sobota, 12 kwietnia 2014

Bez reguł (2010)

"Najgorętsze miejsce w piekle przeznaczono dla tych, którzy w czasach wielkich konfliktów moralnych pozostali neutralni" - tak o moralności mówił Martin Luther King. Oglądając film Gregora Jordana bardzo trudno pominąć rozważania dotyczące najważniejszego dylematu moralnego jaki stoi przed człowiekiem. Dylematu dotyczącego wartości ludzkiego życia i praw człowieka. Zasad które teoretycznie nie powinny podlegać żadnej dyskusji.

Najpierw krótkie wprowadzenie fabularne. Były żołnierz sił lądowych USA, specjalizujący się w zastosowaniu ładunków jądrowych na polu bitwy, zostaje muzułmaninem. Nie takim zwykłym muzułmaninem, jak Pan Karim z kebaba pod blokiem, ale bardziej takim z pasem Szahida i dziką nienawiścią do kultury zachodniej. Steven Younger przybiera imię Yusuf i żeby nie bawić się w detal, postanawia przeprowadzić zamach za pomocą broni nuklearnej. Trzy uzbrojone bomby w trzech amerykańskich miastach mają eksplodować za kilkadziesiąt godzin. Żeby było ciekawiej uwielbiający adrenalinę Yusuf daje się pojmać siłom rządowym (kto by nie chciał?). Robi to oczywiście specjalnie, bo nie ma to jak dobre tortury o poranku. No właśnie, tortury. Do tej niewinnej zabawy sprowadzony zostaje najlepszy specjalista, grany przez mało znanego aktora - Samuela L. Jacksona. Do współpracy z naszym czarnym przyjemniaczkiem, poprzez bieg wydarzeń, zostaje zmuszona agentka FBI - Helen Brody, grana przez Carrie-Anne Moss, znaną także jako Trinity z Matrixa. Jej rola polega głównie na płakaniu, krzyczeniu i krytykowaniu każdego działania Samuela.
Lewatywa - wersja extreme
Tyle wystarczy jeśli chodzi o fabułę. Jeżeli jeszcze nie dostrzegliście jej słabych punktów, to podpowiem tylko, że w obecnych realiach anty-terrorystycznej psychozy jest raczej mało realna. Sam sposób pozyskania materiałów potrzebnych do konstrukcji bomby można by od biedy przyjąć, ale cała reszta jest dość mocno naciągana. Zarówno motywy działań terrorysty, zaangażowanie się w obcą ideologię człowieka wychowanego w zupełnie innej kulturze, postępowania głównego oponenta (nie za bardzo wyjaśniono dlaczego pozwolił się złapać), czy też śledczych (Samuel L. Jackson zachowuje się jak psychopata, ale nie wyjaśniono kim tak naprawdę jest, zdarzyło się również, że wojskowy na którym spoczywa odpowiedzialność za więźnia opuszcza sobie pokój przesłuchań itd.) nie jest fabularnie na tyle spójne, bym kupił tę historię w całości. Nie to jednak w tym filmie jest najważniejsze. Gdy odpuścimy sobie te wszystkie bzdurne dziury w scenariuszu, okaże się, że to naprawdę wartościowy i godny głębszego przemyślenia film.

Moim zdaniem pierwotnym założeniem tej produkcji było poruszenie kwestii słuszności naszych wyborów moralnych. Stajemy oto przed dylematem - stawką w grze jest życie 6 mln. osób. Jedyną granicą nasze sumienie, a jedynym przeciwnikiem, siedzący naprzeciwko nas terrorysta. Jakie działanie w tym momencie jest słuszne? Czy społeczne normy regulujące przyrodzone i niezbywalne prawa każdego człowieka nadal obowiązują? Jeżeli tak, to nie możemy go nawet uderzyć, czas leci, a śmierć milionów niewinnych cywilów jest coraz bliżej. Jeżeli zaś nie, to gdzie postawić granicę? Na nieskutecznym waterboardingu, uderzeniach, wyrywaniu paznokci, obcinaniu kończyn, czy może na torturowaniu najbliższych naszego oponenta? Świetna gra aktorska najważniejszej trójki sprawiła, że te pytania zaczyna sobie stawiać także widz. Dopiero po jakimś czasie mówimy sobie: no nie, tego już za wiele. Gdzie jednak jest ten punkt? Warto się przekonać.
Sorry Samuel - nie mogłem sobie darować...
Od strony technicznej jest to oczywiście produkcja niskobudżetowa. Większość wydarzeń skupia się w  jednym pomieszczeniu, momenty akcji nie występują zbyt często, a budowanie napięcia i klimatu opiera się raczej na dialogach. I bardzo dobrze. Choć część z nich była niepotrzebna, to w połączeniu ze świetną grą aktorską stanowiły one o sile tego filmu. Szczególnie dość dobrze dopracowano rozmowy bohaterów z granym przez Michaela Sheena terrorystą, którego muszę za tę rolę mocno pochwalić. Podobało mi się także w dużej mierze otwarte zakończenie. Wszelkie podobnie skonstruowane fabularne niedopowiedzenia zwykle witam z radością i tym razem na szczęście także oszczędzono nam cukierkowatego "długo i szczęśliwie".

Sam przetłumaczony tytuł i częste wypowiedzi Samuela L. Jacksona nawiązują do prowadzenia pewnego rodzaju gry z więźniem. Pytanie jest tylko, czy w tej grze któraś ze stron może odnieść zwycięstwo? Odpowiedzi każdy z nas udzieli sobie sam. Analizując wady, których trochę było i zalety, które zdecydowanie przysłoniły mi resztę tego obrazu:


Moja ocena to: 8/10 i znaczek wartościowości

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz