piątek, 11 lipca 2014

Jonathan Kellerman - "Dowód"

Czytanie słabych książek powoli staje się nudne. Jasne, Wy macie niezłą zabawę, bo nie dość, że poczytacie jak znęcam się nad jakąś pozycją, to później możecie jeszcze mi zarzucać, że tylko hejtuję, a książka, którą zjechałem jest tak naprawdę niemalże dziewiątym cudem świata (tak, ósmy to ja). Ale co ja poradzę, że jeśli coś czyta mi się słabo, to nie mam serca, żeby takie dzieło bronić. Macie więc kolejny wpis, który grzeczne dzieci mogą spokojnie uznać za wypadek przy pracy, a te mniej grzeczne mogą mi wysłać fotki mogą czytać dalej.

"Dowód", to książka, którą przeczytałem pod wpływem "bibliotekowego impulsu". Jest to nieopisana dotąd choroba, polegająca na tym, że stojąc przed półką pełną książek, delikwent wybiera największe gówno, bo skądś kojarzy mu się imię autora. I rzeczywiście, Kellermana kiedyś czytałem i uznałem, że w kwestii zapewnienia prymitywnej rozrywki facet daje radę. Prawdopodobnie miałem wtedy jakieś dziesięć lat i frajdę z czytania odczuwałem w tym samym stopniu, co ze zjadania własnych gili. Kilka książek później muszę stwierdzić, że Kellerman jednak nie daje rady mnie zadowolić, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.

"Dowód" jest bowiem idealnym przykładem książki nijakiej. Są jacyś detektywi, którzy wcale mnie nie obchodzą, jest jakiś psycholog, który praktycznie nic nie robi, więc siłą rzeczy mnie nie obchodzi i jakiś trup, którym powinienem się przejąć, ale... tak, zgadliście, wcale mnie nie obchodzi. Czytałem tę książkę, męczyłem się jak cholera, tylko po to, żeby poznać rozwiązanie zagadki, która mogła się skończyć nawet inwazją pijanych skrzatów na Radom, a i tak nie zwróciłbym na to większej uwagi.

Nudna, monotonna, przegadana, może nawet trochę przekombinowana, za dużo niepotrzebnych opisów, za mało charakterystyki postaci - ta książka ma wszystkie grzechy, które irytują mnie w kryminałach. Wiem że wielu ludziom takie rzeczy nie przeszkadzają, wiem też, że zdarzają się przypadki osobników będących fanami tego autora, ale ja ni cholery nie mogłem czerpać z tej książki radości.

I wiem, to już kolejna pseudorecka, w której głównie wylewam swoje żale, ale chrzanić to. Jest tylu miłych i kulturalnych blogerów, którzy w dodatku znają się na swojej robocie. Ja jako amator mam prawo na szczyptę ignorancji, podlewanej sosem z nieuprzejmości. Jeżeli macie z tym jakiś problem, to bardzo chętnie Was oleję (robię to za darmo, w ramach charytatywnej, krajowej akcji olewania ludzi, którym nie podobają się moje teksty, może słyszeliście? )

Ale zrobię Wam tę przyjemność i powiem o zaletach. Wbrew temu co pisałem wyżej tych też było sporo. Zakończenie jest na przykład wymyślone całkiem nieźle. W książce, która wzbudziłaby we mnie jakiekolwiek emocje, prawdopodobnie wywarłoby na mnie wrażenie. Styl autora jest również całkiem niezły, gdyby nie te wszystkie drobiazgi, które szczególnie irytują właśnie mnie. To już dwie zalety i w sumie za cholerę nie wymyślę nic więcej, czyli jednak tych plusów nie było aż tak dużo.

Podsumowując: książka miała swoje momenty, aczkolwiek było ich na tyle mało, że w żaden sposób nie mogę jej polecić. Gdybym miał użyć jakiegoś obrazowego i kulturalnego porównania: ocenienie tej książki wyżej, to jak udawanie, że smakuje mi kupa gówna, tylko dlatego, że ktoś posypał ją wiórkami czekoladowymi. Ani książki, ani tak wyrafinowanego deseru nie polecam, ale cóż, ludzie mają różne gusta, więc może Wam się spodoba bardziej (wciąż mowa o książce ;))


Moja ocena to: 4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz