wtorek, 29 kwietnia 2014

Komediowa majówka

Teoretycznie nie mam o  czym pisać. Książki które ostatnio przeczytałem należą raczej do literatury naukowej, więc pomysł ich recenzowania wydaje się idiotyczny. W międzyczasie obejrzałem jednak kilka filmów, które z konieczności musiały być komediami. Musiały, bo bez zrzucenia z siebie ciężaru naukowego żargonu, w tym właśnie momencie najprawdopodobniej uczyłbym się jak zawiązać dobrą pętlę na żyrandolu, zamiast próbować stworzyć kolejny wpis. Dlatego też właśnie o tych komediach będzie. A że majówka już za pasem, to się nawet całkiem nieźle składa. W ramach długiego weekendu wprowadzam także nową skalę ocen. Z konieczności.

1 piwo:
Wilk z Wall Street
Hajs się zgadza...
Szeroko komentowany i polecany Wilk z Wall Street okazał się naprawdę porządną produkcją. Miejscami jest zabawnie, miejscami smutno, a najlepsze jest to, że nawet przez chwilę nie nudzi. Świetna rola Di Caprio, brak ekonomicznego bełkotu, którego trochę się obawiałem, oraz męski język sprawiły, że film oglądało mi się przednio. Do bezbolesnego zapoznania się z tą produkcją śmiało wystarczy jedno piwo, choć myślę, że nawet na trzeźwo (bleh) każdy będzie się dobrze bawił.

2 piwa:
Grudge Match (Legendy Ringu)
Kołowrotek z całej epy!
Robert De Niro i Sylvester Stallone w filmie o boksie? Biere to! Nie ma co się rozwodzić nad aktorstwem, reżyserią, czy innymi głupotami. Wiadomo, że najważniejsza w tej produkcji jest obsada. I nie ukrywam, że miło było zobaczyć w jednym filmie dwóch bohaterów z mojego dzieciństwa. Grubasek De Niro i pomarszczony Stallone, mimo tego, że kości na planie trzeszczały im jak silnik żuka, dali radę. Do tego kilka nawiązań do Rocky'ego i Wściekłego Byka sprawiły, że naprawdę przyjemnie spędziłem te dwie godzinki.  Nie jest to w żadnym razie szalenie wartościowa opowieść o świecie sportu, ale mimo wszystko po dwóch piwach można się przy niej nieźle zabawić.

3 piwa:
Welcome to the jungle (Obóz integracyjny)
Klasyczna mina JCVD z serii: "kopnięcie między nogi boli"...
Firmowy wyjazd na obóz integracyjny kończy się fatalnie. Nie dość, że szefem wyprawy okazuje się zwariowany Jean-Claude Van Damme, to jeszcze wyspa na którą trafiają bohaterowie zostaje odcięta od świata. Mimo mojej całej sympatii dla Belga film jest dość słaby. Choć w oczy rzucała mi się parodia motywów znanych z Władcy Much, to mimo wszystko zabrakło w nim dobrego humoru. Kilka smaczków podniosło troszkę moją ocenę, ale to nie wystarczyło. Na trzeźwo za cholerę nie ma sensu brać się za jego oglądnie, ale po trzech piwach jak najbardziej może się spodobać. Tym bardziej, że w tym momencie czas powinien zacząć modyfikować swój bieg, więc i przestoje w akcji nie będą tak dostrzegalne.

4 piwa:
Bad Asses 2 (Twardziele)
No dobra, nie wszystko w tym filmie było złe...
Danny Trejo i Danny Glover w drugiej części przygód stetryczałego mściciela Vegi. Trudno powiedzieć, że jest to totalna kaszana, ale jeśli nie, to niewiele filmowi do tego zaszczytnego miana brakuje. Niby jest jakaś akcja, niby jest trochę krwi i trochę humoru, ale generalnie ani to bawi, ani to wciąga, ot takie marnowanie czasu. W całej komedii może ze dwa razy wykrzywiłem usta w grymasie uśmiechu, a i to prawdopodobnie ze względu na słabe efekty, a nie poziom żartów. Po 4 piwach z całą pewnością będzie prezentował się całkiem przyzwoicie, ale broń Was Boże, nie wcześniej...


Niestety na tym kończy się mój ranking, ale jeśli będziecie mieli to szczęście i uchlacie się do porzygania, możecie na przykład obejrzeć jeszcze raz Titanica, czy coś... 

sobota, 12 kwietnia 2014

Bez reguł (2010)

"Najgorętsze miejsce w piekle przeznaczono dla tych, którzy w czasach wielkich konfliktów moralnych pozostali neutralni" - tak o moralności mówił Martin Luther King. Oglądając film Gregora Jordana bardzo trudno pominąć rozważania dotyczące najważniejszego dylematu moralnego jaki stoi przed człowiekiem. Dylematu dotyczącego wartości ludzkiego życia i praw człowieka. Zasad które teoretycznie nie powinny podlegać żadnej dyskusji.

Najpierw krótkie wprowadzenie fabularne. Były żołnierz sił lądowych USA, specjalizujący się w zastosowaniu ładunków jądrowych na polu bitwy, zostaje muzułmaninem. Nie takim zwykłym muzułmaninem, jak Pan Karim z kebaba pod blokiem, ale bardziej takim z pasem Szahida i dziką nienawiścią do kultury zachodniej. Steven Younger przybiera imię Yusuf i żeby nie bawić się w detal, postanawia przeprowadzić zamach za pomocą broni nuklearnej. Trzy uzbrojone bomby w trzech amerykańskich miastach mają eksplodować za kilkadziesiąt godzin. Żeby było ciekawiej uwielbiający adrenalinę Yusuf daje się pojmać siłom rządowym (kto by nie chciał?). Robi to oczywiście specjalnie, bo nie ma to jak dobre tortury o poranku. No właśnie, tortury. Do tej niewinnej zabawy sprowadzony zostaje najlepszy specjalista, grany przez mało znanego aktora - Samuela L. Jacksona. Do współpracy z naszym czarnym przyjemniaczkiem, poprzez bieg wydarzeń, zostaje zmuszona agentka FBI - Helen Brody, grana przez Carrie-Anne Moss, znaną także jako Trinity z Matrixa. Jej rola polega głównie na płakaniu, krzyczeniu i krytykowaniu każdego działania Samuela.
Lewatywa - wersja extreme
Tyle wystarczy jeśli chodzi o fabułę. Jeżeli jeszcze nie dostrzegliście jej słabych punktów, to podpowiem tylko, że w obecnych realiach anty-terrorystycznej psychozy jest raczej mało realna. Sam sposób pozyskania materiałów potrzebnych do konstrukcji bomby można by od biedy przyjąć, ale cała reszta jest dość mocno naciągana. Zarówno motywy działań terrorysty, zaangażowanie się w obcą ideologię człowieka wychowanego w zupełnie innej kulturze, postępowania głównego oponenta (nie za bardzo wyjaśniono dlaczego pozwolił się złapać), czy też śledczych (Samuel L. Jackson zachowuje się jak psychopata, ale nie wyjaśniono kim tak naprawdę jest, zdarzyło się również, że wojskowy na którym spoczywa odpowiedzialność za więźnia opuszcza sobie pokój przesłuchań itd.) nie jest fabularnie na tyle spójne, bym kupił tę historię w całości. Nie to jednak w tym filmie jest najważniejsze. Gdy odpuścimy sobie te wszystkie bzdurne dziury w scenariuszu, okaże się, że to naprawdę wartościowy i godny głębszego przemyślenia film.

Moim zdaniem pierwotnym założeniem tej produkcji było poruszenie kwestii słuszności naszych wyborów moralnych. Stajemy oto przed dylematem - stawką w grze jest życie 6 mln. osób. Jedyną granicą nasze sumienie, a jedynym przeciwnikiem, siedzący naprzeciwko nas terrorysta. Jakie działanie w tym momencie jest słuszne? Czy społeczne normy regulujące przyrodzone i niezbywalne prawa każdego człowieka nadal obowiązują? Jeżeli tak, to nie możemy go nawet uderzyć, czas leci, a śmierć milionów niewinnych cywilów jest coraz bliżej. Jeżeli zaś nie, to gdzie postawić granicę? Na nieskutecznym waterboardingu, uderzeniach, wyrywaniu paznokci, obcinaniu kończyn, czy może na torturowaniu najbliższych naszego oponenta? Świetna gra aktorska najważniejszej trójki sprawiła, że te pytania zaczyna sobie stawiać także widz. Dopiero po jakimś czasie mówimy sobie: no nie, tego już za wiele. Gdzie jednak jest ten punkt? Warto się przekonać.
Sorry Samuel - nie mogłem sobie darować...
Od strony technicznej jest to oczywiście produkcja niskobudżetowa. Większość wydarzeń skupia się w  jednym pomieszczeniu, momenty akcji nie występują zbyt często, a budowanie napięcia i klimatu opiera się raczej na dialogach. I bardzo dobrze. Choć część z nich była niepotrzebna, to w połączeniu ze świetną grą aktorską stanowiły one o sile tego filmu. Szczególnie dość dobrze dopracowano rozmowy bohaterów z granym przez Michaela Sheena terrorystą, którego muszę za tę rolę mocno pochwalić. Podobało mi się także w dużej mierze otwarte zakończenie. Wszelkie podobnie skonstruowane fabularne niedopowiedzenia zwykle witam z radością i tym razem na szczęście także oszczędzono nam cukierkowatego "długo i szczęśliwie".

Sam przetłumaczony tytuł i częste wypowiedzi Samuela L. Jacksona nawiązują do prowadzenia pewnego rodzaju gry z więźniem. Pytanie jest tylko, czy w tej grze któraś ze stron może odnieść zwycięstwo? Odpowiedzi każdy z nas udzieli sobie sam. Analizując wady, których trochę było i zalety, które zdecydowanie przysłoniły mi resztę tego obrazu:


Moja ocena to: 8/10 i znaczek wartościowości

wtorek, 8 kwietnia 2014

Jo Nesbo - Pierwszy Śnieg

Rzetelne recenzowanie książek Jo Nesbo nie jest łatwym zadaniem. Każde słowo, które padnie przeciwko temu pisarzowi, sprawi, że będę musiał bacznie obserwować swoje otoczenie w obawie przed zamaskowanymi psycho-fankami, chcącymi dokonać linczu na mej skromnej osobie. A co dopiero gdy chodzi o najlepszą, według wielu, część przygód komisarza Harrego Hole, czyli "Pierwszy Śnieg".  

Ośmielę się nie zgodzić, ale nie  bijcie mnie jeszcze. Otóż uważam, że jest to jedna ze słabszych części (Auuć!). Moje ogromne oczekiwania względem tej książki zostały zdecydowanie zawiedzione (auuuć!) i uważam, że to nie jest Nesbo, którego poznałem przy okazji naszych poprzednich spotkań (tylko nie tam, auuuuć!).

Krótko o fabule. Komisarz Hole, którego każdy powinien już znać, po raz kolejny zabiera się za śledztwo. Tym razem w przerwach pomiędzy piciem, seksem i siłownią, norweski detektyw bada sprawę tajemniczego (zawsze są tajemniczy) bałwana. Trzeba przyznać, że szanowny pan Bałwan jest mordercą z wyobraźnią. Zawsze przy swoich ofiarach lepi bałwanka i odpowiednio go preparuje. Ma też tendencję do usuwania swoim ludzkim przyjaciołom a to rączki, a to nóżki, zależy od jego humoru. Do tego wszystkiego dochodzą oczywiście problemy osobiste Harrego. Mówiąc o problemach osobistych w przypadku tego gościa oczywiście wiadomo, że chodzi o dylemat dotyczący picia i wyborów miłosnych. Wydawałoby się, że będzie wesoło, ale...

Największą wadą, która przysłoniła mi całość była zagadka. Kryminały czytam po to, by być wyprowadzanym w pole, by autor bawił się ze mną w kotka i myszkę, bym na 10 stron przed końcem wciąż był niepewnym, zagubionym we mgle gówniarzem. Ale nie, Nesbo po raz pierwszy odkąd sięgnąłem po ten cykl zabrał mi tę przyjemność. Rozwiązałem zagadkę gdzieś po 100/150 stronach i zamiast wzbudzać we mnie niepewność, Nesbo tylko utwierdzał mnie w mym przekonaniu. I dlatego jestem na niego zły - bardzo!

Nie chcę żebyście zrozumieli mnie źle. To jest świetna książka. Jak zwykle bardzo dobry warsztat, napisana z polotem i humorem, a do tego świetne opisy i przez to pięknie "narysowana" Norwegia, naprawdę potrafią zachwycić niejednego czytelnika. Już dla samej postaci głównego bohatera, którego zresztą uwielbiam, warto wziąć "Pierwszy Śnieg" w łapy. Ale to nie jest to czego oczekiwałem. Ten straszliwy robal niedosytu nie pozwala mi ocenić tej książki na więcej.


Moja ocena to: 6/10