wtorek, 30 grudnia 2014

Filmowe podsumowanie roku:

Mieliście już okazję poczytać o książkach, które zwróciły moją uwagę w 2014 roku. Nie samymi literkami żyje jednak człowiek, dlatego należałoby także wspomnieć słówko o kinematografii. Oczywiście, jak już dobrze wiecie, moje ulubione filmy, to debilne, odprężające horrory, kino akcji, a czasem jakieś głupawe sci-fi. Dlatego lista ta może nieopatrznie oprzeć się o podobne, niezbyt ambitne produkcje.

1. Najlepszy film akcji - The Raid 2 - Infiltracja

Wciągający spektakl ze świetnie zrealizowanymi i zapadającymi w pamięć scenami walk. O fabule nie wspominam, ponieważ nie miała ona dla mnie najmniejszego znaczenia - taki jestem cholernie płytki. Chciałem krwi, brutalnych pojedynków i dobrej realizacji, a wszystkie te elementy otrzymałem. Nie ukrywam, że nie oglądałem w tym roku zbyt wielu filmów akcji, ale mimo wszystko jest to dla mnie ścisły faworyt. Gdzieś na horyzoncie majaczył mi jeszcze ciekawy Non-Stop z Liamem Neesonem, ale na pierwsze miejsce nie miał szans.


2. Najlepszy horror - Zbaw nas ode złego

Film serwuje nam ciężki klimat zahaczający troszkę o kryminał - tym bardziej, że główny bohater jest nowojorskim policjantem. Przygniatająca atmosfera, przyzwoita gra aktorska i ciekawa fabuła wystarczyły, by tytuł ten najmocniej wrył się w moją pamięć. W dodatku w jednym, czy dwóch momentach serce szybciej bije, a w przypadku współczesnych horrorów nie jest to wcale regułą. Konkurencyjną propozycją był wyłącznie Babadook, australijska wizja powstała częściowo dzięki kickstarterowej dotacji.  Obraz ten obronił się nie tylko porządną realizacją, ale także świetnym doborem aktorów. To było bardzo miłe zaskoczenie.


3. Najlepszy film sci-fi - Strażnicy galaktyki

Strażnicy Galaktyki to pełna humoru, akcji i efektów specjalnych ekranizacja komiksu Marvela. Szczególnie korzystnie wypadła obsada - zbudowany jak czołg Dave Bautista w roli Draxa, wciąż seksowna (nawet jeśli zielona) Zoe Saldana jako wygimnastykowana Gamora, przerośnięty wiewiór Rocket (przezwisko wzięło się zapewne stąd, że pokurcz napieprza rakietami w co popadnie) dubbingowany przez Bradleya Coopera (przerwa na niewieście jęki zachwytu) i oczywiście kluczowa postać dla tego teatrzyku - Groot. Ent, który swoją elokwencją może konkurować z najwybitniejszymi umysłami epoki. Ent, który zeżarł ten film, ukradł rolę głównemu bohaterowi i będzie zapamiętany dłużej, niż ktokolwiek z tej obsady. Konkurencja była nielicha, gdyż filmów o superbohaterach wyszło sporo -  świadczy to jednak wyłącznie o tym, że poczucie humoru i spora dawka ironii okraszone dodatkowo efektami specjalnymi z najwyższej półki, to coś, czego pragną widzowie.


4. Kino orientalne - Run And Kill

Film którego za cholerę nie potrafiłem zrecenzować - podchodziłem do niego kilkanaście razy i aż do dziś nie wiem czy jest on mega kaszanką, czy świetną, choć kontrowersyjną produkcją. Fakt, że po miesiącu od seansu wciąż o nim myślę (coraz bardziej pozytywnie) stawia go chyba na podium w tej niecodziennej kategorii. Mocną konkurencją była oglądana przeze mnie dość dawno Spokojna Rodzinka i wciąż waham się który z tych tytułów zasługuje na miejsce pierwsze...


5. Kaszanka roku - ???

Jedyna kategoria w której konkurencja była tak ogromna. Na początek fascynujące Zombeavers - słaba próba sparodiowania kina grozy z morderczymi bobrami w rolach głównych. Gdybym miał użyć jakiejś obrazowej metafory, produkcję  tę mógłbym porównać do babci wmuszającej w nas obiad, mimo, że przed chwilą widzieliśmy jak do garnka z zupą wpadł jej włos, sztuczna szczęka, dziadek i penis gwałciciela z HIV. No cholernie nieciekawa sytuacja jak się na to patrzy z boku. Z drugiej strony obejrzałem także dwie bezsensowne orgie przemocy w postaci nudnej, szóstej odsłony Drogi Bez Powrotu i trzeciej części V/H/S. Czego ja się tam nie napatrzyłem? Kazirodztwo, samobójstwa, dekapitacje, krew, flaki, a później jak zjadłem z rodziną niedzielny obiad, musiałem oglądać jeszcze dwa beznadziejne, przewidywalne i głupie do bólu filmy. Do towarzystwa z radością dorzucę też Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie. Choć komedia nie jest tak do bólu zła, jak trzy poprzednie filmy, to mimo powszechnie przyjętej etykiety zabraniającej używania wulgaryzmów, muszę zadać jedno, kluczowe pytanie: Jak to można było tak spierdolić?!


6. Komedia Roku - Udając Gliniarzy

Wiem, że to taka podróbka 22 Jump Street, ale mi się podobała. Może nawet troszkę bardziej niż ograne motywy z nowej odsłony przygód oficera Schmidta i Jenko. Chociaż w sumie oba filmy były porównywalnie zabawne i tylko z przekory na pierwszym miejscu umieściłem właśnie ten tytuł. Swoją drogą nie był to dobry rok dla komedii. Te dwie schematyczne i słabo już błyszczące perełki taplały się w morzu nieśmiesznego, rakotwórczego gówna. Albo to ja z roku na rok jestem coraz smutniejszym człowiekiem...


Na tym poprzestanę. Niestety nie był to czas, w którym obejrzałem tyle filmów, na ile miałem ochotę - mam nadzieję, że uda mi się zmobilizować do częstszego publikowania tekstów na ich temat i niech to będzie moje nigdy niespełniane postanowienie noworoczne ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz