piątek, 7 marca 2014

Grawitacja (2013)

Czasem tworzę wpisy, których zaczynam żałować wraz z wciśnięciem pierwszej litery na klawiaturze. Nie inaczej będzie z dzisiejszym, dotyczącym oscarowego przeboju filmowego - "Grawitacji". Każda krytyka którą ośmielę się tu zaprezentować, skończy się zapewne tym, że zostanę brutalnie sprowadzony na Ziemię (czujecie to: grawitacja - sprowadzony na ziemie - muahaha, ale sucharek) przez wszelkich krytyków i specjalistów filmowych. Sugerując się więc oceną prestiżowej akademii filmowej, wypadałoby stworzyć tekst zawierający same peany na cześć twórców, aktorów, pani sprzątającej wahadłowce etc. W sumie mógłbym, ale robiłbym to trochę wbrew sobie, więc chrzańcie się - będzie szczerze.
Sam Drabulok i Żrorż Kluni naprawiają kosmiczną sokowirówkę.
Najpierw napiszę o zaletach. Tylko po to, żeby wady zostawić na koniec. Wtedy ich wypominanie będziecie mieli świeżo w pamięci, co pozwoli Wam pocisnąć mi mocniej i konkretniej. Otóż podobały mi się zdjęcia. Film jest niewątpliwie piękny, efekty specjalne sięgają wyżyn technicznych możliwości, a reżyseria to istny majstersztyk. Ciekawy pomysł na umieszczenie akcji w kosmosie pozwolił na masę interesujących zabiegów, zabaw z kamerą, perspektywą, czy dźwiękiem. Szczegóły wydają się niesamowicie dopracowane i trzeba powiedzieć, że na całość rzeczywiście patrzy się z ogromną przyjemnością. Piękne sceny z Ziemią w tle, przedmioty unoszące się w stanie nieważkości, ba, nawet odwzorowania kokpitów, które wyglądają bajecznie. "Grawitacja" z całą pewnością jest ucztą dla oka.

Jednakże nie dla nerwów. Osobiście uważam, że zepsuto bardzo dobry film. Po pierwsze mam trochę żalu do twórców o to, że zbyt wcześnie zepchnęli Clooneya do roli drugoplanowej. Fakt, nie ukazano by wtedy sedna opowieści, czyli samotności wobec kosmosu, ale serio, sama Sandra Bullock sobie absolutnie nie radzi. Wszystko wygląda fajnie dopóki się nie odzywa i nie jęczy. Czyli prawie nigdy, bo niemal każdy ruch, który wykonuje, jest kwitowany donośnym ehhh, ohhh itd. I to nie jest wcale ten fajny sposób jęczenia...
Kosmiczny wąż atakuje dzielną astronautkę.
Fatalne aktorstwo to nie jest jedyny zarzut jaki przychodzi mi na myśl. Cała konstrukcja tej opowieści nie przypadła mi do gustu. Otóż schemat prowadzenia akcji jest tak banalny, że z czasem zaczyna zwyczajnie nudzić. Pomijam już to, że przyczyną nudy może być bohaterka, która nie wzbudziła mojej sympatii, ale samo prowadzenie opowieści jest bardzo schematyczne: chwila spokoju > zapierająca dech w piersiach akcja > opanowanie sytuacji > akcja > opanowanie sytuacji > akcja. I tak aż do dość przewidywalnego finału. Niestety film wciągał mnie wyłącznie na bardzo krótkie momenty i z bólem przyznaję, że zdarzało mi rozpraszać i odwracać wzrok od ekranu.

Trudno mi pisać o konkretach w kwestii muzyki, gdyż niemal jej nie zauważałem. Podobało mi się natomiast to, jak dźwięk został wykorzystany wobec kosmicznej próżni - element ten bardzo fajnie komponował się z doskonałym obrazem. Interesujący był też pomysł z przedstawieniem braku ludzkich słów i efektu jaki wywołuje on na samotnym człowieku. Nie będę nawet wspominał kto zepsuł ten ciekawy smaczek.
Najnowocześniejsze akwarium - prosto z NASA.
Podsumowując - to piękny film, którego największymi atutami są wizualizacja i oryginalna perspektywa. Bolączki które moim zdaniem zdecydowanie zepsuły jego odbiór to aktorka pierwszoplanowa, a także schematyczna i przewidywalna fabuła, która absolutnie mnie nie wciągnęła. Muszę jednak przyznać, że nie żałuję tego seansu, choć z drugiej strony nie obejrzałbym tego filmu po raz kolejny. Czekam na Wasze opinie i tym razem pozostawiam wszystkie argumenty do rozważenia we własnym zakresie. Nie polecam, ani nie odradzam - nie każdy znajdzie w nim coś dla siebie, ale jeśli cieszy Was samo piękno i kunszt reżyserski, to film powinien Wam się spodobać.


Moja ocena to: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz