sobota, 27 września 2014

3 w 1, czyli horrorowa sobota i najgorsza książka w moim życiu...

Dziś moi drodzy przedstawiam Wam jedyny w swoim rodzaju, zaskakujący i zwalający z nóg triumwirat horrorowy. Ten prawdziwy maraton czytania powieści grozy sprawił, że nie tylko przypomniałem sobie czym są dreszcze na ciele, ale także, czym jest uśmiech zażenowania. Dziś uraczę Was więc aż trzema króciutkimi recenzjami jednocześnie - czytajcie i płaczcie...

1. Stephen King - "Buick 8"

Początkowo wydawało mi się, że to będzie powieść w stylu Christine, czyli wiecie, samochód, który mknie po asfaltowych szlakach i zabija niewinne istoty oraz właścicieli stacji benzynowych, którzy chrzcili paliwo. Okazało się jednak, że Buick przez całą powieść stoi w garażu i jest raczej portalem do innej rzeczywistości, niż złym do szpiku kości produktem General Motors. Historia zaś oparta jest o wspomnienia policjantów sprawujących pieczę nad tym autem, które przeplatane są przez czasy współczesne. Jak to dość ciekawe założenie wypada na papierze? Muszę przyznać, że jestem cholernie rozczarowany. Książka nie była niby zła, ale jak na mistrza horroru zdecydowanie za słaba. Początek jest szalenie nudny i ciężko się przez niego przedrzeć. Później jest o wiele lepiej, ale wyłącznie dlatego, że poznajemy świetnie nakreślone, charakterystyczne postaci i wciągamy się w ten małomiasteczkowy klimat. Za to strachu zero. Niby są jakieś potwory, niby coś tam stuka, coś zabija, ale żeby to mogło przerazić? Niestety, nie sądzę. I choć jestem zawiedziony, to przyznaję, że ta książka i tak okazała się przyzwoita. Od połowy czyta się ją doskonale, styl z jakiego znamy Kinga jest w pełni zachowany, a w dodatku akcja rozgrywa się w Pensylwanii, a nie Maine, co stanowi pewne novum. Dlatego też:

Moja ocena to: 6/10


2. Michelle Paver - "Cienie w mroku"

Książka, której nie przeczytał bym, gdyby nie stosunkowo regularne odwiedzanie innych blogów. I bardzo się cieszę, że to zrobiłem. Jest rok 1937, na biegun północny wyrusza ekspedycja mająca przeprowadzić badania arktycznej fauny, flory i warunków meteorologicznych. Wśród członków jest Jack, ubogi radiotelegrafista, dla którego wyprawa ta jest ostatnią szansą na zrobienie kariery naukowej. Nieszczęśliwa seria zbiegów okoliczności sprawia, że Jack przez kilka tygodni musi sam zamieszkiwać w miejscu, które ekspedycja wybrała na obozowisko - w Gruhuken. Pech sprawił, że jest to jednocześnie drugie po polskim sejmie, najbardziej nawiedzone miejsce na świecie. Relację z wyprawy poznajemy dzięki zapiskom Jacka, które z każdym dniem stają się bardziej chaotyczne i szaleńcze. Sama zjawa nie ujawnia się zbyt często, ale dzięki temu wokół bohatera tworzy się klatka, narasta napięcie i czujemy, że Jack znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Mimo pozornie absolutnej wolności jest on więźniem pogody, ciemności i tego co czyha za drzwiami. Zabieg ten udał się autorce bardzo dobrze. Stylowo nie mam absolutnie nic do zarzucenia, książkę połyka się w jeden wieczór. Problem który mnie trapił jest jednak innej natury - przed oczami wciąż miałem Terror Dana Simmonsa, który zbudowany jest na podobnym pomyśle, ale jest...jeszcze lepszy. O wiele dłuższy, to fakt, ale także stojący jakąś półkę wyżej. Nie oznacza to, że nie doceniam dzieła pani Paver, ale jako że powielanie znanych mi już motywów nie jest czymś co szczególnie cenię(szczególnie jeśli nie umywa się do pierwowzoru), ocena jaką wystawiam jest dość niska.

Moja ocena to: 7/10


3.Graham Masterton - "Szatańskie Włosy"

Tu już coś z zupełnie innej półki. A właściwie z dna szafy. Masterton przyzwyczaił mnie do wydawanie powieści, które bawią wyłącznie późno dojrzewających trzynastolatków. Brakowało mi jednak jakiejś książki, którą mógłbym wrzucić do tego zbiorczego podsumowania mojego czytelniczego tygodnia. Wybór padł na Szatańskie Włosy, gdyż książka ta była bardzo krótka. I nie macie nawet pojęcia jak wielka to zaleta - jedyna zresztą. Słówko o historii - w londyńskim zakładzie fryzjerskim jedna z pracownic schodzi do piwnicy, w której składowane są włosy klientów. Nagle jebs - jeden worek się rozrywa i nasza dzielna fryzjerka pokryta jest kłakami obcych ludzi. Tu zaczyna być jeszcze dziwniej, bo część włosów wrasta w jej skórę na ręku. Następnego dnia bohaterka zyskuje nadludzką siłę, ale jednocześnie staje się niesamowicie przygnębiona i cyniczna. Klasyczne opętanie. Dobra - starczy o fabule, bo nie ma się sensu pastwić nad czymś, z czego King zrobiłby pewnie przyzwoitą opowieść. Ale niecałe 200 stron, które napisał Masterton, to prawdziwa rewia idiotyzmów. Pierwsze przykłady z brzegu: głos w piwnicy mówiący "Beelzebub (tu wstaw cały ciąg słów po łacinie)" staje się dla naszej bohaterki...zagadką. Zamiast brać nogi w troki, spieprzać z tego zakładu na drugi koniec świata, to ona...zastanawia się kim jest Beelzebub. Pewnie zmyliło ją to dodatkowe "e" i nie domyśliła się, że ma do czynienia z zastępcą szefa piekieł. Mógłbym to przeboleć i zwalić na karb jej zwyczajnej głupoty, gdyby nie to, że kilka stron wcześniej dowiadujemy się o niej, że była samotna, bo uważała swoich rówieśników za niedojrzałych głupków - ale hej, gratulacje dla pani rozsądnej. Świetne było też to jak łatwo wzbudzała zaufanie. Co byście powiedzieli na telefon o trzeciej w nocy, w którym kumpel wyjaśnia wam, że musicie się włamać do domu jego szefa, bo tak naprawdę może on być demonem z zaświatów. Ja nie ukrywam, że dość niegrzecznie odparłbym: "wal się, idę spać, a Ty nie pij więcej". A kolega tej paniusi odparł bez wahania: "Już jadę". Te przykłady można by mnożyć, ale po co? To jedna z najgorszych książek w historii, bardziej przypominające bazgroły siedmiolatka niż horror dla dorosłych. Nie polecam zdecydowanie


Moja ocena to: 2/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz