niedziela, 26 października 2014

Jerome K. Jerome - "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)"

Po przeczytaniu całkiem niezłego Klubu Pickwicka przyszedł czas na kolejną dawkę angielskiego humoru. Tym razem dzięki Wiki wybór padł na Trzech panów w łódce (nie licząc psa). Historia trzech przyjaciół - Harrisa, Gorge'a, Jerome'a oraz ich wiernego kompana podróży - foksteriera Montmorency'ego czytana jest od lat i nic nie zapowiada znaczącego spadku jej popularności. Skąd ten fenomen?

Choć sama powieść miała być tylko przewodnikiem turystycznym dla ludzi zainteresowanych odbyciem rejsu Tamizą, to elementy humorystyczne, które postanowił do swej książki wpleść pisarz, szybko wzięły górę nad początkowym zamysłem. Otrzymujemy więc pełną zabawnych przygód, anegdot i wszelkiego rodzaju uszczypliwości opowieść o "zwykłej podróży" angielska rzeką.

Mimo tego, że książka liczy już sobie dobrze ponad sto lat, wciąż potrafi niesamowicie rozbawić. O ile w innych powieściach zdarzało mi się lekko wykrzywić usta w uśmiechu, to przy Trzech Panach dosłownie ryczałem (jak upośledzona foka ;)). Autor kpi sobie nie tylko z wad współtowarzysz podróży, ale także ze swoich. Z jednej strony krytykuje niefrasobliwość kobiecą, by na następnej stronie opisywać niezdarność własnych kompanów. Podróż łódką po Tamizie, to jeden wielki ciąg żartów i przezabawnych potknięć dnia codziennego. Niesamowite jest także to, że prozaiczna czynność, jaką jest przygotowanie potrawki irlandzkiej (potrawka przygotowana poprzez wrzucenie do niej wszystkiego co jest pod ręką - może to być nawet Irlandczyk), staje się okazją do serii żartów.

No dobrze, ale czy w takim razie, po tylu latach, gagi zawarte w książce Jerome'a się nie zdeaktualizowały? Musze przyznać, że część z nich funkcjonuje obecnie jako oklepane i powszechne docinki, ale to w jak niewymuszony i adekwatny do sytuacji sposób są przedstawiane, sprawia, że i tak bawimy się świetnie. Wprowadzenie do języka mowy potocznej i wymieszanie jej z poetyckością opisów, choć czasami może znużyć, w perspektywie całości książki okazało się świetnym manewrem. Ten zabieg w genialny sposób potęguje komizm sytuacyjny i podważa autorytet autora, który z reguły powinien być poważnym sprawozdawcą.

Przed rozpoczęciem lektury radzę się także przygotować tak, jak zrobili to uczestnicy tej niesamowitej podróży, tzn. zaopatrzyć się w prowiant. Jak przystało na angielską powieść większość jej treści obejmują bowiem zimne schaby, pasztety, pieczenie i niesforne puszki z ananasami. Ślinotok niestety gwarantowany.


Moja ocena to: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz