niedziela, 6 lipca 2014

Dennis Lehane - "Modlitwy o deszcz"

Są czasem takie książki, których recenzję można by podsumować jednym słowem. Kluczowym dla całej powieści zbiorem kilku liter, które od początku do końca zdeterminowały piszącego do wystawienia jedynie słusznej oceny. Słowem na dziś jest: Bubba.

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego warto przeczytać którąkolwiek z książek Lehane'a, tworzących cykl o prywatnym detektywie, Patricku Kenzie'm, to właśnie byłaby moja odpowiedź: Bubba. Gość o twarzy noworodka i skłonnościach morderczych Davida Berkowitza po prostu zniszczył wszystkie inne postaci z jakimi dotychczas miałem do czynienia we wszelkiego rodzaju kryminałach. W tej powieści w końcu otrzymał naprawdę dużo miejsca do zaprezentowania swoich możliwości i wykorzystał to genialnie. Jeżeli po pół roku od przeczytania tej książki ktoś zapyta mnie co z niej pamiętam, to z całą pewnością takim elementem będzie wielki jak nosorożec pomagier Patricka - Bubba Rogowski.

Historia nie wydaje się szczególnie interesująca. Do Patricka zgłasza się po pomoc fajna laska. Oczywiście jako wzorowy dżentelmen i "ten dobry", Kenzie ochoczo wyrusza, by pomóc damie w opałach. Choć sprawa wydaje się wyjaśniona, pół roku później jego była klientka skacze z 26 piętra wieżowca - w stroju Adamowym, choć bez figowego listka. Na szczęście by nie peszyć ewentualnej młodzieży obserwującej ten intymny akt, kobieta efektownie rozbryzguje się na chodniku. I w tym momencie do akcji znów wkracza Patrick. I Bubba - mam nadzieje, że o nim nie zapomnieliście.

Naprawdę chciałem, by ta recenzja była obiektywna. Miałem pochwalić filmowy klimat, pędzącą akcję, świetny styl autora i trzymającą do końca w napięciu historię, ale umówmy się, że to wszystko nie jest ważne w obliczu Bubby - postaci, która nie znajdzie u mnie konkurencji przez bardzo długi czas. Jak bowiem nie pokochać gościa, który choć jest wciąż na drugim planie, okazuje się największym sukinsynem w całej powieści? Trzeba kogoś pobić? Dzwonimy po Bubbę. Trzeba coś zaminować? Nie widzieliście gdzieś Bubby?  Tortury, morderstwa, podłożenie bomby, kupno broni, namierzenie komórki - wszystko to robi właśnie ten przemiły Pan, choć nigdy nie ukrywa, że jego ulubioną opcją wyjścia z każdej sytuacji jest posłanie komuś kulki w łeb. Komukolwiek. I głównie dlatego, że sprawia mu to niesamowitą frajdę. Oczywiście w słusznej sprawie.

Nie zrozumcie mnie źle, ta książka ma wszystko czego można oczekiwać po dobrym thrillerze, ale niesamowite pokłady dobrego humoru jakie wnosi ta jedna postać, przysłoniły mi wszystkie inne, liczne zalety. Dlatego też sama recenzja będzie tak krótka. Trzeba brać, czytać i nie marudzić.   


Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz