena to 7/10

środa, 10 lipca 2013

R.D.Wingfield - "Frost i ciemna noc"


Dziś chciałbym przedstawić wam dość nietypowego inspektora, śledczego, który stanowi kompletne przeciwieństwo bohaterów jakich możecie znać z innych powieści kryminalnych. Przed wami – inspektor Frost (werble)

Jak już wspomniałem Frost nie jest typowym detektywem – krystalicznie prawym, rzucającym się z ochotą w wir akcji, znającym się na niemalże na wszystkim. Frost jest po prostu sobą. Wingfield przedstawia nam starego zbereźnika, żartownisia, pozornie niezbyt rozgarniętego gliniarza, gotowego w każdej sytuacji naginać przepisy byleby osiągnąć swój cel. No i powiedzcie mi teraz, czy wyobrażacie sobie lepszego detektywa? :)

Sam bohater jednak książki nie czyni, więc wspomnijmy troszkę o zaletach i wadach omawianej pozycji. Zdecydowanie na plus zaliczyć należy humor. Żarty są bardzo dobre i choć czasem prostackie, to potrafią rozbawić do łez. Kolejną zaletą są dialogi – mistrzostwo jeśli chodzi o kryminały. Całkiem niezła jest również fabuła. Jeśli o nią chodzi warto wspomnieć, że dostajemy kilka śledztw w jednej książce. Nie dziwi to jeśli spojrzymy na objętość tego kryminału (600 stron). Niestety nie wszystkie trzymają najwyższy poziom i nie są równie interesujące.

Skoro zaczęły się wady to należy powiedzieć, że nie jest to książka którą czyta się równie szybko jak np. Cobena. Nie wiem jednak na ile wynikało to z tego, że nie chciałem rozstawać się z inspektorem Frostem, a na ile było to wadą całości powieści. No właśnie, trudno byłoby w „Ciemnej Nocy” wskazać jakikolwiek nowatorski, czy interesujący element poza Frostem. Wszystko to już gdzieś było, każdy element, zagadka, motyw są do bólu ograne i niezbyt wciągające. Solidna rzemieślnicza robota, ale nic ponad to. Szkoda, bo z taką postacią jest to strasznie zmarnowany potencjał.

Czas na ocenę. Jestem rozdarty jak nigdy. Z jednej strony stoi genialna postać głównego bohatera, z drugiej zaś cała otoczka, którą mogę co najwyżej uznać za solidną. Jeżeli więc ktoś szuka powieści kryminalnej w której rolę główną ma zagrać dobry humor, niech doda sobie do oceny jeden punkcik.

Moja ocena zaś to 6/10

Próbka twórczości bohatera:
Komendant Mullet: "Inspektorze, powody, dla których nie dajemy sobie rady, są bardzo proste. To niedbalstwo i brak kompetencji.
Frost: "Rozumiem, panie komendancie, ale wszyscy wiemy, że stara się pan jak najlepiej.

niedziela, 7 lipca 2013

Co gdyby akcje popularnych powieści rozgrywały się w kraju nad Wisłą?

Czyli kolejny post z serii: "tak, wiem że jestem dziwny ;)"

1. "Harry Potter"
Mały Harry zostaje osierocony przez rodziców, którzy zapili się na śmierć – chłopiec o wszystko obwinia właściciela monopolowego – Tego Którego Imienia Nie Da Się Wymówić. Pociąg do Hogwartu przyjeżdża z opóźnieniem, Dumbledore to stary pijaczyna, Hagrid wpieprza metanabol, Ron nie ma kolegów, bo jest rudy, Hermiony nikt nie lubi, bo jest kujonką. W dodatku nie ma magii, a Hogwart to tak naprawdę poprawczak dla niestabilnych emocjonalnie.

2. "Twilight"
Edward Cullen wychodzi na polowanie. Pod swoim blokiem zostaje skrojony przez łysego i resztę bandy, dostaje „z bańki”, traci kły i właściwości krwiopijcze. Jak widzicie książka kończy się happy endem.  

3. "Gra o Tron"
Wersja 1: 460 posłów rywalizuje o rozmiar swoich prywatnych ksiąstw. Od oryginału różni się to tylko tym, że nie lubimy żadnego bohatera. 
Wersja 2: Jarek i Andrzej próbują dostać się do kibla po bardzo ciężkiej imprezie. 

4. "50 twarzy Greya"
Książka z zakresu politologii dotycząca spełniania przedwyborczych obietnic. Rządzi nią prosty schemat: pieprzenie, pieprzenie, pieprzenie, tzw. 3P. Robi szał głównie dlatego, że każdy kto ją przeczyta czuje się jakby niedawno został dość brutalnie wyruchany.

5. "Christine"
Morderczy samochód nie jest w stanie podołać polskim drogom. Przebija koło i nie zabija nawet jednego człowieka. Chińska ekipa budowlana po raz kolejny ratuje świat…

6. "Kolekcjoner Kości"
Sosnowcem wstrząsa seria brutalnych morderstw. Do akcji wkracza Malanowski i partnerzy. Zagadka zostaje rozwiązana w jakieś 30 minut, więc książka dobiega końca. Kolejne dobre zakończenie.

czwartek, 4 lipca 2013

Jean-Christophe Grange - "Przysięga Otchłani"


Z góry przepraszam za to, że blog staje się dość monotematyczny, ale czytanie wciągnęło mnie na tyle, że niemal straciłem ostatnie okruszki wolnego czasu przeznaczone na oglądanie filmów. Na szczęście trafiłem bardzo dobrze wybierając wakacyjne lektury. Wszystkie przeczytane jak dotąd książki okazywały się cholernie dobre. Muszę powiedzieć, że nie inaczej jest z „Przysięgą otchłani” Jean-Christophe’a Grange’a (dobra, przyznaję, nie mam pojęcia czy dobrze faceta odmieniłem :< ) . Tak jest, to znów thriller/kryminał. Znajcie moje dobre serce – wspomniałem o tym fakcie na samym początku, żeby niezainteresowani kryminałami  mogli wrócić do swych ciekawszych zajęć (chociaż trudno mi sobie wyobrazić zajęcie ciekawsze niż czytanie mojej recenzji :))

Przejdźmy jednak do sedna. Historia w dużym skrócie (książka ma 600 stron, więc jest co skracać) prezentuje się tak: policjant z Paryża (takie malutkie miasteczko we Francji) próbuje popełnić samobójstwo. Jak wiadomo Francuzi oprócz wina nie zrobili nigdy nic dobrze, więc facet daje ciała. Zamiast porządnie się utopić zapada w śpiączkę. Jego kolega, a nasz bohater – Mathieu Durey – postanawia przeprowadzić śledztwo. Z jakiego powodu zapytacie? Ano topielec był ponoć strasznie religijny, więc Durey nie za bardzo wierzy w wersję z samobójstwem. Podążając tropem ostatniej sprawy swego kolegi, Mathieu wpada na trop sekty – czcicieli diabła, morderców, fanów Justina B i pozostałego niebezpiecznego dla reszty świata elementu.

„Diabła?” – wychwycili zapewne co bardziej spostrzegawczy z was. Ano tak, w całą akcję zamieszany jest również władca piekieł, kłamca, niszczyciel, ojciec chrzestny posłów do polskiego parlamentu. Choć Durey nie wierzy w udział szatana w morderstwach, wszelkie tropy wskazują na jego inspirację. Cholera, przez długi czas sam wierzyłem w udział siły wyższej w tych morderstwach – ten element fabuły Grange przedstawił znakomicie (okraszając go zresztą małym opętaniem). Mam świadomość tego, że w tym momencie wszyscy, którzy choćby zahaczyli nosem o książki Kinga są już zainteresowani (słusznie), ale na tym nie skończę. Jeszcze chwilkę was pomęczę.

Przejdźmy do mniej istotnych rzeczy, czyli wad. Literówki – wyjątkowo sporo. Zdarzały się czasem momenty w których zastanawiałem się o co ma chodzić w przeczytanym wcześniej zdaniu (na szczęście niezbyt często). Numer dwa – okładka mogłaby być ciut lepsza. Łapa w wodzie nie wydaje mi się szczytem kunsztu ze strony grafików. Numer trzy – troszkę nudny początek. Przez pierwsze 50 stron zdarzało mi się troszkę poziewać. Jednakże…

…wady te są niczym w zestawieniu z zaletami. Akcja jest dość porywająca, czyta się bardzo dobrze, zagadka intryguje, ale co najważniejsze – mało jest kryminałów z Lucyferem, Belzebubem i Asmodeuszem w rolach głównych. I nawet mimo tego, że trudno książkę Grange’a uznać za doskonałą, to z nieskrywaną radością stwierdzam, że okładkowe porównanie Francuza do Harlena Cobena wcale nie jest na wyrost. Polecam, naprawdę warto poznać tego autora, a „Przysięga otchłani” jest całkiem niezłym pomysłem na początek.     

Moja ocena to 7/10