sobota, 29 marca 2014

Wściekłe psy (1992)

Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z tym filmem. Było to jakieś pięć lat temu. Wyświetlany na Polsacie, około 23, przyciągnął przed ekran telewizora zarówno mnie, jak i brata. Oczywiście pełnoletniość wtedy jeszcze była w toku realizacji, do czego przyznaję się z czystym sumieniem. Film, głównie ze względu na fatalnego lektora, który przekręcał wszystkie najistotniejsze dialogi w jakieś "kurde"(fuck), "co Ty nie powiesz?"(What the fuck are you talking about?) i "nie mam ochoty Cię słuchac" (I'm sick of fucking hearing it), okazał się bardzo irytujący. Dziś jednak ze względu na niewielkie udoskonalenie znajomości języka obcego i przypomnienie sobie o tej produkcji dzięki top-liście filmów Quentina, znajdującej się na jednej z odwiedzanych przeze mnie stron, postanowiłem zaliczyć kolejne podejście do niewątpliwej klasyki kina gangsterskiego.

Mr. Blue: Hey, this girl was nice.
Mr. Pink: She was OK. But she wasn't anything special.
Mr. Blue: What's special? Take you in the back and suck your dick?
Nice Guy Eddie: I'd go over twelve percent for that.

I tak w obecności mojego pysznego, piwnego towarzysza zabaw, zasiadłem do seansu. Obiecywałem sobie oczywiście bardzo dużo. Być może dlatego, że tylko raz zawiodłem się na tym reżyserze i zaznaczam, że wynikało to tylko z moich już wtedy zbyt wygórowanych oczekiwań (Inglourious Basterds - nie hejtować). Tym razem jednak nie mogłem być bardziej zadowolony.




Ten film nadal jest idealny. Doborowa obsada z Michaelem Madsenem, Harvey Keitelem i Stevem Buscemim na czele stworzyło wyjątkowe, charakterystyczne i niepowtarzalne kreacje. Każdy z aktorów wspiął się na wyżyny swoich umiejętności adaptując się do pokręconej wizji reżysera. Niewątpliwie pomocne były w tym względzie świetne dialogi, które ze względu na konkretną dawkę czarnego humoru i pomimo ilości wulgaryzmów, tworzyły bardzo specyficzny klimat.


Mr. Pink: And why am I Mr. Pink?
Joe Cabot: Because you're a faggot, alright?!


Nie chciałbym zbyt długo rozwodzić się nad fabułą, którą każdy szanujący się kinomaniak zapewne zna już na wylot. Oto więc niezbędny jej zarys: napad na bank > coś się pieprzy > chyba mamy kapusia... > śmierć > śmierć > jeszcze więcej śmierci > orgia brutalności > napisy końcowe. Ot, taki wesoły film familijny.




Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest pełne akcji, pościgów i wybuchów kino akcji. To niezwykły film sensacyjny, którego osią są rozmowy bohaterów. Niestety jeżeli nie wsłuchamy się w słowa, które tam padają, raczej nie docenimy komizmu całej sytuacji. Dlatego też dla preferujących bardziej emocjonujące wizualnie kino, będzie to spore rozczarowanie. Jednak reszta, do której przemawia dosadna brutalność, emocje i klimat gangsterski powinna być zachwycona.


Mr. Pink: You kill anybody?
Mr. White: A few cops.
Mr. Pink: No real people?
Mr. White: Just cops.


Kiedyś wspominałem też, że raczej nie zwracam uwagi na muzykę. W wyjątkowych okolicznościach udaje jej się przebić do mojej świadomości. Zwykle wtedy gdy jest fatalna, rzadziej gdy okazuje się fantastyczna. Na szczęście tym razem idealnie wpasowała się w mój gust. Już wiem, że do utworów użytych we "Wściekłych Psach" powrócę jeszcze nieraz.




Podsumowując - jest to film, który mimo nieubłaganego upływu lat wciąż przebija większość wydanych na przestrzeni dziejów produkcji i genialnie pasuje do mojej popieprzonej i kompletnie spaczonej psychiki. Co tu dużo mówić - no po prostu ah i oh. A jeśli Wam się nie podobał? Może po prostu jesteście normalni? Cóż, nie wasza wina.


Moja ocena to: 9/10

poniedziałek, 24 marca 2014

"W paszczy szaleństwa" (1995)

Dzisiejszego wieczoru po raz kolejny przyszło mi zmierzyć się z horrorową klasyką filmową. Problemem z oglądaniem dość leciwych już dzieł jest to, że jako widz od najmłodszych lat przyzwyczajany byłem do pełnych efektów specjalnych, choć niekoniecznie przemyślanych produkcji. Kiedy przychodzi więc do cofnięcia się o kilka lat i konfrontacji z obrazami tworzonymi w czasach, gdy zamiast czytać książki jeszcze zjadałem gile i waliłem do nocniczka, zawsze pojawia się ten sam problem - czy film, który obejrzę był w stanie przetrwać nieubłagany upływ czasu?

W kontekście tej mini-recenzji należy zaznaczyć, że reżyserem "W Paszczy Szaleństwa" jest nie kto inny jak sławny John Carpenter. Można faceta nie lubić, można nie cenić jego twórczości, ale trudno się nie zgodzić, że jest on człowiekiem, który położył kilka ładnych cegiełek pod budowę światowej świątyni horroru. "Halloween", "The Thing", czy ekranizacja "Mgły" Stephena Kinga, to właśnie jego zasługi. Zarzuca się mu jednak często to, że z biegiem lat zatracił zdolność do tworzenia dobrych, przerażających horrorów. "W paszczy szaleństwa" sytuuje się mniej więcej w środkowej części linii czasowej działalności tego reżysera.
Kaset z nocy poślubnej Twoich rodziców nigdy nie powinna znaleźć się w odtwarzaczu :/
Jest to również film co do którego opinie były dość mocno podzielone. Dlatego też nie będę odnosił się już do pozostałych ocen - postaram się napisać coś z punktu widzenia kompletnego ignoranta, a tak się składa, że akurat mam jednego pod ręką.

Otóż moim zdaniem "W Paszczy Szaleństwa", to zdecydowanie film, który zdołał znieść próbę czasu. Oczywiście nie w kontekście straszenia - tu już w dzisiejszych warunkach należy się bardziej postarać - ale raczej w kontekście fabularnym. Jest to historia pewnego autora poczytnych horrorów, który zaginął w tajemniczych okolicznościach, a także pewnego agenta ubezpieczeniowego, który wyrusza na jego poszukiwania. Problem pojawia się w momencie, gdy wychodzi na jaw, że wszystkie historie spisane przez autora -  Suttera Cane'a, mogą być prawdziwe...
Mordercza babcio-ośmiornica. Czy to dziwne? Nie, to tylko Carpenter.
I tak przechodzimy do tego, co miłośnika tego typu filmów interesuje najbardziej - wykorzystane motywy. Nie oszukujmy się, nie ma już całkiem oryginalnych horrorów - każda produkcja bazuje na trzech motywach: duchów, wampirów, obcych lub zombie (matematyka rządzi), które są po prostu interpretowane na różne sposoby. Gdybyśmy chcieli tę kliszę odnieść do omawianego dzieła, postawiłbym na wybuchowy mix obcych, zombie i szaleństwa. No właśnie, szaleństwo. Przez cały seans wydawało mi się, że to właśnie utrata zmysłów staje się głównym tematem przedstawionej nam opowieści. I muszę też przyznać, że jestem z tego powodu bardzo zadowolony.

Według mnie rola Sama Neilla, który po mistrzowsku zagrał sceptycznego agenta ubezpieczeniowego Johna Trenta, niosła ze sobą ogromny potencjał, który udało się wykorzystać w niemal stu procentach. Odnoszę też wrażenie, że dziś nie gra się już w taki sposób. Choć sam film był ze względu na czas swego powstania dość kiczowaty, to ta rola zrekompensowała mi wszystkie wady. Przyznam też, że diaboliczny obraz Suttera Cane'a (Jurgen Prochnow) również przypadł mi do gustu, choć był zepchnięty troszkę na drugi plan.

Analizując ten film ciągle przychodzi mi do głowy coś jeszcze, ciągle wydaje mi się, że napisałem za mało. Tyle smaczków, odniesienia do popkultury, inspiracje Kingiem, Lovecraftem, czy "Egzorcystą", są tak świetnie wplecione w historię, że zasługuje to na najwyższe uznanie. To zdecydowanie produkcja do której warto wracać.
"Ten zły" ze swoją złą do szpiku śrubek maszyną do pisania.
Jednakże jest też coś, co w roku 2014 już nie imponuje. Wszelkie stwory, dziwactwa i maszkary wplecione w wątek, które jakkolwiek nie okazały się najważniejszym elementem, nie wyglądają zbyt imponująco. Tworzone za pomocą makijażu i klasycznych metod, bez zastosowania efektów specjalnych, nie mogą robić wrażenia na widzu wychowanym w hollywoodzkiej epoce. A szkoda, bo dawniej musiały imponować - przygotowane są bowiem bardzo starannie i wyraźnie inspirowane stworami z "The Thing", które swego czasu zrobiły furorę. Nie ocenię ich jednoznacznie negatywnie, bowiem wydaje mi się, że na miarę swych czasów wykonano naprawdę kawał dobrej roboty, ale jeżeli chcemy odpowiedzieć sobie w szczery sposób na pytanie postawione na początku tekstu, to trudno mi uwierzyć, że stworzone przez ekipę Carpentera monstra będą wciąż dla kogoś przerażające. 

Uważam, że warto sięgnąć po "W paszczy szaleństwa". Jeśli chcecie uniknąć rozczarowania potraktujcie ten obraz jak kino psychologiczne z elementami grozy. Wydaje mi się, że nie będziecie rozczarowani. Ja zdecydowanie traktuję go jako jeden z lepszych filmów, które było mi dane ostatnio oglądać (choć większość produkcji które widziałem, to te puszczane nocą na Pulsie, a więc kino niezbyt ambitne :P). No i bardzo dobre zakończenie o którym nie powiem ani słowa, choćby nie wiem co :)

Moja ocena to: 8/10

czwartek, 13 marca 2014

Richard Matheson - "Jestem Legendą"

Za jakie grzechy...
Książka "Jestem Legendą" Richarda Mathesona bez wątpienia zapisała się złotymi zgłoskami w historii horroru. Napisana w 1954 roku pozycja w klimacie post-apokaliptycznym do dziś stanowi lekturę, która porywa serca miłośników grozy. Legendarna powieść w końcu trafiła także w moje ręce, dlatego będę miał dziś niewątpliwą przyjemność podzielenia się z Wami własnymi wrażeniami.

Fabuła kręci się oczywiście wokół Roberta Neville'a - jednego z ostatnich ocalałych z epidemii. Ta dość krótka pozycja skupia się głównie na jego życiu po katastrofie, na toczonych przez niego próbach przetrwania, na jego samotności i wspomnieniach - reminiscencji ostatniego ze "starych ludzi". Nie zabraknie oczywiście walki z hordą piekielnych stworów, istotami zarażonymi tajemniczym wirusem, chcącymi zrobić kuku naszemu protagoniście.

Zasadniczym pytaniem jest z całą pewnością to, czy książka zdołała przetrwać próbę czasu? I tu szczerze mówiąc wersje są dwie. Otóż próby budowania napięcia bazujące na zimnowojennej rzeczywistości z atmosferą konfliktu w tle, niestety straciły nieco na aktualności. Ludziom urodzonym po latach osiemdziesiątych trudno będzie wyczuć efekt jaki książka mogła wywoływać w momencie swego powstania. Wizja apokaliptycznej zagłady świata w latach sześćdziesiątych wydawała się bowiem czymś całkiem realnym i bliskim. Z drugiej strony Matheson nie ograniczył się wyłącznie do tego elementu. Autor próbuje nas straszyć również poprzez odświeżenie i umiejętne wykorzystanie wampirzej konwencji, granie na prymitywnych, seksualnych zmysłach mężczyzny, czy ukazanie okrucieństwa ludzkiej natury. Fenomenem jest to, że wszystkie te motywy doskonale się przenikają i współgrają ze sobą po mistrzowsku, tworząc bardzo interesujący koktajl horrorowy.
...musimy oglądać okładki kinowe?

Chciałbym wspomnieć także o wadach. Niestety poza skąpymi rozmiarami tej książeczki nic więcej nie dostrzegłem. I nawet o tym jednym minusie trudno tu coś więcej powiedzieć, bowiem wydaje mi się, że część siły tej historii tkwi właśnie w tym, że jest krótka, konkretna, dosadna, a do tego naładowana ciekawą treścią po same brzegi. Mimo to czułem się nieswojo odkładając książkę i żegnając się z bohaterem już tego samego dnia w którym go poznałem.

Wspomnę także  o filmie. Niestety to właśnie wersję kinową poznałem jako pierwszą. Po seansie byłem całkiem zadowolony - "Jestem Legendą" z Willem Smithem okazało się bowiem bardzo fajnym filmem akcji. Po lekturze książki obraz ten jednak stracił sporo w moich oczach. Dziś numerem jeden pozostaje dla mnie oczywiście wersja pisana. Zdecydowanie jest w niej coś wartego skupienia.

Podsumowując: "Jestem Legendą" jest książką ponadczasową. Wciąga niezmiennie od niemal 60 lat i prawdopodobnie będzie wciągała kolejne rzesze czytelników. Uważam że każdy szanujący się wielbiciel Kinga, Mastertona, czy horroru ogólnie powinien znaleźć czas na klasyczną historię stworzoną przez Mathesona. Do dziś pozostaje ona bowiem wzorem tworzenia dobrych opowieści grozy, a od dziś mogę ją z czystym sercem polecać każdemu, kto jest już zdolny do złożenia literek w wyraz. To była bardzo ciekawa przygoda, której zdecydowanie nie żałuję.


Moja ocena to: 8/10

piątek, 7 marca 2014

Grawitacja (2013)

Czasem tworzę wpisy, których zaczynam żałować wraz z wciśnięciem pierwszej litery na klawiaturze. Nie inaczej będzie z dzisiejszym, dotyczącym oscarowego przeboju filmowego - "Grawitacji". Każda krytyka którą ośmielę się tu zaprezentować, skończy się zapewne tym, że zostanę brutalnie sprowadzony na Ziemię (czujecie to: grawitacja - sprowadzony na ziemie - muahaha, ale sucharek) przez wszelkich krytyków i specjalistów filmowych. Sugerując się więc oceną prestiżowej akademii filmowej, wypadałoby stworzyć tekst zawierający same peany na cześć twórców, aktorów, pani sprzątającej wahadłowce etc. W sumie mógłbym, ale robiłbym to trochę wbrew sobie, więc chrzańcie się - będzie szczerze.
Sam Drabulok i Żrorż Kluni naprawiają kosmiczną sokowirówkę.
Najpierw napiszę o zaletach. Tylko po to, żeby wady zostawić na koniec. Wtedy ich wypominanie będziecie mieli świeżo w pamięci, co pozwoli Wam pocisnąć mi mocniej i konkretniej. Otóż podobały mi się zdjęcia. Film jest niewątpliwie piękny, efekty specjalne sięgają wyżyn technicznych możliwości, a reżyseria to istny majstersztyk. Ciekawy pomysł na umieszczenie akcji w kosmosie pozwolił na masę interesujących zabiegów, zabaw z kamerą, perspektywą, czy dźwiękiem. Szczegóły wydają się niesamowicie dopracowane i trzeba powiedzieć, że na całość rzeczywiście patrzy się z ogromną przyjemnością. Piękne sceny z Ziemią w tle, przedmioty unoszące się w stanie nieważkości, ba, nawet odwzorowania kokpitów, które wyglądają bajecznie. "Grawitacja" z całą pewnością jest ucztą dla oka.

Jednakże nie dla nerwów. Osobiście uważam, że zepsuto bardzo dobry film. Po pierwsze mam trochę żalu do twórców o to, że zbyt wcześnie zepchnęli Clooneya do roli drugoplanowej. Fakt, nie ukazano by wtedy sedna opowieści, czyli samotności wobec kosmosu, ale serio, sama Sandra Bullock sobie absolutnie nie radzi. Wszystko wygląda fajnie dopóki się nie odzywa i nie jęczy. Czyli prawie nigdy, bo niemal każdy ruch, który wykonuje, jest kwitowany donośnym ehhh, ohhh itd. I to nie jest wcale ten fajny sposób jęczenia...
Kosmiczny wąż atakuje dzielną astronautkę.
Fatalne aktorstwo to nie jest jedyny zarzut jaki przychodzi mi na myśl. Cała konstrukcja tej opowieści nie przypadła mi do gustu. Otóż schemat prowadzenia akcji jest tak banalny, że z czasem zaczyna zwyczajnie nudzić. Pomijam już to, że przyczyną nudy może być bohaterka, która nie wzbudziła mojej sympatii, ale samo prowadzenie opowieści jest bardzo schematyczne: chwila spokoju > zapierająca dech w piersiach akcja > opanowanie sytuacji > akcja > opanowanie sytuacji > akcja. I tak aż do dość przewidywalnego finału. Niestety film wciągał mnie wyłącznie na bardzo krótkie momenty i z bólem przyznaję, że zdarzało mi rozpraszać i odwracać wzrok od ekranu.

Trudno mi pisać o konkretach w kwestii muzyki, gdyż niemal jej nie zauważałem. Podobało mi się natomiast to, jak dźwięk został wykorzystany wobec kosmicznej próżni - element ten bardzo fajnie komponował się z doskonałym obrazem. Interesujący był też pomysł z przedstawieniem braku ludzkich słów i efektu jaki wywołuje on na samotnym człowieku. Nie będę nawet wspominał kto zepsuł ten ciekawy smaczek.
Najnowocześniejsze akwarium - prosto z NASA.
Podsumowując - to piękny film, którego największymi atutami są wizualizacja i oryginalna perspektywa. Bolączki które moim zdaniem zdecydowanie zepsuły jego odbiór to aktorka pierwszoplanowa, a także schematyczna i przewidywalna fabuła, która absolutnie mnie nie wciągnęła. Muszę jednak przyznać, że nie żałuję tego seansu, choć z drugiej strony nie obejrzałbym tego filmu po raz kolejny. Czekam na Wasze opinie i tym razem pozostawiam wszystkie argumenty do rozważenia we własnym zakresie. Nie polecam, ani nie odradzam - nie każdy znajdzie w nim coś dla siebie, ale jeśli cieszy Was samo piękno i kunszt reżyserski, to film powinien Wam się spodobać.


Moja ocena to: 6/10