wtorek, 29 lipca 2014

Wampir z dyskontu, czyli słów kilka o Lestacie...

Dzisiaj jestem zmuszony zaprezentować Wam tekst, który nie będzie klasyczną recenzją. Dlaczego tak? Otóż wielu z Was, drodzy czytelnicy, polecało mi książki Anne Rice. Miała to być w miarę dojrzała historia z prawdziwymi wampirami w tle. Żadne tam świecące, wyżelowane lowelasy - po prostu potwory żądne krwi. Wziąłem więc na chybił trafił "Opowieść o złodzieju ciał", czwartą książkę z serii, ale dałem radę przeczytać tylko pierwszy tom. Dlatego też, żebyście nie mieli mi za złe, nie będę się bawił w klasyczną reckę, tylko po prostu napiszę, co mi nie pasowało w tej historii. A trochę tego było.

Na wstępie zaznaczam, że mój umysł musi funkcjonować na zupełnie innych zasadach, niż wielu czytelników, którzy ubóstwiają tę serię. To było najbardziej męczące trzysta stron, jakie przeczytałem od czasów "Nad Niemnem". Przeszkadzało mi niemal wszystko, zasnąłem dobre cztery razy, a z samą lekturą walczyłem ponad tydzień. Jako że nie jest to klasyczna recka zastrzegam sobie prawo do kompletnej, niekwestionowalnej subiektywności opinii, która pojawi się w kolejnych akapitach.

Zacznę od głównego bohatera, którym oczywiście jest wampir Lestat. Co jest jego znakiem rozpoznawczym? Zdecydowanie jęczenie. Widocznie kobiety kochają narzekających mężczyzn, bo zauważyłem, że Lestat cieszy się niesamowitą aprobatą czytelniczek. Oczywiście pomijając fakt, że jest piękny (tym mnie akurat autorka nie "kupiła")i wszechpotężny, jego głównym atrybutem jest także pseudo-filozoficzna gadanina. Dialog z innymi postaciami może prowadzić przez bite dziesięć stron, rozmawiając a to o Bogu, a to o sensie życia, a to o moralności. Spoko, mógłbym to jakoś znieść przez chwilę. Ale nie chcę, żeby filozofia stała się podstawowym elementem książki, która miała traktować o wampirach. Tym bardziej, że rozmowy te byłem w stanie tolerować tylko na początku, a potem widziałem losowy ciąg literek, które miałem ochotę pominąć.

I tak, czekałem na akcję, bo przecież coś musi mi zrekompensować ten morderczy ciąg bzdurnych dialogów i monologów. I wiecie jak wygląda dynamiczny, filmowy opis morderstwa w wykonaniu pani Rice? Idzie sobie nasz Lestatcik ulicą, robi się głodny, więc postanawia wszamać dwóch "rzezimieszków". Taaaak, troszkę parafrazuje, ale jeśli chodzi o szczegóły tego morderstwa, to jestem niemal tak samo skrupulatny jak autorka. Nie dam wiary, że kobieta, która potrafi sporządzić opis parującej w łazience wody, zajmujący trzy/cztery zdania, nie jest w stanie wysilić się na tyle, by napisać dobre sprawozdanie z morderstwa. Przecież ja wyłącznie po to wziąłem tę książkę w łapy.

Tak, wiem. Taka, a nie inna opinia wynika wyłącznie z tego, że jestem prymitywem, który kompletnie nie zrozumiał przesłania, jakie autorka zawiera w swoich książkach. Z czystym sercem przyznaję się, że nie zrozumiałem. Oczekiwałem raczej zwykłej rozrywki, a tu jej nie znalazłem. W połowie zmieniłem swoje nastawienie i doszukiwałem się w tych wszystkich rozmowach jakiegoś morału, głębii. Tego także nie mogłem znaleźć. To dziwi mnie tym bardziej, że byłem w stanie wyciągnąć przyjemność z czytania książek Salmana Rushdiego, a taka Anne Rice okazała się dla mnie zbyt wyrafinowana.


Zwykle książki, które mi polecacie są świetne, ale ta kompletnie nie trafiła w mój gust. Oszczędzę sobie błyskotliwych porównań i mniej błyskotliwych epitetów. Cieszę się, że Anne Rice jest już za mną. Mam nadzieje, że nie będzie dane nam się więcej spotkać. Z jednej strony trochę mi przykro, że nie mam pełnego obrazu, ze względu na przerwanie lektury po pierwszym tomie, ale z drugiej ogromnie się cieszę, że nie muszę już słuchać tych bredni o ciężkim życiu wampira Lestata. Kołek mu w serce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz