wtorek, 6 maja 2014

The Quiet Family (Spokojna rodzinka), 1998

Czarna komedia stanowi niezwykły twór, który w zadziwiający sposób jest w stanie połączyć moje dwa ulubione gatunki filmowe. Oczywiście prawdą jest również, że większość produkcji z tej niszy, to pospolite crapy, które są kompletnie nieoglądalne. Dlatego też zawsze gdy trafię na pozycję polecaną choćby przez jedną osobę, nie waham się i błyskawicznie zasiadam do oglądania. Tym razem tą osobą okazał się twórca bloga ponapisach, na którym to (blogu, nie twórcy) możecie znaleźć profesjonalnie napisaną recenzję Spokojnej Rodzinki. Ja jak zwykle będę pieprzył od rzeczy, dlatego już na wstępie oferuję Wam przyzwoitą opcję ucieczki.

Sami tego chcieliście. Czymże jest Spokojna Rodzinka? Otóż, choć filmy z tego regionu nie goszczą zbyt często na moim ekranie, produkcja ta wywodzi się z państwa, które skopało nam dupy na pamiętnym mundialu 2002 niech ich piekło pochłonie. Prawdopodobnie kojarzycie je także z mało znanego przeboju wykonywanego przez pulchnego, zwinnego, skośnookiego piosenkarza, czyli Gangnam Style (to jest chyba nazwa tego przeboju, a nie piosenkarza, ale w gruncie rzeczy cieszy mnie to, że zdołałem pozostać w tej kwestii ignorantem). Tak jest, mowa o tej mniej zmilitaryzowanej Korei, znajdującej się w południowej części końca świata. I w tym momencie powinniście już wiedzieć, że będzie się działo. Ale to nie wszystko. Głównym punktem programu jest aktor, czyli znany z Oldboy-a Min-sik Choi, jedyna twarz z tego pięknego kraju, którą jestem w stanie odróżnić od reszty.
Hej, widzieliście już nowy odcinek Gry o Tron?
Historia zaczyna się bardzo spokojnie. Akcję otwiera sielankowe urządzania górskiego domku, który ma służyć rodzinie Kangów za jedyne źródło utrzymania. Ojciec, matka, wujek, dwie córki i lekko przygłupi syn mają nadzieję na zbicie prawdziwej fortuny. Okazuje się jednak, że turystyka nie jest branżą na której łatwo zbić kokosy. Pensjonat świeci pustką, a nasza szczęśliwa rodzinka zaczyna się niecierpliwić. Jednak po kilku dniach pojawia się on, pierwszy gość. Troszkę dziwny, ale przynajmniej płaci. Problem pojawia się dopiero następnego ranka, gdy wychodzi na jaw, że ów podróżnik wybrał sobie dom Kangów na miejsce wprost stworzone do samobójstwa. Teraz wczujmy się w pana Kanga. Pierwszy gość ginie w murach jego pięknego budynku. W dodatku gdzieś ginie portfel tegoż gościa. Czy coś takiego może dobrze wpłynąć na interesy? No kurcze, nie sądzę. Kangowie postanawiają więc potajemnie pozbyć się ciała. Okazuje się jednak, że to dopiero początek wszystkich kłopotów.

Co dzieje się dalej? W sumie nieważne. Grunt, że trup ściele się gęsto, a widz nie ma nawet chwili czasu na wytchnienie. Duża liczba postaci przewijających się przez film i świetne powiązanie ich losów z fabułą sprawiają, że do samego końca koreańska produkcja okazuje się wciągająca i nieprzewidywalna.
A mógł nie spojlerować...
W dodatku warto podkreślić, że w przeciwieństwie do czarnych komedii powstających po drugiej stronie oceanu, ta faktycznie trzyma widza w pewnym napięciu. Trudno jednoznacznie orzec, że ten film każdego przestraszy, ale oparcie się na ludzkich motywach działań każdego z bohaterów i rezygnacja z paranormalnych wtrąceń sprawiły, że w niektórych momentach na mojej skórze włosy stawały dęba. A przynajmniej te bardziej strachliwe. Wspominam o tym, ponieważ chciałbym zauważyć, że dawno nie widziałem filmu z tego gatunku, który tak idealnie wyważyłby proporcje pomiędzy grozą, a humorem. Oczywiście typowo mrocznym, makabrycznym humorem, ale chyba nie spodziewaliście się niczego innego.

W ostatnim akapicie odpowiem również na zarzut przedstawiony we wspomnianej wcześniej recenzji, jakoby koreańska produkcja zawierała w sobie zbyt wiele wątków, czy też bohaterów. Fakt, że wraz z postępem akcji historia rozbudowuje się coraz bardziej i po pewnym czasie można się pogubić, ale mnie to akurat nie spotkało. Moim zdaniem scenarzyści doskonale wyważyli liczbę postaci jakie można wprowadzić do filmu bez wywołania zbytniego chaosu w głowie widza. Jeżeli miałbym się na siłę do kogoś przyczepić, to postać jednej z córek moim zdaniem nie wniosła nic ciekawego do fabuły. Z żadnej innej postaci raczej bym nie zrezygnował.

Podsumowując: uważam, że jest to jeden z lepszych filmów jakie oglądałem w ostatnim czasie i jedna z lepszych czarnych komedii w ogóle. Do wszystkich wymienionych zalet dopiszcie śmiało dobrą muzykę i niezłe zakończenie, a wtedy sami stwierdzicie, że nie mogę ocenić tego filmu inaczej.


Moja ocena to: 8/10 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz