poniedziałek, 24 marca 2014

"W paszczy szaleństwa" (1995)

Dzisiejszego wieczoru po raz kolejny przyszło mi zmierzyć się z horrorową klasyką filmową. Problemem z oglądaniem dość leciwych już dzieł jest to, że jako widz od najmłodszych lat przyzwyczajany byłem do pełnych efektów specjalnych, choć niekoniecznie przemyślanych produkcji. Kiedy przychodzi więc do cofnięcia się o kilka lat i konfrontacji z obrazami tworzonymi w czasach, gdy zamiast czytać książki jeszcze zjadałem gile i waliłem do nocniczka, zawsze pojawia się ten sam problem - czy film, który obejrzę był w stanie przetrwać nieubłagany upływ czasu?

W kontekście tej mini-recenzji należy zaznaczyć, że reżyserem "W Paszczy Szaleństwa" jest nie kto inny jak sławny John Carpenter. Można faceta nie lubić, można nie cenić jego twórczości, ale trudno się nie zgodzić, że jest on człowiekiem, który położył kilka ładnych cegiełek pod budowę światowej świątyni horroru. "Halloween", "The Thing", czy ekranizacja "Mgły" Stephena Kinga, to właśnie jego zasługi. Zarzuca się mu jednak często to, że z biegiem lat zatracił zdolność do tworzenia dobrych, przerażających horrorów. "W paszczy szaleństwa" sytuuje się mniej więcej w środkowej części linii czasowej działalności tego reżysera.
Kaset z nocy poślubnej Twoich rodziców nigdy nie powinna znaleźć się w odtwarzaczu :/
Jest to również film co do którego opinie były dość mocno podzielone. Dlatego też nie będę odnosił się już do pozostałych ocen - postaram się napisać coś z punktu widzenia kompletnego ignoranta, a tak się składa, że akurat mam jednego pod ręką.

Otóż moim zdaniem "W Paszczy Szaleństwa", to zdecydowanie film, który zdołał znieść próbę czasu. Oczywiście nie w kontekście straszenia - tu już w dzisiejszych warunkach należy się bardziej postarać - ale raczej w kontekście fabularnym. Jest to historia pewnego autora poczytnych horrorów, który zaginął w tajemniczych okolicznościach, a także pewnego agenta ubezpieczeniowego, który wyrusza na jego poszukiwania. Problem pojawia się w momencie, gdy wychodzi na jaw, że wszystkie historie spisane przez autora -  Suttera Cane'a, mogą być prawdziwe...
Mordercza babcio-ośmiornica. Czy to dziwne? Nie, to tylko Carpenter.
I tak przechodzimy do tego, co miłośnika tego typu filmów interesuje najbardziej - wykorzystane motywy. Nie oszukujmy się, nie ma już całkiem oryginalnych horrorów - każda produkcja bazuje na trzech motywach: duchów, wampirów, obcych lub zombie (matematyka rządzi), które są po prostu interpretowane na różne sposoby. Gdybyśmy chcieli tę kliszę odnieść do omawianego dzieła, postawiłbym na wybuchowy mix obcych, zombie i szaleństwa. No właśnie, szaleństwo. Przez cały seans wydawało mi się, że to właśnie utrata zmysłów staje się głównym tematem przedstawionej nam opowieści. I muszę też przyznać, że jestem z tego powodu bardzo zadowolony.

Według mnie rola Sama Neilla, który po mistrzowsku zagrał sceptycznego agenta ubezpieczeniowego Johna Trenta, niosła ze sobą ogromny potencjał, który udało się wykorzystać w niemal stu procentach. Odnoszę też wrażenie, że dziś nie gra się już w taki sposób. Choć sam film był ze względu na czas swego powstania dość kiczowaty, to ta rola zrekompensowała mi wszystkie wady. Przyznam też, że diaboliczny obraz Suttera Cane'a (Jurgen Prochnow) również przypadł mi do gustu, choć był zepchnięty troszkę na drugi plan.

Analizując ten film ciągle przychodzi mi do głowy coś jeszcze, ciągle wydaje mi się, że napisałem za mało. Tyle smaczków, odniesienia do popkultury, inspiracje Kingiem, Lovecraftem, czy "Egzorcystą", są tak świetnie wplecione w historię, że zasługuje to na najwyższe uznanie. To zdecydowanie produkcja do której warto wracać.
"Ten zły" ze swoją złą do szpiku śrubek maszyną do pisania.
Jednakże jest też coś, co w roku 2014 już nie imponuje. Wszelkie stwory, dziwactwa i maszkary wplecione w wątek, które jakkolwiek nie okazały się najważniejszym elementem, nie wyglądają zbyt imponująco. Tworzone za pomocą makijażu i klasycznych metod, bez zastosowania efektów specjalnych, nie mogą robić wrażenia na widzu wychowanym w hollywoodzkiej epoce. A szkoda, bo dawniej musiały imponować - przygotowane są bowiem bardzo starannie i wyraźnie inspirowane stworami z "The Thing", które swego czasu zrobiły furorę. Nie ocenię ich jednoznacznie negatywnie, bowiem wydaje mi się, że na miarę swych czasów wykonano naprawdę kawał dobrej roboty, ale jeżeli chcemy odpowiedzieć sobie w szczery sposób na pytanie postawione na początku tekstu, to trudno mi uwierzyć, że stworzone przez ekipę Carpentera monstra będą wciąż dla kogoś przerażające. 

Uważam, że warto sięgnąć po "W paszczy szaleństwa". Jeśli chcecie uniknąć rozczarowania potraktujcie ten obraz jak kino psychologiczne z elementami grozy. Wydaje mi się, że nie będziecie rozczarowani. Ja zdecydowanie traktuję go jako jeden z lepszych filmów, które było mi dane ostatnio oglądać (choć większość produkcji które widziałem, to te puszczane nocą na Pulsie, a więc kino niezbyt ambitne :P). No i bardzo dobre zakończenie o którym nie powiem ani słowa, choćby nie wiem co :)

Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz