niedziela, 3 sierpnia 2014

Michael Connelly - "Oskarżyciel"

Zawsze mam problem z rozpoczęciem swojego tekstu, zwłaszcza, gdy piszę pod presją czasu - tak jak dziś. Zacznę więc od tego co miało być na końcu - w tym tygodniu będę niestety nieobecny. Ani na swoim blogu, ani na Waszych. Nieszczerze przepraszam i fałszywie obiecuję poprawę. Prawdopodobnie nadrobię zaległości po powrocie z wakacji, ale niczego nie mogę zagwarantować. Dlatego też składam Wam swoją ostatnią ofiarę w postaci tejże kiepskiej, przewidywalnej, nudnej i trochę przykrótkiej recenzji. Pokłony dziękczynne tym razem przyjmuję w swojej kancelarii, w godzinach popołudniowych. Bez alkoholu wypraszam!

Dobra, czas na konkrety, które nigdy nie były moją specjalnością (wow, ale niespodzianka). Mamy taki sobie oto thriller prawniczy. Nie wiem wciąż, czy ten gatunek można wyróżnić, ale umówmy się, że ja dyktuję co można, a czego nie i przyjmijmy tę definicję za funkcjonującą.

Każda porządna recenzja zawiera krótki opis fabuły. A że ze mnie porządny chłopak, to też Wam rzucę jakieś jej strzępy na zachętę. Bardzo zły morderca (zabijanie, gwałty, brawurowa jazda Cinquecento) może wyjść na wolność. Mickey Haller, który dotąd był adwokatem, zostaje poproszony o udział w sprawie po stronie prokuratury i poprowadzenie odpowiedniego śledztwa. Pomaga mu w tym jego przyrodni brat, detektyw Harry Bosch i była żona, prokurator Maggie Jakaśtam. Ta hierarchia jest dość zasadna, bowiem postaci wzbudzają zainteresowanie dokładnie w tej kolejności.

Co jest fajne? Czytelnika nie traktuje się jak kompletnego idiotę, który nie byłby w stanie zrozumieć przebiegu śledztwa według amerykańskiego systemu prawnego. Cała otoczka proceduralna, burzliwe batalie sądowe i ostre negocjacje nadają książce niemalże filmowego klimatu. I choć akcja toczy się głównie na sali sądowej, powieść czyta się świetnie i szybko.

Wady? Zakończenie skopano do bólu. Wyjaśnienie zagadki nie zaskakuje, kilka wątków nie zostaje zamkniętych, a kilka okazuje się kompletnie nieistotnymi. Oczywiście to może być wyłącznie moje odczucie, gdyż zakończenia to wyjątkowo subiektywny w ocenie element, ale moja nieprzeciętna zdolność do wydawanie autorytarnych sądów mówi, że jest ono do dupy.  

No i co tam miało być na koniec? Jakieś podsumowanie? Ehh, no dobra, zrobię Wam tę przyjemność. Moim zdaniem warto sprawdzić. To kilka chwil naprawdę przyjemnej zabawy, szczególnie jeśli kręcą Was kryminały, albo byliście kiedyś na sali sądowej oskarżeni o zabójstwo, albo przynajmniej zgwałcenie kota. Poczujecie się jak w domu. A jak zagryziecie zęby (byleby nie na tym kocie), to nawet zakończenie może Wam się spodobać. Także raczej polecam, a że ja jestem z lektury zadowolony:


Moja ocena to: 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz