sobota, 28 września 2013

Wojciech Cejrowski - "Gringo wśród dzikich plemion"


Cejrowskiego zna ponoć każdy – to twarz którą rozpoznają już nawet sześciomiesięczne płody. Podobno można go kochać lub nienawidzić, więc, aby sprawiedliwości stało się zadość, mnie kompletnie ten facet nie interesuje. Jednak jedno jest pewne – ten człowiek ma talent do snucia niesamowitych opowieści.

„Gringo…” to historia człowiek, który sprzedał lodówkę, by spełnić swoje marzenia (krok na który nie odważyłby się niemal żaden Amerykanin). Książka opowiada o wyprawach autora przez niedostępne dżungle Hondurasu, Nikaragui, Kolumbii, czy też Panamy. Śmiało mogę rzec, że nie czytałem jeszcze książki podróżniczej, tak świetnie oddającej trudy codzienne podczas leśnej wędrówki.

Każdy krok może oznaczać śmierć, każdy kolorowy kwiatek utratę oka, każdy piękny motyl niesamowite męczarnie. To świat gdzie zwykła kąpiel staje się niemal sportem ekstremalnym, a pień drzewa – gniazdem morderczych mrówek. Problemem nie jest zwykły krowi placek - tu wraz z autorem przenosimy się do zupełnie innej rzeczywistości.

Rzeczywistości w której nasze życie musimy powierzyć indiańskim przewodnikom, myśliwym i niekiedy szamanom. W zapomnianych ostępach dżungli wciąż króluje bowiem dzika natura, którą potrafią ujarzmić tylko ci ludzie. W nich pokładamy nadzieje, z nimi podróżujemy, polujemy, staramy się adaptować ich zwyczaje. To także świetna okazja do kulturowego zbliżenia, które swój punkt szczytowy osiąga, gdy biały człowiek dotrze do indiańskiej wioski, leżącej w sercu deszczowych lasów.

Właśnie tu rozpoczynają się rozmowy za pośrednictwem tłumaczącego nasze słowa przewodnika, skubanie za włosy na nogach przez indiańskie kobiety, rozmowy przy ognisku i wszechobecna ciekawość. Dyskusje z Indianami są często zabawne i świetnie oddające filozofię życiową tych ludzi. W dodatku dowiadujemy się bardzo dużo o wpływie jaki nasza cywilizacja wywiera na te społeczności. Jest nie tylko ciekawie, ale także bardzo wesoło.

Nie samym humorem jednak żyje człowiek. Dżungla to także mnóstwo drobnych i ogromnych problemów. Pot, komary, zanieczyszczona woda, łapówki, guerillas – to tylko niektóre z nich. Ten często pomijany w książkach podróżniczych element, tutaj niejako wysuwa nam się na pierwszy plan. Zabieg okazał się zdecydowanie opłacalny – autentyczność opowieści i realizm historii zdecydowanie nie byłby tak odczuwalny bez niego.

Wady oczywiście są, ale moim zdaniem ta książka bez nich nie byłaby już taka sama jak obecnie. Nie będę się czepiał. Tym razem.  

Serdecznie polecam nie tylko miłośnikom dzieł o tej tematyce. To lekka lektura w której coś dla siebie znajdzie zarówno profesor uniwersytetu, gospodyni domowa, czy zidiociały polityk. Pozycja dla każdego.

Moja ocena to 7/10  (tak nisko gdyż nie jest to mój ulubiony gatunek)

Ps. Prawdopodobnie od następnego tygodnia postaram się wprowadzić disqus. Jeżeli ktoś jest przeciw niech podniesie rękę (zapewne nic to nie zmieni, ale będziecie wyglądali zajebiście śmiesznie siedząc przed komputerem z podniesionymi rękoma). 

poniedziałek, 23 września 2013

Stephen King - "Podpalaczka"


Wydział Wywiadu Naukowego USA (krypt. „Sklepik”), ściśle tajne:

Liczba ochotników: 12 (wypłacono 2400$)

Przedmiot eksperymentu: Wpływ specyfiku „Lot Sześć” na działanie przysadki mózgowej.

Obiekty żywe: 3

Obiekty aktywne: 2 (Andy McGee (dalej: „Andy”), Vicky Tomlinson (dalej: „Vicky”))

Komplikacja: 1 (Charlie McGee (dalej: „Charlie”), córka obiektów aktywnych, wykazuje niespotykane umiejętności – badania w toku)

Raport z przebiegu eksperymentu, (doktor Hockstetter do kapitana „Kapa” Hollistera):
Chciałbym oficjalnie potwierdzić skuteczność działania specyfiku o nazwie „Lot Sześć”. Obiekty aktywne wykazały się niezwykłymi umiejętnościami. 

Pobudzenie przysadki mózgowej pozwoliło obiektowi „Andy” wpływać na zachowania innych. Posiadł on zdolność do implikowania myśli i sugerowania pożądanych zachowań – obiekt jest szczególnie niebezpieczny. Wykonywanie tzw. „pchnięć” umysłowych w jego przypadku jest jednak ograniczone. Każde kolejne powinno sprawić mu większe trudności i zbliżyć do śmierci. Pożądany żywy – ułatwi to kontrolę nad jego córką – obiektem „Charlie”.

„Vicky” – skreślić z listy aktywnych. Początkowo prezentowała zdolności telepatyczne i telekinetyczne. Zdolności zanikły. W wyniku pomyłki agentów „Sklepiku” obiekt został poddany eksterminacji.

„Charlie” – wykazuje niespotykane zdolności w zakresie piromanii. Nie wiemy jak silne są jej umiejętności. Zalecam pojmanie i przeprowadzenie wszelkich możliwych testów. Należy zachować szczególną ostrożność. Obiekt trudny do kontrolowania, nieświadomy swych umiejętności, niewykształcony fizycznie i psychicznie, nieprzewidywalny. Ograniczenia: brak. Jedynym słabym punktem jest jej ojciec.

Po incydencie na farmie Mandersów, dość niechętnie zalecam do zaangażowania w sprawę naszego jednookiego „przyjaciela” – agenta Rainbirda. Agent Rainbird wykazuje szczególny brak lojalności i problemy z równowagą psychiczną – proszę o ostrożność.

Dr. Hockstetter


Zalety: Książkę czyta się lekko. To niezła sensacja okraszona Kingowym gadulstwem. Występują ciekawe postacie negatywne. Charlie jest jednym z przystępniejszych bohaterów dziecięcych jakich spotkałem – nie wkurza zbyt często, zachowuje się rozsądnie. Dla miłośników Kinga – pozycja zalecana.

Wady: To nie jest najlepsza historia Kinga. Więcej w niej sensacji niż horroru. Motyw z podpalanie znany już z „Carrie”. Dla nieznających twórczości Kinga, nie będzie to dobra propozycja na wasz „pierwszy raz”.

Moja ocena to: 7/10

Załącznik do raportu: Łukasz K.(krypt. Luckyluke)

czwartek, 19 września 2013

Sławomir Koper - „Wielcy Zdrajcy – Od Piastów Do PRL”


Moi drodzy, dziś pomęczę was znowu. Kolejna książka historyczna ma zaszczyt znaleźć swe doczesne miejsce na mym blogu. To wszystko dzięki uprzejmości prosperiusza, który to organizując konkurs, dał mi szansę na jej wygranie. Skwapliwie skorzystałem z tej okazji i gdy tylko paczka pojawiła się w mych skromnych progach, natychmiast rozpocząłem lekturę – dość powiedzieć, że oczekiwania miałem ogromne.


Kluczową sprawą wydaje się tu fakt, że Sławomir Koper zdołał odciągnąć mnie od lektury „Podpalaczki” Stephena Kinga. Czy to nie jest wystarczającą rekomendacją? No dobra, może i nie, więc postaram się napisać jeszcze kilka słów.


Nie tak dawno pojawiła się u mnie recka książki Mirandy Twiss, która to podjęła próbę zebrania największych morderców w dziejach ludzkości w jednej pozycji. Koper natomiast w swym dziele podejmuje próbę zebrania i opisania największych zdrajców w historii naszego kraju. Porównywanie obu dzieł mija się z celem, bowiem Polak stoi kilkadziesiąt poziomów wyżej od wspomnianej autorki.


Zacznijmy jednak od przedstawionych postaci. W dwunastu rozdziałach autor opisuje nam zdrajców, agentów i kolaborantów – czy to domniemanych, czy też tych, wobec których podejrzenia zostały poparte jednoznacznymi faktami. Spotkamy tu takie postaci jak: Feliks Dzierżyński, Hieronim Radziejowski, Bolesław Bierut, ale znajdziemy też rozdziały poświęcone mniej oczywistym wyborom historyka: do tego grona można zaliczyć chociażby świętego Stanisława, czy Aleksandra Wielopolskiego. 


Zaznaczyć należy, że autor nie szufladkuje tych postaci. Przedstawia znane fakty, domniemania oraz podejrzenia, ale sam pozostaje w roli niezależnego komentatora. Większości osób nadaje również rys ludzki – wskazuje na motywy, element psychologiczny, kierowanie się konkretną ideą itd. Zachowanie wielu zdrajców zostaje w pewien sposób wytłumaczone – trudno tu jednak mówić o ich obronie, czy rehabilitacji. Moim zdaniem najkrytyczniejszą opinią obdarzono Jakuba Szelę i Bolesława Bieruta.


Chociaż książka liczy zaledwie 346 stron znajdziemy w niej o wiele więcej. Oprócz opisów konkretnych postaci poznajemy także ich otoczenie, ich rodziny oraz przyjaciół, czy też sytuację polityczną w kraju. Wszystko zostaje okraszone wieloma ciekawostkami jak np. ta o pochodzeniu nazwy naszej stolicy, lub o raporcie Puszkina na temat niszczenia zbiorów przez chmarę szarańczy*. Szczypta dobrego humoru, nawiązania do Sienkiewicza i Sapkowskiego – to wszystko czyni książkę lekką, przyjemną i świetnie przyswajalną. Autor nie katuje nas znienawidzonymi datami, ale przedstawia historie napisane przez życie. Choć trudno mi wskazać moje ulubione fragmenty - spróbuję. Bardzo dobrze czytało mi się te o Chmielnickim, Szczęsnym Potockim i Feliksie Dzierżyńskim.


Niestety moja znajomość historii nie jest tak duża jak bym chciał. Dlatego też nie wiem czy udało mi się wychwycić ewentualne, merytoryczne wady. Zdołałem znaleźć tylko dwie literówki w tekście i  jeden błąd chronologiczny, gdzie autor zamiast „pół wieku” wspomniał o „półtora wieku”. Na szczęście błędy te są niemal niedostrzegalne, a moje ich wyszukiwanie wynikało ze zwykłej drobiazgowości. Największą zaś wadą opisywanej pozycji jest jej długość – książka wciąga niespotykanie jak na literaturę historyczną. Dlatego też z jej lekturą uporałem się w dwa dni. Zabrakło mi troszkę kilku kontrowersyjnych postaci z okresu PRL-u, o których autor jednak nie chciał jeszcze pisać, ze względu na brak konkretnych, potwierdzonych materiałów. To chyba moje jedyne zarzuty.


Jakkolwiek by na nią nie patrzeć jest to dobra, a co ważniejsze lekka lektura, która powinna spodobać się nie tylko miłośnikom historii. Szczerze polecam.


Moja ocena to: 7/10


* Wspomniany raport Puszkina do gubernatora Woroncowa:

„Szarańcza
Leciała, leciała
I siadła
Siedziała, siedziała
Wszystko zjadła
I znowu poleciała”

poniedziałek, 16 września 2013

Lee Child - Nic Do Stracenia


Jack Reacher wciąż w drodze. Po lekturze niezłej „Siły Perswazji” naszła mnie chęć na kolejne spotkanie z tym niemal dwumetrowym bydlakiem. Były major żandarmerii wojskowej tym razem swą podróż odbywa przez malownicze tereny Kolorado. Pytanie brzmi: czy Reacher wciąż jest w formie?

Jack, jak na człowieka wolnego przystało, nie lubi gdy ktoś mu mówi co ma robić.  A ten nierozsądny ruch wykonali mieszkańcy pewnego miasteczka. Reacher został wyrzucony z Rozpaczy, miejsca otoczonego połacią niemal 20 kilometrowej pustyni. Nie był z tego faktu zadowolony. Mało tego – pobił zastępcę szeryfa. Skutek mógł być tylko jeden. Jack staje przed sądem, ale o dziwo, nie zostaje skazany, a tylko wywieziony z miasta. Jako że nasz bohater uwielbia wsadzać nos w nieswoje sprawy, taka sytuacja okazuje się dla niego gwiazdką z nieba. Zagadka jednak szybko się komplikuje – swą rolę zaczyna odgrywać nie tylko armia Stanów Zjednoczonych, kościół zwariowanych anglikanów, potężna firma zajmująca się recyklingiem złomu, ale także pozornie niezwiązane ze sprawą kobiety, których partnerzy zaginęli. Tajemnica goni tajemnicę i dopiero końcowe strony wyjaśniają nam poszczególne elementy intrygi.

Trudno zaprzeczyć, że książki Lee Childa stanowią bardzo miłą odmianę. Szczególnie po trudach z jakimi związane było moje czytelnictwo w ostatnim czasie. Dopóki nie sięgnąłem po kawał prostej, niemalże prostackiej sensacji, nie byłem w stanie uświadomić sobie z jak trudnymi pozycjami mierzyłem się zaledwie przed kilkoma dniami. I nie chodzi nawet o to, że czytałem traktaty filozoficzne, ale o to jak te książki wypadają w porównaniu z dynamiczną, lekką i przyjemną książką jaką z pewnością jest „Nic Do Stracenia”. Akcja jest wartka i podobnie jak w przypadku „Siły Perswazji” zbudowana na podobnym schemacie: Jack spaceruje, Jack daje w mordę, Jack poznaje fajną kobitkę, Jack daje w mordę po raz kolejny (nie, nie tej kobiecie), Jack uprawia seks z poznaną kobietą, Jack daje w mordę – tym razem konkretnie i temu komu trzeba, a potem odchodzi w stronę zachodzącego słońca. I nawet pomimo tego, że jest to niemalże skopiowany sposób budowania fabuły, wciąż smakuje mi całkiem nieźle.

Jednak nie jest to najlepsza powieść sensacyjna jaką kiedykolwiek czytałem. Historia okazuje się całkiem prosta, sposób jej prowadzenia jest wręcz prostacki. Bohaterowie zbudowani są według standardowych klisz. Nie doświadczycie tu niczego nowatorskiego. W dodatku czasem zachowania głównego bohatera wydawały mi się lekko irracjonalne.

Nie ma co jednak narzekać. Po raz kolejny dostajemy całkiem niezły kawałek odprężającej lektury. Musicie się jednak liczyć z tym, że zapomnicie ją po około dwóch/trzech dniach. Oto najlepszy dowód na to, że ocena ocenie nierówna. Książka ta otrzymuje podobną notę co zbiór opowiadań Dicka, mimo tego, że przeczytałem ją szybciej i zapewne z większą lekkością. Opowiadanka jednak zostawiły po sobie przynajmniej niewielki ślad, a Reacher zostanie przeze mnie szybko zapomniany. No, przynajmniej aż do naszego następnego spotkania.

Moja ocena to: 6/10

sobota, 14 września 2013

Philip Kindred Dick - "Zapłata"


Po prozę Dicka sięgnąłem właśnie po raz trzeci. Pierwsze przygodne spotkania z tym autorem, stanowiły w moim przypadku dwa opowiadanka, przeczytane gdzieś na skrajach Internetu. Nie ukrywam, że bardzo przypadły mi one do gustu. Były proste, konkretne, nieprzegadane, a co bardzo istotne, oba napisano z pomysłem i mniej lub bardziej wyraźnym morałem.  Licząc na to, że ta dobra passa będzie kontynuowana moje skromne, czytelnicze progi odwiedził zbiór opowiadań pod tytułem „Zapłata”.


Już na wstępie muszę stwierdzić, że jestem głęboko rozczarowany.  Po tak renomowanym nazwisku (wpiszcie sobie w przeglądarce np. Dick is the best/I love Dick – wyników będą tysiące ;)) spodziewałem się co najmniej bardzo dobrej, równej lektury. Niestety – poziom opowiadań jest nie tylko statystycznie dość niski, ale część zawartych tu historii bazuje na bardzo podobnym schemacie, co z czasem zaczyna nużyć. Pozwólcie że posłużę się przykładem – opowiadania „Niania”, „Świat Jona”, „Zautomatyzowana fabryka”, „Zastępca” to historie w których elementem kluczowym są między innymi roboty. Z kolei historie „Świat Jona”, „Śniadanie o zmierzchu”, „Małe co nieco dla nas, temponautów” – to opowieści w których kluczową rolę odgrywają podróże w czasie. W kilku mamy także motyw wojny ZSRR vs. USA. Tematyka wydaje się zróżnicowana, ale motywy powtarzane kilkukrotnie przestają smakować. Nawet jeśli autor zmienia swe co do nich podejście (np. nawet jeśli robot raz jest zły, a raz dobry, to wciąż jest nudny robot).    


Co do stylu autora – dotąd bardzo ceniłem jego zwięzłość. Większość dialogów była prosta, lapidarna i wydawała się niezbędna. Tutaj będzie bardzo podobnie, jednak w wielu miejscach wydawały mi się one nie tylko sztuczne, ale także naszpikowane bezsensownymi terminami (w jednym z opowiadań rozmówcy dyskutują nad problemem pętli czasowej – to był jedyny moment, w którym miałem ochotę na zawiązanie zupełnie innej pętli). Niby nie jest źle, ale człowiek wręcz czuje, że mogło być dużo lepiej.


Jak to się zdarza w przypadku zbiorów są tu jednak także prawdziwe perełki. Moim faworytem okazało się opowiadanie „Przedludzie” poruszające temat aborcji w społeczeństwie przyszłości. Ciekawym pomysłem w nim zastosowanym, było ustalenie wieku w którym istota ludzka nabywa duszę na około 12 lat. Wobec dzisiejszych dyskusji prowadzonych w różnych środowiskach, wciąż byłoby to bardzo kontrowersyjne podejście do tematu. Nie wnikając jednak w spory ideologiczne, świetnie prezentuje się również „Ojcowskie alter ego” – historyjka w nieco mroczniejszych klimatach z morderczym czymś (jeśli znacie twórczość tego pana, pewnie zauważyliście, że nie przepadał on za wyjaśnianiem wszystkich szczegółów w swych opowieściach).


Tym razem nie będę was na siłę przekonywał – o tym, czy przeczytacie, czy też nie musicie zadecydować sami. Pokuszę się jednak o odradzenie lektury tym, którzy z Dickiem chcą spotkać się po raz pierwszy. Zdecydowanie nie polecam zaś wszystkim, którzy nienawidzą klimatów sci-fi. Koniec końców wydaje mi się jednak, że mimo rozczarowania, jest to książka w dużej części zapadająca w pamięć i godna uwagi.


Moja ocena to 6/10


Ps. Na podstawie tytułowego opowiadania powstał film o tym samym tytule. Reżyserią zajął się John Woo. Role główne zagrali: Ben Affleck, Aaron Eckhart, Uma Thurman. Ponoć nie jest to kino najwyższych lotów, ale jeśli ktoś oglądał z przyjemnością poznam waszą opinię.  

wtorek, 10 września 2013

Miranda Twiss - "Najwięksi zbrodniarze w historii"


Mobilizacja resztek sił, pozwoliła mi na napisanie recki pozycji, której zapewne nikt z was nigdy nie weźmie do ręki. Raczej nie trudno zgadnąć o czym będzie ona traktowała. „Najwięksi zbrodniarze w historii” to przekrój osób, które z całą pewnością są uwielbiane przez miliony psychopatów na całym świecie. Autorka prowadzi nas od szanownego pana Kaliguli, aż po Ugandyjskiego przywódcę Idiego Amina. Elementem wspólnym każdej postaci jest to, że ich główne hobby, stanowiła efektywna (a czasem efektowna) eksterminacja niewinnej ludności.

Poznajemy więc dzieje takich „asów” jak: Adolf Hitler, Józef Stalin, Neron, ale także Cortez, Rasputin, czy Ilsa Koch. Jeżeli chodzi o różnorodność jest całkiem nieźle. Niestety każdej z tych postaci poświęcono nie więcej niż dziesięć stron tekstu. Jeżeli chodzi o tak ciekawe biografie, wydaje mi się, że jest to straszliwie mało.

W dodatku mimo dobrze rokującego tytułu dostajemy książeczkę, którą można czytać dzieciakom w przedszkolu. Niby autorka czasem wspomina o pewnych ekscesach i morderczych zwyczajach „bohaterów”, ale to stanowczo za mało. Książka zaczyna więc bardziej przypominać podręcznik do historii, niż rozprawę o zbrodniczej stronie ludzkiej natury. Szkoda.

Zadziwiające jest to, że autorka powtarza pewne mity, których sprostowania podejmuje się tłumacz książki. Nie jest to zbyt częsty widok. Nie wiem, czy świadczy to o braku wiedzy pisarki, czy może raczej o nieumiejętności wyrażania swych myśli, ale i tak działa na jej niekorzyść. W dodatku wiadomości przez nią przedstawiane są tak sucho i schematycznie, że czasem czujemy się jak podczas czytania wikipedii.

Gdyby nie to, że większość książek których lekturę rozpoczynam, staram się również dokończyć, tę porzuciłbym już po około 50 stronach. Uważam za lepsze rozwiązanie sięgnięcie po szczegółową biografię opisywanych tu osób, niż męczenie się z czymś, co po dwóch dniach od przeczytania i tak zostanie zapomniane. Polecam wyłącznie masochistom i ewentualnie uczniom gimnazjum/liceum (co w sumie na jedno wychodzi). Jednocześnie czuję się oszukany - spodziewałem się czegoś o wiele lepszego. 

Moja ocena to: 4/10

piątek, 6 września 2013

Sebastian Fitzek - "Klinika"


Fitzek tu, Fitzek tam, pamiętacie jeszcze ten szalony trend panujący w Internetach? Gdzie nie wszedłem wszyscy zachwycali się pomysłami autora, stylem itd. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym pozwolił wam na egzystencję bez poznania mojej skromnej opinii. Nie ukrywam, że pewien rodzaj wrodzonej przekory mógł wpłynąć na to jaką formę przybierze recenzja.

Zacznijmy jednak od historii. Skupcie się  (ej, Ty tam, nie skupiłeś się, zostaw tę kawę). Dawno temu, za górami za lasami była sobie pewna klinika psychiatryczna (i już wiecie, że wasze dzieci pokochają tę bajkę). W tejże klinice zaczyna dziać się źle. Po korytarzach buszuje tajemniczy, okrutny morderca – „Łamacz”. Skąd taki atrakcyjny przydomek? Otóż ma on w zwyczaju "łamać" dusze swoich ofiar i w ten sposób doprowadzać je do śmierci. Delikwent który miał z mordercą styczność wykazuje pewne charakterystyczne symptomy – nie może robić kompletnie nic – nie rusza się, nie mówi, ogólnie jest raczej na nie (podobnie jak nasz rząd). Problemem jest to, że zachowuje świadomość, a gros czasu w zamknięciu spędza w krainie koszmarów. Ogólnie sprawa nie przedstawia się za ciekawie. W dodatku w klinice znajduje się około dziesięciu osób, a Fitzek wodzi nas za nos tak, że za cholerę nie wiemy kto tym „Łamaczem” jest.

Kreacja bohaterów jest całkiem niezła. Wydarzenia poznajemy z perspektywy Caspara. Niestety ze względu na amnezję, jaka ostatnio mu się przytrafiła, Caspar nie wie, czy jest Casparem, czy może prezydentem Sri Lanki. Nie pamięta kompletnie nic. Pech chce, że w pewien sposób jest on związany z mordercą. Każda przedstawiona postać jest inna, niemal każda ciekawa i co najlepsze – podejrzana. Po kilku minutach lektury, można nawet dojść do tak absurdalnych wniosków, jak morderstwa popełnione przez kucharkę, ze względu na ograniczony asortyment makaronu.  

Plusem jest oczywiście sprzyjająca wszystkim miłośnikom zagadek forma powieści. Wczujcie się, bo oto dostajemy kryminał, stylizowany na akta pacjenta, które są z kolei stylizowane na powieść – taka Fitzkowa książkcepcja. Czyta się to bardzo fajnie, ponieważ sami możemy iść trasą informacji serwowanych bohaterowi i razem z nim starać się złożyć konkretny obraz ze strzępków informacji. Do tego mistrzowskie zagadki i gry słowne – to coś co każdy miłośnik tego typu literatury doceni.

Niestety według mnie nie wszystko jest tu kolorowe jak parada równości. Nieco przeszkadzał mi zbytni chaos – sporo bohaterów, a tylko 275 stron. Trudno mi oceniać dialogi, które raz były świetne, a raz troszkę anarchiczne i pourywane – niektóre czytałem nawet po dwa razy.

Co najważniejsze jednak – straszność tej książki jest dla mnie niewyjaśnionym mitem. Obawa przed zamknięciem „w sobie” jest oczywiście naturalna i zrozumiała, ale mimo wszystko pozostanę fanem starego, dobrego strumienia krwi i setek ofiar. Pomysł był bardzo dobry, ale nie rozwinięto motywu krainy koszmarów – wtedy efekt byłby piorunujący. Trudno mi jednoznacznie ocenić kryminał, którego rozwiązania domyśliłem się w 3/4 powieści – głównie dlatego, że nie mogę tego zrzucić na karb autora, a jedynie swojej olśniewającej (sic!) inteligencji.

Podsumowując – to faktycznie bardzo dobra książka. Nie wspaniała, ale w swoim gatunku z całą pewnością zajmuje miejsce w czołówce. Cóż, mogę wam ją tylko polecić i zaprosić do odwiedzenia Kliniki. Myślę, że nikt nie będzie rozczarowany.

Moja ocena to: 7/10

poniedziałek, 2 września 2013

Nie-podsumowanie sierpnia

*W tym miejscu miało być podsumowanie sierpnia, ale autor stwierdził, że nie ma najmniejszej ochoty go pisać. W sumie było już nawet opracowane, ale cała koncepcja wydała mu się nudna, prozaiczna i przeciętna, więc rzekł, że ma to w dupie i popisze sobie, ale dla zabawy. (Duch autora)*

Cholera, co ta za duchy mi się panoszą na tym blogu? Pewnie to dlatego, że zarósł on kurzem i w gruncie rzeczy przypomina bardziej zamek Draculi, niż  porządną, nowoczesną stronę Internetową. Eh, pieprzyć to. I tak zapewne zostanie tak jak jest, bo nie będę miał najmniejszej chęci na zabawy w jakieś szablonki, banerki i inne pierdółki. Skoro Internet ma swą jasną stronę w postaci tysięcy pięknych miejsc, musi być też jakaś alternatywa. Dlatego ja będę nadal tak brzydki, jak tylko mi się uda.

Ale to nie o tym przecież miałem pisać. W sumie sam nie wiem o czym, ale z całą pewnością nie o tym. Korzystając z okazji, że pisze sobie tak bez większego sensu i składu poruszę więc kilka spraw, które w gruncie rzeczy gówno mnie obchodzą, ale je sobie poruszę, bo tak…

Pierwsza i najważniejsza (lub nieważna wcale, zależy jak kto na to spojrzy): jestem wkurzony na swój brak kreatywności. Niby czasem wrzucę jakąś tam recenzję, czy głupawy tekścik, ale ostatnio wszystko wydaje mi się jakieś takie mdłe i bez pomysłu. Równie dobrze mógłbym napisać dwa/trzy wpisy i używać ich jako kalki. Szczerze mówiąc wciąż zaskakuje mnie liczba osób które tu wchodzą, bo znając moją cierpliwość ja bym ten twór już dawno wypieprzył z obserwowanych. Niby się staram, niby wciąż tli się tam jakaś iskierka zapału, ale nie podoba mi się to ani troszkę.

Druga – komentarze. Wielu pieprzy coś w stylu: „To nie jest ważne, nie po to piszę”, ale to zwykła bzdura i obłuda godna naszej politykierni. Oczywiście, że są ważne i gdybyście nagle przestali mnie odwiedzać i wpisywać swoje przemyślenia, to pieprznąłbym to wszystko już bardzo dawno temu. Nie ukrywam, że odpowiadanie na wasze wpisy jest bardzo przyjemną częścią tej zabawy. Apeluję jednak o odrobinę kreatywności, bo „komcie” w stylu: „Fajna książka, przeczytam, zapraszam do mnie” możecie sobie wsadzić tam gdzie nie dochodzi słońce (nie, nie chodzi mi o Mordor). Jeżeli to kogoś dotknęło, to absolutnie nie przepraszam, bo widocznie jest on jedną z tych osób i to on powinien przeprosić mnie. I swoich rodziców.

Bez znaczenia sprawa trzecia: mimo faktu, ze jestem zawiedziony małą różnorodnością tekstów nie spodziewajcie się szybko wpisów okołosportowych. Cała ta machina w której z ręki do ręki przekazywane są miliony, zaczyna mnie powoli wkurzać. Pominę już absolutny brak sukcesów naszych krajowych „zespołów”. Ogólnie – ze środowiska piłkarskiego robi się bagno, które mam zamiar śledzić, ale raczej patrząc na nie przez palce (a szczególnie przez jeden – środkowy).

Hmm, ciekawe czy są jeszcze jakieś pomyje, których zapomniałem tu wylać? O, może to: humor. Wiem, że moje poczucie humoru jest dość nietypowe i nie trafia do wszystkich. Ostatnio niestety jest go w każdym tekście coraz mniej. Mam nadzieję, że ten stan rzeczy się zmieni, a wszyscy do których ono nie trafia wyjadą np. do Kazachstanu. Oczywiście każdy komentarz w stylu: „nie podoba mi się” zostanie przyjęty z godnością i zagryzionymi zębami, ale pamiętajcie, że Fredy Krueger to mój dobry przyjaciel… (nie żebym sugerował, że może was jakoś skrzywdzić). Aha i błagam, nie spodziewajcie się, że do każdej próby wplecenia komizmu w tekst, będę dodawał jakieś emotikony, czy inne bzdurne znaki, żebyście się połapali, że tam był żart. To nie amerykańska komedia.

Przysięgam, że już kończę, już już, dajcie mi jeszcze tylko dwie minutki. Pamiętacie jak kiedyś deklarowałem, że będę walczył o ulepszenie swojego stylu? Walkę uważam za przegraną/poddaną. Moje teksty były, są i zapewne będą chaotycznymi kłębkami mniejszych i większych bzdur. Jeżeli ktoś wchodzi na tę stronę i spodziewa się wysłuchać opinii eksperta w jakiejkolwiek dziedzinie, powinien mocno stuknąć się w głowę. Wszyscy stuknęli? No to jeszcze raz, za mamusię, za tatusia…

Ależ się rozpisałem. Zapewne jeśli jeszcze raz dokładnie przeczytam całość będę żałował, że coś takiego opublikowałem. Ale do cholery – to jest w końcu kawałek mojego świata i mam prawo się w nim trochę porozpychać, napisać to na co mam ochotę, choćbym nawet o tym za wiele nie myślał. Zresztą, brak myślenia to dziedzina w której też jakiś ekspert powinien być. Przyjmuję więc tą zaszczytną rolę, a wam nakazuję myśleć, bo dwóch ekspertów na tym polu, to już zdecydowanie tłok.