środa, 30 października 2013

Jozo Niznansky - "Pani na Czachticach"

Elżbieta Batory, krwawa pani czachtickiego zamku, niczym Frankenstein powraca do życia na kartach powieści Jozo Niznanskyego. 600 stronicowa historia wręcz dopomina się o ujęcie w ryzy krwawej biografii siostrzenicy polskiego króla Stefana i przedstawienie jej w formie zapierającego dech w piersiach (mniam), krwawego horroru. Podobnie zresztą jak okładka nowego wydania, która momentalnie przykuwa wzrok i zachęca do sięgnięcia po książkę.

Niestety moi drodzy miłośnicy horrorów - możecie poczuć się w tym momencie lekko zawiedzeni. "Nowa wersja" krwawej Elżbiety jest strasznie słaba. Zabrakło mi w niej fragmentów dotyczących notorycznych kąpieli w dziewiczej krwi, bezlitosnych morderstw opisanych w przerażający sposób, w sumie zabrakło mi także samej Elżbiety. Jej obraz psychologiczny, czy charakterystyka motywów działań były dla mnie niewystarczające.

Skoro nie dostajemy horroru ani nawet dobrego thrillera, to czym jest ta książka? - zapytacie. Otóż jest to typowa opowieść w awanturniczo-przygodowym stylu, przypominająca w swej konstrukcji takie seriale jak "Robin Hood", czy "Janosik". Mianowicie cała fabuła skupia się na walczącej o sprawiedliwość gromadzie zbójników. Ci zaliczają liczne wzloty i upadki, a akcja bardzo szybko prowadzi nas do przewidywalnego finału.

Warto zwrócić uwagę na liczne dialogi. Te choć błyskawicznie pozwalają nam wertować kolejne strony wydawały mi się często lekko sztywne. Wiem że nie zdarza mi się mówić tego zbyt często, ale w książce zabrakło także opisów. Jest ich naprawdę niewiele, więc nie dostajemy zbyt często okazji do złapania oddechu i odpoczęcia od natłoku wydarzeń. Wydawałoby się, że wyjdzie to książce na dobre, ale po pewnym czasie stało się strasznie monotonne.

Do gustu przypadły mi za to postaci. Andrzej Drozd - herszt zbójników i ogromna góra mięcha, stał się oczywiście z miejsca moim numerem jeden. Jan Kalina, dobrze wykształcony i waleczny przyjaciel Drozda, uplasował się na miejscu drugim. Plejada ciekawych postaci jest jednak znaczna - świetnie wykreowany pomocnik Elżbiety Ficko (przypominał Igora z Frankensteina), rzemieślnik Paweł  Lederer, graf Nyary, kasztelan Loszonsky, to tylko niektóre z nich.

Obawiam się, że to co teraz napiszę zniechęci wielu z was do przeczytania tej książki. Otóż schemat budowania fabuły, sposób mieszania fikcji z realiami historycznymi i wątki obyczajowe niesamowicie przypominały mi twórczość Henryka Sienkiewicza. Odnoszę czasem wrażenie, że jest to zaletą tylko w moich oczach.

Podsumowując - jest to całkiem fajna, dynamiczna opowieść z wplecionymi w nią elementami historycznymi. Najbardziej zepsuta przez wygórowane oczekiwania. Nie uświadczycie tu walających się po podłogach flaków, bitew rodem z Władcy Pierścienia, czy chociażby lekkiego powiewu grozy. To  raczej sympatyczna i wciągająca pozycja w serialowym stylu. Brakuje jej jednak jakiejkolwiek charakterystycznej iskierki, która sprawiłaby, że nie możemy przestać czytać - tę funkcję powinna spełniać sama grafka Elżbieta, ale jej potencjał zmarnowano.


Moja ocena to 6/10 

sobota, 26 października 2013

Adam Nawałka nowym selekcjonerem reprezentacji...

Nie wierzę w Nawałkę. Po katastrofalnej passie Fornalika, w którego ufałem, sądzę iż wybór trenera z naszego podwórka, okaże się kolejnym strzałem w stopę. Nawet nie wiecie jak chciałbym się mylić...

Trener Adam Nawałka reprezentuje myśl szkoleniową, która swe największe sukcesy święciła w latach 70-tych. Ba, pan Adam był nawet reprezentantem Polski - co bardziej leciwi czytelnicy zapewne pamiętają jego występy na Mistrzostwach Świata w 1978. Choć Polska nie zdołała zwyciężyć w tym turnieju, pokazała się z dobrej strony - wygraliśmy grupę i polegliśmy dopiero w kolejnej fazie, pokonani zresztą przez takie sławy jak Brazylia, czy Argentyna - późniejsi mistrzowie świata. Niestety piłka nożna wciąż ewoluowała. Schematy Gmocha i Górskiego po trzydziestu latach stały się kompletnym anachronizmem. Niestety to właśnie na nich Adam Nawałka może oprzeć swe podejście do prowadzenia reprezentacji. Nie mówię, że tak będzie - to jednak moja największa obawa.

Patrząc na kariery znanych trenerów aż roi się w nich od pucharów, tytułów, różnorakich statystyk dotyczących zwycięstw prowadzonej przez nich drużyny. Rzućmy więc okiem na karierę nowego selekcjonera naszej drużyny piłkarskiej. Najbardziej udane sezony dla Nawałki, to te z lat 2000/2001 (mistrzostwo Polski z Wisłą Kraków) oraz 2009/2010 (awans z Górnikiem Zabrze do ekstraklasy). Szczególnie owocny okazał się również obecny sezon - Górnik wciąż utrzymuje się bowiem na szczycie tabeli. Jednak myliłby się ten, kto uważałby, że w historii tego menadżera zapisane są wyłącznie zwycięstwa. Za słabe wyniki zwalniano go między innymi z Zagłębia Lubin i Jagielloni Białystok. Ma na koncie także nieudany powrót do prowadzenia krakowskiej Wisły z której zwolniono go w sezonie 2006-2007.

Poszukiwanie cudownego talentu trenerskiego w naszym kraju uważam za głupotę. Choć istnieje niewielka szansa na to, że PZPN wyczaruje nam drugiego Górskiego, trudno nie uronić łzy nad takimi sprawdzonymi nazwiskami, pojawiającymi się w kontekście objęcia funkcji selekcjonera, jak np.  Trapattoni, Advocaat, czy Sven Goran-Eriksson. Porównanie ich osiągnięć z tymi Nawałki jest wręcz rzeczą bezcelową - każdy bije Polaka na głowę. W dodatku Nawałce brakuje doświadczenia w prowadzeniu swych klubów na arenie międzynarodowej. Ze świecą moglibyśmy szukać sezonu, w którym prowadzony przez niego klub brał udział chociażby w Pucharze Europy.

Przyjaźń z Bońkiem będzie kolejnym elementem przyczyniającym się do braku zaufania wobec nowego menadżera - już popularne stały się głosy, że to właśnie ona wpłynęła na taki wybór. Niestety nie znam tej sytuacji na tyle, na ile bym chciał, ale jeśli miałbym wyłącznie gdybać, również skłoniłbym się ku takiej opinii.


Niestety - po raz kolejny sądzę, że wybraliśmy źle. Kompletnie nie wierzę w to, że Nawałka z zawodników reprezentujących przecież klasę światową, będzie w stanie zbudować zgrany zespół. Choć w tym wypadku swą pomyłkę przyjąłbym z największą radością...

czwartek, 24 października 2013

Keith Lowe - "Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej"

II wojna światowa odcisnęła swe niekwestionowane piętno na losach Europy. Niechęć narodowa, która tli się między narodami Serbów i Chorwatów, Węgrów i Słowaków, Polaków i Ukraińców, jest często pokłosiem działań podejmowanych niemal 70 lat temu. Myliłby się jednak każdy, kto sądziłby, że wojna zakończyła się wraz z podpisaniem pokoju 8 maja 1945 roku. Po jej "prawnym" zakończeniu nastąpił krótki okres chaosu, bezprawia i agresji, który swym zasięgiem objął wszystkie narody naszego kontynentu.

O tych latach traktuje właśnie książka Keith'a Lowe'a. Znajdziemy w niej między innymi rozdziały dotyczące walk Polsko-Ukraińskich i ich przyczyny, poczytamy o Litewskiej partyzantce, czy o wywołanej przez Brytyjczyków wojnie domowej w Grecji. W podróż do Niemiec udamy się wraz z przesiedleńcami germańskimi, zaś z Żydami, którzy przeżyli obozy, odwiedzimy ich dawne domostwa, które zajęła okoliczna ludność i przesiedleńcy. Spojrzymy na system totalitarny w Jugosławii i rzucimy okiem na Rumunię, która da nam przykład kształtowania się komunizmu "od podstaw". Co szczególnie interesujące - zwrócimy także uwagę na przestępczość w krajach neutralnych. To wszystko i wiele więcej zawiera w sobie książka Lowe'a

Zacznę od tego, że książka bardzo mi się podobała. Choć obraz, który kreuje autor jest przerażający, to jeszcze bardziej uderza fakt, że powstał on na podstawie realnych wydarzeń. Ile bowiem mamy książek, które przedstawiają masakry całych wiosek, rozstrzeliwanie i zrzucanie w przepaść tysięcy jeńców, czy chociażby rozrywanie za pomocą samochodów wojskowych żyjącej, młodej kobiety? Muszę też podkreślić, że te sytuacje wcale nie powstały z inspiracji państw osi, ale właśnie aliantów. Takich historii Lowe przytacza na pęczki. O tym się zwykle nie mówi, chcąc zachować obraz Europy zjednoczonej w walce z germańskim najeźdźcą. Lowe nie boi się jednak pisać o trudnych problemach - szczególnie kolaboracji i niehumanitarnymi sposobami na ukaranie współpracujących z niemieckim agresorem.

Sam tekst w niczym nie przypomina podręcznika. Często oparty na wspomnieniach cywilów staje się niemalże beletryzowaną historią powojennego okresu. Wciąga i zasysa niesamowicie, a krótkie rozdziały tylko pomagają w przedzieraniu się przez losy dzikiej Europy. Kluczem do zachowania zainteresowania czytelnika okazała się różnorodność - od Francji, po Rumunię stykamy się z innymi sposobami rozwiązywania konfliktów, innymi wpływami mocarstw i różnym podejściem do dylematów powojennych. Samą przyjemność sprawia doszukiwanie się podobieństw na własną rękę, analizowanie działań ówczesnych rządów i wciąganie się w wielką politykę tego anarchistycznego okresu.

Cóż - oczywiście można gdybać, że czegoś zabrakło, można doszukiwać się stronniczości w opisywaniu lewicy i prawicy (autor całą prawice zakwalifikował jako sojuszników Hitlera), można być zawiedzionym, że autor pominął budowanie i wpływy komunizmu w naszym kraju, ale z perspektywy laika jest to świetne i co najważniejsze interesujące źródło wiedzy, o tych powszechnie zapomnianych czasach.

Polecam szczególnie zainteresowanym historią drugiej wojny światowej, miłośnikom historii współczesnej, a także tym, którzy nienawidzą książek popularnonaukowych. Jeśli nie dacie się przekonać po lekturze tej świetnie napisanej pozycji, nie ma dla was nadziei. No chyba, że skusicie się na książkę Billa Brysona, ale o tym następnym razem...


Moja ocena to mocne  8/10

sobota, 19 października 2013

Wciąż niewykorzystane pomysły na horror/thriller/kryminał:

1. Mordercze parówki:
Wyobrażacie sobie książkę Kinga, w której stado dzikich i nieokiełznanych parówek terroryzuje Maine? Ba, wyobrażacie sobie jak wyglądała by ekranizacja tej powieści stworzona np. przez Spielberga? Dlaczego nikt nie wpadł na to jak epickie mogą być zmutowane, mordercze parówki? Z drugiej strony czy te realne są bezpieczniejsze? We'll never know...

2. Pani z dziekanatu:
Bestia pożerająca swych petentów rozpoczyna łowy na przełomie września/października. Silnie jadowita. Pragnienie krwi jest w stanie zaspokoić jedynie litrami kawy. Po zakończonym 3-godzinnym dniu pracy, poluje na ludzi na podstawie daty zdania przez nich indeksu.

(Studencki sucharek: Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie: Co pani jest? - pyta lekarz. Baba odpowiada - jestem panią z dziekanatu)

3. Ksiądz - pedofil
Jakoś mało książek porusza podobną tematykę. Szczególnie jeśli odniesiemy się do ogromnego szumu medialnego w tym zakresie. Może by więc stworzyć kryminał, opisujący kapłana-pedofila, grasującego po jakimś polskim mieście (Sandomierz będzie idealny). Do walki z nim stanie oczywiście gej-detektyw. Myślę że jakaś Gazeta Współczesna z chęcią wydałaby podobny kawałek dobrej literatury. Z drugiej strony może to być również historia dziecka uwodzącego księży - perfidny bachor byłby świetną postacią i prawdopodobnie błyskawicznie stałby się ikoną horroru. 


4. Reprezentacja Polski
Polacy awansują na mundial w Brazylii. Gładko przechodzą fazę grupową i dopiero w półfinale trafiają na Niemców. Po zażartej walce tracą bramkę w 87 minucie. O trzecie miejsce gramy z Argentyną, ale niefortunnie przegrywamy 2:3. Prawda że to straszne? Dzięki Bogu nie awansowaliśmy...

5. Inwazja koreańska

Korea Północna rozpoczyna swoją kampanię militarną. Najpierw wykańczają odwiecznych wrogów z południa, strzelając do nich z pistoletów na kapiszony. Chiny i Rosja podpisują z KRLD pakt o nieagresji. Koreańczycy mają więc otwartą drogę na zachód. Francja i Włochy asekuracyjnie kapitulują, Szwajcaria mówi, że jej to wcale nie obchodzi. Niemcy chcą stanąć do walki, ale Koreańczycy zatruwają kebaby w całym kraju. Dlatego też tylko Polacy wsiadają na konie i odwołując się do pięknej narodowej tradycji mordują, palą, gwałcą, okaleczają, wieszają, torturują, wysadzają i rozstrzeliwują skośnookich najeźdźców. Ot, taka literatura piękna z elementami gore :)

Ps. Jeżeli kiedyś będziecie chcieli wysłać dzieci na obóz, Korea Płn. według popularnych stereotypów nie jest dobrym wyborem.
Tańczenie kankana w KRLD kończy się zaskakująco wieloma ranami postrzałowymi...(źródło:wikia)

wtorek, 15 października 2013

Andrzej Lubowski - "Człowiek, który podminował Kreml"

Gdy sięgam po książkę wydaną pod szyldem Agory (Gazeta Wyborcza, Michnik, te sprawy) automatycznie nastawiam się na to, że każdą informację w niej zawartą wypadałoby zweryfikować. W tym przypadku jednak nie starczyło mi na to ani czasu, ani chęci, więc ewentualny reasearch pozostaje w waszych rękach. Ja natomiast ograniczę się jedynie do elementów, które jako czytelnika raziły mnie szczególnie.

Jak można się domyślać opisywana pozycja to biografia Zbigniewa "Zbiga" Brzezińskiego - doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego w gabinecie Jimmy'ego Cartera, członka komisji trójstronnej i jak można było się niedawno dowiedzieć, propagatora new world order (rząd światowy itp.)

W najmniejszym stopniu nie będę tutaj umniejszał ani osiągnięć tego pana, ani jego niewątpliwej inteligencji. Problemem jest jedynie to, że zarówno jego poglądy, sposób podejścia do polityki międzynarodowej, czy też udział w organizacjach, które wciąż pozostają dość tajemnicze  i kontrowersyjne (komisja trójstronna), sprawia, że nie jestem jego największym fanem. Choć książka kreuje go na obrońcę praw człowieka, moralności i idealistę nie wszystkie decyzje Zbiga okazały się słuszne - mało tego - część z nich (np. podejście do Afganistanu i Kosowa) jestem w stanie zakwalifikować jako pochopne i podporządkowane jedynie interesowi amerykańskiej globalizacji. Zresztą trudno nazywać patriotą człowieka, który nigdy nie ukrywał, że amerykańska dominacja w wymiarze globalnym jest dla niego nadrzędną wartością.

Szkoda że książka jest tak jednostronna - każde działanie Zbiga jest wytłumaczone (z korzyścią dla niego oczywiście). Gdy Brzeziński wtrąca się w sprawy Rosji jest kreowany na obrońcę moralności i wielkiego dobroczyńcę uciemiężonych ludów, gdy układa się z prominentami chińskimi nie wspomniano nigdzie o tym, że jednocześnie wyraża cichą zgodę na łamanie praw człowieka, by osiągnąć znaczniejszy cel.

Oczywiście nie zabrakło klasycznych dla Agory wstawek ideowych, pochodzących już od samego autora - wspomnienie mimochodem o serbskim ludobójstwie w Kosowie, schemat: dobry zachód - zły wschód (w części prawdziwy, ale uproszczony na potrzeby proeuropejskości), nazywanie przeciwników globalizacji paranoikami, niemal sakralizacja przemian po okrągłym stole itd. Na to wszystko także trafimy w owej publikacji, ale w gruncie rzeczy uważam, że jest to stały element, który pojawia się w niemal każdej książce od tego wydawnictwa.

Według mojej prywatnej opinii, na przedstawienie bohatera tej biografii, zbyt duży wpływ miała nie tylko znajomość z Adamem Michnikiem (o której zresztą w książce wspomniano), nie tylko prywatne poglądy autora - Andrzeja Lubowskiego, ale mógł to być także fakt członkostwa w komisji trójstronnej (której, przypomnę - jednym z założycieli był Zbig)Wandy Rapaczyńskiej - współwłaścicielki Agory. Trudno wierzyć w obiektywizm publikacji, gdy zostaje ona wydana przez ludzi tak silnie ze sobą powiązanych.

Poza tym problemy w lekturze sprawia chronologia. I choć książka jest naprawdę bardzo ciekawa, to miejscami wydaje się chaotyczna i niepoukładana. Zabrakło mi także na przykład spisu nazwisk i krótkich biografii opisywanych postaci, ponieważ przeciętny czytelnik może się w nich szybko pogubić.

Podsumowując - dostajemy bardzo jednostronny kawałek literatury faktu, który czyta się całkiem nieźle. Gdybym kompletnie odciął się od kwestii ideologicznych, zapewne byłaby to ocena o punkt wyższa. Niestety idąc szlakiem wytyczonym przez wydawnictwo, oceniam książkę ze swojego jedynie słusznego punktu widzenia.


Moja ocena to: 5/10

czwartek, 10 października 2013

Max Bentow - "Ptaszydło"


Dziś przed wami niesamowicie trudne i wymagające ogromnej cierpliwości zadanie. Mianowicie chciałbym, żebyście przeczytali moją kolejną recenzję. Na warsztat wziąłem oczywiście pozycję widoczną w nagłówku. „Ptaszydło” to debiutancki kryminał Maxa Bentowa – berlińskiego scenarzysty teatralnego. Chciałby przeprowadzić krótką analizę i przedstawić własną opinię o tej dość krótkiej, bo liczącej zaledwie 336 stron książce.

Nie ma specjalnie dużego sensu rozwodzenie się nad fabułą – ot, poznajemy komisarza Trojana, który jest ponoć bardzo uzdolnionym policjantem. Stykamy się z nim akurat w momencie, gdy na Berlin pada blady strach związany z działaniami brutalnego, seryjnego mordercy. Znakiem charakterystycznym „tego złego” stają się pozostawiane na miejscach zbrodni trupy ptaków, które dodatkowo upgradowane są przez naszego killera, poprzez pozbawienie piór i rozpłatanie im brzucha. Schemat tych zbrodni zostaje następnie przeniesiony na ofiary ludzkie. Oczywiście poza tą szczyptą makabry istotne jest także życie prywatne detektywa. Niefortunne ataki paniki, wizyty u psychologa, lokowanie swych uczuć w różnych kobietach – to wszystko będzie stanowiło tło dla działań berlińskiego śledczego.

Szalenie trudno było mi wykrzesać z siebie jednoznaczną opinię na temat tej książki. Głównie dlatego, że czytało mi się ją doskonale, ale po zakończeniu lektury zacząłem zadawać sobie wiele pytań. Tym najważniejszym było: „co mi się nie podobało?”. I okazało się, że ta lista jest dość długa. Nietypowo więc, postaram się rozpocząć właśnie od niej.

Przede wszystkim zabrakło mi poprawnie „zbudowanej” postaci drugoplanowej jako towarzysza głównego bohatera. Tak jak Myron miał swojego Wina, Rhyme’s swoją Amelię, Indiana swojego Jonesa (ekhm), tak Trojan jest otoczony przez bandę postaci nieistotnych i niepotrzebnych. Zabrakło mi konkretnego towarzysza, obdarzonego ciekawymi cechami i mającego istotny wpływ na przebieg akcji.

Oczywiście wielu z was stwierdzi, że przecież nie każda książka musi powielać znany schemat. Ta jednak kopiuje wszystkie inne elementy dobrych kryminałów, a rezygnuje z tak pożytecznego, jak odpowiednio stworzony współtowarzysz. I właśnie tu warto byłoby wskazać na kolejną wadę. Straszna schematyczność – wszyscy znamy już przecież oklepany motyw bystrego detektywa z problemami i pięknej białogłowy w opałach. Tutaj jest to odwalone niemalże identycznie.

Chciałbym wspomnieć także o pewnym elemencie, którzy jedni będą poczytywali sobie za zaletę, a inni wprost przeciwnie. Książka jest o wiele krótsza niż się wydaje, gdy spojrzymy tylko na liczbę stron. Właściwie niemalże połowę budują dialogi. Nie przeczę, że dodaje to szczyptę dynamiki w czytaniu, ale czasem wygląda również na pójście na łatwiznę.

Nie podobała mi się także kreacja niektórych bohaterów, którzy albo są kompletnie niepotrzebni, albo opisani niewystarczająco. Muszę przyznać, że przeczytałem całą książkę i jakkolwiek nie przepadam za opisami odbierającymi dynamikę, to uderzył mnie fakt, że nigdzie nie znalazłem opisu wyglądu komisarza. Domniemywam więc, że albo  go pominąłem (więc był za krótki), albo autor całkiem o nim zapomniał (co jest niemalże grzechem śmiertelnym).

Zagadka jest również dość kontrowersyjna – o ile stanowi dość duży problem dla początkujących czytelników, to starzy wyjadacze zapewne odgadną sprawcę, już w momencie, gdy ten pojawi się po raz pierwszy na scenie. Jej poziom określam jako średnio-trudny. Liczbę gwałtownych zwrotów akcji na które można się nabrać nie jest zachwycający – to były maks. 2/3 twisty.

Teraz słówko o tym co było jednoznacznie pozytywne. Czyta się to świetnie – strony przelatują przed oczami niewiadomo kiedy. I choć początek jest odrobinę słabszy i nie trzyma nas w ciągłym napięciu, to z każdą kolejną stroną jest coraz lepiej i błyskawicznie wkręcamy się w ten berliński klimat. Drugi plus to według mnie świetnie wykreowany, charakterystyczny morderca. Co do zakończenia – trudno znaleźć takie, które za dobre uznają wszyscy czytelnicy. W tym wypadku jednak uważam, że autor wywiązał się ze swego zadania całkiem nieźle, w dodatku pozostawiając sobie pole manewru przy tworzeniu następnych części.

Podsumowując – dla mnie była to książka, którą nieodmiennie będę kojarzył z Danem Brownem  (wiem, wiem, to inne gatunki). A to dlatego, że podobnie jak w jego przypadku, książka Bentowa jest dynamiczna i świetnie się czyta. Jedna i druga powtarza już ograny i sprawdzony schemat. Obie także nie powinny mi się podobać, ze względu na liczne wady, jakich można się w nich doszukiwać – a mimo to z lektury i tak czerpie się wielką przyjemność. I chociaż o Trojanie zapewne szybko zapomnę, to każdą kolejną część cyklu najprawdopodobniej i tak przeczytam. Każdy musi zdecydować sam – z pewnością ludzie z alergią na prostą literaturę, będą dusić się i puchnąć z każdą przeczytaną stroną, ale Ci wszyscy którzy szukają wyłącznie dobrej rozrywki Trojana zapewne pokochają.

Moja ocena to: 6,5/10                                                       

Recenzja powstała dzięki współpracy z grupą wydawniczą Publicat.  

niedziela, 6 października 2013

Shelter (2010)


Shelter – czyli pierwsza filmowa recenzja od dawna. Wiem że stęskniliście się za moimi obrzydliwymi screenami z horrorowych produkcji, więc aby was nie zawieść postanowiłem, że pierwszy obraz który zrecenzuje, będzie należał właśnie do gatunku grozy.


Jednakże w celu pogodzenia tych, którzy uwielbiają mocny dreszczyk i tych, którzy sikają ze strachu już na reklamie płatków śniadaniowych, postanowiłem, że wybiorę film, który niesie ze sobą jedynie niewielki posmak strachu i fajny klimacik. Tak oto na mój ekran trafił „Shelter”.

Jednorożec - robisz to źle...
Fabuła jest dość zagadkowa i mocno zagmatwana. Pod skrzydła pani psycholog (Julianne Moore) trafia pacjent z syndromem osobowości wielorakiej. Grana przez Jonathana Meyers’a postać, jest więc w konsekwencji kilkoma bohaterami jednocześnie. Wszystkie osobowości połączone są tym, że ich pierwotni „nosiciele” zostali zamordowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Pani psycholog rozpoczyna więc własne śledztwo, które pozwoli jej na wyjaśnienie zagadki: kim oryginalnie był pacjent, nad którym sprawuje pieczę?


To oczywiście nie wszystko. Nie mam zamiaru psuć wam przyjemności z oglądania, ale wspomnę, że w sprawę wmieszane mogą być czynniki nadnaturalne. Wszystko zależy od interpretacji – po zakończeniu seansu naprawdę trudno stwierdzić, czy cała historia to tylko sen wariatki, czy też po świecie hula diabeł, dziabiący grzeszników widłami w dupsko. Każdy może sobie to ustalić sam.

Panie Mietku - na tę ścianę niech mi pan walnie jakieś starożytne symbole pradawnego zła. A od frontu na różowo... 
O dziwo bardziej spodobał mi się ten bardziej psychologiczny i spokojniejszy początek filmu. Naprawdę trudno było przewidzieć co tkwi w głowach scenarzystów. Niestety gdzieś w połowie filmu dostajemy już dość schematyczny horror/thriller. Trudno jednoznacznie stwierdzić z jakim gatunkiem mamy tu do czynienia. Zakończenie według mnie jest całkiem niezłe – odrobinę tajemnicze, z wieloma niedopowiedzeniami. Nie dostajemy wszystkiego na tacy i kilka kwestii można spróbować wyjaśniać na własną rękę.


Niestety – żeby film ten sprawił maksymalną przyjemność, dobrze byłoby zachować pełną koncentrację podczas seansu. Fabuła jest dość zawiła, a wnikliwi, nawet w dość prozaicznych dialogach, mogą wyłapać kilka smaczków. Generalnie nie polecam do piwa z kumplami, bo można się srogo zawieść, ale już samotny seans przy zgaszonych światłach jest jak najbardziej wskazany.

Noty za styl obniżone za brak robaczków w oczodołach.
Jeszcze słówko o grze aktorskiej. Zdecydowanie na plus zaliczam postawę Meyers’a, którego wcześniej nie znałem. Musiał sprostać trudnemu zadaniu zagrania kilku postaci jednocześnie i wywiązał się z niego całkiem przyzwoicie. Na minus zapisuję jednak panią Moore, za którą zresztą specjalnie nie przepadam. Niby nic nie schrzaniła, zachowywała się logicznie itd., ale czasem odnosiłem wrażenie jakby była na środkach uspokajających. Zresztą na wielu kadrach dostrzegłem u niej podobna mimikę, co u wielu moich kolegów mówiących: „ej, weź mi już nie polewaj”. 

Tak się właśnie kończą te integracyjne imprezy w seminarium...
Podsumowując – film jest całkiem sympatyczny. Przed seansem lepiej jednak nie spodziewać się zbyt wiele. Zawiodą się na nim szczególnie miłośnicy krwawych i przerażających horrorów, ale każdy kto potrafi docenić dobrą historię z nutką grozy, powinien sprawdzić co oferuje „Shelter”


Moja ocena to: 6.5/10               

sobota, 5 października 2013

Kilka ciekawostek o mnie, w gifowej otoczce...


Nienawidzę wstawać wcześnie rano
Szczególnie gdy mam kaca
Uwielbiam za to ten moment, gdy mogę wcześniej wyjść z zajęć
Ale nienawidzę, gdy wtedy ktoś wpycha mi się w sklepie w kolejkę i tracę cały ten dodatkowy czas
Zawsze gdy chcę być cool dzieje się to:
Jestem też ze wsi, ale nigdy nie nauczyłem się jeździć konno
Nie przepadam za kotami
A gdy improwizuję na egzaminach, wygląda to tak:

Tak, post ten powstał tylko po to, żebyście mogli pooglądać śmieszne gify ;)

czwartek, 3 października 2013

James Herbert - "Dom Czarów"


„Dom Czarów” to pierwsza książka brytyjskiego mistrza horroru, którą miałem okazję przeczytać. Po bardzo ciekawej ekranizacji „Mgły”, którą dawniej oglądałem, nastawiałem się na co najmniej dobrą, pasjonującą lekturę z dreszczykiem. Jak wyglądała moja przygoda z magią w Herbertowskim stylu?

Przedstawiona historia, to motyw znany z wielu filmów grozy – zakochana para podejmuje decyzję o przeprowadzce z zatłoczonego i hałaśliwego miasta, do spokojnego domu położonego na odludziu. Mike i Midge – bo o nich mowa – sądzą, że zmiana miejsca zamieszkania nie tylko wzmocni ich związek, ale również wpłynie pozytywnie na przyszłość zawodowych karier (Mike jest muzykiem, Midge – ilustratorką). 

Dalsze losy bohaterów można w gruncie rzeczy dość łatwo wykoncypować. Dom okazuje się miejscem pełnym tajemniczych sił, które za główny cel obrały sobie uczynienie ciekawszym życia naszych bohaterów. Po początkowym zachwycie nowym lokum, wkrótce zaczynają pojawiać się też problemy najróżniejszego kalibru – od pękającej ściany, aż do tajemniczej śmierci poprzedniej właścicielki. Gdybyś czytelniku w tym miejscu pomyślał, że możesz się przy tej pozycji nieźle wynudzić, to dorzuć sobie jeszcze do tego bigosu: tajemniczą sektę synergistów, mroczny las otaczający posiadłość, pełnego podejrzeń pastora, duchy, nietoperze i inne wszelkiej maści ustrojstwo znane z kinowych ekranów. Wymieszane i podane na 359 stronach, stanowi całkiem niezłe danie na wieczorny posiłek dla każdego horroro-maniaka.

Zdecydowanie nie zawiodłem się na tej książce. Chociaż nie skończyłem jej w jednym podejściu, prozę Herberta czytało mi się dość szybko i lekko. Fakt – niekiedy męczyły mnie troszkę zbyt długie i powtarzające się opisy, ale nie jest to nic, czego nie znałby czytelnik wychowany na Kingu. Napięcie budowane jest stopniowo i choć książka nie przeraża przez cały czas, finał zasługuje na duże uznanie. Ostatnie sceny przyprawią o mały dreszcz wszystkich o bujniejszej wyobraźni.

Nie zrozumcie mnie źle – ta książka nie jest genialna. Jest dobra, ale ma też swoje wady. Przede wszystkim jest odrobinę nierówna. Jedne dialogi czyta się z przyjemnością – są one treściwe i wnoszą coś do historii. Inne zaś, to dość wkurzające biadolenie o tym jak Mike kocha Midge (to Mike jest narratorem). Te drugie powtarzając się kilkukrotnie, dość skutecznie mnie irytowały, choć fakt, że pisarz jest mężczyzną zapewne wpłynął na to, iż tych uczuciowych gadek nie ma tu zbyt często. Za kolejną wadę można uznać to, że fabuła oparta jest na dość prostej historii, której schemat możemy znaleźć w wielu przebojach kina klasy B. Przez pewien czas zastanawiałem się również, czy autor chciał aby książka była typowym horrorem, czy może baśnią dla dorosłych. Moje wątpliwości rozwiały się dopiero gdzieś w ¾ książki (według mnie, na szczęście, na korzyść horroru).

Podsumowując – to bardzo dobra pozycja, dla tych którzy podobnie jak ja, dość długo oczekiwali na przyzwoitą, lekką historyjkę z dreszczykiem, ale nie mogli jej nigdzie znaleźć. Herberta śmiało można uplasować o kilka stopni za Kingiem, ale jednocześnie o kilkadziesiąt przed Mastertonem. Swoją przygodę z tą książką uważam za udaną i szczerze ufam, że kolejne pozycje Herberta po które sięgnę, będą prezentowały jeszcze wyższy poziom.

Moja ocena to: 7/10  

Ps. Nie miałem Internetu przez ostatnie cztery dni, więc przepraszam wszystkich, których nie mogłem regularnie odwiedzać. 
Ps2. To moja pierwsza recenzja w ramach współpracy z wydawnictwem Publicat. Starałem się być jak najbardziej obiektywny, ale oczywiście nikt nie musi ufać mojej opinii.