niedziela, 1 czerwca 2014

I Saw The Devil (2010)

Trudno znaleźć słowa, które mogą wyrazić uczucia po seansie koreańskiego hitu "I saw the devil". Nie mogę sobie w żaden sposób wyobrazić, że ktoś będzie w stanie zamknąć gębę z wrażenie przez co najmniej piętnaście minut od obejrzenia jego zakończenia. Jeżeli szukacie czegoś, co da Wam konkretną dawkę emocji - czytajcie dalej.

Kim Je-Woon, reżyser którego film miałem już przyjemność recenzować tutaj, przebił sam siebie. Nakręcił bowiem thriller, który powinien zwalić z nóg każdego miłośnika twardego, brutalnego kina. Choć nie jestem jeszcze zgorzkniałym, starym dziadem, plującym na ulicę z balkonu, mogę śmiało powiedzieć, że sporo już widziałem. I w żadnym wypadku nie spodziewałem się, że jakaś produkcja będzie mnie w stanie tak zaskoczyć. Na szczęście tym razem się pomyliłem - i to cholernie...

Jak NIE pakować prezentów na święta...
Nie wiem jak z banalnej historii o zemście można zrobić tak dobry i przenikliwy film. Tak naprawdę to będzie chyba mój jedyny zarzut. Opowieść to ograne revenge story - ginie narzeczona naszego bohatera, więc od tego momentu rozpoczyna się poszukiwanie sprawcy, pogoń i zemsta. Nic specjalnego, nic odkrywczego. Pomyliłem się jednak podchodząc tak do tego filmu na początku. W rzeczywistości wygląda na to, że cała historia, to po prostu pretekst do przedstawienia konfrontacji dobra ze złem. Choć obecność dobra w tym przypadku jest jednak bardzo dyskusyjna.

Najgorszy sprzedawca kebabów ever. Z papierosem do pracy ?! Serio ?!
Nie będę Wam jednak przedstawiał swoich pseudofilozoficznych wywodów. Warto raczej podejść do tej produkcji od tej technicznej strony. Dobry thriller musi przede wszystkim zaskakiwać, trzymać w napięciu. Sama akcja i sposób jej przedstawienia zawsze wydawały mi się drugoplanowe - liczyła się historia. Ale tutaj jest wszystko. Brutalność, która była w stanie zszokować nawet mnie, scena morderstwa w taksówce, która nakręcona została wprost genialnie, hektolitry krwi, ścieżka ruchów przestępcy  wyznaczana przez poniewierające się ciała ofiar i ta ciągła niepewność - tak się właśnie powinno realizować świetne filmy. Jakby tego było mało reżyseria scen akcji bije na głowę wiele hollywoodzkich produkcji.

Przyznam, że z całą pewnością nie jest to film dla wszystkich. Raczej nie zobaczymy go w sobotni wieczór na Polsacie. Absolutnie nie jest to kino familijne. To prawdziwa rzeź dla ludzi, których nie poruszają mroczne i ponure produkcje. Jeżeli nie lubicie krwi na ekranie - nie macie tu czego szukać, jeśli rażą Was sceny gwałtu - będziecie chcieli bardzo szybko zakończyć ten seans, jeżeli zaś jesteście idealistami, wierzącymi w dobrą naturę człowieka - będziecie długo myśleć o tej produkcji. Brak jakichkolwiek niedopowiedzeń jest tutaj czymś oczywistym jak łapówki w polskiej polityce. Mało tego, sama końcówka filmu została tak świetnie dopracowana, że sam widz zastanawia się, czy jest tak naprawdę całkowicie porządnym człowiekiem.
Informacja: To tylko screen. Nie przedstawia on sceny gwałtu wspomnianej w tekście, choć rozumiem, że może być odrobinę mylący...
Ten film jest cholernie trudny, ale właśnie dlatego, że stawia na prostotę. Nie prowadzi nas przez jakiś wyidealizowany teatrzyk, w którym "ten zły" chce zniszczyć świat, a "ten dobry" jest tam tylko po to, żeby go ocalić. Ogromną rolę grają tu emocje, a nawet ich brak, który okazuje się ogromnym bodźcem do niektórych działań. Czy jest w nim coś strasznego? Chyba tylko w tym ludzkim wymiarze. Mimo ogromnej brutalności nie bałem się w żadnym momencie, choć muszę przyznać, że zainteresowanie budzi całkiem sprawnie, więc odwrócenie głowy od ekranu staje się niesamowitym wyzwaniem. Wielka w tym zasługa bardzo dobrej gry aktorskiej, choć moim zdaniem postaci drugoplanowe nie dawały sobie tutaj rady, a ich przewijanie się przez ekran często niosło ze sobą dawkę śmiesznej nieporadności. Za to do aktorów, którzy odgrywali kluczowe role nie mam najmniejszych zarzutów.

Podsumowując muszę przyznać, że polecam ten film, ale nie z czystym sercem. Nie każdy się w nim odnajdzie i ciężko powiedzieć, że był to przyjemny seans. Przebicie się przez taką produkcję, to jak sprawdzian z matematyki - niby czujesz się przygotowany na wszystko, ale nigdy nie wiesz co Cię tak naprawdę czeka, natomiast po wyjściu z sali i tak najprawdopodobniej poczujesz się jak ostatni śmieć. A mimo to jestem nim w jakiś dziwny sposób zafascynowany i tym razem:


Moja ocena to:  8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz