wtorek, 18 marca 2014

Poniedziałkowy bigos

Ehh, to chyba nie będzie mój pierwszy tekst dotyczący w gruncie rzeczy... niczego. Prześladuje mnie jakiś kryzys twórczy, który pożera nadzieję na to, że uda mi się stworzyć tekst, który będzie bardziej interesujący, niż irytujący. Póki co wszystkie plany zostały brutalnie zgwałcone przez rzeczywistość. Nie poddając się jednak marazmowi i wpływowi okropnej, demolującej mi okna pogody, podejmę jeszcze jedną próbę skreślenia kilku zdań.

Zacznijmy od tego, co teraz robię? Nie chodzi o to, że piję kawę, czy dłubie w nosie (choć ponoć dopóki dłubie się tylko w swoim nosie jest to oznaka dobrego wychowania), ale raczej o to czym się interesuję? Przede wszystkim znudzony krymskim patem i rozgrywającymi się tam wydarzeniami, przypadkowo zwróciłem uwagę na katastrofę samolotu linii Malaysia Airlines, którego mimo współczesnej, wysokorozwiniętej techniki jak dotąd nie udało się odnaleźć. Powstało oczywiście już kilka teorii na temat jego zaginięcia. Sam oczywiście skłaniam się ku standardowej awarii, ale na tym świecie już nic mnie nie zdziwi. Słyszałem jakieś głosy o tym, że na pokładzie było kilka ton złota, a ten konkretny lot był po prostu rabunkiem. Cóż, gdybym miał możliwość zniknięcia bez śladu z kilkutonowym ładunkiem cennego kruszcu oczywiście bym tego nie zrobił (gdyż jestem do bólu prawy, porządny i tchórzliwy), ale jestem w stanie zrozumieć pokusę. Wydaje mi się jednak, że niesłusznie pomija się kilka innych, interesujących teorii. Potwór Cthulu jest obecnie moim absolutnym numerem jeden.



Drugą sprawą o której ostatnio troszkę myślałem (nigdy nie robię tego zbyt długo, bo mama straszyła, że od tego dostaje się krwotoku) jest humor. Z czego można żartować, a z czego nie? Ostatnio obejrzałem film pod tytułem "Cztery Lwy" przedstawiający losy grupki nieudaczników-terrorystów, który notabene okazał się całkiem niezłą dawką angielskiego humoru na przyzwoitym poziomie. Czytając komentarze, które go dotyczyły zauważyłem, że kilka z nich przepełniała krytyka podjętego tematu, tzn. czy jihad można w ogóle przedstawić w sposób żartobliwy? W kontekście zamachów w Bostonie film zdecydowanie staje się mniej zabawny, mimo wszystko jednak skłaniam się ku grupie twierdzącej, że dowcip jest świetnym środkiem pozwalającym odbiorcy oswoić się ze szczególnie trudnymi kwestiami. Cóż, każdy medal ma dwie strony, a każdy polityk kłamie, ale o czym to ja chciałem...

Zresztą, co za różnica. I tak piszę bez głębokiej analizy tego o co mi właściwie chodzi, więc pogadam sobie jeszcze, że jestem zniesmaczony ilością książek historycznych zalegających na moim biurku. Tematyka jest szeroka jak majtki Grycanek - od Kongresu Wiedeńskiego, aż po kryzys w Grecji. I muszę Wam też przyznać, że nieuchronnie staję się fanem Napoleona - myślałem, że nigdy do tego nie dopuszczę, ale ze smutkiem muszę stwierdzić, że mimo tej pożogi wojennej do której doszło za jego czasów, był on bezapelacyjnie wodzem idealnym. Podziwiam też jego upór i determinację - serio, gdybym ja dostał we władanie Elbę, to z całą pewnością byłbym zbyt leniwy, by wracać na kontynent w celu kontynuowania walk. Po prostu siedziałbym tam spokojnie i dłubał w nosie - chrzanić wielką politykę. 

Pozostaje jeszcze jeden dylemat. Jak zakończyć tekst, który nie ma żadnego początku, żadnej konkretnej treści i jest w gruncie rzeczy jednym wielkim przerywnikiem w "twórczości" gościa, który nie wie o czym by tu napisać? Chyba dobrym pomysłem byłoby zaczęcia od nieprzyznawania się do swojej niewiedzy. To już jednak spieprzyłem. Można by też uniknąć wulgaryzmów - tu też poległem. I czuję, że powinienem zacząć unikać stosowania zbyt wielu myślników - kurwa, no nie wiem. 

Tym optymistycznym zdaniem kończę na dziś, stawiam kropkę nad i oraz finalizuję swe wywody, bo jeszcze Polska nie zginęła, a kaczka dziwaczka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz