wtorek, 14 października 2014

Bomby, zombie i śmierć w Minnesocie, czyli kolejny post o niczym...

Jak sugeruje tytuł dziś kolejny post o niczym. Dlaczego? Przeczytałem bowiem ostatnio książkę pod tytułem "Pan raczy żartować panie Feymann", która traktuje o losach fizyka, zajmującego się pracą przy projekcie Manhattan (przypominam, że polegał on na stworzeniu bomby, która zrobi większe bum, niż te dotychczasowe), a także późniejszego noblisty. Czytając ją miałem nieodparte wrażenie, że rozmawiam z jakimś kumplem, który mimo że jest zarozumiałym chamem, to jednocześnie w jakiś dziwny sposób łatwo go  polubić. Choć książka nosi miano popularnonaukowej, to w swej ciemnocie nie byłem w stanie wynieść z niej żadnych pożytecznych dla mnie informacji. No może poza tym, by nigdy nie kupować kobiecie drinka, jeśli nie ma się gwarancji, że dojdzie do czegoś więcej (bardziej bezpośrednio: chodzi tu o seks, chociaż ze względu na to, że jestem niesamowicie kulturalny lubię czasem poowijać w bawełnę). Z jednej strony czyta się ją całkiem przyjemnie, z drugiej zaś oczekiwałem kompletnie czego innego. Dlatego też dzisiaj recenzji nie będzie.

Będzie za to trochę o nowym Walking Dead (*whoop, whoop!). Naczekaliśmy się w cholerę na piątą serię, ale wreszcie jest. I znów możemy cieszyć nasze oczy zombiakami odgryzającymi ludziom nosy, uszy i wszystkie inne, wystające części ciała... Pierwszy odcinek okazał się dość cukierkowy, ale absolutnie nie jestem zawiedziony. Ulubione postaci ze starej ekipy wciąż żyją, mają się dobrze i wykazują zabójczą skuteczność w eliminowaniu hord żywych trupów. Choć fabuła potoczyła się absolutnie po mojej myśli, muszę przyznać, że pierwszy odcinek był wyjątkowo krwawy. I mam ogromną, psychopatyczną nadzieję, że tendencja ta będzie się utrzymywała.

Z tego miejsca polecam Wam też inny, równie świetny sposób na zmarnowanie swojego życia. Serial Fargo, który obejrzałem wyłącznie dzięki rekomendacji mojego brata (ponoć) okazał się strzałem w dziesiątkę. A może raczej klasycznym, serialowym hadshotem. Kompletnie poryte poczucie humoru, które dotrze tylko do ludzi dzielących ze mną ten charakterystyczny, psychologiczny defekt, pozwalający rozkoszować się nieuchronnym widmem śmierci naszych bohaterów, świetna gra aktorska Billy'ego Boba Thorntona oraz Martina Freemana, a także jedna z bardziej intrygujących kreacji Allison Tolman - aktorki nie zaliczającej się może do najbardziej urodziwych, ale niesamowicie utalentowanej. Moim skromnym zdaniem nie odstawała ona absolutnie od dwóch kluczowych postaci. Problemem tego serialu jest to, że należy wykazać się niesamowitą intuicją - a zaryzykowałbym nawet inny wyraz, którego w kontekście seriali staram się nie używać - inteligencją, by wychwycić wszelkie groteskowe smaczki upchnięte w Fargo.


Sprawa ostatnia - dzisiaj mecz. Po łatwym zwycięstwie nad reprezentacją Niemiec (hahahaha) czas na rozprawę z walecznymi Szkotami. Trzy punkty zdobyte w meczu z pretendentami do awansu, postawiłyby naszą kadrę w doskonałej sytuacji. Dlatego też proszę wszystkich o patriotyczne zaopatrzenie się w alkohol i darcie mordy w imię świętej, futbolowej racji, która jak wszystkim dobrze wiadomo musi być po naszej stronie. Mam nadzieje, że w tych wyjątkowych okolicznościach nie pogniewacie się za brak recenzji . 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz