czwartek, 17 kwietnia 2014

"Jesteśmy od zwierząt o całe piekło gorsi!"

13 maja 1901 roku w małej, rosyjskiej miejscowości Ołońca w północnej Karelii, na świat przyszedł mały Witold. Jego dziadka zesłano tu za udział w powstaniu styczniowym. Wychowywany w patriotycznej atmosferze Witek zawsze chciał wrócić do swojego kraju, kraju, który kochał i z którym się utożsamiał. W 1910 roku jego rodzina przeprowadziła się do Wilna, w 1918 wraz z harcerzami ze swojego zastępu "Puhaczy" przedostał się na teren odradzającej się Polski. Maturę zdał w 1921 roku.

Witek jak wielu innych, młodych ludzi walczył w Polsko-bolszewickiej wojnie 1918-1921. Po jej zakończeniu rozpoczął studia w Poznaniu, a w 1925 został podporucznikiem rezerwy Wojska Polskiego. Błogie życie Witka, jego żony i dwójki dzieci przerwały dramatyczne wydarzenia 1939 roku, a wraz z nimi kolejna mobilizacja.

17 października tego roku, ze względu na błyskawiczne postępy wojsk niemieckich Witold i resztki jego oddziału przeszły do konspiracji. Organizacja w której działał, Tajna Armia Polska, istniała do 1941 roku. Wtedy to, w ramach konsolidacji podziemia, stała się częścią ZWZ.

Nie o organizacjach jednak mowa. Wróćmy do naszego bohatera. Witek chcąc rozszerzyć organizację ruchu oporu postanowił zagrać niesamowitą rolę teatralną. Wcielił się w żołnierza wojska polskiego - Tomasza Serafińskiego, po czym udał się w miejsce organizowania łapanki przez Gestapo. Jego zadanie było proste. Miał dostać się do obozu w Auschwitz i zdobyć informacje o panujących w nim warunkach. Dziś już dobrze wiemy jakie ryzyko wiązało się z tą wyprawą.

Aktywna działalność Witolda w obozie zagłady polegała również na opracowywaniu raportów. Dzięki organizowanym przez niego ucieczkom, w których wkrótce zaczął się specjalizować, raporty sukcesywnie docierały do dowództwa AK. Wkrótce doszło także do niemal filmowego splotu wydarzeń. Przebrani w mundury esesmanów i uzbrojeni więźniowie Auschwitz, działający z polecenia Witolda, ukradli samochód komendanta obozu Rudolfa Hoessa i jakby nigdy nic... wyjechali z obozu.

Po niemal dwóch latach przebywania w obozie przyszedł również czas na opuszczenie obozu przez Witolda. Dzięki własnemu wysiłkowi oraz dobroci okolicznych mieszkańców zdołał wraz z trzema innymi więźniami wydostać się na wolność. Za swe zasługi otrzymał stopień rotmistrza. Tu nie kończy się jednak jego historia. Witold zaczął snuć plany ataku na obóz w Auschwitz i uwolnienia więźniów, jednak dowództwo Armii Krajowej nie dysponowało odpowiednimi do tego celu środkami.

Wobec tego nasz bohater powrócił do Warszawy i rozpoczął swą działalność, prowadzącą go poprzez służbę na pozycji strzelca w lokalnej kompanii, aż po dowodzenie jednym z oddziałów w czasie Powstania Warszawskiego.

Kolejny raz znalazł się w niemieckiej niewoli. Osadzony w Łambinowicach, w pobliżu Opola doczekał się wyzwolenia. Miał więc jeszcze szansę podjąć walkę zbrojną we Włoszech, w 2 Korpusie Polskim Armii Andersa. Na osobisty rozkaz samego generała powrócił do kraju w 1945, by podjąć działalność wywiadowczą. Tu wraz z nadejściem pokoju mogła zakończyć się jego historia.

Witek nie zrezygnował z walki o swoją ojczyznę. Rozpoczął infiltrację tworzącej się i aktywnie już działającej na terenie kraju siatki radzieckiego NKWD. Nie dając wiary sowieckim oprawcom nie poddał się tzw "amnestii" 1947 roku i mimo ostrzeżeń o grożącym mu aresztowaniu nie opuścił kraju.

Schwytany 8 maja 1947, torturowany i oskarżony o działalność wywiadowczą został zamordowany 25 maja 1948 roku. Strzelono mu w tył głowy.

Prawdopodobnie wszyscy już się domyślili, że mowa tu o Witoldzie Pileckim. Jednym z wielu zamordowanych żołnierzy wyklętych, szkalowanych przez komunistyczny reżim przez niemal pięćdziesiąt lat.

Skąd wziął się ten tekst, czy to sentyment związany ze zbliżającymi się świętami, czy to nagły przypływ fałszywego patriotyzmu, czy może zwykły akt pamięci? Nie, niestety nie jestem tak szlachetny, by to któryś z tych szczytnych celów skłonił mnie do pisania, ani tak zepsuty, by były to cele z gruntu fałszywe i opierające się o prywatę.

Skłoniły mnie do tego słowa Joanny Senyszyn, posłanki SLD, która w rozmowie z Rafałem Ziemkiewiczem, (RAZ-em) 10 października 2013 roku, wypowiedziała te słowa dotyczące patriotyzmu: "...ja mam zupełnie inne pojęcie (o patriotyzmie) niż Ci żołnierze, jak ja ich nazywam, słusznie wyklęci, z których ostatni jeszcze został tam zabity w 63 (1963) roku, bo biedak nie wiedział, że się wojna skończyła". I na tym zakończę, żeby nie napisać czegoś nieprzyzwoitego... 

*Tytuł wpisu stanowi fragment raportu Pileckiego z Oświęcimia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz