czwartek, 14 sierpnia 2014

Skafizm, czyli o chorych zabawach starożytnych...(+18)

Ludzie są najprawdopodobniej najinteligentniejszymi stworzeniami na Ziemi (choć prywatnie zawsze stawiałem na jeże). Szczególną kreatywnością wykazują się zaś w kwestiach związanych z pozbawieniem życia innego człowieka. Od niepamiętnych czasów nasz gatunek uczył się, jak do maksimum wykorzystać najprymitywniejsze uczucie, które kieruje każdym z nas. Ból. A jako że dawno nie pisałem nic dla zabawy (tak, wiem, tortury nie są tematem do żartów, ale chyba już zdążyliście poznać moje poczucie humoru), dziś chciałbym jedną z takich metod przedstawić. Kto wie, może komuś się kiedyś przyda...

Rzecz będzie traktowała o skafizmie i wszelkich jego przypuszczalnych wariacjach (oczywiście przypuszczenia będą wyłącznie moje - niepotwierdzone przez "oficjalne źródła"). Otóż tę piękną i jakże estetyczną metodę wymyślili najprawdopodobniej Persowie. Nie jest wykluczone, że inspirację czerpali z innego, starożytnego państwa o którym warto wspomnieć.

Starożytne Chiny. Ponoć to właśnie tutaj popularną techniką tortur było zjadanie żywcem. Na delikwenta, który był przesłuchiwany/skazany na karę śmierci zakładano strasznie drapiący sweter, który uszyła mu babcia. Przesłuchiwanego delikatnie nacinano i smarowano jego ciało melasą. Jeżeli ktoś wie co to jest, to wie również, że gówno jest strasznie słodkie i przyciąga niezliczone chmary robactwa. Nieszczęśnika unieruchamiano więc i pozwalano działać naturze. Pierwszy dzień od biedy dało się znieść, ale jeśli ktoś nie miał języka długiego, jak zawodowe aktorki porno i  nie mógł sam zlizać gęstej masy, to już po jakimś czasie owady zaczynały dawać o sobie znać. Dobrze wiecie jak to cholerstwo działa - najpierw swędzenie, później jajeczka, larwy i w mig coś zaczyna zżerać nasze ciało kawałek po kawałku.

Być może właśnie taką metodę zaobserwowali Persowie i zamiast pomyśleć sobie: "kurwa, ale to chore" - jak zrobiłby każdy porządny Polak i katolik, stwierdzili, że jest to świetny sposób na przeprowadzanie tortur. Tylko jakiś taki mało efektowny i przydałoby się dodać do niego trochę fajerwerków. A skoro w tamtych czasach fajerwerków jeszcze nie było (bo nie było chrześcijaństwa, a zatem nie było odpustów - a przecież wszyscy wiemy, że tylko tam można znaleźć dobre fajerwerki ;)) zaczęto dłubać przy innej kwestii. Dosłownie. Ofierze wydłubywano oczy, co miało nie tylko zmienić jej spojrzenie na sytuację w której się znajduje, ale także umożliwić wysmarowanie oczodołów i okolic mlekiem i miodem (tak, Persja od zawsze była krainą płynącą mlekiem i miodem). Następnie schemat był podobny, co w przypadku chińskim. Owady, larwy, ZUS i inne szkodniki zajmowały oczodoły drążąc tunele w stronę mózgu. Nieszczęśnik, którego poddano temu zabiegowi żył na tyle długo, by czuć ogromny ból związany z buszującymi mu pod czaszką owadami. Pomyślcie tylko co musiała mieć w głowie osoba, która wymyśliła te tortury, bo co mieli w głowie skazani, to już wiemy...

Sam wyczytałem o tej metodzie w jednej z książek przygodowych. W tej wersji nieszczęśnika zaszyto w końskim truchle. Choć jego ciała niczym nie polewano upał i tak miał przyciągnąć owady, ale także...sępy. Czy taka wersja również jest prawdopodobna? Dlaczego by nie? Choć wydaje się, że jest też zdecydowanie szybsza niż odsłona "robaczana", a niedostępność sępów w wielu regionach świata, nie świadczy raczej na korzyść jej popularności.

Z przekazów Plutarcha wynika, że król Pontu - Mitrydat umierał w ten sposób przez siedemnaście dni. Na ile można wierzyć cheronejskiemu pisarzowi trudno powiedzieć. Metoda ta wydaje się wystarczająco logiczna, by przekonać takiego naiwniaka jak ja. Ale czy działa? Jeżeli nie przekonacie się na własnej skórze (ekhm), prawdopodobnie nigdy się nie dowiecie. Może lepiej pozostańmy przy tej kwestii traktując ją jako historyczną ciekawostkę ;)

Ps. Dziś oszczędzam Wam zdjęć, które miały okrasić ten wpis - zamiast tego wstawiam coś pozytywnego na rozluźnienie - nie musicie dziękować ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz