środa, 12 lutego 2014

Tragedia na przełęczy Diatłowa (The Dyatlov Pass Incident), 2013

Dawno nie było o filmach - dziś to zmienię. Nie będziecie jednak zadowoleni. Zanim wyleję wiadro pomyj na tego arcygniota, pozwólcie, że przypomnę o kompletnej subiektywności moich recenzji - to wyłącznie moje zdanie i jakkolwiek obchodzi mnie także wasza opinia, to i tak, cytując klasyka: "moja jest mojsza niż twojsza".

A więc do dzieła: co za porażka, kompletna kicha. Jeżeli kiedyś oglądałem coś równie słabego (a parę gniotów widziałem), to chciałbym je z tego miejsca przeprosić za wszelką krytykę. I to wcale nie oznacza, że film stał na z góry straconej pozycji. O nie, nie, wtedy nawet bym się tak nie czepiał. Ale do cholery, jak można wziąć historię grupy Dyatlova i zrobić z niej totalną kaszanę? A, że nie każdy wie o co chodzi? No to tak w skrócie:

Dyatlov - doświadczony alpinista, a także 9 innych osób, których imion i tak nikt nie pamięta, zostaje znalezionych w śniegu. Bez butów, skarpetek, czy tam innych dość istotnych części ubioru, pomagających w przetrwaniu kilkudziesięciostopniowego mrozu. Część jest dotkliwie poraniona, zaledwie jedna osoba nosi na sobie nieznaczne ślady walki, położenie ciał kilku innych wskazuje, że zginęli próbując wrócić do obozu (bo najpierw z niego uciekli bez niezbędnych ciuszków i świeżej bielizny). Pojawia się więc naturalne w tej sytuacji pytanie: "co się, co się, co się stało?" I tu dopiero cała machina zaczyna się rozkręcać. A to lawina, a to UFO, a to ruska armia, okoliczna ludność, czelabińskie chomiki itd. Sprawa pozostaje niewyjaśniona do dziś.

I tu wkracza do akcji film. Ba, nawet Film. Genialne studium tego, jak nie powinno się kręcić horrorów. Od razu powiem, że to kolejna produkcja kręcona z rączki - taki pseudo-dokument w stylu REC. Niektórym filmom wychodzi to na dobre, ale mnie zaczyna powoli nudzić. Po tym seansie zaś już wiem, że ta forma przestała mi się podobać. Nic nowatorskiego, wkurzające silenie się na to, żeby wszystko wyglądało naturalnie daje swoistą "parodię naturalności". Dialogi sztywne jak Tiger Woods na wakacjach. Zachowania bohaterów idiotyczne jak Courtney Love po lobotomii.  I w tym wszystkim ja - widz - walczący z tym filmem na trzeźwo, jak herosi Homera.     

No dobra, przyznam, początek rokował pewne nadzieje. Budowanie klimatu szło całkiem przyzwoicie, choć trochę nudnawo. Ale przecież jest to również grzech wielu horrorów, które oceniałem na mocną siódemkę. Jednak co się zaczęło dziać po jakieś godzinie - no tu już nie zdzierżyłem. (UWAGA SPOILERY - nie czytać) Pieprzona teleportacja. Serio - tyle fajnych, ciekawych teorii w odniesieniu do tej tragedii, a my dostajemy pieprzoną teleportację? No panie rezyserze - to są jakieś jaja. I te potworki na koniec - przecież ja już tylko marzyłem, żeby wylazły z ekranu i skończyły moje męczarnie. (KONIEC SPOJLERÓW - CZYTAĆ DALEJ). Jeżeli ominęliście spojler, to wspomnę jeszcze, że zakończenie zdecydowanie zawodzi.   

Poświęciłem tej produkcji zdecydowanie zbyt wiele czasu. Koniec - bunt, nie piszę o niej więcej. I screenów też nie będzie - sorry, ale nie warto nawet na nie patrzeć. Czytając tę reckę i tak straciliście więcej czasu niż warto poświęcić temu filmowi. Ja odradzam, ale każdy ma swój gust. Może Wam się spodoba. Mi zdecydowanie nie. Przepraszam fanów, ale według mnie to gniot.


Moja ocena to: 2/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz