piątek, 22 sierpnia 2014

Rafał Socha - "Jak zostałem bażantem"

Jeżeli autor sam reklamuje swoją książkę, to wiedz, że coś się dzieje - ta maksyma zwykle okazywała się boleśnie prawdziwa. Niezrażony doświadczeniami z przeszłości, postanowiłem jednak przystać na propozycję pana Rafała Sochy i przeczytać, zrecenzować, lub wyśmiać, jeśli okaże się to konieczne, jego książkę pod tytułem "Jak zostałem bażantem" Muszę przyznać, że do takiej decyzji skłonił mnie nie tylko intrygujący tytuł, ale także wybitnie wojskowa tematyka.

Niestety/stety czasy obowiązkowej służby wojskowej odeszły. Możemy więc cieszyć się nieskrępowaną wolnością i paradującymi po ulicach chłopcami w rurkach. Dawniej jednak nie było tak pięknie i na każdego dorastającego młodzieńca po studiach, czekała Szkoła Podchorążych Rezerwy. Półroczne kształcenie w SPR obejmowało zarówno szkolenie teoretyczne, jak i trzymiesięczną praktykę w jednostce wojskowej. SPR - Spierdolone Pół Roku, to główny temat powieści Rafała Sochy.

"(...) i wtedy zwątpiłem autentycznie, i wtedy autentycznie zdezerterowałem. Definitywnie i nieodwołalnie, bardzo niehonorowo ewakuując się z miejsca wypadków. A właściwie, jak uczciwie należałoby rzec, spierdoliłem z pola chwały"

Bohaterem, którego losy będziemy śledzili jest Konrad Wallenrod. Zbieżność nazwisk z całą pewnością nie jest przypadkowa, ale stanowi też tylko małe wprowadzenie do robienia sobie jaj z czytelnika. Moczymorda, Niesmaczny, czy Pieniacz, to tylko niektóre nazwiska przewijające się przez karty tej książki. Z miejscowościami także nas nie oszczędzono. Akcja z Kiły przenosi się do Plecakowa, z Nonsensowic  do Absurdowa itd. Cała powieść to jeden wielki, groteskowy żart.

Ale żart bardzo dobry, gdyż niosący ze sobą wiele prawdziwych informacji. Świetne ukazanie koszarowego życia, poczucia humoru przełożonych, organizacja szkoleń, wypadów na miasto, czy choćby wieczornego oglądania pornoli, sprawia, że książka jest jednocześnie niesamowicie autentyczna. Czytając ją można doskonale poczuć przez co przechodził żołnierz rezerwy i jakie postawy wykazywał.

"- (...) za chwilę panie kochany i tak będziemy mieli tutaj alarm. Alarm jak się patrzy...
- Alarm? - pisnąłem i aż podskoczyłem na krzesełku. - Jaki alarm, panie chorąży?
- Przeciwlotniczy (...)
- To takie rzeczy są planowane, reżyserowane? Z góry wiadomo, kiedy będzie alarm?
- Nie tak zwanie oficjalnie - zaśmiał się głucho. - Ale jak się ma wtyki, to się takie rzeczy wie.(...)
- Dobra, dobra, nie będę pana czarował - odezwał się raptem (...). -Jak byłem się wysrać, to mnie w kiblu ostrzegł jeden podpułkownik..."

Warto wspomnieć także o stylu autora. W tym wypadku chyba właśnie "żołnierski", to byłoby najodpowiedniejsze sformułowanie. Kurwy sypią się tu na potęgę, więc nawet jeśli w niektórych momentach Socha przerzuca się na bardziej podniosłą stylistykę, to za moment kwituje ją jakimś niewybrednym żartem. Groteska i absurd w połączeniu z militarystyczną tematyką przywodzić może na myśl "Paragraf 22" Hellera. Być może właśnie z tej pozycji czerpał inspirację polski autor. Nie można się jednak oszukiwać, że są to książki, które można z czystym sercem postawić obok siebie. "Jak zostałem bażantem" okazało się być książką wybitnie rozrywkową, w "Paragrafie" natomiast znajdujemy wiele kwestii wartych zdecydowanie głębszego przemyślenia. Czy to źle?

Absolutnie nie. Powieść o żołnierzu szkolącym się na oficera rezerwy dostarczyła mi mnóstwa świetnej zabawy. Ćwiczenie z załatwiania się bez rozpinania pasa, traktowanie nierozważnych żołnierzy na strzelnicy, przesłuchanie "żula", czy nalot na siłownię, to momenty, które potrafią rozbawić do łez.

"A tutaj koledzy, którzy zrezygnowali z mszy i wyjścia do kościoła, zasuwali na szmatach. Pucowali w pocie czoła korytarz i "trójmiasto", bo podporucznik Karakan w ten właśnie sposób zorganizował im wolny czas."

Teraz jeszcze mały zarzut w kwestii wydania książki. Na okładkę nie będę narzekał, choć bohatersko wydzierający się żołnierz bardziej przypomina wojaka z "Szeregowca Ryana", czy innego patriotycznego filmidła. Tutaj do treści bardziej pasowałby chyba jakiś rysunkowy bohomaz. Wkurzający był też papier. Pewnie też tak czasem macie, że niektóre nowe książki "skrzypią" przy przekładaniu stron? Nie wiem jak Was, ale mnie to strasznie irytuje.

Podsumowując jednak jeżeli czegoś mogłem się przyczepić, to tylko tego stosunkowo nieprzyjaznego dla mnie wydania. Poza tym książka naprawdę przypadła mi do gustu i bawiłem się na niej świetnie. Nie ukrywam jednak, że nie kupiłem przekazu, jaki miał z niej płynąć (szczególnie jeśli to miała być historia o wojsku szkodzącym młodym ludziom) - w całości kupiłem jednak groteskę, absurd i humor, który tak spodobał mi się u Hellera, czy Vonneguta. Może to za odważne porównanie, ale takie właśnie nutki dało się wychwycić u Sochy. Dzięki tym właśnie miłym skojarzeniom chciałem książkę ocenić na osiem punktów. Ale obiektywnie rzecz biorąc chyba nie jest ona aż tak dobra, dlatego obniżam tę notę i po krótkim przemyśleniu:


Moja ocena to: 7.5/10 (fani absurdu i wojska mogą spokojnie zaokrąglić tę ocenę do ósemki)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz