sobota, 30 listopada 2013

Problemy pierwszego świata (sic!)

Problemy pierwszego świata? Wyświechtane powiedzenie, które widzę coraz częściej. Używane głównie w celu wytłumaczenia dlaczego tworzymy sztuczny problem, lub kwestię nieistotną z globalnego punktu widzenia. Coraz bardziej wkurwiające.

Jak zapewne dobrze wiecie dzieci w podstawówce mają inne problemy (brak kasy na fajki, ciąża po zabawie w słoneczko) niż studenci (brak masła do tostów, brak sera do tostów, brak tostów - często połączone), czy dorośli (wypłata starczająca od 30 do 1-szego). Dlatego przestańcie pieprzyć, że problemy pierwszego świata są nieistotne. Owszem, są głupie, idiotyczne, zblazowane, ale to nasze problemy. I z takimi, a nie innymi musimy sobie radzić, więc przestańcie je w tak idiotyczny sposób umniejszać, starając się poprawić sobie samopoczucie.

Nie prawda? Nie robicie tego, żeby poczuć się lepiej? Ależ oczywiście, że tak. Chcecie w ten sposób pokazać, że tak naprawdę żyje Wam się zajebiście, ale "troszkę głupio Wam z tego powodu". Skończcie z tą hipokryzją i powiedzcie sobie szczerze, że w dupie macie te wszystkie państwa trzeciego świata. Przecież kompletnie nikt z Was się nimi nie interesuje, a los ich mieszkańców, to dla każdego historyjka zza oceanu. Coś jak współczesny mit o tym, jak to w mitycznym gdzieśtam źle się żyje. I przepełnia Was to poczucie winy, że Wy macie lepiej - nie wiem, naprawdę nie wiem jak ktoś może się zadręczać, że urodził się w tym, a nie innym miejscu, a przecież do tego się to w konsekwencji  sprowadza. I absolutnie nie jest to żadne oskarżenie - to raczej zachęta by raz postarać się spojrzeć na siebie w twardy sposób i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie: "czy Was to cokolwiek obchodzi i co jesteście w stanie zrobić by za słowami poszły czyny?" Jakkolwiek wierzę w potęgę słowa, to w tym wypadku takie czcze gadanie wydaje mi się nie na miejscu.


Wiem, wiem, mam dziś mroczny humor i wyjdę na nieczułego skurwysyna, ale trochę szczerości jeszcze nikomu (fałsz) nie zaszkodziło. Anyway - wiecie że wskaźnik samobójstw w Afryce jest ponoć o wiele niższy niż w Europie. Pomyślcie o tym - jakiś głodujący murzynek jest potencjalnie szczęśliwszy niż Wy. Na dzisiaj koniec, jak odzyskam dobry humor odezwę się ponownie.

niedziela, 24 listopada 2013

Daniel Silva - "Upadły Anioł"

Konflikt palestyńsko-izraelski elektryzuje społeczność międzynarodową już od 1948 roku. Wojny domowe, konflikty międzypaństwowe i operacje zbrojne wszelkiej maści, są chlebem powszednim dla zmilitaryzowanego państwa żydowskiego. Wszelkie zaszłości historyczne zwaśnionych stron dadzą o sobie znać także w najnowszej powieści Daniela Silvy, pod tytułem "Upadły Anioł".

Gabriel Allon znany z poprzednich powieści (ponoć znany - ja spotykam się z nim po raz pierwszy) as izraelskiego wywiadu przechodzi na zasłużoną emeryturę. Jako że jest on także świetnym konserwatorem (przypominam że to ma związek ze sztukę, a nie puszkowaniem mielonki) tymczasowo mieszka w Watykanie. Tu bowiem otrzymał zlecenie na renowację obrazu mistrza Caravaggia. Żebyśmy jednak nie nudzili sie czytając 300 stron opisu dotyczącego pracy konserwatora, wkrótce pojawia się pierwszy trup. W żargonie policyjnym zwany kleksem: skoczek-samobójca. Szybko okazuje się, że nasza ofiara otrzymała zadanie zbadania stanu zbiorów Muzeum Watykańskiego. Pojawiają się więc wątpliwości co do motywów jej potencjalnego skoku - czy kustoszka odkryła jakieś nieprawidłowości, czy miała konkretne dowody? Za sprawą prawej ręki papieża - kardynała Donatiego - w sprawę angażuje się właśnie Gabriel. Wraz z naszym bohaterem rozpoczynamy śledztwo dotyczące nielegalnego handlu sztuką, finansowania organizacji terrorystycznych, a w końcu nawet zamachu na papieża. Na nudę z pewnością nie powinniśmy narzekać.

Od strony technicznej jest to bardzo przyjemna lektura. Szczególnie jeśli chodzi o konstrukcję - w miarę zbliżania się do finału, nawet rozdziały stają się krótsze, co zdecydowanie wpływa na dynamikę czytania. Silva postarał się o to, by po dość przeciętnym początku napięcie ciągle rosło, aż do świetnego, filmowego zakończenia.  

Ostrzegam jednak, że nie jest to lektura, którą z łatwością łyknie każdy. Jeśli kompletnie nie interesuje Was sytuacja na Bliskim Wschodzie, czy ogólnie - polityka światowa, to prawdopodobnie książka lekko znuży i sprawi niewielkie trudności. Dlatego też w takich wypadkach odradzam. Mi spodobało się szczególnie to, że autor dość zręcznie i realistycznie przedstawił stosunek Hezbollahu i Iranu, czy też finansowania działalności organizacji terrorystycznych poprzez nielegalny handel. Nie zapomniał także o działalności libańskiego ugrupowania w kwestiach społecznych. Przypominam bowiem, że Hezbollah jest organizacją finansującą na terenie Libanu budowę szkół, szpitali itd.  Nie możemy się jednak oszukiwać - działania te mają cele czysto polityczne. Kolejną kwestią w której pisarz pozostał czujny jest niechęć Sunnitów i Szyitów - element bardzo często ignorowany przez Europejczyków. Takie smaczki zdecydowanie przydają tej pozycji dużo realizmu.

Czas jednak powiedzieć co mi się nie podobało. Poza przeciętnym początkiem autor zdecydowanie skłania się w stronę sprawiedliwości, która leży po stronie Izraela. Łamanie międzynarodowego prawa przez organizacje szpiegowskie tego państwa, opisuje jako coś chlubnego. Istnienie całej struktury Izraela uzależnia zaś od faktu, iż na jego terenie ponad 2000 lat temu istniała świątynia Salomona. Ta logika niesamowicie przypominała mi hipotetyczną scenę, w której ktoś przychodzi do mnie do domu i mówi, że mam się wyprowadzić, bo 2000 lat wcześnie na tym terenie mieszkali Tatarzy, a on jest ich potomkiem. Według mnie nie jest to myślenie prowadzące do odnalezienia skutecznych argumentów prowadzących do pokojowego rozwiązania. Tym bardziej, że genetycznie współcześni Arabowie mają ponoć więcej wspólnego ze starożytnymi Żydami, niż ludność zamieszkująca Izrael obecnie. 

Kolejną sprawą która mi tu szwankowała było przedstawienie terrorystów jako niesamowicie inteligentnych zamachowców, strategów i planistów, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich okazuje się nieprzeciętnymi wręcz idiotami. Uwierzcie mi, że nikt wysadzający się np. dla pieniędzy, ideologii, nie jest najskuteczniejszym filozofem, co można stwierdzić na przykład przeglądając listy zamachów udaremnionych. 

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem anty-syjonistą - wszystkich ludzi nie lubię tak samo. Nie podoba mi się jednak uznawanie Izraela (państwa notabene bardzo przydatnego z punktu widzenia zachodu) za jedynego sprawiedliwego w regionie, podczas gdy jego polityka i zachowanie są często nie lepsze od podejścia arabskiego. Wszystko zależy od punktu siedzenia, a pan Silva nawet nie ukrywa przy czyim stole usiadłby w patowej sytuacji. Wspomnę też o posłowiu w którym autor przytacza nieudane rokowania pokojowe w których udział brał Jasir Arafat. Sugeruje on, że za zgodą Arafata dałoby się rozwiązać konflikt bliskowschodni i ugasić wszelkie napięcia. Błyskawicznie przyszło mi do głowy, że taką opinią daje on znać o tym, że nie do końca docenia poziom skomplikowania tego konfliktu. Być może Arafat zdołałby ugasić anty-izraelskie nastroje wśród Palestyńczyków, ale przecież nie są oni jedyną stroną toczącego się tam konfliktu. Literatura sugeruje nawet, że wciąż wpływ na Bliskim Wschodzie mają struktury klanowe, więc nie wyobrażam sobie jak decyzja jednego człowieka zostałaby odebrana przez głowy klanów, przywódców religijnych, organizacje terrorystyczne itd. Jest to czyste gdybanie, ale autor sugeruje, że konflikt można było zakończyć już dawno. Według mojego obecnego stanu wiedzy bardzo mocno w to wątpię.

Przepraszam że rozpisałem się na temat kwestii ideologicznych, ale nie potrafię wyłączyć wyszukiwania takich "smaczków" w trakcie lektury. Podsumowując jest to wciąż bardzo dobra pozycja przywodząca na myśl filmy z Jamesem Bondem, czy w mniejszym stopniu pozycje Dana Browna (Silva jest znacznie bardziej skomplikowany). Wszystkim ciekawym świata serdecznie polecam - jest to interesująca lektura, która zbudowana została na tak realistycznym tle, że wielu czytelników z pewnością wyniesie z niej sporo ciekawych informacji.

Moja ocena to: 7/10


Ps. Książkę otrzymałem od cudownej blogerki Pauliny. Nie wiem czym zasłużyłem na ten prezent. Wyrażam tu nie tylko swoje podziękowania, ale także chciałbym pochwalić się najlepszą zakładką jaką w życiu widziałem. Takiż oto potwór znajdował się w paczce, którą otrzymałem. Mam nadzieje, że przetrwa ze mną jeszcze wiele, wiele lektur ;) 

czwartek, 21 listopada 2013

Flesz popularno-naukowy

Jako że ostatnio swój czytelniczy czas poświęcam głównie na czytanie książek tego typu chciałem podzielić się z wami moimi czytelniczymi przygodami ostatnich tygodni. Większość z nich czytałem już dość dawno, więc z jednej strony moje wrażenia zdołały się solidnie skrystalizować, z drugiej jednak wiele opinii, które powstały "na świeżo" zwyczajnie wyleciało mi z głowy. Dlatego też podsumowanie tego co zazwyczaj mocno Was nudzi, zawarłem w tym krótkim tekście.


Bill Bryson - "Krótka historia prawie wszystkiego"    

Genialna, nieprzeciętna i jedyna w swoim rodzaju pozycja przedstawiająca kwestie naukowe w tak genialny sposób. I choć czytałem ją juz dość dawno, wciąż mam przed oczami te rodzące się planety, przemieszczające się płyty tektoniczne, powstawanie człowieka, katastrofy naturalne itd. Opowiadane prostym językiem teorie naukowe stają się zrozumiałe nawet dla kompletnego laika. Obowiązkowa pozycji dla wszystkich zainteresowanych światem, odkryciami, a nawet biografiami odkrywców, w które ta książka również jest bogata. Wszystko to okraszone poczuciem humoru, przy którym  ja, największy smutas wśród ziemian, kilkukrotnie parsknąłem śmiechem. Należy jej się oddzielna recenzja, a więc czytajcie i opisujcie. Nie sądzę żebyście czuli się zawiedzeni.

Moja ocena to: 9/10


Peter Froberg Idling - "Uśmiech Pol Pota: O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów"

Czy da się stworzyć raj na ziemi, idealne państwo komunistyczne? Szwedzka delegacja po wizycie w Kambodży stwierdziła, że tak. Pochwała rewolucji Khmerów stanowiła jednak spory kontrast do doniesień z kraju, do opowieści uchodźców i raportów uciekinierów. Jak to możliwe, że udało się oszukać szwedzką delegację? Czy lewica europejska była aż tak zaślepiona? Na te pytania stara się odpowiedzieć Idling. Nie doświadczymy w niej krwawych scen, opisów masakr i rzezi. To jednak świetne studium wewnętrznego konfliktu w Kambodży. Powinien je poznać każdy kto interesuje się historią Azji płd-wsch. Choć w konsekwencji autor zostawia nas z większą ilością pytań niż przed lekturą, uważam, że książkę jak najbardziej warto przeczytać.

Moja ocena to: 7/10


Paul Theroux - "Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję"

Amerykanin francuskiego pochodzenia opisuje nam podróż pociągiem. To w sumie mogłoby stanowić podsumowanie tej książki. Choć czyta się ją całkiem przyjemnie, szybko i z zainteresowanie, to po odłożeniu lektury nie zostaje w głowie nic szczególnie istotnego. Przez cały czas wydawało mi się, że autor jedynie zahacza o lokalną kulturę, a dialogi prowadzone ze współpasażerami nie dawały mi wystarczającego obrazu okolicznej ludności. I choć zwiedziłem Egipt, Afganistan, Indie, Wietnam, Japonie, czy ZSRR, to podróż ta nie przyniosła mi jakiegoś szczególnie istotnego wglądu w kulturę tych państw. Polecam więc miłośnikom podróży, a raczej jak by rzekł Theroux miłośnikom czytania o podróżach. Zabawa jest niezła, pożytek z niej znikomy.

Moja ocena to: 6/10


Artur Szrejter - "Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice"

Nie ukrywam, że wypożyczenie tej książki było wpływem recenzji pozycji tego samego autora, którą miałem okazje przeczytać na którymś blogu (zabijcie - nie pamiętam gdzie). Niestety mitologia germańska jest mi kompletnie obca, więc zmuszony byłem demonologię Szrejtera oceniać z pozycji laika. I choć dowiedziałem się paru ciekawostek o których nie miałem pojęcia, to nie było dla mnie wystarczające. Nie spodobała mi się ani forma leksykonu (połowa haseł była tylko odnośnikami do innej nazwy tego samego demona), ani obszerność książki. Autor tłumaczył, że więcej informacji można znaleźć w pozostałych pozycjach, które wyszły spod jego pióra i chyba faktycznie należało tak zrobić. Dlatego też polecam wam najpierw sięgnąć po "Mitologię germańską" i dopiero gdy zapoznacie się z postaciami takimi jak Loki, Freia, czy Odyn zabierać się za demonologię. Odnoszę też wrażenie, że książka ta spokojnie mogłaby zostać połączona z "Bestiariuszem Germańskim" - to jednak wyłącznie moja, niczym nieuzasadniona opinia. Wszystkim miłośnikom mitów jednak szczerze polecam. Mimo dwóch, czy trzech literówek, to bardzo fajny kawałek lektury.


Moja ocena to: 6/10

sobota, 16 listopada 2013

Europa na wysokich obcasach

Dziś artykuł nietypowy, niewątpliwie inspirowany tekstem zamieszczonym na stronie BBC. Wiem że wielu z was interesuje się niezwykle szerokim zakresem zagadnień, ale stwierdziłem, że od czasu do czasu fajnie byłoby pokusić się o wrzucenie jakiejś ciekawostki. Tematem na dziś będą buty na wysokim obcasie. Mam nadzieje, że jest to temat, który szczególne poruszenie wzbudzi wśród mych kochanych czytelniczek.

Na wstępie wspomnę tylko, że nie znam się na tym kompletnie - każdy ewentualny błąd wynikający z mojej ignorancji i przeciętnej znajomości języka angielskiego możecie poprawiać do woli. Zaznaczę też, że buty na wysokim obcasie mnie nie kręcą - żebyście sobie czasem nie pomyśleli...

A teraz możemy przejść do meritum. To faceci jako pierwsi nosili te cholernie niewygodne buty. Mianowicie znani z niezwykłego zamiłowania do zwierząt i bicia kobiet Persowie stwierdzili, że obcasik pozwala o wiele łatwiej strzelać z łuku siedząc na koniu.

Pod koniec XVI wieku, wraz z misja dyplomatyczną szacha Abbasa, zachodnia Europa poznała nowy typ obuwia. Niestety (na szczęście?) były to czasy w których USA jeszcze nie istniało, więc wzorce czerpano ze świata arabskiego. Bystrzy europejczycy stwierdzili, że noszenie obcasów jest cholernie męskie. Rozpoczął się prawdziwy szał. Jak wiemy był to również czas w których władza leżała głównie w rękach arystokratów. Nie chcąc stać się mniej męskimi niż ich poddani, Ci wielcy panowie zaczęli podwyższać swoje obuwie coraz bardziej. Do tego stopnia, że przestało ono pełnić jakiekolwiek funkcje użytkowe. Dość powiedzieć, że im bardziej niewygodne buty nosił władca, tym paradoksalnie posiadał on wyższy (dobrze powiedziane) status.

Nie będę rozwodził się już nad historią i znaczeniem butów na dworach poszczególnych państw. Grunt że w XVII wieku kobiety rozpoczęły proces adaptacji męskich części ubioru. Rozpoczęło się popularne obcinanie włosów, palenie fajek i noszenie obcasów. Mężczyźni jednak wytoczyli kolejną ofensywę. Gdy obcasy kobiecych butów stawały się wyższe i bardziej fikuśne, faceci postawili na szersze, mocniejsze i niższe obcasy. Cały męski ubiór z czasem zaczął przybierać coraz praktyczniejsze formy. Zrezygnowano z biżuterii, jasnych kolorów i ostentacyjnych materiałów na korzyść prostoty. Doprowadziło to do kolejnego pogłębienia się różnic płciowych.

Obcasy, jako kompletnie głupi i niepotrzebny wynalazek znikły z męskich stóp do połowy XVIII wieku. Co ciekawe niemal 50 lat później pozbyły się ich także kobiety. Wraz z wynalezieniem fotografii obcasy powróciły jednak jako tradycyjna ozdoba kobieca (jako że odnosimy się do czasów nam bliższych pewnie macie świadomość, że ich powrót do łask zawdzięczamy głównie fotografom zajmującym się zdjęciami pornograficznymi). Mimo małego epizodu powrotu do niewielkich obcasów na męskim obuwiu, związanego z modą na westerny lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, obecnie trudno znaleźć heteroseksualnego gościa noszącego kilkunastocentymetrowe obcasy. Moda zanikła, a Wy biedne dziewczyny nadal męczycie się z tym bzdurnym stereotypem.


I choć przyznam, że dobrze dobrane buty potrafią sprawić, że kobieta wygląda cholernie seksownie, to mój wniosek jest prosty: nie warto się męczyć przez jakiegoś wstrętnego persa, który to wymyślił ;) Mam nadzieje, że artykuł, choć nietypowy, okazał się fajną odskocznią od tradycyjnej treści bloga i jednocześnie przepraszam za ogromne przerwy w pisaniu. Raczej w najbliższym czasie się nie poprawię, ale przepraszam ;)

sobota, 9 listopada 2013

Ray Bradbury - "451 stopni Fahrenheita"

Piszę dziś do was odczuwając niezmierny smutek. I to wcale nie dlatego, że musiałem oglądać jakiś beznadziejny film, czy czytać słabą książkę, ale właśnie dlatego, że odkryłem perełkę fantastyki. "451 stopni Fahrenheita" Raya Bradbury'ego zniszczyło mnie totalnie. Muszę przyznać, że choć nie jest to moją domeną kilka razy byłem naprawdę wzruszony.

Zacznijmy jednak od historii. Guy Montag jest strażakiem. Myliłby się jednak każdy, kto chciałby podporządkować go klasycznemu wzorcowi bohatera walczącego z płomieniami w obronie mienia i dobytku zwykłych obywateli. Strażacy mają tu zupełnie inne zadanie - ich głównym celem jest palenie książek. Walka z wolnością wyrażania poglądów, prawdą historyczną, czy oryginalnością, manifestuje się właśnie w paleniu dzieł: od Sokratesa, przez Biblię, po Einsteina. Wszystko wygląda pięknie aż do momentu w którym Guy spotyka lekko zakręconą dziewczynę - Klarysę, która prowokuje go do odpowiedzi na pozornie proste pytanie: "Czy jesteś szczęśliwy?"

Grzechem byłoby zdradzić coś więcej. Fabuła rozwija się bardzo dynamicznie, zachodzi stopniowa przemiana bohatera, finał jest dość przewidywalny. Jednak to nie historia gra tu pierwszoplanową rolę. Ta książka jest wręcz podręcznikowym przykładem na to, jak powinno się ubierać w słowa prawdy życiowe, by nie stały się one pustymi frazesami. Patrząc na jej treść i porównując ją z dzisiejszym światem, czasem można odczuć prawdziwy ból, gdy uświadomimy sobie jak wiele tych pozornie banalnych wyrażeń i schematów moglibyśmy odnieść do własnego życia. Aktualność opowieści, która została napisana przecież w 1953 roku, jest doprawdy zadziwiająca.

Nie chciałbym o zaledwie 100 stronicowej książeczce opowiadać zbyt dużo. Tym razem niech zrobią to za mnie cytaty, które zdołałem wybrać (choć  tych ciekawych jest tak dużo, że nie mogłem zamieścić wszystkich). Według mnie jest to jedna z lepszych książek jakie czytałem w tym roku, a z całą pewnością jedna z najbardziej poruszających dla ludzi, którzy zwyczajnie kochają czytać.

Moja ocena to: 8/10


"— Co?
— Ludzie o niczym nie mówią.
— Och, muszą przecież!
— Nie, nie mówią. Wyliczają mnóstwo samochodów czy sukien, czy basenów pływackich i powiadają, jakie to eleganckie! Ale wszyscy powtarzają to samo i każdy mówi identycznie to co inni."

"Dać ci spokój! To bardzo ładnie, ale jak mogę dać spokój samemu sobie? Nam nie potrzeba spokoju. Potrzeba nam, by nas naprawdę dręczyło coś od czasu do czasu. Jak dawno naprawdę się martwiłaś? O coś ważnego, o coś realnego?"

"Wszyscy nie rodzą się wolni i równi, jak Konstytucja powiada, lecz każdego trzeba uczynić równym. Każdy człowiek — wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachem i porównywać się z nimi. Tak i Książka to naładowana broń w sąsiednim domu. Spal ją. Rozładuj broń. Rozbij mózg człowieka."

"Książki są po to, by nam przypominały, jakimi jesteśmy osłami i głupcami. Są gwardią pretorianów Cezara, szepczących, gdy tłumy szaleją na ulicy: „Pamiętaj, Cezarze, że jesteś śmiertelny”."

"Niegdyś, dawno przed Chrystusem, był taki diabelnie głupi ptak zwany feniksem. Co paręset lat budował sobie stos pogrzebowy i spalał się na nim. Musiał być bliskim krewnym człowieka. Lecz za każdym razem po tym spaleniu powstawał z popiołów, odrodzony całkowicie na nowo. I wydaje się, że my robimy to samo, stale od nowa, lecz mamy jedną cechę, której feniks nigdy nie posiadał. My wiemy, co za cholerne głupstwo właśnie popełniliśmy. Znamy wszystkie cholerne głupstwa, które popełniliśmy przez tysiące lat i ponieważ to wiemy i zawsze mamy to przed oczyma, któregoś dnia przestaniemy wznosić te przeklęte stosy pogrzebowe i wskakiwać na nie. W każdym pokoleniu zbieramy coraz więcej ludzi, którzy pamiętają"

"Chodźcie więc. Najpierw zbudujemy fabrykę luster, a przez następny rok nie będziemy produkowali nic poza lustrami, i będziemy długo się w nich przeglądać."


"Człowiek zawsze boi się czegoś nieznanego. Z pewnością pamiętasz chłopca w twojej klasie, który był wyjątkowo „inteligentny”, recytował na wyrywki i umiał zawsze odpowiedzieć na pytania, podczas gdy inni siedzieli jak ołowiane bożki i nienawidzili go. I czy właśnie tego chłopca nie wybieraliście sobie do bicia i torturowania po lekcjach? Oczywiście, że tak było. Wszyscy musimy być podobni jeden do drugiego."

niedziela, 3 listopada 2013

"The Conjuring"; "Obecność"

Pusty pokój, zgaszone światła, stukot dobiegający z mieszkania obok, cienie gałęzi pojawiające się w oknie i "The Conjuring" na monitorze. Wbrew pozorom nie jest to schemat idealnej randki Teda Bundy'ego, ale mój plan na wieczór.

"Obecność" , bo tak brzmi polski tytuł filmu Jamesa Wana, to historia zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Przynajmniej tak twierdzą producenci, chociaż ja na waszym miejscu włożyłbym te zapewnienia między bajki (i to raczej między te w stylu "Smerfów", niż te: "Nie kochanie, wcale nie wyglądasz grubo"). Fabuła nie jest zbyt zagmatwana. Być może będzie to mały spoiler, ale plan prowadzenia akcji jest banalny: małżeństwo, dom na odludziu, duchy i demony, "łapacze duchów" - to wszystko zmiksowane może dać wyłącznie jeden sposób poprowadzenia tej historii i wszyscy wiemy doskonale jak powinna ona wyglądać - strasznie!

"Conjuring" z całą pewnością ma swój specyficzny klimat. Lata 70-te, mroczny dom, 7-osobowa rodzina, w dodatku niezwykle smakowity początek filmu dają nadzieje na naprawdę solidny horror. I w gruncie rzeczy tak właśnie jest. Choć całość rozpoczyna mocne uderzenie, w pewnym momencie akcja się uspokaja i dostajemy chwilkę oddechu. Później dreszcz na skórze przywołują dość subtelne metody straszenia. Puknięcie tu, stuknięcie tam - pozornie błahe sprawy. Wraz z rozwojem zdarzeń akcja ciągle przyspiesza gnając w stronę finału.
Największą zaletą tej produkcji jest jej pierwsza część. Ten klimat, powolne wprowadzanie widzów w świat demonów i nadprzyrodzonych mocy naprawdę może się spodobać. W tym wypadku dreszczyk na ciele jest gwarantowany. W dodatku znane i utarte motywy zostały tu odświeżone w tak dobry sposób, że chociaż spodziewamy się: A)pociągnięcia śpiącego gówniarza za nogi, czy też B) pojawiającego sie za plecami potwora, to i tak większość z nas będzie przestraszona. Nie ma co się jednak spodziewać wielkich cudów, czy niesamowitej oryginalności - wszystkie metody straszenia każdy fan horrorów zapewne widział już wcześniej. Trudno jednak znaleźć film, który tak dobrze podsumowałby osiągnięcia scenarzystów w tym wymiarze - to niemal zbiorcza synteza większości modeli i pomysłów na przerażenie widza.

Niestety film nie jest  tak dobry jak sądziłem po pierwszej godzinie jego oglądania. Nie tylko zaczęła razić mnie przewidywalność, ale po ujawnieniu wyglądu sprawcy całego zamieszania jakoś zeszło ze mnie całe napięcie. Nie pomogło nawet przyspieszenie akcji - ba, film zrobił się przez to jeszcze gorszy. Końcowe sceny w których domownicy biegają po domu, latają po ścianach, walą się po mordach, gryzą się tam, gdzie gryźć się nie powinno (ok, trochę to przerysowuję) były zdecydowanie zbyt dosłowne, straciły cały swój klimat budowany przecież z takim mozołem oraz pozostawiły we mnie uczucie zawodu. Gdyby nie finał film dostałby pewnie ocenę wyższą o cały punkt.
To nie jedyne moje zastrzeżenie. Kolejnym jest kompletnie niezwiązany z główną osią wydarzeń motyw z opętaną lalką. Dotąd zastanawiam się po cholerę w historię wprowadzono tę przerażającą kupę szmat. Nie przeczę, że nie przyprawiła mnie ona o dreszczyk, ale po zakończeniu seansu zastanawiałem się do czego ona była w sumie potrzebna?

Cóż, to by pewnie było na tyle. Choć znalazłem kilka wad, nie wydaje mi się bym w tym roku oglądał równie dobry horror. Kierując się więc mottem: "na bezrybiu i rak ryba", "kto wybredny ten nie rucha", "Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki" itd.


Moja ocena to: 7/10