wtorek, 30 grudnia 2014

Filmowe podsumowanie roku:

Mieliście już okazję poczytać o książkach, które zwróciły moją uwagę w 2014 roku. Nie samymi literkami żyje jednak człowiek, dlatego należałoby także wspomnieć słówko o kinematografii. Oczywiście, jak już dobrze wiecie, moje ulubione filmy, to debilne, odprężające horrory, kino akcji, a czasem jakieś głupawe sci-fi. Dlatego lista ta może nieopatrznie oprzeć się o podobne, niezbyt ambitne produkcje.

1. Najlepszy film akcji - The Raid 2 - Infiltracja

Wciągający spektakl ze świetnie zrealizowanymi i zapadającymi w pamięć scenami walk. O fabule nie wspominam, ponieważ nie miała ona dla mnie najmniejszego znaczenia - taki jestem cholernie płytki. Chciałem krwi, brutalnych pojedynków i dobrej realizacji, a wszystkie te elementy otrzymałem. Nie ukrywam, że nie oglądałem w tym roku zbyt wielu filmów akcji, ale mimo wszystko jest to dla mnie ścisły faworyt. Gdzieś na horyzoncie majaczył mi jeszcze ciekawy Non-Stop z Liamem Neesonem, ale na pierwsze miejsce nie miał szans.


2. Najlepszy horror - Zbaw nas ode złego

Film serwuje nam ciężki klimat zahaczający troszkę o kryminał - tym bardziej, że główny bohater jest nowojorskim policjantem. Przygniatająca atmosfera, przyzwoita gra aktorska i ciekawa fabuła wystarczyły, by tytuł ten najmocniej wrył się w moją pamięć. W dodatku w jednym, czy dwóch momentach serce szybciej bije, a w przypadku współczesnych horrorów nie jest to wcale regułą. Konkurencyjną propozycją był wyłącznie Babadook, australijska wizja powstała częściowo dzięki kickstarterowej dotacji.  Obraz ten obronił się nie tylko porządną realizacją, ale także świetnym doborem aktorów. To było bardzo miłe zaskoczenie.


3. Najlepszy film sci-fi - Strażnicy galaktyki

Strażnicy Galaktyki to pełna humoru, akcji i efektów specjalnych ekranizacja komiksu Marvela. Szczególnie korzystnie wypadła obsada - zbudowany jak czołg Dave Bautista w roli Draxa, wciąż seksowna (nawet jeśli zielona) Zoe Saldana jako wygimnastykowana Gamora, przerośnięty wiewiór Rocket (przezwisko wzięło się zapewne stąd, że pokurcz napieprza rakietami w co popadnie) dubbingowany przez Bradleya Coopera (przerwa na niewieście jęki zachwytu) i oczywiście kluczowa postać dla tego teatrzyku - Groot. Ent, który swoją elokwencją może konkurować z najwybitniejszymi umysłami epoki. Ent, który zeżarł ten film, ukradł rolę głównemu bohaterowi i będzie zapamiętany dłużej, niż ktokolwiek z tej obsady. Konkurencja była nielicha, gdyż filmów o superbohaterach wyszło sporo -  świadczy to jednak wyłącznie o tym, że poczucie humoru i spora dawka ironii okraszone dodatkowo efektami specjalnymi z najwyższej półki, to coś, czego pragną widzowie.


4. Kino orientalne - Run And Kill

Film którego za cholerę nie potrafiłem zrecenzować - podchodziłem do niego kilkanaście razy i aż do dziś nie wiem czy jest on mega kaszanką, czy świetną, choć kontrowersyjną produkcją. Fakt, że po miesiącu od seansu wciąż o nim myślę (coraz bardziej pozytywnie) stawia go chyba na podium w tej niecodziennej kategorii. Mocną konkurencją była oglądana przeze mnie dość dawno Spokojna Rodzinka i wciąż waham się który z tych tytułów zasługuje na miejsce pierwsze...


5. Kaszanka roku - ???

Jedyna kategoria w której konkurencja była tak ogromna. Na początek fascynujące Zombeavers - słaba próba sparodiowania kina grozy z morderczymi bobrami w rolach głównych. Gdybym miał użyć jakiejś obrazowej metafory, produkcję  tę mógłbym porównać do babci wmuszającej w nas obiad, mimo, że przed chwilą widzieliśmy jak do garnka z zupą wpadł jej włos, sztuczna szczęka, dziadek i penis gwałciciela z HIV. No cholernie nieciekawa sytuacja jak się na to patrzy z boku. Z drugiej strony obejrzałem także dwie bezsensowne orgie przemocy w postaci nudnej, szóstej odsłony Drogi Bez Powrotu i trzeciej części V/H/S. Czego ja się tam nie napatrzyłem? Kazirodztwo, samobójstwa, dekapitacje, krew, flaki, a później jak zjadłem z rodziną niedzielny obiad, musiałem oglądać jeszcze dwa beznadziejne, przewidywalne i głupie do bólu filmy. Do towarzystwa z radością dorzucę też Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie. Choć komedia nie jest tak do bólu zła, jak trzy poprzednie filmy, to mimo powszechnie przyjętej etykiety zabraniającej używania wulgaryzmów, muszę zadać jedno, kluczowe pytanie: Jak to można było tak spierdolić?!


6. Komedia Roku - Udając Gliniarzy

Wiem, że to taka podróbka 22 Jump Street, ale mi się podobała. Może nawet troszkę bardziej niż ograne motywy z nowej odsłony przygód oficera Schmidta i Jenko. Chociaż w sumie oba filmy były porównywalnie zabawne i tylko z przekory na pierwszym miejscu umieściłem właśnie ten tytuł. Swoją drogą nie był to dobry rok dla komedii. Te dwie schematyczne i słabo już błyszczące perełki taplały się w morzu nieśmiesznego, rakotwórczego gówna. Albo to ja z roku na rok jestem coraz smutniejszym człowiekiem...


Na tym poprzestanę. Niestety nie był to czas, w którym obejrzałem tyle filmów, na ile miałem ochotę - mam nadzieję, że uda mi się zmobilizować do częstszego publikowania tekstów na ich temat i niech to będzie moje nigdy niespełniane postanowienie noworoczne ;)

wtorek, 23 grudnia 2014

Czytelnicze podsumowanie mijającego roku (2)

1. Najzabawniejsza książka - Jerome K. Jerome, Trzech Panów w łódce nie licząc psa

Z uwagi na to, że jestem niesamowicie smutnym, pochmurnym i gburowatym człowiekiem nie czytam zbyt wiele książek, które mają mnie rozbawić. Wychodzę z założenia, że książka ma mnie skłonić do refleksji i przemyśleń - głównie nad technicznymi kwestiami wiązania solidnych pętli (nie pytajcie). Alei w tym smutnym jak glizda świecie (właściwie nigdy nie rozumiałem o co chodzi z tą glizdą - dlaczego ona jest zawsze smutna?) zdarzyło mi się sięgnąć po "Trzech Panów w łódce nie licząc psa". Biorąc pod uwagę fakt, że pogoda w tym roku była głównie angielska, także angielski humor trafił do mojego oziębłego serca. Książka pomimo swego wieku jest zabawna i wciągająca. Humor sytuacyjny wciąż trzyma poziom, a podejście bohaterów do otaczającej ich rzeczywistości ma niezwykle autoironiczny charakter. Choć ze śmiechu nie płakałem, to śmiało mogę uznać ją za najzabawniejszą powieść przeczytaną w 2014 roku.

2. Największy zawód roku - Jean-Christophe Grange, Purpurowe Rzeki

Po tym autorze zawsze spodziewam się rzeczy niesamowitych - pełnych emocji historii z zagadkami zawiłymi jak polskie prawo podatkowe. Chcę emocji, zaskoczenia i ogromnego, filmowego tempa akcji. Purpurowe rzeki okazały się jednak przewidywalną i sztampową historią ze zidiociałymi funkcjonariuszami francuskiej policji w rolach głównych. Teoretycznie najlepsza książka Grange'a najmniej trafiła w mój gust. To rozczarowanie porównywane ze znalezieniem koperku w pudełku po lodach.

3. Najgorsza książka roku - Meg Cabot, Magiczny Pech

Nieopatrznie wyrwałem się z realizacją wyzwania Kaszanka Czelendż i przeczytałem tę oto książkę. Nie wiem jaki szatan miał czelność wysrać ten chłam, ale stanowczo odradzam. Możecie mi wierzyć, że bardzo łatwo znaleźć przyjemniejsze zajęcia niż czytanie tak fascynującej opowieści - mycie kibla, rzyganie w krzakach, podcieranie się tłuczonym szkłem - wszystko nagle wydaje się niezwykle pociągającą perspektywą. Jeśli jednak przyjdzie Wam kiedyś do głowy zapoznać się z tym dziełem, miejcie pod ręką szpikulec do lodu - łatwiej wydłubać nim sobie oczy niż łyżeczką do herbaty - już to przetestowałem...

4. Powrót do dzieciństwa - Karol May, Old Shatterhand
Wybaczcie - nie znalazłem okładki ;)
Wciąż pamiętam czasy, gdy z wypiekami na twarzy czytało się o dzielnych cowboyach, bohaterskich Indianach, czy groźnych rewolwerowcach. W tym roku postanowiłem, że fajnie byłoby wrócić do tych historii. Niestety okazało się, że nie są to wcale tak dobre powieści jak pierwotnie sądził młodszy ja. Okazały się proste, napisane według kliszy i mało skomplikowane. Ot, taka przeciętna literatura młodzieżowa. Pocieszeniem jest tylko to, że okazała się nadal lepsza, niż drugi z moich bohaterów dzieciństwa, którego postanowiłem wskrzesić, a mianowicie Conan Barbarzyńca. To jest dopiero paskudny chłam (co przyznaję z ogromnym bólem serca i oficjalnie postanawiam nadal wmawiać sobie, iż była to najlepsza fantastyka jaką kiedykolwiek miałem w rękach...).

5. Reportaż roku - Maciej Kuczewski, Rumunia. Koniec złotej epoki.


Zabawna opowieść o tragicznych czasach. Reportaż przedstawiający schyłek dyktatury Ceausescu genialnie przybliża fatalną sytuację państwa i autorytaryzm rządów uprzywilejowanego tyrana. Kuczewski jako przedstawiciel prasowy miał okazję poznać zasady rządzące ekonomią, gospodarką i życiem społecznym w państwie Ceausescu. Przedstawia je czytelnikom z dużą dozą humoru i licznymi nawiązaniami do sytuacji międzynarodowej, co bardzo ładnie wpasowuje Rumunię w konkretny okres historyczny. Wybrałem właśnie ten reportaż ze względu na szeroką gamę emocji, które wywołuje, a także na to, iż wyniosłem z niego dość dużo przydatnych informacji. Warto.

czwartek, 18 grudnia 2014

Czytelnicze podsumowanie mijającego roku (1)

Rok 2014 powoli dobiega końca. Stajemy się coraz starsi, brzydsi i jesteśmy o krok bliżej śmierci. Tą pozytywną refleksją chciałbym rozpocząć podsumowywanie mijających dwunastu miesięcy. Dziś chciałbym wskazać głównie na moje czytelnicze podboje i wręczyć nagrody w kategoriach, które dla mnie okazały się najistotniejsze.

1. Najlepszy horror: Michelle Paver - Cienie w mroku
Muszę przyznać, że w tym roku nie popisałem się jeśli chodzi o nadrabianie literatury grozy. Przeczytałem zaledwie kilka książek z gatunku, który po dziś dzień traktuje jako swój ulubiony. W ramach konkurencji brałem więc pod uwagę tylko  Stefanów - Dardę i Kinga, ale ostatecznie postanowiłem wskazać na mroczną i tajemniczą historię wprost z Arktycznych ciemności. Opowieść o naukowej ekspedycji mającej na celu zbadanie mrocznej, zimnej i przerażająco pustej części Norwegii, wciągnęła mnie błyskawicznie i trzymała w swych szponach do samego końca. Nie jest to być może maksimum jakie można wyciągnąć z literatury grozy, ale było na tyle przyjemnie, że z czystym sercem daje jej miejsce pierwsze w moim prywatnym rankingu.

2. Najbardziej nowatorska książka: Sarah Lotz - Troje
Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem fakt, że wskazałem na świetnie skonstruowaną powieść traktującą o losach trójki dzieci ocalonych z katastrofy lotniczej. Choć książka okazała się stosunkowo krótka, to po dziś dzień jestem zachwycony pracą, jaka została w nią włożona. I mimo tego, że opinie co do samej treści mogą być podzielone, to chyba mało kto przeszedł obojętnie wobec różnorodności serwowanej nam przez autorkę. Stosy przytaczanych raportów różnego typu, artykuły w gazetach, wpisy na portalach społecznościowych, teorie spiskowe - wszystko to i wiele więcej autorka zdołała zmieścić w jednej książce i sprawić, by każdy element w miarę zgodnie ze sobą współgrał. Do tego fantastyczna forma promocji na szeroką skalę sprawiła, że wciąż jestem pod wrażeniem tej pozycji - choć przyznam, że sama historia na kolana nie powalała.

3. Najlepszy kryminał: Jo Nesbo - cokolwiek
Nie wskazuję tu konkretnej pozycji. Wystarczy bowiem rzec, że ten rok znów zakończył się u mnie pod znakiem Nesbo. Czy to całkiem przyjemny "Syn", czy kolejne tomy z cyklu o detektywie Harrym Hole sprawiły, że straciłem wiele cennych godzin. O konkurencję mógłby pokusić sie oczywiście Lehane lub Grange, ale obaj panowie potrafili mnie rozczarować - w przypadku norweskiego pisarza nie zdarzyło się to jeszcze ani razu.


4. Najlepsza książka historyczna: Scott Rusch - Wojny Sparty. Strategia, taktyka i kampanie.
Nie ukrywam, że była to trudna decyzja. Książek historycznych, które znalazły się na mojej liście było dość dużo, ale często obejmowały one bardzo ogólną charakterystykę dość długich okresów czasowych. Zdarzało się także, że historia przedstawiana w wielu publikacjach, była jedynie elementem współgrającym z publicystycznymi wywodami autorów. Postawiłem więc na klasyczną i dość szczegółową książkę, która jednocześnie sprawiła mi sporo przyjemności. Wyścig o palmę pierwszeństwa wygrała między innymi z "Lodołamaczem" Wiktora Suworowa, który niesamowicie mnie zachwycił, ale ze względu na rozbieżność opinii historyków co do przedstawianych przez Rosjanina faktów, postanowiłem, że moim numerem jeden uczynię opowieść o starożytnej Sparcie.

5. Najlepsza książka popularnonaukowa: Bill Bryson - Krótka historia prawie wszystkiego
Bill Bryson, to autor, który do nauki podchodzi z niesamowitą dozą dobrego humoru. I choć na pierwszym miejscu postawiłem "Krótką historię...", to kolejna jego książka, którą właśnie kończę czytać, sprawiła, że na książki popularnonaukowe spojrzycie z zupełnie innej perspektywy. Chodzi mianowicie o "Krótką historię rzeczy codziennego użytku", pozycję redefiniującą jakość dzieł traktujących o szeroko pojmowanej nauce. Mnóstwo humoru, ogrom wiedzy, stos ciekawostek i świetny styl sprawiają, że po raz pierwszy nie przysypiałem nad tego typu literaturą. Bryson z miejsca stał się jednym z moich ulubionych autorów i zachęcił mnie do zagłębienia się w jego twórczość. Jeśli miałbym wskazać  pisarza roku postawiłbym właśnie na niego.

6. Nadrabianie klasyki: Kurt Vonnegut - Matka Noc
Opowieść o człowieku rozdartym pomiędzy dwoma systemami wartości stała się dla mnie jedną z najlepszych książek Vonneguta. I choć tematem znów jest wojna i pomimo tego, że znów jest cholernie smutno, to absolutnie nie okazała się ona rozczarowaniem. Posiada nie tylko wyrazisty morał, ale jest również godna samodzielnego przemyślenia. Rywalizowała głównie z "Na wschód od Edenu" Steinbecka i muszę przyznać, że tę rywalizację wygrała o włos. Obie powieści są niesamowite i obie należy potraktować jako pozycje obowiązkowe. Podsumowując - w przeciwieństwie do horrorów miałem w tym roku cholerne szczęście do klasyki.

7. Najlepsza książka: Waldemar Łysiak - Wyspy Bezludne

Pięknie wydana książka, która zachwyciła mnie niesamowitym językiem i pomysłowością. Czyta się ją wyśmienicie, a poetycki język stanowi genialny sposób na przeniesienie się do innego świata - świata namalowanego słowem. Chyba nie ma drugiej pozycji, która wciągnęłaby mnie tak mocno. Poszczególne rozdziały stanowią niecodzienny mariaż historii ze sztuką, poetyckości z publicystyką, refleksji z wizjonerstwem. Jedna z niewielu książek, którą bardzo chciałbym mieć na swojej półce.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jo Nesbo - "Pentagram"

Wreszcie zdołałem oderwać swoją uwagę od tzw. poważnej literatury. Dzięki temu miałem okazję dostąpić zaszczytu ponownego spotkania z norweskim komisarzem Harrym Hole. Pentagram, to piąta część cyklu opowiadająca o losach świetnie znanego nam już detektywa. Tym razem zagadka dotyczy nie tylko seryjnego mordercy, którego znakiem rozpoznawczym będzie tytułowy pentagram, ale także wyjaśnianiu intrygi, która swymi mackami zaczęła oplatać czytelników już w poprzedniej części.

Muszę przyznać, że ta odsłona zdecydowanie mnie oczarowała. Teoretycznie Harry po raz kolejny popełnia stare błędy, znów poddaje się nałogowi alkoholowemu, znów cierpi i nadal nie jest w stanie ułożyć sobie życia z kobietami. Choć Nesbo użył tu wszystkich swoich sprawdzonych tricków, to muszę przyznać, że i tak jestem zachwycony. W tym bowiem tkwi cały urok Hole'a - dość już bowiem cudownych detektywów, czy  obdarzonych niemalże nadprzyrodzonymi mocami mistrzów dedukcji. Hole jest zmęczony życiem, a przez znaczną część powieści zwyczajnie narąbany. Wciąż także naraża swych bliskich na niebezpieczeństwo i pakuje się w niewyobrażalne kłopoty.  I pomimo tego, że nie jest on człowiekiem, którego policja mogłaby sobie stawiać za wzór, wciąż wpływa na czytelnika swym niezwykłym wręcz urokiem, zaangażowaniem, twardością charakteru i poświęceniem.

Nesbo dobrze wie jak budować napięcie i angażować czytelnika. Książka jest nie tylko pełna prostych, męskich emocji, ale także akcji, napięcia i ciągłej niepewności. Gdy przeciętny kryminał osiąga swój finał, Nesbo dopiero wrzuca wyższy bieg. I nawet jeśli ktoś byłby w stanie poznać tożsamość mordercy przed zakończeniem książki (co jeśli znamy poprzednie powieści Norwega nie jest tak szaleńczo trudne), to wciąż pozostaje jakaś niewyjaśniona kwestia, niedopowiedzenie, otwarty wątek, którego rozstrzygnięcia pilnie wypatruje się aż do ostatniej literki. Nie wspomnę już o tym, że sceny zamykające powieść Nesbo są zabójczo filmowe, co zresztą stało się już dla tego pisarza standardem.

Tym razem wśród słów pochwały naprawdę trudno doszukiwać się jakiejkolwiek krytyki. Można by się czepiać, że to nic nowego, że zagadka za prosta, że początek trochę się dłuży, ale po co?  To jest dokładnie taki Harry i taki Nesbo jakiego uwielbiam. Nie jest to być może najlepsza część serii, ale z całą pewnością utrzymuje ona wysoki poziom poprzedniczek.


Moja ocena to: 8/10 

czwartek, 4 grudnia 2014

Run And Kill (1993)

Czasem zdarzy mi się obejrzeć coś, czego absolutnie nie zamierzam recenzować. Albo dlatego, że jestem za głupi, by znaleźć odpowiednie słowa, albo też w przypadku, gdy film jest tak pokręcony, że trudno mi w miarę obiektywnie określić jego jakość. Właśnie taką produkcją jest Run And Kill - wyreżyserowany w Hongkongu, kontrowersyjny i brutalny twór naszych skośnookich braci. Niestety moje pragnienia rozbiły się o tamę postawioną przez Patryka, który zmotywował mnie do sporządzenia krótkiej notki na jego temat. Podkreślił równocześnie by pisać szczerze, więc niech tak będzie.

Zacznijmy od kwestii najłatwiejszej - krótkiego streszczenia fabuły. Głównym bohaterem, którego ciężkie kroki przyjdzie nam śledzić, będzie Fatty. Ksywkę tę otrzymał on nie od parady, bowiem jego gabaryty są niewątpliwą inspiracją wszystkich amerykańskich dietetyków (niech żyją stereotypy). Jedno słowo, którym można by krótko scharakteryzować Fatty'ego (oprócz gruby), to sympatyczny. Troskliwy ojciec, sumienny przedsiębiorca i kochający mąż, ma jedną zasadniczą wadę. Jest straszną pierdołą. Odkrywając romans swojej żony prosi złapaną in flagranti parę o... przeniesienie się do sypialni. W sytuacji gdy przeciętny facet zabrałby się do obijania komuś mordy nasz grubasek udaje się na maraton po barach. W stanie mocno wskazującym spotyka młodą kobietę - Fanny. Alkohol i nierozwaga sprawiają, że główny bohater nieopacznie zamawia...zabójstwo swojej żony i jej kochanka. Wydaje Wam się, że już to jest odrobinę dziwne? Moje drodzy, naiwni czytelnicy - to dopiero początek chaosu, pierwszy ruch skrzydełka motyla, który wywoła tornado.

Teraz przejdźmy do sprawy zasadniczej. Zdecydowaną i niepodważalną zaletą jest zdolność scenarzystów do zaskakiwania widza. Każdy motyw znany z filmów akcji zwraca się tutaj przeciwko bohaterom. Ten kto powinien żyć umiera, ten kto powinien zostać aresztowany chodzi na wolności. Wyraźnie widać, że w świecie, w którym musi poruszać się Fatty nie ma żadnego tabu. Przygotujcie się na to, że obraz ten niesie ze sobą również bardzo dużą dawkę brutalności - a przypominam, że słyszycie to od gościa, który nie miał żadnych zastrzeżeń do zombie-bobra odgryzającego ludziom penisy...
Fanny - bardziej irytująca niż Szumlewicz...
Run And Kill ze względu na kilka charakterystycznych scen niesamowicie zapada w pamięć. W dodatku godna pochwały jest genialna kreacja (moim zdaniem) zimnokrwistego mordercy - Ching Funga - dążącego do wymierzenia zemsty za śmierć swojego brata. Zdecydowanie wskoczył on na moją prywatną listę najbardziej zdegenerowanych łotrów w historii kina.

Oczywiście nie jest tak do końca różowo. Choć zachwycił scenariusz, niektóre role, czy bezkompromisowość, to kilka rzeczy skutecznie psuło mi seans. Przede wszystkim każda postać kobieca. Choć w historii tej nie odgrywały one jakiejś ogromnej roli, to bardzo skutecznie irytowały. Nie wiem czy to jakaś maniera kina azjatyckiego, ale notorycznie piskliwe wypowiedzi Fanny, jej sztuczna, groteskowa gra, czy chociażby płaczliwe jazgoty córki Fatty'ego sprawiały, że niektóre sceny wręcz pragnąłem jak najszybciej mieć za sobą. Nie podoba mi się też pomysł na powtarzanie tej samej linii dialogowej. Ma to oczywiście swoje zadanie - ukazanie czy to wściekłości, strachu, czy rozpaczy, ale na dłuższą metę cholernie odrzucało.
Ching - odkrycie roku. Idealny łotr filmowy. 
Podsumowując - film, choć świetny, został skrzywdzony przez grę aktorską postaci drugoplanowych, szczegóły techniczne i czasem zbyt swobodne podejście do faktycznych zasad działania systemu sprawiedliwości. Pędzące tempo, niesamowity scenariusz i klimat skutecznie rekompensowały te braki. Oczywiście nie jest to propozycja dla każdego, ale moim zdaniem był on co najmniej bardzo dobry i tak też go oceniam:


Moja ocena to: 7/10    

sobota, 29 listopada 2014

Zombeavers (2014)

Wszyscy dobrze wiemy, że świat jest pełen niebezpieczeństw. Od najmłodszych lat rodzice uczą nas, by nie przechodzić przez jezdnię na czerwonym świetle, nie chodzić po drzewach, czy nie brać cukierków od nieznajomego pana w długim płaszczu przeciwdeszczowym (czego osobiście nigdy nie rozumiałem, ponieważ to właśnie były najlepsze cukierki jakie w życiu jadłem). Niestety nie wpaja nam się równocześnie, by unikać genetycznie zmodyfikowanych anakond, pszczół, czy chociażby... bobrów. Oczywiście zaniedbania te muszą kiedyś sprawić, że będziemy narażeni na szereg niekomfortowych sytuacji, albo bardziej banalną i przyziemną śmierć w męczarniach. Zombeavers, to film dokumentalny, który stara się antycypować bieg przypuszczalnych wydarzeń, które mogą stać się konsekwencją przewożenia niezwykle niebezpiecznych materiałów radioaktywnych przez dwóch wieśniaków-homoseksualistów w obdrapanym jeepie. Nie wiem jak Wy, ale ja z całą pewnością dostrzegam w tym pewną alegorią współczesnego modelu politycznego...

Ale zostawmy politykę z boku, gdyż wartość, którą to dzieło chce nam przekazać nie potrzebuje żadnego dodatkowego tła. Uważny widz prawdopodobnie wyłapie z tego obrazu wiele dosadniejszych lub luźniejszych nawiązań, metafor, czy innego rodzaju zabiegów artystycznych. Pochylmy sie jednak nad warstwą powierzchowną i spróbujmy odczytać wizję reżysera w sposób do bólu dosłowny.
Trudno ukryć, że reżyser inspirował się prozą Stephena Kinga - klasa światowa!
Fabuła opiera się na pełnej emocji i niebezpieczeństw przygodzie trójki młodych, stosunkowo atrakcyjnych kobiet, które ze względu na problemy miłosne jednej z nich postanawiają spędzić samotnie weekend - oczywiście w domku nad jeziorem. Z czasem dołączają do nich ich partnerzy, którzy choć pozornie są niewyżyci seksualnie, stanowią zapewne personifikację niespełnionych, młodzieńczych nadziei. Problem z jakim zmagają się nasi dzielni bohaterowie, to wspomniane już mordercze, zmodyfikowane genetycznie zombie-bobry. Oczywiście ich obecność w kinie takiej klasy możemy odczytywać na wiele sposobów. Moim zdaniem były one metaforę problemów na naszej drodze życiowej, które prędzej czy później kończą się nieuniknionym zgonem. Ich perfidia i zawziętość, to zapewne odniesienie do walki, którą każdy z nas musi codziennie toczyć z przeciwnościami losu.

Choć modele głównych oponentów (przypominam raz jeszcze: morderczych bobrów zombie - zombrie?) są do bólu sztuczne, to należy podkreślić, że wiele problemów, które stoją na naszej drodze, również są wykreowane sztucznie i podobnie jak te filmowe zombrie, dla postronnego obserwatora wydają się śmieszne. Odpowiedzmy więc sobie na jedno ważne, ale to bardzo ważne pytanie: czy sami nie stajemy się częścią naszych problemów, nie utożsamiamy się z nimi? Być może nie, ale z całą pewnością bohaterowie tego świetnego nomen omen kina z czasem stają się zmutowanymi bobrami...
Fenomenalna gra aktorska i świetne, zapierające dech w piersiach efekty specjalne ukazane na jednym obrazie.
Obalmy też jedną z popularnych, krytycznych tez, którymi często operują malkontenci. Wskazują oni bowiem na obecność piersi jednej z głównych bohaterek, które nie tylko ukazane są w sposób bardzo... otwarty, ale też pozornie nie wpływający na bieg wydarzeń. W związku z tym pojawiła się opinia, że głównym adresatem tego filmu będzie banda niewyżytych nastolatków. Z miejsca należy obalić ten bzdurny argument, ponieważ wyraźnie widać, że kobiece piersi w tym wydaniu, to tylko zręczne nawiązanie do erotyzmu serwowanego nam przez współczesne media i próba ośmieszenia podobnych zabiegów. Wskazuje na to wyraźnie skromny rozmiar demoralizujących atrybutów wspomnianej już bohaterki, który ma za zadanie wzbudzić w nas niechęć do oglądania podobnych prób w przyszłości.

Podsumowując: mamy tu do czynienia z niezwykle przemyślaną produkcją, stanowiącą kwintesencję współczesnego artyzmu i sztuki wyższej. Niestety obraz ten nie jest przeznaczony dla ubogich duchowo i niepotrafiących docenić intelektualnego kunsztu reżysera. Choć wydawać by się mogło, że należy go traktować jako prymitywną, mało śmieszną komedyjkę z elementami gore - w rzeczywistości mamy do czynienia z filmem bijącym na głowę wszystkie tegoroczne produkcje.

Moja ocena to mocne: 10/10


A tak serio: 2/10 za fajne plakaty ;)    

poniedziałek, 24 listopada 2014

Meg Cabot - Magiczny Pech [Kaszana Czelendż 1/2015]

Nasz świat nie jest doskonały. Mimo wszelkich starań zaprowadzenia globalnego pokoju i porządku ludzkość wciąż nękają takie problemy jak AIDS, wojny, głód, terroryzm i Meg Cabot. O ile te pierwsze kwestie są stosunkowo mocno napiętnowane i często podkreśla się ich znaczenie, o tyle nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, by spalić wszystkie egzemplarze Magicznego Pecha - książki w której stworzeniu musiały maczać palce siły nieczyste. I choć odpukałem już w niemalowane (czołem), splunąłem przez lewe ramię (na okładkę) i wysypałem wokół niej starożytne symbole ochronne z soli, wciąż czuję, że nie zrobiłem dostatecznie wiele. Wydaje mi się, że ona wciąż może kogoś skrzywdzić...

Klasycznie zacznę jednak od tego, co w tym przypadku określę szumnie mianem "fabuły". Nie wiem czy wszystkie historie dla nastolatków są tak infantylne, ale ta przedstawiająca losy nastoletniej czarownicy Maggie jest. Trudno mi powiedzieć czy schemat w powieściach młodzieżowych jest zawsze taki sam, ale tutaj występuje coś co roboczo określę "brzytwą Stephenie Mayer". Mechanizm ten, w odróżnieniu od brzytwy Ockhama, polega na tym, że wskazujemy na najbardziej idiotyczne pomysły, które można zaimplementować do powieści i zostawiamy tylko je - każdy rozsądny wątek, czy choćby dialog z miejsca odrzucamy. Jak widać wystarczy znaleźć grono niedojrzałych nastolatek lub gości zmuszonych do wzięcia udziału w wyzwaniach internetowych, by zrobić na tym kasę...

Dobra, wróć, nie chcę się przecież czepiać samych czytelników, którym "to" przynosi frajdę, ale przyznam szczerze, że w życiu nie czytałem większego gówna. I jeżeli wydawać by się mogło, że staram się deprecjonować Wasz gust czytelniczy, to nie, nic podobnego. Ja Was naprawdę szczerze podziwiam...

Ale po co się rozwodzić nad szczegółami? Czas na konkrety. Czym raczy nas pani Cabot w swoim epokowym dziele? Oczywiście podstawowym elementem będą miałkie dialogi, które są nie tylko wypełnione kompletnie idiotycznymi rozważaniami nastolatek, ale co gorsza pełne irytujących powtórzeń. Drugą kwestią jest niesamowita fabuła, którą wstydziłbym się zanotować nawet na papierze toaletowym. Żadnych zaskoczeń - nastolatki nie mogą przecież za dużo myśleć. Oczywiście do tego nieodłącznie muszą być wmieszani najbardziej wkurzający bohaterowie pod słońcem - idealny Zach, chłopak półbóg, zepsuta do szpiku kości Tory, (która nie tylko pije piwo, ale i bierze valium!) a także nasza bohaterka - Maggie. Jedyna wiedźma, którą sam z radością spaliłbym na stosie i to wcale nie ze względu na jej nadprzyrodzone zdolności.

Ale co tam - nie znam się na literaturze, więc może to tylko moje widzimisię. Być może za sto lat książki Cabot będą należały do kanonu literatury. Dziś pocieszam się jednak myślą, że nie dożyję tych czasów i głos oddaję samej pisarce:       

Nie Madelaine ani Margaret. Po prostu Maggie. Kiedyś, na wsi, słyszałam, jak ktoś wołał tak na krowę! - To Iowa - czego się spodziewaliście? Że na krowę mówi się "mućka"? Zresztą mogło być gorzej. Mogła się nazywać na przykład Szczepan - pomyślcie jakie to jest cierpienie...

Nie, żebym narzekała. - Nie dajcie się zwieść. Będzie narzekała. Non stop...

"Czy coś" - Maggie nie grzeszy elokwencją, ale po kolejnym powtórzeniu sakramentalnego "czy coś" ma się ochotę obić jej mordę, czy coś...

"Nikt mi nie odpowiedział od razu, ale na pewno dobiegło mnie głośno rzucone słowo na „k”." Kaczka? Konkwistador? Konstantynopolitańczykowianeczka? Kurwa, chyba nie zgadnę :/

Właśnie oplułam mrożoną herbatą z Long Island najfajniejszego chłopaka, jakiego spotkałam w życiu. - trzeba się było na niego jeszcze zsikać. Gdyby to nie zmieniło waszych relacji ten związek byłby już nie do rozbicia #BravoGirl

A więc koty też lubił. Opiekunki do dzieci, Siódme niebo, foki, dzieci... I koty. Czy ten facet mógłby być jeszcze sympatyczniejszy? - Czuję mdłości...


Zastanawiałam się już nad tym. Serio, zastanawiałam się. Jednak po prostu nie mogłam wyobrazić sobie, żeby Tory zrobiła coś równie podłego. Symulować próbę samobójczą, tak. Ale roznosić na mój temat plotkę, która była totalnym kłamstwem i ona o tym wiedziała? - No jasne, bo symulowanie próby samobójczej jest w przypadku nastolatek zupełnie rozsądnym i logicznym wyjściem...

Wtedy Zach jakoś zdołał dojść do siebie. Wymamrotał.
- Tak... Tak... wyglądasz naprawdę... Naprawdę...
Stanęłam, czując nagle, że żołądek mi się z całej siły zacisnął - bo co on chciał powiedzieć? Przecież na pewno nie, że wyglądam świetnie, ani nic. Przyjaciele nie mówią sobie nawzajem takich rzeczy... - Czas na brutalną prawdę - facet jest napalony jak piec Martenowski. Bardziej bezpośredni byłby już tylko wyciągając wacka i waląc ją nim po twarzy...

I pochylił się, żeby mnie znów pocałować.
A tym razem, kiedy uniósł głowę, przed moimi oczami latały ptaszki, gwiazdki i jeszcze niewielkie tęcze. - z gwiazdkami i tęczami może być pewien problem, ale co do ptaszków to na pewno nie były ostatnie jakie latały jej przed oczami tego wieczora...


No ja myślę. No bo, ja leciutko dostałam szóstkę z szycia w siódmej klasie - przez pół powieści nasza bohaterka zastanawia się dlaczego ludzie jej nie lubią. Może dlatego, że po prostu jest suką która chwali się każdą głupotą? Tak tylko podpowiadam... 

Moja ocena to 0,05/10

poniedziałek, 17 listopada 2014

Kurt Vonnegut - "Matka noc"

Obraz podwójnego agenta, który wykreowała współczesna popkultura jest w gruncie rzeczy całkiem pozytywny. Na dobrą sprawę zwykle jest to altruistyczny bohater, rycerz XXI wieku walczący o uniwersalnie pojmowaną wolność. Sprawy przedstawiają się zgoła inaczej, gdy sięgamy po książkę Kurta Vonneguta - tutaj bowiem heroizm nie ma żadnego znaczenia - ważne jest tylko bezsensowne cierpienie podlane szczyptą charakterystycznej dla autora ironii.

Już na początku powieści poznajemy Howarda Cambella - szpiega amerykańskiego służącego podczas wojny w niemieckim wydziale propagandy. Całe nieszczęście naszego protagonisty polega na tym, że działania na rzecz niemieckiego przemysłu wojennego podejmuje on całkiem otwarcie i świadomie, natomiast działalność na rzecz wywiadu USA jest tak głęboko utajniona, że często nawet on nie ma na jej temat żadnych informacji. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu w niemiecką propagandę Howard staje się jedynym agentem amerykańskim w Niemczech, któremu udaje się przetrwać wojnę.  Książka zaś skupia się raczej na jego późniejszych losach - powrocie do Nowego Jorku, ponownym spotkaniu z żoną, zawieraniu nowych przyjaźni oraz planowanym procesie za zbrodnie nazistowskie.

Gdybym jednak miał opowiedzieć o czym była ta książka, wspomniałbym raczej, że jest to traktat o problemie winy - tych którzy przeżyli wojnę i tych, którzy podczas wojny mordowali innych. O poczuciu winy tych, którzy sami kształtowali wojenną rzeczywistość oraz tych, którzy musieli się jej podporządkować. Nasz bohater staje się łącznikiem pomiędzy tymi dwoma światami, a przez to nie radzi sobie z rzeczywistością w jakiej się znalazł - rzeczywistością wolnego, powojennego świata. Ta podzielona osobowość z czasem coraz bardziej daje o sobie znać i trudno stwierdzić jak wiele zdrowych zmysłów Howard Cambell zachowa, gdy dotrzemy do końca tej historii.

Choć książeczka liczy niewiele ponad sto pięćdziesiąt stron warto ją poznać. Wydaje się także, że jest to najjaśniejsza, jeśli chodzi o przekaz, książka Vonneguta. W jej kontekście często powtarzany jest morał: "jesteś tym, kogo udajesz, więc lepiej uważaj kogo udajesz". Czy bohater poradzi sobie z ciężarem win, czy zdoła znaleźć odkupienie, czy wreszcie wytoczony mu proces dojdzie do skutku? Warto sięgnąć po tę króciutka lekturę i samemu poznać odpowiedzi na te pytania.


Moja ocena to: 8/10    

sobota, 8 listopada 2014

W mroku pod schodami (The People Under the Stairs) 1991

Zastanawialiście się kiedyś co powstanie jeśli połączymy Kevina Samego w Domu z horrorem? Można by pewnie zgłosić tysiąc różnych (głównie głupich) pomysłów, ale nietrudno się domyślić, że dzieło to będzie do bólu groteskowe. Szczególnie gdy okaże się, że paluchy w stworzeniu czegoś tak dziwnego maczał sam mistrz czarnego humoru - Wes Craven.
Pierwsze miesiączki bywają niezręczne....
W rolę heroicznych obrońców domostwa wciela się tym razem para kanibalistycznych psychopatów. Złodziejem natomiast jest biedny, murzyński chłopaczek, z biednej murzyńskiej rodziny. Jak przystało na dzielnego rycerza nasz mały rozrabiaka "idzie na włam", by ratować swą ciężko chorą matkę i gromadę młodszego rodzeństwa. Fool, bo takie przezwisko nosi protagonista, jest postacią do bólu schematyczną. Jedyny sprawiedliwy, zawsze podejmujący słuszne i moralnie zasadne decyzje - w przyszłości chce być lekarzem. Typowy, przeciętny dzieciak ze slumsów :D

Z drugiej zaś strony mamy parę zepsutych do szpiku kości porywaczy dzieci, zboczone rodzeństwo, które dorobiło się na handlu trumnami i na eksmisji ludzi z ich domów - ot, przeciętna para z kapitalistycznej, zdemoralizowanej klasy nowobogackich. Ich główną rozrywką jest jedzenie ludzkiego mięsa i obcinanie porwanym dzieciakom różnych części ciała - w zależności od nastroju.
Mama upiekła ciasto...
Fabuły nie trzeba nawet głębiej opisywać - opiera się ona na klasycznym, manicheistycznym modelu walki dobra ze złem. Nie ma co liczyć na jakiekolwiek zaskoczenie - po raz kolejny zwycięża uosobione w małym murzynku dobro i inteligencja, która bierze górę nad prymitywizmem i siłą fizyczną zła. Wydawać by się mogło, że jest to jakiś niesamowity spojler, ale w tym filmie nie ma żadnych niespodzianek. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie miał wątpliwości jak potoczy się ta cała historia.
*Miejsce na rasistowski komentarz związany z Ku Klux Klanem*
Jak już wspomniałem nasycenie groteską i czarnym humorem jest tak duże, że tylko najmłodsi widzowie byliby w stanie potraktować ten film jako horror. Na dobrą sprawę można go spokojnie zakwalifikować jako przygodowy film z elementami grozy. Ta zaś przejawia się tylko w tym, że niektóry sceny są nad wyraz brutalne, ale w żadnym wypadku nie można ich określić jako straszne.
*Miejsce na szowinistyczny komentarz związany z przemysłem pornograficznym*

Czy w takim razie nie jest to dobry film? Otóż to zależy od tego, czy koniecznie chcemy go potraktować jako pełnoprawny horror. W takim wypadku ta produkcja z pewnością zawiedzie. Jeśli jednak odrzucimy te gatunkowe animozje, to śmiało możemy czerpać z owych głupot sporą radość. Po pierwsze dlatego, że jeśli macie poczucie humoru podobne to mojego, to parskniecie śmiechem na widok mordercy paradującego po domu w stroju z lateksu, czy rzucającego się w wir szalonego tańca radości po kolejnym zabójstwie dokonanym z zimną krwią. Rozbawią Was charakteryzacje postaci, idiotyzmy w zachowaniu głównych bohaterów itd. Jeśli więc podejdziecie do tego filmu jak do zwykłego pastiszu, to z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Podsumowując - ja bawiłem się nieźle, ale zaznaczam, że do tego tworu trzeba podejść z ogromnym dystansem i  potraktować go jako czystą zabawę. Tylko wtedy seans będzie stosunkowo przyjemny. Polecam więc, ale tylko wariatom podobnym do mnie ;)

Moja ocena to: 6/10  

niedziela, 26 października 2014

Jerome K. Jerome - "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)"

Po przeczytaniu całkiem niezłego Klubu Pickwicka przyszedł czas na kolejną dawkę angielskiego humoru. Tym razem dzięki Wiki wybór padł na Trzech panów w łódce (nie licząc psa). Historia trzech przyjaciół - Harrisa, Gorge'a, Jerome'a oraz ich wiernego kompana podróży - foksteriera Montmorency'ego czytana jest od lat i nic nie zapowiada znaczącego spadku jej popularności. Skąd ten fenomen?

Choć sama powieść miała być tylko przewodnikiem turystycznym dla ludzi zainteresowanych odbyciem rejsu Tamizą, to elementy humorystyczne, które postanowił do swej książki wpleść pisarz, szybko wzięły górę nad początkowym zamysłem. Otrzymujemy więc pełną zabawnych przygód, anegdot i wszelkiego rodzaju uszczypliwości opowieść o "zwykłej podróży" angielska rzeką.

Mimo tego, że książka liczy już sobie dobrze ponad sto lat, wciąż potrafi niesamowicie rozbawić. O ile w innych powieściach zdarzało mi się lekko wykrzywić usta w uśmiechu, to przy Trzech Panach dosłownie ryczałem (jak upośledzona foka ;)). Autor kpi sobie nie tylko z wad współtowarzysz podróży, ale także ze swoich. Z jednej strony krytykuje niefrasobliwość kobiecą, by na następnej stronie opisywać niezdarność własnych kompanów. Podróż łódką po Tamizie, to jeden wielki ciąg żartów i przezabawnych potknięć dnia codziennego. Niesamowite jest także to, że prozaiczna czynność, jaką jest przygotowanie potrawki irlandzkiej (potrawka przygotowana poprzez wrzucenie do niej wszystkiego co jest pod ręką - może to być nawet Irlandczyk), staje się okazją do serii żartów.

No dobrze, ale czy w takim razie, po tylu latach, gagi zawarte w książce Jerome'a się nie zdeaktualizowały? Musze przyznać, że część z nich funkcjonuje obecnie jako oklepane i powszechne docinki, ale to w jak niewymuszony i adekwatny do sytuacji sposób są przedstawiane, sprawia, że i tak bawimy się świetnie. Wprowadzenie do języka mowy potocznej i wymieszanie jej z poetyckością opisów, choć czasami może znużyć, w perspektywie całości książki okazało się świetnym manewrem. Ten zabieg w genialny sposób potęguje komizm sytuacyjny i podważa autorytet autora, który z reguły powinien być poważnym sprawozdawcą.

Przed rozpoczęciem lektury radzę się także przygotować tak, jak zrobili to uczestnicy tej niesamowitej podróży, tzn. zaopatrzyć się w prowiant. Jak przystało na angielską powieść większość jej treści obejmują bowiem zimne schaby, pasztety, pieczenie i niesforne puszki z ananasami. Ślinotok niestety gwarantowany.


Moja ocena to: 8/10

poniedziałek, 20 października 2014

Nie wszystko jest czarno-białe, czyli o próbie demitologizacji Świętej Inkwizycji...

Zasiadając wieczorem przy komputerze miałem do wyboru dwie opcje: albo wziąć się za naukę do kolokwium, albo napisać tekst dotyczący Świętej Inkwizycji. Gdybyście sami musieli postawić się w mojej sytuacji, zapewne wybralibyście identyczne rozwiązanie :) Dlatego też w tej krótkiej notce postaram się omówić przynajmniej kilka popularnych mitów związanych z inkwizycją, które wciąż są powtarzane w różnorakich mediach. Jak większość z Was wie moim głównym źródłem jest książka Romana Konika, do której odsyłam wszystkich szerzej zainteresowanych tym problemem.

Pokrótce przedstawię Wam też zasady jakich postaram się trzymać. Po pierwsze: nie podaję żadnych konkretnych źródeł. Jestem leniwy jak cholera i nie mam ochoty na przepisywanie nazw tych wszystkich dokumentów, do których odsyła nas książka. Po drugie: jestem ignorantem. Historia jest dla mnie czystą rozrywką, a nie przymusem. Dlatego też pewne sprawy znam bardzo pobieżnie, a innych wcale. Stąd mogą wynikać często przewijające się skróty myślowe. Po ostatnie: możecie ten tekst traktować jako moją interpretację treści zawartych w książce Konika. Dlatego też podkreślam, że nie należy ślepo wierzyć w przedstawione tu treści, a dużo lepiej samemu sięgnąć po książkę. Postaram się być jednak w miarę swoich możliwości obiektywny. To co, zaczynamy?

1. Błąd związany z rozpatrywaniem działań Sacrum Officium, w oderwaniu od realiów czasów średniowiecznych.

Niewątpliwie współczesne podejście do śmierci, szczególnie w kulturze europejskiej, jest o wiele bardziej liberalne niż w czasach średniowiecznych. Duża rola prawa zwyczajowego i diametralnie różne systemy społeczne sprawiają, że rozpatrywanie kary śmierci dziś, kiedy podważa się nawet jej zasadność, a kary śmierci dawniej, gdy groziła ona nawet za przestępstwa pospolite, jest zupełnie bezsensowne. Jak jednak wytłumaczyć skąd brała się dawniej taka łatwość w ogłaszaniu tego najbrutalniejszego z możliwych wyroku?
Przede wszystkim ogromną rolę w tym procederze odgrywała władza świecka. Każde wystąpienie przeciwko religii, która poniekąd była również gwarantem władzy państwowej, karano jak najsurowiej. Dlatego też wystąpienia z kościoła najczęściej wiązały się również ze złamaniem reguł feudalnych. Większość heretyków odmawiała bowiem nie tylko podporządkowania się władzy papiestwa, ale także cesarza, króla etc. Dlatego właśnie heretyckie ruchy Katarów, czy Albigensów zwalczano z pełną surowością. Gdybyśmy mieli porównać te ruchy do współczesnych nam ugrupowań, najbliższym strzałem byliby pewnie anarchiści. Choć trzeba przyznać, że do anarchistycznych ruchów dawniej nie posiadano aż tyle cierpliwości co współcześnie. Trudno się jednak temu dziwić w sytuacji, gdy władcy nie posiadali takich możliwości indoktrynacji jak dziś, a co za tym idzie o wiele bardziej troszczyli się o utrzymanie pełnej, nieskazitelnej władzy. Działania takie jak krucjaty przeciwko Albigensom były więc nie tylko organizowane w celu obrony kruchego porządku społecznego, ale także co ważne, były to działania akceptowane przez zwykłą ludność.   

2. Stosowanie tortur

Przez pierwsze dwa wieki istnienia inkwizycji tortur niemalże nie stosowano. Później jednak nawiązując do Prawa Rzymskiego, tortury stały się powszechną metodą prowadzenia przesłuchań. Po jakimś czasie zostało to zaakceptowane także przez papiestwo, które choć początkowo niechętne, w końcu wyraziło zgodę na torturowanie. Zaznaczyć należy, że inkwizycja w przeciwieństwie do sądów świeckich obwarowana była szeregiem zobowiązań, które musiały być zrealizowane w przypadku prowadzenia przesłuchań tą metodą. Zakazano więc karania dzieci, kobiet w ciąży i starców, nigdy nie stosowano tortur w pierwszej rozprawie sądowej, a po zastosowaniu tej nieprzyjemnej formy rozmowy przesłuchiwany miał 24 godziny na odwołanie swoich zeznań. Nawet inkwizycja Hiszpańska, którą uważa się za o wiele bardzie brutalne ramię kościoła, była w swych działaniach o wiele bardziej liberalna niż władza świecka. Nie stosowano bowiem tortur w przypadku przewinień drobnych, za które kara była niższa niż sama dolegliwość związana z torturami (w przypadku władzy świeckiej nie było tak kolorowo). Dość powiedzieć, że nawet teoretycznie agresywniejsza inkwizycja hiszpańska stosowała tortury w przypadku około 10% procesów, co w przypadku władzy świeckiej było nagminną regułą. Warto również podkreślić, że tortury stosowane przez inkwizycję najczęściej były dość humanitarne (opowieści o fantastycznych urządzeniach zwykle dotyczą sądów świeckich) i polegały na przykład na izolacji więźnia i ograniczeniu dostępu do pożywienia. Gdy dochodziło do bardziej agresywnych metod, należało uzyskać zgodę miejscowego biskupa, zorganizować lekarza czuwającego nad całym procesem i samemu obserwować co się dzieje (gdyż pomocnikami zwykle byli np. kaci z sądów świeckich, którym specjalnie na humanitaryzmie nie zależało). Jak widzicie sporo z tym zachodu, więc inkwizytorzy zwykle stawiali na sprawdzoną głodówkę. Jeżeli chodzi o inne aspekty humanitarne, to można też wspomnieć, że inkwizytorzy nie mogli torturować nikogo więcej niż jeden raz.

3. Giordano Bruno

Stanowi świetny, wciąż popularny mit o doskonałym naukowcu. Nie ma się co jednak zbytnio rozpisywać - jak się okazuje był on zwykłym oszustem (naciągnął między innymi florenckiego kupca Moceriniego, za co ten zresztą wydał go inkwizycji), idiotą (popierał teorię Kopernika, ale tłumaczył to w fantazyjny, filozoficzny i spekulacyjny sposób) i zwykłą mendą (odwołał swoje twierdzenia by uniknąć kary, ale jednocześnie wysłał papieżowi list w którym konsekwentnie bronił swoich racji. Oczywiście to już konkretnie wkurzyło papieża i Bruno został skazany na śmierć). Być może mimo wszystko uniknął by kary, ale fakt, że był on dawniej członkiem zakonu Dominikanów, a później zrzucił habit, nie przysporzył mu przyjaciół wśród duchownych inkwizycji, którzy w większości również wywodzili się z tego zakonu. Oczywiście spalenie Bruna na stosie to znaczna przesada, ale trudno się dziwić takiej decyzji, tym bardziej w obliczu wielu szans na rehabilitację jakie Bruno zewsząd dostawał. Aha, teoria Kopernika nie miała z tym wiele wspólnego - to raczej sama teoria heliocentryczna dostała po dupie przez Bruno, niż on przez teorię.

4. Torquemada

"Wielki zbrodniarz" inkwizycji hiszpańskiej okazuje się być świetnym organizatorem. Nie tylko odwoływał członków inkwizycji, którzy przekroczyli swoje uprawnienia, ale także dążył do ujednolicenia procedur wewnątrz tej organizacji. Optował również za silniejszym związkiem z papiestwem, ponieważ należy zaznaczyć, że inkwizycja hiszpańska w równej mierze była podporządkowana władzy papieża, co hiszpańskich władców. Za jego czasów również wprowadzono obrońców dla oskarżonych. Wiele źródeł podaje fantastyczne liczby osób spalonych na stosie w czasie gdy Torquemada pełnił swój urząd. Weźmy jednak charakterystyczny przykład procesu w Toledo. Dane podane przez Konika wskazują na około 750 kar wydanych w jednym wyroku. Ale...były to kary kanoniczne. Paciorek, pielgrzymka i tym podobne bzdury. Z tych 750 oskarżonych tylko około 40 wydano na proces władzy świeckiej, co faktycznie równało się wyrokowi śmierci. Przykłady takich zawyżonych szacunków, gdzie kary kanoniczne utożsamia się z wyrokami śmierci można by mnożyć, a zadziwiająco przodują w tym naukowcy protestanccy. Fakty wskazują jednak, że Torquemada był niesamowicie inteligentnym pionierem w dziedzinie prawa, a wielu z nas mogłoby się od niego uczyć.

5. Liczby

Jak wspomniałem niesamowicie wygodne jest utożsamianie płonących stosów z inkwizycją katolicką, gdy w rzeczywistości to w czasach Lutra i Kalwina stosy państw zachodnich zapłonęły na dobre. Wyznawcy nowej odmiany chrześcijaństwa nie tolerowali bowiem Żydów. Stąd też emigracja narodu żydowskiego do wyjątkowo wówczas tolerancyjnej, w przeważającej mierze katolickiej Polski. Dlatego też fantastyczne liczby, porównujące działania inkwizycji do systemów totalitarnych, wynikają jedynie z wybujałej wyobraźni wielu nierzetelnych historyków. Wliczanie najliczniejszych kar kanonicznych do wyroków śmierci, wskazywanie na inkwizytorów, którzy przeprowadzali przesłuchania nawet gdy faktycznie jeszcze się nie narodzili, opisy okrucieństw jakich dopuszczali się inkwizytorzy - to świetne i medialne tematy, ale kompletnie sprzeczne z faktami. A te wskazują raczej na to, że w momencie utworzenia inkwizycji spadła liczba ludzi skazywanych na śmierć za herezję. A to z tej prostej przyczyny, że wewnątrz Sacrum Officium nie szafowano tak wyrokami śmierci, jak w sądach świeckich.

6. Podsumowanie

Historia inkwizycji pełna jest wielu bzdur i przeinaczeń,  nie ważne czy to jeśli chodzi o popularny motyw stosów, wymyślnych  tortur, czy bestialskich inkwizytorów (Torquemada, Bernard Gui). Oczywiście zdarzały się niechlubne przypadki nadużyć władzy, które jednak stanowczo starano się tępić (Konrad z Marburga). Nie było to może tak skuteczne jak współcześnie, głównie ze względu na ograniczone mechanizmy kontroli, ale zwykle inkwizycja była świetnie przygotowana do swoich zadań. Spadkiem tej organizacji stała się więc nie tylko mityczna historia, ale także całkiem realna liberalizacja prawa, zupełnie innego od prawa świeckiego. Nie zdołałem oczywiście wskazać wszystkich mitów jakie przez lata przyklejano do Sacrum Officium, ale starałem się wybrać te najistotniejsze - o resztę pytajcie w komentarzach, lub szukajcie w książce ;)


[To właśnie inkwizycję]... zmitologizowała jako symbol bestialstwa wroga katolicyzmowi Reformacja tudzież historiografia protestancka bądź historiografia ślepo powtarzająca kłamstwa protestantów. Współczesne badania źródłowe dowodzą, że Inkwizycja była dużo bardziej humanitarna od sądów cywilnych (gminnych, miejskich, państwowych), że tortury stosowała nader rzadko i w formie nader ograniczonej, a więźniowie cywilnych lochów z premedytacją rzucali bluźnierstwa, aby dać sobie szansę przenosin do jurysdykcji inkwizycyjnej. Kliniczny przykład manipulacji to płótno w muzeum Narodowym Budapesztu, długo tytułowane(...):"Inkwizycja", mimo że obraz ukazuje ewidentnie scenę torturowania przez sądy świeckie! Dopiero ostatnio zmieniono tytuł na "Izba Tortur"  - Waldemar Łysiak
Alessandro Magnasco - Izba Tortur (chodzi bodajże o ten obraz)