środa, 2 lipca 2014

Dawid Czaja - "RPGranda czyli świat po drugiej stronie"

Jestem już niemal przekonany, że ludzie decydujący się na rozpoczęcie kariery pisarskiej są w pewnym stopniu masochistami. Jest tyle pięknych stron internetowych, na których można poczytać recenzje pisane przez profesjonalnych publicystów, a także tyle blogów, na których publikują ludzie mili i nieźle znający się na literaturze. A mimo to wciąż dostaję oferty podjęcia się recenzji jakiejś książki, przy czym wiadomo, że solidne opierniczenie autora jest u mnie pewne jak dwa razy dwa. Ba, nawet ostrzegam o tym osobiście, ale i tak słyszę - pisz, pisz, aby było obiektywnie. Ni cholery nie będzie obiektywnie, bo dzisiejsza książka nie podobała mi się straszliwie, ale coś tam skrobnę i jakoś postaram się uzasadnić swoje zdanie.

Zacznijmy od tytułu. "RPGranda czyli świat po drugiej stronie". Faktycznie, jest to w jakiś sposób intrygujące i wzbudza pewne zaciekawienie u potencjalnego czytelnika. Jednak nie ma tu nic, czym powinniście się podniecać. Tytuł doskonale odzwierciedla to, co będzie się działo w samej powieści.

No właśnie, sama historia nie jest zbyt skomplikowana. Mamy grupkę ludzi, którą przejąłem się tak strasznie, że zdołałem zapamiętać tylko imię bohatera głównego (?) Jacka i doktora Franco. Tenże doktorek, dzięki tajemniczemu wynalazkowi, wysyła ową grupę studenciaków do gry wideo. Duże uproszczenie? Niekoniecznie, bo historia jest tak mało rozbudowana, że możecie mi wierzyć, iż pominąłem naprawdę nieznaczną część fabuły. Przypomina mi to trochę jakieś kino familijne, ale cóż, czytałem dalej z nadzieją, że akcja się rozkręci. I tu też czekała mnie niespodzianka, gdyż recenzencka wersja książki była okrojona z drugiej części powieści ,a w konsekwencji z zakończenia. Tak więc nie wiem, czy zakończenie było dobre, czy złe, ale jestem dość zadowolony, że ja go nie musiałem czytać.

Dobra, przejdę do meritum, bo cholernie pastwię się nad tą książką, a Wy nawet nie wiecie o co konkretnie chodzi. Tak pozycja jest niemalże nieczytelna. Język i styl jakim posługuje się autor wydawał mi się strasznie słaby, dziecinny i infantylny. Choć dawno tego nie robiłem tym razem muszę posłużyć się cytatem, żebyście pojęli o co mi mniej więcej chodzi:

"-Wiesz Alice, przeraża mnie ta cała podróż, (..) dobrze zrobiłyśmy, że się zgodziłyśmy na to?

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ten szyk zdania jest kompletnie spartolony i osobiście byłem strasznie poirytowany. I to nie jest wyjątek. "Przyda się to wam" zamiast "Może wam się to przydać", "nie będę musiał w końcu siedzieć tu i tylko pouczać profesorów" zamiast "W końcu nie będę musiał tu siedzieć i tylko pouczać profesorów". Nie znam się na składni, ale ja tego kompletnie nie czuję i nieźle mnie to wkurza. Przecież nikt w ten sposób nie konstruuje zdań ;(

Ale to jeszcze można by przeboleć, gdyby nie infantylność. Język jest do bólu prosty i ograniczony. Często następuje po sobie kilka krótkich zdań, co sprawia wrażenie, jakby autor chciał przyspieszyć akcję jednocześnie ograniczając treść jaką przekazuje czytelnikowi. O powtórzeniach nawet nie będę się rozpisywał. Jeżeli chodzi o naiwność pod względem fabularnym, to szczególnie raził mnie wspomniany 40-letni naukowiec, który "postanawia sobie" pewnego wieczoru, że założy rodzinę (tak, bo wystarczy wyjść na ulicę pewnego dnia i rodzina sama się znajdzie), grupka studentów, która błyskawicznie podporządkowuje się jednemu z nich (pójdźcie do akademika i poproście kogoś, żeby chociaż przyciszył muzykę, a co dopiero powierzył Wam swoje życie...) i mój absolutny faworyt:

"Alice zarumieniła się, bo Jack spojrzał na nią miłosnym wzrokiem"

Tak jest, to był najromantyczniejszy fragment książki i chyba jedyny zarysowujący sprawy sercowe naszych bohaterów. Spojrzenie miłosnym wzrokiem? Muszę się tego nauczyć, bo gdy próbuję tak oczarować dziewczyny, to zwykle dzwonią na policję.

Nie będę już więcej krytykował, bowiem na dobrą sprawę mógłbym brać każde zdanie i doszukiwać się w nim czegoś, co mi nie pasowało. Nie wiem, być może wielu z Was nawet nie zauważa takich błędów, ale mnie doprowadzały one do wyjątkowej, szewskiej pasji. A przy fragmencie książki liczącym niespełna 30 stron jest to naprawdę ogromne zaskoczenie in minus.

Teraz pozostaje mi tylko liczyć na to, że autor ma mniej niż dwa metry wzrostu lub nie jest zawodowym sportowcem (szachista to max na moje obecne możliwości), a także, że nie będzie mnie prześladował za mocno. Trudno, dziś muszę zaryzykować utratę przedniego uzębienia (nie jest ono kluczowe dla funkcjonowania organizmu, zbędny bajer) i napisać reckę w zgodzie z moim sumieniem. to znaczy chamską , subiektywną i szczerą.


Moja ocena to: 2/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz