wtorek, 30 grudnia 2014

Filmowe podsumowanie roku:

Mieliście już okazję poczytać o książkach, które zwróciły moją uwagę w 2014 roku. Nie samymi literkami żyje jednak człowiek, dlatego należałoby także wspomnieć słówko o kinematografii. Oczywiście, jak już dobrze wiecie, moje ulubione filmy, to debilne, odprężające horrory, kino akcji, a czasem jakieś głupawe sci-fi. Dlatego lista ta może nieopatrznie oprzeć się o podobne, niezbyt ambitne produkcje.

1. Najlepszy film akcji - The Raid 2 - Infiltracja

Wciągający spektakl ze świetnie zrealizowanymi i zapadającymi w pamięć scenami walk. O fabule nie wspominam, ponieważ nie miała ona dla mnie najmniejszego znaczenia - taki jestem cholernie płytki. Chciałem krwi, brutalnych pojedynków i dobrej realizacji, a wszystkie te elementy otrzymałem. Nie ukrywam, że nie oglądałem w tym roku zbyt wielu filmów akcji, ale mimo wszystko jest to dla mnie ścisły faworyt. Gdzieś na horyzoncie majaczył mi jeszcze ciekawy Non-Stop z Liamem Neesonem, ale na pierwsze miejsce nie miał szans.


2. Najlepszy horror - Zbaw nas ode złego

Film serwuje nam ciężki klimat zahaczający troszkę o kryminał - tym bardziej, że główny bohater jest nowojorskim policjantem. Przygniatająca atmosfera, przyzwoita gra aktorska i ciekawa fabuła wystarczyły, by tytuł ten najmocniej wrył się w moją pamięć. W dodatku w jednym, czy dwóch momentach serce szybciej bije, a w przypadku współczesnych horrorów nie jest to wcale regułą. Konkurencyjną propozycją był wyłącznie Babadook, australijska wizja powstała częściowo dzięki kickstarterowej dotacji.  Obraz ten obronił się nie tylko porządną realizacją, ale także świetnym doborem aktorów. To było bardzo miłe zaskoczenie.


3. Najlepszy film sci-fi - Strażnicy galaktyki

Strażnicy Galaktyki to pełna humoru, akcji i efektów specjalnych ekranizacja komiksu Marvela. Szczególnie korzystnie wypadła obsada - zbudowany jak czołg Dave Bautista w roli Draxa, wciąż seksowna (nawet jeśli zielona) Zoe Saldana jako wygimnastykowana Gamora, przerośnięty wiewiór Rocket (przezwisko wzięło się zapewne stąd, że pokurcz napieprza rakietami w co popadnie) dubbingowany przez Bradleya Coopera (przerwa na niewieście jęki zachwytu) i oczywiście kluczowa postać dla tego teatrzyku - Groot. Ent, który swoją elokwencją może konkurować z najwybitniejszymi umysłami epoki. Ent, który zeżarł ten film, ukradł rolę głównemu bohaterowi i będzie zapamiętany dłużej, niż ktokolwiek z tej obsady. Konkurencja była nielicha, gdyż filmów o superbohaterach wyszło sporo -  świadczy to jednak wyłącznie o tym, że poczucie humoru i spora dawka ironii okraszone dodatkowo efektami specjalnymi z najwyższej półki, to coś, czego pragną widzowie.


4. Kino orientalne - Run And Kill

Film którego za cholerę nie potrafiłem zrecenzować - podchodziłem do niego kilkanaście razy i aż do dziś nie wiem czy jest on mega kaszanką, czy świetną, choć kontrowersyjną produkcją. Fakt, że po miesiącu od seansu wciąż o nim myślę (coraz bardziej pozytywnie) stawia go chyba na podium w tej niecodziennej kategorii. Mocną konkurencją była oglądana przeze mnie dość dawno Spokojna Rodzinka i wciąż waham się który z tych tytułów zasługuje na miejsce pierwsze...


5. Kaszanka roku - ???

Jedyna kategoria w której konkurencja była tak ogromna. Na początek fascynujące Zombeavers - słaba próba sparodiowania kina grozy z morderczymi bobrami w rolach głównych. Gdybym miał użyć jakiejś obrazowej metafory, produkcję  tę mógłbym porównać do babci wmuszającej w nas obiad, mimo, że przed chwilą widzieliśmy jak do garnka z zupą wpadł jej włos, sztuczna szczęka, dziadek i penis gwałciciela z HIV. No cholernie nieciekawa sytuacja jak się na to patrzy z boku. Z drugiej strony obejrzałem także dwie bezsensowne orgie przemocy w postaci nudnej, szóstej odsłony Drogi Bez Powrotu i trzeciej części V/H/S. Czego ja się tam nie napatrzyłem? Kazirodztwo, samobójstwa, dekapitacje, krew, flaki, a później jak zjadłem z rodziną niedzielny obiad, musiałem oglądać jeszcze dwa beznadziejne, przewidywalne i głupie do bólu filmy. Do towarzystwa z radością dorzucę też Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie. Choć komedia nie jest tak do bólu zła, jak trzy poprzednie filmy, to mimo powszechnie przyjętej etykiety zabraniającej używania wulgaryzmów, muszę zadać jedno, kluczowe pytanie: Jak to można było tak spierdolić?!


6. Komedia Roku - Udając Gliniarzy

Wiem, że to taka podróbka 22 Jump Street, ale mi się podobała. Może nawet troszkę bardziej niż ograne motywy z nowej odsłony przygód oficera Schmidta i Jenko. Chociaż w sumie oba filmy były porównywalnie zabawne i tylko z przekory na pierwszym miejscu umieściłem właśnie ten tytuł. Swoją drogą nie był to dobry rok dla komedii. Te dwie schematyczne i słabo już błyszczące perełki taplały się w morzu nieśmiesznego, rakotwórczego gówna. Albo to ja z roku na rok jestem coraz smutniejszym człowiekiem...


Na tym poprzestanę. Niestety nie był to czas, w którym obejrzałem tyle filmów, na ile miałem ochotę - mam nadzieję, że uda mi się zmobilizować do częstszego publikowania tekstów na ich temat i niech to będzie moje nigdy niespełniane postanowienie noworoczne ;)

środa, 24 grudnia 2014

Szczere życzenia świąteczne


Dla wszystkich czytających mojego bloga - miłości, szczęścia i jeszcze raz pieniędzy.

Dla moich przyjaciół - karnetów klubowych w AA.

Dla wszystkich kochanych hejterów - lekkiej śmierci.

Wszystkim Wam życzę także, żebyście byli w stanie dobrze przyjąć moment, w którym stanę się rozpoznawany, bogaty i ceniony.

Przyjmijcie te życzenia, bowiem nawet jeśli nie są zbyt poetyckie, to przynajmniej płyną z głębi serca :D


Wesołych świąt!

wtorek, 23 grudnia 2014

Czytelnicze podsumowanie mijającego roku (2)

1. Najzabawniejsza książka - Jerome K. Jerome, Trzech Panów w łódce nie licząc psa

Z uwagi na to, że jestem niesamowicie smutnym, pochmurnym i gburowatym człowiekiem nie czytam zbyt wiele książek, które mają mnie rozbawić. Wychodzę z założenia, że książka ma mnie skłonić do refleksji i przemyśleń - głównie nad technicznymi kwestiami wiązania solidnych pętli (nie pytajcie). Alei w tym smutnym jak glizda świecie (właściwie nigdy nie rozumiałem o co chodzi z tą glizdą - dlaczego ona jest zawsze smutna?) zdarzyło mi się sięgnąć po "Trzech Panów w łódce nie licząc psa". Biorąc pod uwagę fakt, że pogoda w tym roku była głównie angielska, także angielski humor trafił do mojego oziębłego serca. Książka pomimo swego wieku jest zabawna i wciągająca. Humor sytuacyjny wciąż trzyma poziom, a podejście bohaterów do otaczającej ich rzeczywistości ma niezwykle autoironiczny charakter. Choć ze śmiechu nie płakałem, to śmiało mogę uznać ją za najzabawniejszą powieść przeczytaną w 2014 roku.

2. Największy zawód roku - Jean-Christophe Grange, Purpurowe Rzeki

Po tym autorze zawsze spodziewam się rzeczy niesamowitych - pełnych emocji historii z zagadkami zawiłymi jak polskie prawo podatkowe. Chcę emocji, zaskoczenia i ogromnego, filmowego tempa akcji. Purpurowe rzeki okazały się jednak przewidywalną i sztampową historią ze zidiociałymi funkcjonariuszami francuskiej policji w rolach głównych. Teoretycznie najlepsza książka Grange'a najmniej trafiła w mój gust. To rozczarowanie porównywane ze znalezieniem koperku w pudełku po lodach.

3. Najgorsza książka roku - Meg Cabot, Magiczny Pech

Nieopatrznie wyrwałem się z realizacją wyzwania Kaszanka Czelendż i przeczytałem tę oto książkę. Nie wiem jaki szatan miał czelność wysrać ten chłam, ale stanowczo odradzam. Możecie mi wierzyć, że bardzo łatwo znaleźć przyjemniejsze zajęcia niż czytanie tak fascynującej opowieści - mycie kibla, rzyganie w krzakach, podcieranie się tłuczonym szkłem - wszystko nagle wydaje się niezwykle pociągającą perspektywą. Jeśli jednak przyjdzie Wam kiedyś do głowy zapoznać się z tym dziełem, miejcie pod ręką szpikulec do lodu - łatwiej wydłubać nim sobie oczy niż łyżeczką do herbaty - już to przetestowałem...

4. Powrót do dzieciństwa - Karol May, Old Shatterhand
Wybaczcie - nie znalazłem okładki ;)
Wciąż pamiętam czasy, gdy z wypiekami na twarzy czytało się o dzielnych cowboyach, bohaterskich Indianach, czy groźnych rewolwerowcach. W tym roku postanowiłem, że fajnie byłoby wrócić do tych historii. Niestety okazało się, że nie są to wcale tak dobre powieści jak pierwotnie sądził młodszy ja. Okazały się proste, napisane według kliszy i mało skomplikowane. Ot, taka przeciętna literatura młodzieżowa. Pocieszeniem jest tylko to, że okazała się nadal lepsza, niż drugi z moich bohaterów dzieciństwa, którego postanowiłem wskrzesić, a mianowicie Conan Barbarzyńca. To jest dopiero paskudny chłam (co przyznaję z ogromnym bólem serca i oficjalnie postanawiam nadal wmawiać sobie, iż była to najlepsza fantastyka jaką kiedykolwiek miałem w rękach...).

5. Reportaż roku - Maciej Kuczewski, Rumunia. Koniec złotej epoki.


Zabawna opowieść o tragicznych czasach. Reportaż przedstawiający schyłek dyktatury Ceausescu genialnie przybliża fatalną sytuację państwa i autorytaryzm rządów uprzywilejowanego tyrana. Kuczewski jako przedstawiciel prasowy miał okazję poznać zasady rządzące ekonomią, gospodarką i życiem społecznym w państwie Ceausescu. Przedstawia je czytelnikom z dużą dozą humoru i licznymi nawiązaniami do sytuacji międzynarodowej, co bardzo ładnie wpasowuje Rumunię w konkretny okres historyczny. Wybrałem właśnie ten reportaż ze względu na szeroką gamę emocji, które wywołuje, a także na to, iż wyniosłem z niego dość dużo przydatnych informacji. Warto.

czwartek, 18 grudnia 2014

Czytelnicze podsumowanie mijającego roku (1)

Rok 2014 powoli dobiega końca. Stajemy się coraz starsi, brzydsi i jesteśmy o krok bliżej śmierci. Tą pozytywną refleksją chciałbym rozpocząć podsumowywanie mijających dwunastu miesięcy. Dziś chciałbym wskazać głównie na moje czytelnicze podboje i wręczyć nagrody w kategoriach, które dla mnie okazały się najistotniejsze.

1. Najlepszy horror: Michelle Paver - Cienie w mroku
Muszę przyznać, że w tym roku nie popisałem się jeśli chodzi o nadrabianie literatury grozy. Przeczytałem zaledwie kilka książek z gatunku, który po dziś dzień traktuje jako swój ulubiony. W ramach konkurencji brałem więc pod uwagę tylko  Stefanów - Dardę i Kinga, ale ostatecznie postanowiłem wskazać na mroczną i tajemniczą historię wprost z Arktycznych ciemności. Opowieść o naukowej ekspedycji mającej na celu zbadanie mrocznej, zimnej i przerażająco pustej części Norwegii, wciągnęła mnie błyskawicznie i trzymała w swych szponach do samego końca. Nie jest to być może maksimum jakie można wyciągnąć z literatury grozy, ale było na tyle przyjemnie, że z czystym sercem daje jej miejsce pierwsze w moim prywatnym rankingu.

2. Najbardziej nowatorska książka: Sarah Lotz - Troje
Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem fakt, że wskazałem na świetnie skonstruowaną powieść traktującą o losach trójki dzieci ocalonych z katastrofy lotniczej. Choć książka okazała się stosunkowo krótka, to po dziś dzień jestem zachwycony pracą, jaka została w nią włożona. I mimo tego, że opinie co do samej treści mogą być podzielone, to chyba mało kto przeszedł obojętnie wobec różnorodności serwowanej nam przez autorkę. Stosy przytaczanych raportów różnego typu, artykuły w gazetach, wpisy na portalach społecznościowych, teorie spiskowe - wszystko to i wiele więcej autorka zdołała zmieścić w jednej książce i sprawić, by każdy element w miarę zgodnie ze sobą współgrał. Do tego fantastyczna forma promocji na szeroką skalę sprawiła, że wciąż jestem pod wrażeniem tej pozycji - choć przyznam, że sama historia na kolana nie powalała.

3. Najlepszy kryminał: Jo Nesbo - cokolwiek
Nie wskazuję tu konkretnej pozycji. Wystarczy bowiem rzec, że ten rok znów zakończył się u mnie pod znakiem Nesbo. Czy to całkiem przyjemny "Syn", czy kolejne tomy z cyklu o detektywie Harrym Hole sprawiły, że straciłem wiele cennych godzin. O konkurencję mógłby pokusić sie oczywiście Lehane lub Grange, ale obaj panowie potrafili mnie rozczarować - w przypadku norweskiego pisarza nie zdarzyło się to jeszcze ani razu.


4. Najlepsza książka historyczna: Scott Rusch - Wojny Sparty. Strategia, taktyka i kampanie.
Nie ukrywam, że była to trudna decyzja. Książek historycznych, które znalazły się na mojej liście było dość dużo, ale często obejmowały one bardzo ogólną charakterystykę dość długich okresów czasowych. Zdarzało się także, że historia przedstawiana w wielu publikacjach, była jedynie elementem współgrającym z publicystycznymi wywodami autorów. Postawiłem więc na klasyczną i dość szczegółową książkę, która jednocześnie sprawiła mi sporo przyjemności. Wyścig o palmę pierwszeństwa wygrała między innymi z "Lodołamaczem" Wiktora Suworowa, który niesamowicie mnie zachwycił, ale ze względu na rozbieżność opinii historyków co do przedstawianych przez Rosjanina faktów, postanowiłem, że moim numerem jeden uczynię opowieść o starożytnej Sparcie.

5. Najlepsza książka popularnonaukowa: Bill Bryson - Krótka historia prawie wszystkiego
Bill Bryson, to autor, który do nauki podchodzi z niesamowitą dozą dobrego humoru. I choć na pierwszym miejscu postawiłem "Krótką historię...", to kolejna jego książka, którą właśnie kończę czytać, sprawiła, że na książki popularnonaukowe spojrzycie z zupełnie innej perspektywy. Chodzi mianowicie o "Krótką historię rzeczy codziennego użytku", pozycję redefiniującą jakość dzieł traktujących o szeroko pojmowanej nauce. Mnóstwo humoru, ogrom wiedzy, stos ciekawostek i świetny styl sprawiają, że po raz pierwszy nie przysypiałem nad tego typu literaturą. Bryson z miejsca stał się jednym z moich ulubionych autorów i zachęcił mnie do zagłębienia się w jego twórczość. Jeśli miałbym wskazać  pisarza roku postawiłbym właśnie na niego.

6. Nadrabianie klasyki: Kurt Vonnegut - Matka Noc
Opowieść o człowieku rozdartym pomiędzy dwoma systemami wartości stała się dla mnie jedną z najlepszych książek Vonneguta. I choć tematem znów jest wojna i pomimo tego, że znów jest cholernie smutno, to absolutnie nie okazała się ona rozczarowaniem. Posiada nie tylko wyrazisty morał, ale jest również godna samodzielnego przemyślenia. Rywalizowała głównie z "Na wschód od Edenu" Steinbecka i muszę przyznać, że tę rywalizację wygrała o włos. Obie powieści są niesamowite i obie należy potraktować jako pozycje obowiązkowe. Podsumowując - w przeciwieństwie do horrorów miałem w tym roku cholerne szczęście do klasyki.

7. Najlepsza książka: Waldemar Łysiak - Wyspy Bezludne

Pięknie wydana książka, która zachwyciła mnie niesamowitym językiem i pomysłowością. Czyta się ją wyśmienicie, a poetycki język stanowi genialny sposób na przeniesienie się do innego świata - świata namalowanego słowem. Chyba nie ma drugiej pozycji, która wciągnęłaby mnie tak mocno. Poszczególne rozdziały stanowią niecodzienny mariaż historii ze sztuką, poetyckości z publicystyką, refleksji z wizjonerstwem. Jedna z niewielu książek, którą bardzo chciałbym mieć na swojej półce.

niedziela, 14 grudnia 2014

Wolność, czy kolonializm? Krótka notka o imperializmie.

Pytanie którego po drugiej wojnie światowej nie powinno się stawiać. Czy kolonializm europejski był zły? Otóż jedyna odpowiedź, którą nasza cywilizacja wmawia sobie sama od dziesiątków lat jest taka, że kolonializm białego człowieka, to największa zbrodnia i esencja potworności wszech czasów (no, może zaraz po Hitlerze, Stalinie i wygazowanym piwie). Z perspektywy czasu można by jednak ten problem przemyśleć trochę głębiej.

Do tych rozważań zainspirowała mnie książka Nialla Fergusona, znanego, amerykańskiego ekonomisty, nosząca tytuł "Kolos". Przemyślenia te mają nie tylko charakter historyczny, ale zajmują się także kwestią neokolonializmu.

Wpis ten będzie dość krótki, by nie zanudzać Was faktami historycznymi. Otóż z lektury można wyciągnąć wiele zaskakujących wniosków. Dlaczego "imperialna" i zepsuta do szpiku kości Wielka Brytania inwestowała w swe zamorskie imperia więcej, niż w przeliczeniu wynosi współczesny poziom pomocy rozwojowej dla najbiedniejszych państw? Dlaczego mimo ustania okupacji tylko dwa państwa zależne osiągnęły poziom rozwoju lepszy, niż w czasach kolonialnych? Jak to się dzieje, że mimo suwerenności i teoretycznej samorządności nowopowstałych państw coraz mniej krajów pierwszego świata chce w nie inwestować?

Otóż autor stawia kontrowersyjną tezę, że może imperium czasem jest potrzebne. Być może izolacjonizm polityczny Stanów Zjednoczonych wcale nie przynosi korzyści rozwojowych? Pojawia się nawet teza, że wieloletnia okupacja Iraku i stworzenie solidnych instytucji państwowych byłoby lepszym wyjściem, niż opuszczenie państwa, gdy to znajduje się w bardzo trudnym położeniu ekonomicznym. Z punktu widzenia liberalnych mediów opinie takie zakrawają o herezję, ale gdy przyjrzymy się identycznym sytuacjom z przeszłości, zauważymy, że to przecież dopiero wieloletnia okupacja Egiptu przez imperium Brytyjskie uratowała go przed ekonomiczną katastrofą. Implementacja systemów nawadniania, rozwój komunikacji, administracji itd. choć nie spowodował znacznego podniesienia się jakości życia mieszkańców Egiptu, sprawił jednakże, że mimo podwojenia się liczby obywateli kraj ten zdołał przetrwać. Przykłady te można by mnożyć - od kolonii takich jak Kanada, Australia, Nowa Zelandia, aż po takie jak Indie, RPA, czy Pakistan. Bliższe nam i niemal równie trudne, powojenne okupacje Niemiec i Japonii przez wojsko amerykańskie, wprowadziły te państwa na drogę błyskawicznego rozwoju gospodarczego. Nie inaczej stało się z Koreą Południową, choć na znaczący skok trzeba było czekać aż do lat 70-tych. Porównanie przedrewolucyjnego Iranu ściśle powiązanego z USA, z Iranem współczesnym, jest najdobitniejszym przykładem ukazującym konsekwencje upadku kolonializmu.

Pojawiają się więc pytania: jak dużo na odrodzeniu imperium straciłyby Somalia, Liberia, Kongo, Czad, Sudan, Nigeria itd. (mógłbym wymieniać bez końca)? Czy zasadne jest odmawianie takim krajom prawa do samostanowienia, tylko po to, by nauczyć wszystkie narody zrzeszone w tych państwach tworzenia i kierowania niezbędnymi organami administracyjnymi? Czy naród większy, silniejszy i bogatszy nie powinien choćby po części brać odpowiedzialności za narody słabsze? Czy da się wreszcie zmodyfikować dawny, brytyjski system kolonialny tak, aby był wydajniejszy, sprawniejszy i doskonalszy?


Pytania te pozostawiam otwarte i czekam na ciekawe komentarze, gdyż temat niewątpliwie warty jest zastanowienia, a każda opinia będzie dla mnie bardzo interesująca...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jo Nesbo - "Pentagram"

Wreszcie zdołałem oderwać swoją uwagę od tzw. poważnej literatury. Dzięki temu miałem okazję dostąpić zaszczytu ponownego spotkania z norweskim komisarzem Harrym Hole. Pentagram, to piąta część cyklu opowiadająca o losach świetnie znanego nam już detektywa. Tym razem zagadka dotyczy nie tylko seryjnego mordercy, którego znakiem rozpoznawczym będzie tytułowy pentagram, ale także wyjaśnianiu intrygi, która swymi mackami zaczęła oplatać czytelników już w poprzedniej części.

Muszę przyznać, że ta odsłona zdecydowanie mnie oczarowała. Teoretycznie Harry po raz kolejny popełnia stare błędy, znów poddaje się nałogowi alkoholowemu, znów cierpi i nadal nie jest w stanie ułożyć sobie życia z kobietami. Choć Nesbo użył tu wszystkich swoich sprawdzonych tricków, to muszę przyznać, że i tak jestem zachwycony. W tym bowiem tkwi cały urok Hole'a - dość już bowiem cudownych detektywów, czy  obdarzonych niemalże nadprzyrodzonymi mocami mistrzów dedukcji. Hole jest zmęczony życiem, a przez znaczną część powieści zwyczajnie narąbany. Wciąż także naraża swych bliskich na niebezpieczeństwo i pakuje się w niewyobrażalne kłopoty.  I pomimo tego, że nie jest on człowiekiem, którego policja mogłaby sobie stawiać za wzór, wciąż wpływa na czytelnika swym niezwykłym wręcz urokiem, zaangażowaniem, twardością charakteru i poświęceniem.

Nesbo dobrze wie jak budować napięcie i angażować czytelnika. Książka jest nie tylko pełna prostych, męskich emocji, ale także akcji, napięcia i ciągłej niepewności. Gdy przeciętny kryminał osiąga swój finał, Nesbo dopiero wrzuca wyższy bieg. I nawet jeśli ktoś byłby w stanie poznać tożsamość mordercy przed zakończeniem książki (co jeśli znamy poprzednie powieści Norwega nie jest tak szaleńczo trudne), to wciąż pozostaje jakaś niewyjaśniona kwestia, niedopowiedzenie, otwarty wątek, którego rozstrzygnięcia pilnie wypatruje się aż do ostatniej literki. Nie wspomnę już o tym, że sceny zamykające powieść Nesbo są zabójczo filmowe, co zresztą stało się już dla tego pisarza standardem.

Tym razem wśród słów pochwały naprawdę trudno doszukiwać się jakiejkolwiek krytyki. Można by się czepiać, że to nic nowego, że zagadka za prosta, że początek trochę się dłuży, ale po co?  To jest dokładnie taki Harry i taki Nesbo jakiego uwielbiam. Nie jest to być może najlepsza część serii, ale z całą pewnością utrzymuje ona wysoki poziom poprzedniczek.


Moja ocena to: 8/10 

czwartek, 4 grudnia 2014

Run And Kill (1993)

Czasem zdarzy mi się obejrzeć coś, czego absolutnie nie zamierzam recenzować. Albo dlatego, że jestem za głupi, by znaleźć odpowiednie słowa, albo też w przypadku, gdy film jest tak pokręcony, że trudno mi w miarę obiektywnie określić jego jakość. Właśnie taką produkcją jest Run And Kill - wyreżyserowany w Hongkongu, kontrowersyjny i brutalny twór naszych skośnookich braci. Niestety moje pragnienia rozbiły się o tamę postawioną przez Patryka, który zmotywował mnie do sporządzenia krótkiej notki na jego temat. Podkreślił równocześnie by pisać szczerze, więc niech tak będzie.

Zacznijmy od kwestii najłatwiejszej - krótkiego streszczenia fabuły. Głównym bohaterem, którego ciężkie kroki przyjdzie nam śledzić, będzie Fatty. Ksywkę tę otrzymał on nie od parady, bowiem jego gabaryty są niewątpliwą inspiracją wszystkich amerykańskich dietetyków (niech żyją stereotypy). Jedno słowo, którym można by krótko scharakteryzować Fatty'ego (oprócz gruby), to sympatyczny. Troskliwy ojciec, sumienny przedsiębiorca i kochający mąż, ma jedną zasadniczą wadę. Jest straszną pierdołą. Odkrywając romans swojej żony prosi złapaną in flagranti parę o... przeniesienie się do sypialni. W sytuacji gdy przeciętny facet zabrałby się do obijania komuś mordy nasz grubasek udaje się na maraton po barach. W stanie mocno wskazującym spotyka młodą kobietę - Fanny. Alkohol i nierozwaga sprawiają, że główny bohater nieopacznie zamawia...zabójstwo swojej żony i jej kochanka. Wydaje Wam się, że już to jest odrobinę dziwne? Moje drodzy, naiwni czytelnicy - to dopiero początek chaosu, pierwszy ruch skrzydełka motyla, który wywoła tornado.

Teraz przejdźmy do sprawy zasadniczej. Zdecydowaną i niepodważalną zaletą jest zdolność scenarzystów do zaskakiwania widza. Każdy motyw znany z filmów akcji zwraca się tutaj przeciwko bohaterom. Ten kto powinien żyć umiera, ten kto powinien zostać aresztowany chodzi na wolności. Wyraźnie widać, że w świecie, w którym musi poruszać się Fatty nie ma żadnego tabu. Przygotujcie się na to, że obraz ten niesie ze sobą również bardzo dużą dawkę brutalności - a przypominam, że słyszycie to od gościa, który nie miał żadnych zastrzeżeń do zombie-bobra odgryzającego ludziom penisy...
Fanny - bardziej irytująca niż Szumlewicz...
Run And Kill ze względu na kilka charakterystycznych scen niesamowicie zapada w pamięć. W dodatku godna pochwały jest genialna kreacja (moim zdaniem) zimnokrwistego mordercy - Ching Funga - dążącego do wymierzenia zemsty za śmierć swojego brata. Zdecydowanie wskoczył on na moją prywatną listę najbardziej zdegenerowanych łotrów w historii kina.

Oczywiście nie jest tak do końca różowo. Choć zachwycił scenariusz, niektóre role, czy bezkompromisowość, to kilka rzeczy skutecznie psuło mi seans. Przede wszystkim każda postać kobieca. Choć w historii tej nie odgrywały one jakiejś ogromnej roli, to bardzo skutecznie irytowały. Nie wiem czy to jakaś maniera kina azjatyckiego, ale notorycznie piskliwe wypowiedzi Fanny, jej sztuczna, groteskowa gra, czy chociażby płaczliwe jazgoty córki Fatty'ego sprawiały, że niektóre sceny wręcz pragnąłem jak najszybciej mieć za sobą. Nie podoba mi się też pomysł na powtarzanie tej samej linii dialogowej. Ma to oczywiście swoje zadanie - ukazanie czy to wściekłości, strachu, czy rozpaczy, ale na dłuższą metę cholernie odrzucało.
Ching - odkrycie roku. Idealny łotr filmowy. 
Podsumowując - film, choć świetny, został skrzywdzony przez grę aktorską postaci drugoplanowych, szczegóły techniczne i czasem zbyt swobodne podejście do faktycznych zasad działania systemu sprawiedliwości. Pędzące tempo, niesamowity scenariusz i klimat skutecznie rekompensowały te braki. Oczywiście nie jest to propozycja dla każdego, ale moim zdaniem był on co najmniej bardzo dobry i tak też go oceniam:


Moja ocena to: 7/10    

sobota, 29 listopada 2014

Zombeavers (2014)

Wszyscy dobrze wiemy, że świat jest pełen niebezpieczeństw. Od najmłodszych lat rodzice uczą nas, by nie przechodzić przez jezdnię na czerwonym świetle, nie chodzić po drzewach, czy nie brać cukierków od nieznajomego pana w długim płaszczu przeciwdeszczowym (czego osobiście nigdy nie rozumiałem, ponieważ to właśnie były najlepsze cukierki jakie w życiu jadłem). Niestety nie wpaja nam się równocześnie, by unikać genetycznie zmodyfikowanych anakond, pszczół, czy chociażby... bobrów. Oczywiście zaniedbania te muszą kiedyś sprawić, że będziemy narażeni na szereg niekomfortowych sytuacji, albo bardziej banalną i przyziemną śmierć w męczarniach. Zombeavers, to film dokumentalny, który stara się antycypować bieg przypuszczalnych wydarzeń, które mogą stać się konsekwencją przewożenia niezwykle niebezpiecznych materiałów radioaktywnych przez dwóch wieśniaków-homoseksualistów w obdrapanym jeepie. Nie wiem jak Wy, ale ja z całą pewnością dostrzegam w tym pewną alegorią współczesnego modelu politycznego...

Ale zostawmy politykę z boku, gdyż wartość, którą to dzieło chce nam przekazać nie potrzebuje żadnego dodatkowego tła. Uważny widz prawdopodobnie wyłapie z tego obrazu wiele dosadniejszych lub luźniejszych nawiązań, metafor, czy innego rodzaju zabiegów artystycznych. Pochylmy sie jednak nad warstwą powierzchowną i spróbujmy odczytać wizję reżysera w sposób do bólu dosłowny.
Trudno ukryć, że reżyser inspirował się prozą Stephena Kinga - klasa światowa!
Fabuła opiera się na pełnej emocji i niebezpieczeństw przygodzie trójki młodych, stosunkowo atrakcyjnych kobiet, które ze względu na problemy miłosne jednej z nich postanawiają spędzić samotnie weekend - oczywiście w domku nad jeziorem. Z czasem dołączają do nich ich partnerzy, którzy choć pozornie są niewyżyci seksualnie, stanowią zapewne personifikację niespełnionych, młodzieńczych nadziei. Problem z jakim zmagają się nasi dzielni bohaterowie, to wspomniane już mordercze, zmodyfikowane genetycznie zombie-bobry. Oczywiście ich obecność w kinie takiej klasy możemy odczytywać na wiele sposobów. Moim zdaniem były one metaforę problemów na naszej drodze życiowej, które prędzej czy później kończą się nieuniknionym zgonem. Ich perfidia i zawziętość, to zapewne odniesienie do walki, którą każdy z nas musi codziennie toczyć z przeciwnościami losu.

Choć modele głównych oponentów (przypominam raz jeszcze: morderczych bobrów zombie - zombrie?) są do bólu sztuczne, to należy podkreślić, że wiele problemów, które stoją na naszej drodze, również są wykreowane sztucznie i podobnie jak te filmowe zombrie, dla postronnego obserwatora wydają się śmieszne. Odpowiedzmy więc sobie na jedno ważne, ale to bardzo ważne pytanie: czy sami nie stajemy się częścią naszych problemów, nie utożsamiamy się z nimi? Być może nie, ale z całą pewnością bohaterowie tego świetnego nomen omen kina z czasem stają się zmutowanymi bobrami...
Fenomenalna gra aktorska i świetne, zapierające dech w piersiach efekty specjalne ukazane na jednym obrazie.
Obalmy też jedną z popularnych, krytycznych tez, którymi często operują malkontenci. Wskazują oni bowiem na obecność piersi jednej z głównych bohaterek, które nie tylko ukazane są w sposób bardzo... otwarty, ale też pozornie nie wpływający na bieg wydarzeń. W związku z tym pojawiła się opinia, że głównym adresatem tego filmu będzie banda niewyżytych nastolatków. Z miejsca należy obalić ten bzdurny argument, ponieważ wyraźnie widać, że kobiece piersi w tym wydaniu, to tylko zręczne nawiązanie do erotyzmu serwowanego nam przez współczesne media i próba ośmieszenia podobnych zabiegów. Wskazuje na to wyraźnie skromny rozmiar demoralizujących atrybutów wspomnianej już bohaterki, który ma za zadanie wzbudzić w nas niechęć do oglądania podobnych prób w przyszłości.

Podsumowując: mamy tu do czynienia z niezwykle przemyślaną produkcją, stanowiącą kwintesencję współczesnego artyzmu i sztuki wyższej. Niestety obraz ten nie jest przeznaczony dla ubogich duchowo i niepotrafiących docenić intelektualnego kunsztu reżysera. Choć wydawać by się mogło, że należy go traktować jako prymitywną, mało śmieszną komedyjkę z elementami gore - w rzeczywistości mamy do czynienia z filmem bijącym na głowę wszystkie tegoroczne produkcje.

Moja ocena to mocne: 10/10


A tak serio: 2/10 za fajne plakaty ;)    

poniedziałek, 24 listopada 2014

Meg Cabot - Magiczny Pech [Kaszana Czelendż 1/2015]

Nasz świat nie jest doskonały. Mimo wszelkich starań zaprowadzenia globalnego pokoju i porządku ludzkość wciąż nękają takie problemy jak AIDS, wojny, głód, terroryzm i Meg Cabot. O ile te pierwsze kwestie są stosunkowo mocno napiętnowane i często podkreśla się ich znaczenie, o tyle nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, by spalić wszystkie egzemplarze Magicznego Pecha - książki w której stworzeniu musiały maczać palce siły nieczyste. I choć odpukałem już w niemalowane (czołem), splunąłem przez lewe ramię (na okładkę) i wysypałem wokół niej starożytne symbole ochronne z soli, wciąż czuję, że nie zrobiłem dostatecznie wiele. Wydaje mi się, że ona wciąż może kogoś skrzywdzić...

Klasycznie zacznę jednak od tego, co w tym przypadku określę szumnie mianem "fabuły". Nie wiem czy wszystkie historie dla nastolatków są tak infantylne, ale ta przedstawiająca losy nastoletniej czarownicy Maggie jest. Trudno mi powiedzieć czy schemat w powieściach młodzieżowych jest zawsze taki sam, ale tutaj występuje coś co roboczo określę "brzytwą Stephenie Mayer". Mechanizm ten, w odróżnieniu od brzytwy Ockhama, polega na tym, że wskazujemy na najbardziej idiotyczne pomysły, które można zaimplementować do powieści i zostawiamy tylko je - każdy rozsądny wątek, czy choćby dialog z miejsca odrzucamy. Jak widać wystarczy znaleźć grono niedojrzałych nastolatek lub gości zmuszonych do wzięcia udziału w wyzwaniach internetowych, by zrobić na tym kasę...

Dobra, wróć, nie chcę się przecież czepiać samych czytelników, którym "to" przynosi frajdę, ale przyznam szczerze, że w życiu nie czytałem większego gówna. I jeżeli wydawać by się mogło, że staram się deprecjonować Wasz gust czytelniczy, to nie, nic podobnego. Ja Was naprawdę szczerze podziwiam...

Ale po co się rozwodzić nad szczegółami? Czas na konkrety. Czym raczy nas pani Cabot w swoim epokowym dziele? Oczywiście podstawowym elementem będą miałkie dialogi, które są nie tylko wypełnione kompletnie idiotycznymi rozważaniami nastolatek, ale co gorsza pełne irytujących powtórzeń. Drugą kwestią jest niesamowita fabuła, którą wstydziłbym się zanotować nawet na papierze toaletowym. Żadnych zaskoczeń - nastolatki nie mogą przecież za dużo myśleć. Oczywiście do tego nieodłącznie muszą być wmieszani najbardziej wkurzający bohaterowie pod słońcem - idealny Zach, chłopak półbóg, zepsuta do szpiku kości Tory, (która nie tylko pije piwo, ale i bierze valium!) a także nasza bohaterka - Maggie. Jedyna wiedźma, którą sam z radością spaliłbym na stosie i to wcale nie ze względu na jej nadprzyrodzone zdolności.

Ale co tam - nie znam się na literaturze, więc może to tylko moje widzimisię. Być może za sto lat książki Cabot będą należały do kanonu literatury. Dziś pocieszam się jednak myślą, że nie dożyję tych czasów i głos oddaję samej pisarce:       

Nie Madelaine ani Margaret. Po prostu Maggie. Kiedyś, na wsi, słyszałam, jak ktoś wołał tak na krowę! - To Iowa - czego się spodziewaliście? Że na krowę mówi się "mućka"? Zresztą mogło być gorzej. Mogła się nazywać na przykład Szczepan - pomyślcie jakie to jest cierpienie...

Nie, żebym narzekała. - Nie dajcie się zwieść. Będzie narzekała. Non stop...

"Czy coś" - Maggie nie grzeszy elokwencją, ale po kolejnym powtórzeniu sakramentalnego "czy coś" ma się ochotę obić jej mordę, czy coś...

"Nikt mi nie odpowiedział od razu, ale na pewno dobiegło mnie głośno rzucone słowo na „k”." Kaczka? Konkwistador? Konstantynopolitańczykowianeczka? Kurwa, chyba nie zgadnę :/

Właśnie oplułam mrożoną herbatą z Long Island najfajniejszego chłopaka, jakiego spotkałam w życiu. - trzeba się było na niego jeszcze zsikać. Gdyby to nie zmieniło waszych relacji ten związek byłby już nie do rozbicia #BravoGirl

A więc koty też lubił. Opiekunki do dzieci, Siódme niebo, foki, dzieci... I koty. Czy ten facet mógłby być jeszcze sympatyczniejszy? - Czuję mdłości...


Zastanawiałam się już nad tym. Serio, zastanawiałam się. Jednak po prostu nie mogłam wyobrazić sobie, żeby Tory zrobiła coś równie podłego. Symulować próbę samobójczą, tak. Ale roznosić na mój temat plotkę, która była totalnym kłamstwem i ona o tym wiedziała? - No jasne, bo symulowanie próby samobójczej jest w przypadku nastolatek zupełnie rozsądnym i logicznym wyjściem...

Wtedy Zach jakoś zdołał dojść do siebie. Wymamrotał.
- Tak... Tak... wyglądasz naprawdę... Naprawdę...
Stanęłam, czując nagle, że żołądek mi się z całej siły zacisnął - bo co on chciał powiedzieć? Przecież na pewno nie, że wyglądam świetnie, ani nic. Przyjaciele nie mówią sobie nawzajem takich rzeczy... - Czas na brutalną prawdę - facet jest napalony jak piec Martenowski. Bardziej bezpośredni byłby już tylko wyciągając wacka i waląc ją nim po twarzy...

I pochylił się, żeby mnie znów pocałować.
A tym razem, kiedy uniósł głowę, przed moimi oczami latały ptaszki, gwiazdki i jeszcze niewielkie tęcze. - z gwiazdkami i tęczami może być pewien problem, ale co do ptaszków to na pewno nie były ostatnie jakie latały jej przed oczami tego wieczora...


No ja myślę. No bo, ja leciutko dostałam szóstkę z szycia w siódmej klasie - przez pół powieści nasza bohaterka zastanawia się dlaczego ludzie jej nie lubią. Może dlatego, że po prostu jest suką która chwali się każdą głupotą? Tak tylko podpowiadam... 

Moja ocena to 0,05/10

poniedziałek, 17 listopada 2014

Kurt Vonnegut - "Matka noc"

Obraz podwójnego agenta, który wykreowała współczesna popkultura jest w gruncie rzeczy całkiem pozytywny. Na dobrą sprawę zwykle jest to altruistyczny bohater, rycerz XXI wieku walczący o uniwersalnie pojmowaną wolność. Sprawy przedstawiają się zgoła inaczej, gdy sięgamy po książkę Kurta Vonneguta - tutaj bowiem heroizm nie ma żadnego znaczenia - ważne jest tylko bezsensowne cierpienie podlane szczyptą charakterystycznej dla autora ironii.

Już na początku powieści poznajemy Howarda Cambella - szpiega amerykańskiego służącego podczas wojny w niemieckim wydziale propagandy. Całe nieszczęście naszego protagonisty polega na tym, że działania na rzecz niemieckiego przemysłu wojennego podejmuje on całkiem otwarcie i świadomie, natomiast działalność na rzecz wywiadu USA jest tak głęboko utajniona, że często nawet on nie ma na jej temat żadnych informacji. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu w niemiecką propagandę Howard staje się jedynym agentem amerykańskim w Niemczech, któremu udaje się przetrwać wojnę.  Książka zaś skupia się raczej na jego późniejszych losach - powrocie do Nowego Jorku, ponownym spotkaniu z żoną, zawieraniu nowych przyjaźni oraz planowanym procesie za zbrodnie nazistowskie.

Gdybym jednak miał opowiedzieć o czym była ta książka, wspomniałbym raczej, że jest to traktat o problemie winy - tych którzy przeżyli wojnę i tych, którzy podczas wojny mordowali innych. O poczuciu winy tych, którzy sami kształtowali wojenną rzeczywistość oraz tych, którzy musieli się jej podporządkować. Nasz bohater staje się łącznikiem pomiędzy tymi dwoma światami, a przez to nie radzi sobie z rzeczywistością w jakiej się znalazł - rzeczywistością wolnego, powojennego świata. Ta podzielona osobowość z czasem coraz bardziej daje o sobie znać i trudno stwierdzić jak wiele zdrowych zmysłów Howard Cambell zachowa, gdy dotrzemy do końca tej historii.

Choć książeczka liczy niewiele ponad sto pięćdziesiąt stron warto ją poznać. Wydaje się także, że jest to najjaśniejsza, jeśli chodzi o przekaz, książka Vonneguta. W jej kontekście często powtarzany jest morał: "jesteś tym, kogo udajesz, więc lepiej uważaj kogo udajesz". Czy bohater poradzi sobie z ciężarem win, czy zdoła znaleźć odkupienie, czy wreszcie wytoczony mu proces dojdzie do skutku? Warto sięgnąć po tę króciutka lekturę i samemu poznać odpowiedzi na te pytania.


Moja ocena to: 8/10    

czwartek, 13 listopada 2014

"Nie wykorzystaj tego tekstu do niecnych celów", czyli dlaczego nie wolno mi ufać...

Jeżeli czasem zdarza Wam się zajrzeć w komentarze pod moimi tekstami, to doskonale wiecie, że często udziela się tu wiele fajnych, sympatycznych dziewczyn, kobiet, matek, żon i kochanek. O jednej z nich dzisiaj. Otóż z dużą dozą zawstydzenia przyznaję się do wykorzystania tej Pani - Beaty Podsobińskiej. Istota to bystra, piękna i tak dalej (mistrz komplementów), ale uwierzyła, że w żaden sposób nie wykorzystam jej tekstu. O jaki konkretnie tekst chodzi? Otóż Beata (właśnie przeszliśmy na Ty - nie ma sensu się rozdrabniać, skoro i tak grozi mi potencjalny proces sądowy) przesłała mi swoją pracę magisterską traktującą o środowisku blogerów książkowych w Polsce. A że ja jestem istotą z natury złośliwą, to pełen pychy postanowiłem wynaleźć w nim jakiekolwiek błędy i swą analizę wysłać jej do rozważenia na priv. Ale nie mogłem - bo mnie wkurzyła....

Skąd ta moja reakcja zapytacie? Czy jestem przewrażliwiony na swoim punkcie? Czy wytknęła mi błędy, które popełniam? Czy stosuję klasyczną reakcję obronną? Otóż nie - żadna z tych kwestii kompletnie mnie nie poruszyła. Dopiero gdy okazało się, że nawet po trzech piwach jej pracę czyta się wprost doskonale i zgadzam się z niemal każdym argumentem, metodą badawczą, podejściem do opisywanych osób itd., wpadłem w szał. I tylko dlatego, że ona wciąż powtarzała jak ta analiza jest nudna. A wcale nie jest!!!

Ale podejdźmy do niej jak do klasycznej recenzji (choć po przeczytaniu rozważań Beaty jestem skłonny przyznać, że moje recenzje wcale recenzjami nie są). Po pierwsze - stylowo jest nienagannie. Choć ma to formę pracy magisterskiej jej rozważania czyta się doskonale. Oczywiście - powtórzone po raz enty podsumowania trochę wkurzają, ale to juz nie wina autorki, tylko bzdurnych zasad dotyczących pisania prac naukowych. Po drugie - być może zdołała ona przeprowadzić unikatowe i niesamowicie aktualne badania, bądź co bądź, naszej społeczności. Analiza wieku, płci, czy ulubionych gatunków książek recenzowanych na polskich blogach, to wbrew pozorom bardzo interesująca wiedza. Po trzecie wreszcie wskazała na typowe podejścia autorów do blogerów i jak to mówi pan Maniek spod sklepu "wice wersja". Jeżeli ktoś tworzy jakąkolwiek publicystyczną stronę internetową znalazłby w tym tekście wiele niesamowicie cennych informacji. 

Oczywiście pozostałych zalet jest mnóstwo, ale przecież nikt tu nie wchodzi, by czytać o zaletach. Skupmy się na wadach, których... nie ma. A raczej są tak niewielkie, że tylko "czepliwy ja" mógł zwrócić na nie uwagę. Głównie chodzi mi o próbę reprezentatywną złożoną z lekko ponad dwustu blogerów. Mam świadomość, że samych blogerów książkowych może być niewiele więcej i tego, że studentce trudno jest poświęcić czas, by dotrzeć do większej liczby osób, ale zgodnie z teorią noblisty - Daniela Kahnemana - próba powinna być odrobinę wyższa. Nie zrozumcie mnie źle - przeanalizowałem większość wyników i wydają się one odzwierciedlać moje spostrzeganie dotyczące tego środowiska, ale pan Kahneman wskazuje także na zawodność intuicji. Nie jest to jednak błąd znaczący, gdyż wyniki badań przeprowadzonych na większej liczbie respondentów byłyby zapewne bardzo podobne - jeśli nie identyczne. Drugą kwestią jest posługiwanie się wskaźnikiem wyświetleń "wmontowanym" w system blogspotowy. Wskaźnik ten, jak każdy dłużej piszący zdołał zauważyć, jest co najmniej wątpliwy. Wyświetla on bowiem ruch na stronie, ale na dobrą sprawę trudno określić w jakiej mierze jest on sztucznie generowany.

I to o czepialstwie w sumie tyle, bo reszta, to świetne studium do ulepszania swoich umiejętności. Zaznaczam jednak, że należy do tego podejść z dość dużym dystansem. Otóż Beata przytacza tam słownikową definicję recenzji (których ja nie mam zamiaru pisać - nie jestem profesjonalistą i nigdy nie będę aspirował do takiego miana), problem kolokwializmów (wciąż mam zamiar zasypywać nimi tekst, gdyż czytelników traktuję bardziej jako kumpli od kieliszka, niż anonimowych dawców komentarzy), czy kwestię błędów stylistycznych (mam świadomość, że popełniam ich multum, ale staram się z tym walczyć).       

Podsumowując - nie zaszkodziłoby, gdyby ta praca dotarła do jak największej liczby blogerów i autorów. Nie ma co się spinać jak ludzka stonoga - po prostu warto takie rzeczy czytać i chociażby starać się wyciągać z nich odpowiednie wnioski. Tym bardziej, że nie jest to tekst stronniczy, a raczej bardzo wyważony i niesamowicie racjonalny.


A teraz opieprz dla Beaty - jak możesz być aż tak samokrytyczna? Włożyłaś w tę pracę mnóstwo wysiłku - warto żeby poznali ją inni - tym bardziej jeśli są zainteresowani tematem. Nie rozumiem jak można bać się reakcji jakiegoś blogera, któremu wytknęłaś błędy stylistyczne. Ja bym to potraktował jako zainteresowanie moją pracą, a więc w dużej mierze zaszczyt. Nie bądź leszczem - udostępnij ją!!! W razie czego gwarantuję Ci schronienie i ciepły kąt do spania ;D

sobota, 8 listopada 2014

W mroku pod schodami (The People Under the Stairs) 1991

Zastanawialiście się kiedyś co powstanie jeśli połączymy Kevina Samego w Domu z horrorem? Można by pewnie zgłosić tysiąc różnych (głównie głupich) pomysłów, ale nietrudno się domyślić, że dzieło to będzie do bólu groteskowe. Szczególnie gdy okaże się, że paluchy w stworzeniu czegoś tak dziwnego maczał sam mistrz czarnego humoru - Wes Craven.
Pierwsze miesiączki bywają niezręczne....
W rolę heroicznych obrońców domostwa wciela się tym razem para kanibalistycznych psychopatów. Złodziejem natomiast jest biedny, murzyński chłopaczek, z biednej murzyńskiej rodziny. Jak przystało na dzielnego rycerza nasz mały rozrabiaka "idzie na włam", by ratować swą ciężko chorą matkę i gromadę młodszego rodzeństwa. Fool, bo takie przezwisko nosi protagonista, jest postacią do bólu schematyczną. Jedyny sprawiedliwy, zawsze podejmujący słuszne i moralnie zasadne decyzje - w przyszłości chce być lekarzem. Typowy, przeciętny dzieciak ze slumsów :D

Z drugiej zaś strony mamy parę zepsutych do szpiku kości porywaczy dzieci, zboczone rodzeństwo, które dorobiło się na handlu trumnami i na eksmisji ludzi z ich domów - ot, przeciętna para z kapitalistycznej, zdemoralizowanej klasy nowobogackich. Ich główną rozrywką jest jedzenie ludzkiego mięsa i obcinanie porwanym dzieciakom różnych części ciała - w zależności od nastroju.
Mama upiekła ciasto...
Fabuły nie trzeba nawet głębiej opisywać - opiera się ona na klasycznym, manicheistycznym modelu walki dobra ze złem. Nie ma co liczyć na jakiekolwiek zaskoczenie - po raz kolejny zwycięża uosobione w małym murzynku dobro i inteligencja, która bierze górę nad prymitywizmem i siłą fizyczną zła. Wydawać by się mogło, że jest to jakiś niesamowity spojler, ale w tym filmie nie ma żadnych niespodzianek. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie miał wątpliwości jak potoczy się ta cała historia.
*Miejsce na rasistowski komentarz związany z Ku Klux Klanem*
Jak już wspomniałem nasycenie groteską i czarnym humorem jest tak duże, że tylko najmłodsi widzowie byliby w stanie potraktować ten film jako horror. Na dobrą sprawę można go spokojnie zakwalifikować jako przygodowy film z elementami grozy. Ta zaś przejawia się tylko w tym, że niektóry sceny są nad wyraz brutalne, ale w żadnym wypadku nie można ich określić jako straszne.
*Miejsce na szowinistyczny komentarz związany z przemysłem pornograficznym*

Czy w takim razie nie jest to dobry film? Otóż to zależy od tego, czy koniecznie chcemy go potraktować jako pełnoprawny horror. W takim wypadku ta produkcja z pewnością zawiedzie. Jeśli jednak odrzucimy te gatunkowe animozje, to śmiało możemy czerpać z owych głupot sporą radość. Po pierwsze dlatego, że jeśli macie poczucie humoru podobne to mojego, to parskniecie śmiechem na widok mordercy paradującego po domu w stroju z lateksu, czy rzucającego się w wir szalonego tańca radości po kolejnym zabójstwie dokonanym z zimną krwią. Rozbawią Was charakteryzacje postaci, idiotyzmy w zachowaniu głównych bohaterów itd. Jeśli więc podejdziecie do tego filmu jak do zwykłego pastiszu, to z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

Podsumowując - ja bawiłem się nieźle, ale zaznaczam, że do tego tworu trzeba podejść z ogromnym dystansem i  potraktować go jako czystą zabawę. Tylko wtedy seans będzie stosunkowo przyjemny. Polecam więc, ale tylko wariatom podobnym do mnie ;)

Moja ocena to: 6/10  

piątek, 31 października 2014

Uprzejmy tekst o tym, jakim miłym człowiekiem jestem...

Wobec pogarszającej się pogody czas na wpis, który będzie do niej chociażby po części adekwatny. Jako że na dworze (a w Krakowie na polu) zaczyna coraz bardziej pizgać (fachowa terminologia związana z wzmagającymi się wahaniami pogody i spadkiem temperatur) czas się trochę pożalić. Oczywiście jak zwykle niesłusznie i kompletnie absurdalnie, ale co mi tam...

O czym będzie mowa? Otóż chciałbym zadedykować ten tekst kompletnie nieśmiesznym, ale namiętnie powtarzanym powiedzonkom, które z jakiegoś powodu powinny mnie bawić do rozpuku. I o tych ludziach, którzy z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, postawili sobie za cel swojego życia rozbawienie mej skromnej osoby. Dlaczego mnie to boli? Bo jestem kurwa strasznie miłym facetem...

Być może wiąże się to z brakiem asertywności, a być może po prostu nie lubię robić sobie wrogów z błahych powodów, ale niemal zawsze gdy "pan śmieszny" opowiada mi jakąś żenującą przygodę, zdarza mi się wykrzywić usta w uśmiechu. Oczywiście nic co powiedział nie jest nowatorskie, odkrywcze, ba, nie jest nawet odrobinę zabawne, ale "przyjacielski Łukasz" będzie go zachęcał. Wykrzywi pysk w grymasie przypominającym uśmiech, dając do zrozumienia, by "komik" kontynuował swoją tyradę. A później, po tym trzygodzinnym słuchaniu głupot, Łukasz wróci do domu i padnie na pysk, dziwiąc się jak to możliwe, że człowiek jest stworzony do życia w społeczeństwie... Choć zwykle nie marudzę na sprawy związane z ubogością języka stosowanego w codziennym życiu (gdyż wtedy pierwszym kamieniem trzymanym w ręce musiałbym sam się pieprznąć w głowę), to są do cholery jakieś granice. Chciałbym więc wskazać jakie powiedzonka, frazy, czy zwroty według mnie wskazują, że możesz być "nieśmiesznym komikiem", lub też znajdować się w początkowym stadium tej ciężkiej, nieuleczalnej choroby.

1. Aśe naebałem
Tekst jakże oklepany i jakże często stanowiący punkt kulminacyjny każdej, "dobrej" historii. Mój drogi przyjacielu/przyjaciółko - zrozum proszę, że mam to serdecznie w dupie. To że chlasz jak świnia, nie masz żadnego umiaru i prawdopodobnie rzygałeś/aś w dyskotekowym kiblu, to żaden powód do dumy. Tekst oklepany, który słyszę co najmniej raz w tygodniu i mający wskazać chyba na to, że oto mam przed sobą mistrza ceremonii, poskramiacza niewieścich serc, wodzireja największych imprez w kraju, wskazuje tylko na to, że Twoja dojrzałość jest na poziomie zdechłej kuropatwy.

2. A smoki też tam były?
Stary, wysilam się. Może nie jestem doskonałym oratorem, ale staram się opowiedzieć coś, co nie będzie dotyczyło tylko wielkości kloca, jakiego udało mi się rano postawić. Więc jeśli juz naprawdę musisz mi przerywać co chwilę, wysil się trochę bardziej. Rzuć jakąś ciekawą, śmieszną, kpiącą, czy wredną uwagę, ale zrób to przynajmniej oryginalnie. Nie każę Ci przecież nawet rozbawić mnie do rozpuku, ale rzuć przynajmniej coś w stylu: "jęczysz jak szczerbaty morświn", a te oklepane teksty, które usłyszałeś od wujka - odpuść...

3. Masz ryj jak...
Na szczęście ostatnio "wyszło to z mody" - przynajmniej w moim otoczeniu - ale tego typu powiedzonek nie dało się wręcz słuchać. Fakt, że urodę odziedziczyłem po moich neandertalskich przodkach z pewnością nie ułatwia sytuacji, ale tak na dobrą sprawę komu przeszkadza czyjkolwiek "ryj"? Nie podobam Ci się? Po prostu spieprzaj - przecież to nie ja chodzę za Tobą w poszukiwaniu rozmówcy, nie ja narzucam Ci się ze swoją obecnością i z całą pewnością nie ja szukam u Ciebie jakiegokolwiek zrozumienia. Jestem w stanie pojąć, że osoby rzucające podobnymi kwestiami wcale nie chcą nikogo urazić (zwykle), a raczej mają na celu sięgnięcie po swoje trzy sekundy sławy. Chcą pobrylować w towarzystwie, nawet jeśli tylko swoim prostactwem. Jeśli myślisz, że to Cię usprawiedliwia - spieprzaj!

4. Gimbaza
Brzydzi mnie to słowo i przyznaję, że zapisałem je bodajże po raz pierwszy w życiu. O co do cholery chodzi z tą gimbazą? Dawniej na ludzi o mentalności nastolatka mówiono po prostu "idiota" i nie było żadnych komplikacji. Sugerowanie, że czterdziestolatek wklejający prowokacyjne, idiotyczne, czy kpiące komentarze na stronach internetowych maści wszelakiej jest "gimbusem", to jednocześnie sugerowanie, że może on jeszcze dojrzeć mentalnie i zejść z ciemnej ścieżki mocy. A może chodzi o gimnazjalistów ogółem? Ale przecież to często równie rozsądni ludzie jak wszyscy inni (to nie był do końca komplement) - chcą palić, pić i ruchać na potęgę, jak w przybliżeniu osiemdziesiąt procent naszego społeczeństwa. Po co ich więc oddzielnie oceniać i piętnować*?

5. Powtarzalność
Spotykając się codziennie z tymi samymi ludźmi, nie muszę już nawet z nimi rozmawiać. Są może ze trzy osoby, w towarzystwie których mogę swobodnie żartować i które nie są na tyle ograniczone, by w kółko powtarzać te same kwestie. Oczywiście nie wymagam tu jakiś niewyobrażalnych cudów, czy niesamowitej kultury, ale jeśli katujesz mnie codziennie tą samą historyjką i oczekujesz, że wysłucham jej po raz siódmy z bananem na mordzie, to coś jest z Tobą poważnie nie tak. Zróbcie teraz szybki rekonesans i przemyślcie - ilu macie znajomych, którzy są tak przewidywalni, że nawet gdyby na stole kopulowało stado rozszalałych klaunów, oni opowiadaliby dokładnie o tym samym, co dzień wcześniej?

Dobra, kończę te pierdoły, gdyż mam świadomość, że również jestem w dużej części tym nieśmiesznym, irytującym osobnikiem. Moje poczucie humoru jest nijakie, żarty nie są zabawne, a teksty miałkie i nudne. Zasadniczą różnicą jest to, że nie wciskam ich nikomu do gardła i nie biegam za nikim z wizytówką zawierającą adres bloga (no chyba że w nocy, w parku i w samym płaszczu przeciwdeszczowym).


*Tekst ma charakter satyryczny. Jeśli uważasz, że krytykuję w nim sens prowadzenia jakichkolwiek badań i analiz społecznych, to jesteś ciężkim idiotą...