czwartek, 9 października 2014

Jean-Christophe Grange - "Purpurowe Rzeki"

Grange - nazywany nomen omen francuskim Harlanem Cobenem - nie zawiódł mnie nigdy. Pomyślałem więc, że Purpurowe Rzeki, określane często najlepszym dziełem pisarza z państwa dobrego wina i białych flag, znokautują mnie doszczętnie. Chciałem zbierać szczękę z podłogi, napisać hymn pochwalny i w pełni zaspokojony powrócić do szarego, nudnego życia. Obyłoby się więc bez żadnych afer i kontrowersji. Ale by być ze sobą zupełnie szczerym - nie mogę. Moim zdaniem to właśnie jest najsłabsza książka jaką ma na koncie Grange.

Choć przyznam, że początkowo wcale się na to nie zapowiadało. Mamy klasyczną już, dość skomplikowaną tajemnicę związaną z bezczeszczeniem grobów, sfingowaną śmiercią i duchami przeszłości nękającymi ofiary. Niestety nie ma tu nic, czego nie można by znaleźć w innych książkach Francuza. Ale wciąż jest nieźle, tym bardziej, że ten charakterystyczny, lekki styl i czysta przyjemność z lektury będą nam towarzyszyły aż do końca powieści. Technicznie jest więc wszystko w jak najlepszym porządku.

Problemy zaczynają się w momencie, gdy zbyt mocno skupimy się na fabule. Akcja rozgrywająca się w uniwersyteckim miasteczku Guernon daje autorowi spore pole do popisu. Zamknięta społeczność, zagadkowe i brutalne morderstwa, wyjątkowo inteligentni podejrzani - wydawało się, że taki przepis, to prosta droga do sukcesu, ale jak się okazało - niestety nie. Ta część książki, w której na jaw wychodzą rozwiązania tajemnic zaserwowanych nam w Purpurowych Rzekach, okazuje się najgorszą rzeczą jaką moim zdaniem kiedykolwiek popełniono. Dlaczego? Ponieważ spieprzono dosłownie wszystko. Ciężki klimat gdzieś zanikł. Zamiast tego zacząłem zastanawiać się kto jest mordercą i co w przypadku Grange'a nieczęsto mi się zdarzało, trafiłem już przy pierwszym strzale. Komisarze, którzy mieli być wyjątkowo brutalni i uzdolnieni, okazują się idiotami, dla których prosty problem z zakresu genetyki wymaga kilkudziesięciu konsultacji ze specjalistami.  Pominę już fakt, że obaj śledczy opisywani byli niemalże jak zawodowi mordercy, stworzeni wręcz do działania na ulicach niebezpiecznych miast. Co najwidoczniej wcale nie przeszkadza im w byciu najbardziej nieodpowiedzialnymi i pierdołowatymi funkcjonariuszami francuskich służb mundurowych.

I to wszystko wciąż można by przełknąć. Razem z fabułą, która z mrocznego kryminału zmienia się w jakąś powieść fantasy. Można by pominąć błędy, niedociągnięcia i naiwność autora. Ale za cholerę nie wybaczę mu czegoś, co zawsze mnie zachwycało. Zakończenia. Te u Grange'a nieodmiennie były mistrzowskie, pełne suspensu i nagłych twistów wywracających całą warstwę fabularną na drugą stronę. A tu mamy niesamowite rozczarowanie, w którym znów daje o sobie znać jawna nieodpowiedzialność teoretycznie najbardziej doświadczonego detektywa. O jakimkolwiek znaczącym zwrocie akcji, którego przeciętnie inteligentny czytelnik nie domyśliłby się przed wielkim finałem, stanowczo możecie zapomnieć.

Podkreślam, że to jest wciąż książka w stylu Grange'a - lekka, łatwa i przyjemna. Ale jednocześnie do bólu naiwna. Chciałby ocenić ją wyłącznie przez pryzmat pierwszych 200-300 stron. Wtedy ocena byłaby niesamowicie wysoka. Jednak fatalne zakończenie kompletnie zepsuło mi przyjemność z lektury. Powieść ta okazała się przekombinowana i wcale nie tak zaskakująca jak mogłoby się początkowo wydawać. Poleciłbym ją wyłącznie tym,  którzy przygodę z Grange'm dopiero zaczynają. Reszta będzie raczej lekko rozczarowana.

Moja ocena to: 5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz