poniedziałek, 24 listopada 2014

Meg Cabot - Magiczny Pech [Kaszana Czelendż 1/2015]

Nasz świat nie jest doskonały. Mimo wszelkich starań zaprowadzenia globalnego pokoju i porządku ludzkość wciąż nękają takie problemy jak AIDS, wojny, głód, terroryzm i Meg Cabot. O ile te pierwsze kwestie są stosunkowo mocno napiętnowane i często podkreśla się ich znaczenie, o tyle nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, by spalić wszystkie egzemplarze Magicznego Pecha - książki w której stworzeniu musiały maczać palce siły nieczyste. I choć odpukałem już w niemalowane (czołem), splunąłem przez lewe ramię (na okładkę) i wysypałem wokół niej starożytne symbole ochronne z soli, wciąż czuję, że nie zrobiłem dostatecznie wiele. Wydaje mi się, że ona wciąż może kogoś skrzywdzić...

Klasycznie zacznę jednak od tego, co w tym przypadku określę szumnie mianem "fabuły". Nie wiem czy wszystkie historie dla nastolatków są tak infantylne, ale ta przedstawiająca losy nastoletniej czarownicy Maggie jest. Trudno mi powiedzieć czy schemat w powieściach młodzieżowych jest zawsze taki sam, ale tutaj występuje coś co roboczo określę "brzytwą Stephenie Mayer". Mechanizm ten, w odróżnieniu od brzytwy Ockhama, polega na tym, że wskazujemy na najbardziej idiotyczne pomysły, które można zaimplementować do powieści i zostawiamy tylko je - każdy rozsądny wątek, czy choćby dialog z miejsca odrzucamy. Jak widać wystarczy znaleźć grono niedojrzałych nastolatek lub gości zmuszonych do wzięcia udziału w wyzwaniach internetowych, by zrobić na tym kasę...

Dobra, wróć, nie chcę się przecież czepiać samych czytelników, którym "to" przynosi frajdę, ale przyznam szczerze, że w życiu nie czytałem większego gówna. I jeżeli wydawać by się mogło, że staram się deprecjonować Wasz gust czytelniczy, to nie, nic podobnego. Ja Was naprawdę szczerze podziwiam...

Ale po co się rozwodzić nad szczegółami? Czas na konkrety. Czym raczy nas pani Cabot w swoim epokowym dziele? Oczywiście podstawowym elementem będą miałkie dialogi, które są nie tylko wypełnione kompletnie idiotycznymi rozważaniami nastolatek, ale co gorsza pełne irytujących powtórzeń. Drugą kwestią jest niesamowita fabuła, którą wstydziłbym się zanotować nawet na papierze toaletowym. Żadnych zaskoczeń - nastolatki nie mogą przecież za dużo myśleć. Oczywiście do tego nieodłącznie muszą być wmieszani najbardziej wkurzający bohaterowie pod słońcem - idealny Zach, chłopak półbóg, zepsuta do szpiku kości Tory, (która nie tylko pije piwo, ale i bierze valium!) a także nasza bohaterka - Maggie. Jedyna wiedźma, którą sam z radością spaliłbym na stosie i to wcale nie ze względu na jej nadprzyrodzone zdolności.

Ale co tam - nie znam się na literaturze, więc może to tylko moje widzimisię. Być może za sto lat książki Cabot będą należały do kanonu literatury. Dziś pocieszam się jednak myślą, że nie dożyję tych czasów i głos oddaję samej pisarce:       

Nie Madelaine ani Margaret. Po prostu Maggie. Kiedyś, na wsi, słyszałam, jak ktoś wołał tak na krowę! - To Iowa - czego się spodziewaliście? Że na krowę mówi się "mućka"? Zresztą mogło być gorzej. Mogła się nazywać na przykład Szczepan - pomyślcie jakie to jest cierpienie...

Nie, żebym narzekała. - Nie dajcie się zwieść. Będzie narzekała. Non stop...

"Czy coś" - Maggie nie grzeszy elokwencją, ale po kolejnym powtórzeniu sakramentalnego "czy coś" ma się ochotę obić jej mordę, czy coś...

"Nikt mi nie odpowiedział od razu, ale na pewno dobiegło mnie głośno rzucone słowo na „k”." Kaczka? Konkwistador? Konstantynopolitańczykowianeczka? Kurwa, chyba nie zgadnę :/

Właśnie oplułam mrożoną herbatą z Long Island najfajniejszego chłopaka, jakiego spotkałam w życiu. - trzeba się było na niego jeszcze zsikać. Gdyby to nie zmieniło waszych relacji ten związek byłby już nie do rozbicia #BravoGirl

A więc koty też lubił. Opiekunki do dzieci, Siódme niebo, foki, dzieci... I koty. Czy ten facet mógłby być jeszcze sympatyczniejszy? - Czuję mdłości...


Zastanawiałam się już nad tym. Serio, zastanawiałam się. Jednak po prostu nie mogłam wyobrazić sobie, żeby Tory zrobiła coś równie podłego. Symulować próbę samobójczą, tak. Ale roznosić na mój temat plotkę, która była totalnym kłamstwem i ona o tym wiedziała? - No jasne, bo symulowanie próby samobójczej jest w przypadku nastolatek zupełnie rozsądnym i logicznym wyjściem...

Wtedy Zach jakoś zdołał dojść do siebie. Wymamrotał.
- Tak... Tak... wyglądasz naprawdę... Naprawdę...
Stanęłam, czując nagle, że żołądek mi się z całej siły zacisnął - bo co on chciał powiedzieć? Przecież na pewno nie, że wyglądam świetnie, ani nic. Przyjaciele nie mówią sobie nawzajem takich rzeczy... - Czas na brutalną prawdę - facet jest napalony jak piec Martenowski. Bardziej bezpośredni byłby już tylko wyciągając wacka i waląc ją nim po twarzy...

I pochylił się, żeby mnie znów pocałować.
A tym razem, kiedy uniósł głowę, przed moimi oczami latały ptaszki, gwiazdki i jeszcze niewielkie tęcze. - z gwiazdkami i tęczami może być pewien problem, ale co do ptaszków to na pewno nie były ostatnie jakie latały jej przed oczami tego wieczora...


No ja myślę. No bo, ja leciutko dostałam szóstkę z szycia w siódmej klasie - przez pół powieści nasza bohaterka zastanawia się dlaczego ludzie jej nie lubią. Może dlatego, że po prostu jest suką która chwali się każdą głupotą? Tak tylko podpowiadam... 

Moja ocena to 0,05/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz